Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Zdziwiony świat patrzy na chłopców Charltona, czyli złote lata zielonej piłki

"Irlandio, nie przeszkadzaj!" - krzyczał błagalnie w dniu meczu, przed ponad dwudziestu laty, niezapomniany tytuł na pierwszej stronie katowickiego 'Sportu'. Do Poznania przyjechał jednak jeden z najlepszych wówczas narodowych zespołów na całym Starym Kontynencie, który do rozmarzonych o szwedzkim Euro biało-czerwonych miał identyczną prośbę: nie przeszkadzajcie nam! Skończyło się na tym, że październikowym wieczorem 1991 roku, murawę w stolicy Wielkopolski obie drużyny opuszczały ze zwieszonymi głowami. Jednak nim to się stało, zespół Boys in Green zdążył już przeżyć najpiękniejszą część swej futbolowej złotej epoki.

O tym, że taka epoka w ogóle kiedykolwiek dla Irlandczyków w przyrodzie zaistnieje, mogli po nocach śnić tylko najbardziej niepoprawni marzyciele. Zespół z Zielonej Wyspy przez całe dziesięciolecia niespecjalnie bywał zagrożony awansem do jakiejkolwiek ważnej piłkarskiej imprezy (choć momentami całkiem dzielnie sobie poczynał, choćby walcząc, nieskutecznie ostatecznie, o przepustki do ME 1976 oraz MŚ 1982). Gdy więc podopiecznym nowego, angielskiego selekcjonera Irish Boys - Jackie Charltona przyszło się mierzyć w eliminacyjnej grupie do Euro ’88 aż z trzema finalistami, dopiero co zakończonego meksykańskiego Mundialu, zapewne w niewielu irlandzkich sercach tlił się choć nikły promyk nadziei na nawiązanie równorzędnej walki z faworyzowanymi rywalami. Jednak już pierwszy i wydawałoby się najtrudniejszy mecz eliminacyjnych zmagań, przyniósł sensacyjny wyjazdowy remis 2:2 na osławionym Heysel ze znakomitą wówczas belgijską drużyną (czwarte miejsce na MŚ Mexico ’86). Dwie niekwestionowane gwiazdy irlandzkiego futbolu: Frank Stapleton (kapitan reprezentacji, wyśmienity piłkarz Arsenalu i Manchesteru United, dla których łącznie uzyskał 135 goli; grał też m.in. w Ajaksie, Blackburn) oraz Liam Brady, swymi ważnymi trafieniami, nie tylko zapewnili własnemu zespołowi bezcenny punkt, ale pokazali swym kolegom, że jako zespół stać ich naprawdę na wiele. Kiedy po golu wieloletniego obrońcy Liverpoolu Marka Lawrensona, chłopcy Charltona niespodziewanie przywieźli ze Szkocji komplet punktów, powoli i nieśmiało do świadomości fanów reprezentacji z zielonej Wyspy zaczynało przemykać podejrzenie, że dzieje się coś naprawdę istotnego w całej historii irlandzkiego futbolu. Irlandczycy jednak bezbramkowo podzielili się punktami z Belgami, co sprawiło że zdecydowanie najkorzystniej, rzec by można wręcz komfortowo, przedstawiała się na finiszu sytuacja Bułgarów, którzy do pełni szczęścia potrzebowali zaledwie punkciku w dwu ostatnich meczach w Wyspiarzami z Irlandii i Szkocji. Podopieczni Jackie Charltona, którzy zwietrzyli swą niepowtarzalną szansę, pokonali w arcyważnym pojedynku w Dublinie Bułgarię 2:0 (bramki: Paul McGrath i Kevin Moran).

Pomogli więc swym marzeniom o Euro na tyle, na ile było ich stać. Teraz mogli już tylko liczyć na cud, czyli na to, że Bułgarzy stojący już właściwe jedną nogą na niemieckim turnieju, 11 listopada 1987 roku na swym gorącym terenie, doznają porażki ze Szkotami, którzy z kolei o nic już przecież nie walczyli. Mecz w Sofii sprawiał wrażenie potyczki towarzyskiej, której wszyscy uczestnicy zaznajomili się jeszcze przed spektaklem ze scenariuszem oraz rolami jakie mają w nim do odegrania. Spotkanie to wydawało się być jedynie drobną, choć konieczną niestety przystawką do wspaniałej fiesty z okazji fetowania bułgarskiego awansu, która za kilkadziesiąt minut niechybnie miała nastąpić. Cudownie ogląda się ostatnie, leniwe minuty tej sofijskiej potyczki, gdy futbolówka chodzi od nogi do nogi bułgarskich piłkarzy, a wokół boiska nabuzowane entuzjazmem i przygotowane do radosnego wtargnięcia na murawę po końcowym gwizdku sędziego kilkadziesiąt tysięcy bułgarskich kibiców. Wielu irlandzkich piłkarzy ponoć powyłączało w domach telewizory w końcówce spotkania. Nie chcieli uczestniczyć w tym ponurym dla nich spektaklu. I nagle jakieś przypadkowe dalekie wybicie od szkockiego bramkarza Leightona, jakiś brutalny wślizg bułgarskiego obrońcy, ale piłka jest już w polu karnym i nieznany szerzej światu ni przedtem, ni potem, młodzieniaszek z Hearts - Gary Mackay strzela na trzy minuty przed końcem spotkania swą jedyną w reprezentacji bramkę (zagra w niej zresztą łącznie zaledwie czterokrotnie), zasiewając przerażającą ciszę w całej Sofii oraz psując wspaniałe święto całej Bułgarii, by podarować je jeszcze wspanialsze - uszczęśliwionej Zielonej Wyspie.

Bułgarzy płaczą, są zdruzgotani. Jest wśród nich na boisku Michajłow, są młodziutcy Penew i Stoiczkow. Za 6 lat futbolowa historia spektakularnie im to wynagrodzi, a oni, teraz tak boleśnie ograbieni z udziału w wielkim turnieju, uczynią potem to samo Francuzom, w ostatnich sekundach meczu drąc w strzępy ich marzenia o amerykańskim Mundialu. Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzą, są załamani. Irlandia natomiast szaleje z radości.

Irish Boys zupełnie niespodziewanie dołączają więc do ścisłej futbolowej elity ośmiu najlepszych reprezentacji Starego Kontynentu. Trafiają do grupy z Anglikami, ZSRR oraz Holandią i niemal zgodnie są skazywani przez fachowców na pożarcie przez każdą z tych ekip. Tym bardziej, że na niemiecki turniej nie dane było pojechać najwspanialszej ówczesnej wizytówce irlandzkiego futbolu, znakomitemu graczowi m.in. Arsenalu, Juventusu, Sampdorii i Interu, strzelcowi decydującego gola podczas towarzyskiego acz historycznego, dublińskiego zwycięstwa nad Brazylią (1:0) - Liamowi Brady. Jednak już pierwszy mecz reprezentantów Zielonej Wyspy, przekonał wszystkich, że choć powszechnie lekceważeni przez potentatów, to jednak na Euro nie znaleźli się oni przypadkiem. Zwycięstwo 1:0 odniesione na stuttgarckim Neckarstadionie nad odwiecznym angielskim rywalem było ogromną sensacją. Wielu irlandzkich fanów do dziś opowiada, że tamten czerwcowy dzień, tamten moment, gdy Ray Houghton w 6 min. spotkania, strzałem głową ulokował piłkę w bramce Shiltona, to najpiękniejsze chwile w całym ich życiu. Jakże wymowny i niesamowity jest obrazek, gdy Jackie Charlton, tuż po golu, który daje jego zespołowi sensacyjne prowadzenie w meczu z jego własnymi rodakami, niemal z niedowierzaniem łapie się za głowę i odwraca się z uśmiechem w kierunku irlandzkich kibiców.

Po meczu w Stuttgarcie cała piłkarska Europa zastyga w zdumieniu nad zjawiskiem nowej, zielonej siły na futbolowej mapie Starego Kontynentu. Kilka dni później podopieczni Charltona ponownie potwierdzają swą klasę w meczu z ZSRR. Irish Boys znów obejmują sensacyjne prowadzenie po fenomenalnym golu Ronnie Whelana, jednak czerwonej piłkarskiej potędze udaje się uratować remis.

 

Irlandczykom, którzy jeszcze do niedawna traktowani byli w kategoriach dostarczyciela punktów, wystarczy teraz remis w pojedynku z Holendrami do medalu Mistrzostw Europy! Jednak tym razem futbolowe szczęście zdecydowanie sprzyja pomarańczowym. Zdobywają oni w samej końcówce spotkania dość kuriozalną bramkę, po przedziwnej rotacji jakiej nadał futbolówce strzał rezerwowego Wima Kiefta, a Irlandczycy z poczuciem niedosytu, ale i ogromnie szczęśliwi z powodu wspaniałej turniejowej przygody, jaką przeżyli - wracają do domu. Obok Holendrów są jednak zespołem o którym mówi się po tym Euro najwięcej. Tak niewiele zabrakło im przecież do turniejowego kruszcu, zaledwie kilku minut i odrobiny szczęścia. A warto przypomnieć, że w swej grupie na Euro podopieczni Charltona dali się wyprzedzić jedynie późniejszym mistrzom (Holandia) oraz wicemistrzom Europy (ZSRR). Podczas niemieckiego turnieju, piłkarska Irlandia pokazała się jednak całemu futbolowemu światu w swej pełnej krasie, a świat się nią zachwycił i się w niej zakochał.

Charlton wprowadził więc swych chłopców na salony i wspólnie postanowili, że tak szybko nie dadzą się już teraz z nich wygonić. Boys in Green idą za ciosem, wywalczając również przepustkę do swego pierwszego, historycznego Mundialu. Na dzień dobry turniej Italia ’90 częstuje Irlandczyków znów potyczką z Anglikami. Już bez Stapletona, którego w funkcji kapitana zastąpił znakomity obrońca Mick Mc Carthy (grał m.in. w Manchesterze City, Celtiku oraz Lyon), ale za to z kilkoma ciekawymi, nowymi twarzami w podstawowej jedenastce jak Steve Staunton czy Andy Townsend, stanęli Irish Boys naprzeciw dumnych synów Albionu w gorący czerwcowy wieczór w Cagliari. Na Sardynii tym razem odwieczni rywale podzielili się punktami. A na bramkę Gary Linekera z pierwszych minut spotkania odpowiedział wspaniałym trafieniem w 72 min., znakomity pomocnik Evertonu - Kevin Sheedy.

Niespodziewany bezbramkowy remis z Egiptem popsuł nieco nastroje fantastycznym kibicom z Zielonej Wyspy, ale już kolejny podział punktów z aktualnymi Mistrzami Europy - Holendrami, który uratował dla Irish Boys Niall Quinn w końcowej fazie meczu - zapewnił chłopcom Jackiego Charltona upragniony awans z grupy. A potem prawdziwa batalia z Rumunią, zwieńczona kolejnym, czwartym już z rzędu na włoskim Il Mondiale remisem Irlandczyków oraz znakomitą paradą Bonnera w serii jedenastek, który broniąc strzał z wapna Daniela Timofte, zapewnił swym kolegom przepustkę do ćwierćfinału (decydującą bramkę z 11 metrów uzyskuje David O’Leary).

Pat Bonner płaczący ze szczęścia na murawie stadionu w Genui, po zwycięskich karnych z Rumunią, bo oto spełniają się rzeczy, o których jeszcze kilka lat temu nawet nie śmiałby pomarzyć, to najkrótszy, najpiękniejszy i najwymowniejszy zarazem obrazkowy komentarz do tej niezwykłej historii irlandzkiego piłkarskiego kopciuszka, z którego Jackie Charlton uczynił wspaniałą księżniczkę na najważniejszym futbolowym balu. Boys in Green są więc teraz w gronie ośmiu największych potęg świata! 30 czerwca 1990 roku, na rzymskiej arenie Stadio Olimpico, wspierani własnymi ścianami gospodarze turnieju, dzięki akcji tercetu Baggio-Giannini-Donadoni oraz trafieniu niezawodnego na Il Mondiale Toto Schillaciego, wyszarpują zwycięstwo nad chłopcami Charltona. Ale Irish Boys na Italia ’90 potwierdzają swą ogromną klasę. Teraz są już zespołem, który szanować muszą nawet największe tuzy światowego futbolu. Należą do prawdziwej futbolowej elity globu.

Jednak przed zielonym zespołem stoi już kolejne wyzwanie. Awansować znów do grona ośmiu najlepszych drużyn Starego Kontynentu i powtórzyć na szwedzkiej ziemi, piękną przygodę z niemieckiego Euro - byłoby z pewnością czymś wspaniałym. Irlandczycy nie zamierzają tracić czasu, więc na dobry początek efektownie gromią Turków w Dublinie 5:0. Potem czeka ich kolejna już odsłona batalii irlandzko-angielskich. Dwukrotnie pada remis 1:1, najpierw na Zielonej Wyspie Tony Cascarino wyrównuje w 79 min., a potem na Wembley Niall Quinn ustala wynik po pół godzinie gry. O wszystkim zadecydować miały więc spotkania z Polakami, którzy również nie zamierzali oddawać pola w walce o przepustki do Szwecji. W przeciwieństwie do Anglików, podopieczni Charltona nie potrafili uzyskać kompletu punktów na własnym terenie w pojedynku z biało-czerwonymi. 1 maja 1991 roku na dublińskim Lansdowne Road po zażartej walce padł bezbramkowy remis.

16 października 1991 r. na stadionie w Poznaniu obie drużyny potrzebowały zatem kompletu punktów. W zespole Charltona wystąpiło tego dnia sześciu graczy, którzy posmakowali gry zarówno na Euro ’88, jak i Italia ’90 (Bonner, Moran, Morris, Sheedy, Mc Grath i Cascarino), ale zagrał też młodziutki, wchodzący dopiero do zespołu Roy Keane. To był dziwny, emocjonujący, momentami porywający, chwilami irytujący, niezapomniany mecz. Choć Polacy strzelili Irlandczykom aż 3 gole (do tamtego wieczora, sztuka taka za kadencji Charltona nie udała się nikomu, a przecież Irish Boys grali przez te lata z najlepszymi drużynami na świecie), to mimo wszystko nie zdołali wygrać tego spotkania. Nie zdołali, bo tego dnia koszmarnie zagrała biało-czerwona defensywa. Osłabiona brakiem Romana Szewczyka, a dyrygowana przez Dariusza Wdowczyka grała wręcz zadziwiająco katastrofalnie. Dariuszowie - Wdowczyk i Kubicki, dotąd filary reprezentacyjnego zespołu zdawali się być istną piątą kolumną Boys in Green. Byli tacy, którzy nieśmiało i jak najbardziej anonimowo już wtedy wskazywali na fakt, iż liczne żałosne wręcz kiksy naszych eksportowych defensorów, nieudane zagrania, czy nieudaczne pułapki ofsajdowe zastawiane na swych klubowych kolegów z ligi szkockiej i angielskiej (Bonner, Morris i Cascarino dzielili w Glasgow szatnię z jednym z dzielnych Dariuszów, zaś Mc Grath i Staunton w Birmingham z drugim z nich) miały niejedno dno. Gdy dziś po latach, raz jeszcze oglądam, jak pewien ówczesny obrońca Celtiku w biało-czerwonej koszulce, próbuje łapać na spalonego ówczesnego napastnika Celtiku, podczas której to zasadzki, napastnik ów spokojnie zdobywa bramkę na 3:1 dla swego zespołu, to stać mnie wyłącznie na to, żeby tylko gorzko uśmiechnąć się pod nosem. Nie do śmiechu było za to na pewno polskiemu selekcjonerowi. Andrzej Strejlau zdjął Kubickiego już w 33 min. spotkania (potem oficjalnie tłumaczył, że obrońca Aston Villa grał z urazem, o którym nie poinformował trenera), Wdowczyk dograł mecz do końca, ale nigdy więcej nie dostał już żadnej poważnej szansy od Strejlaua (choć do tej pory był prawdziwą ostoją w jego drużynie). Meczem w Poznaniu z polską kadrą pożegnał się również jej kapitan - Ryszard Tarasiewicz. W odstawkę poszedł też Wandzik, któremu Strejlau przestał ufać, stawiając od tej pory na Jarosława Bako. Ale wracając do samego spotkania. Prowadzenie dla Irish Boys uzyskał już w 12 min. nie pilnowany przez nikogo Paul Mc Grath. Wyrównał, krótko po przerwie, rozgrywający fantastyczne spotkanie Piotr Czachowski, którego po tym spotkaniu zapragnęła mieć w swych szeregach m.in. londyńska Chelsea. Potem kabaretowe występy naszej defensywy umożliwiają Irlandczykom uzyskanie dwóch trafień w przeciągu zaledwie siedmiu minut (Townsend i Cascarino). Polacy próbują odrabiać straty. Kontaktową bramkę zdobywa Jan Furtok. Strejlau ściąga z boiska ospałego Tarasiewicza i wprowadza ożywiającego poczynania biało-czerwonych, grającego na własnych śmieciach Dariusza Skrzypczaka. Na 4 minuty przed końcem spotkania Czachowski fantastycznie zagrywa do Jana Urbana, a ten pokonuje załamanego Bonnera. Polacy jeszcze rzucają się do ataku na zamroczonego rywala, który wypuścił z rąk niemal pewne zwycięstwo, ale wynik nie ulega już zmianie. Ten remis jest porażką dla obu ekip.

 

Nadzieje na Euro ’92 odżyją na chwilę jeszcze miesiąc później, zarówno dla jednych (Polacy, prowadząc z Anglikami do przerwy, mogą czuć się finalistami, gdyż w tym samym czasie Irlandia zaledwie remisowała z Turkami; gdy Boys in Green po trafieniach Cascarino i Byrne wychodzą na prowadzenie w Turcji, a Anglicy wciąż przegrywają w Wielkopolsce, to podopieczni Charltona są jedną nogą w turnieju), ale wyleczy ich z nich boleśnie wyrównujące trafienie niezawodnego Gary Linekera w Poznaniu.

Turniejowy post piłkarzy z Zielonej Wyspy nie trwa jednak długo. Jackie Charlton znów wprowadza swych chłopców na Mundial ’94. Tam niezawodny Ray Houghton raz jeszcze (podobnie jak w 1988 r. w meczu z Anglią) przechodzi do historii irlandzkiej piłki, znów strzelając bramkę w pierwszym zwycięskim meczu swej drużyny na mistrzostwach świata (na Il Mondiale ’90 Irish Boys nie wygrali żadnego spotkania). Sensacyjna wiktoria nad Włochami jest pięknym rewanżem za ćwierćfinałową porażkę sprzed 4 lat, a zarazem stawia Irlandczyków w znakomitej pozycji wyjściowej do dalszych grupowych zmagań.

Potem tak różowo już nie będzie. Porażka z Meksykiem 1:2 (honorowe trafienie uzyskał John Aldridge) i remis z Norwegią (0:0) promują Boys in Green do następnej fazy rozgrywek, ale tam trzeba już uznać wyższość Holendrów (0:2).

Ci sami Holendrzy, którzy zatrzymali piękną zieloną przygodę na niemieckim Euro ’88 oraz wyrzucili Irish Boys z amerykańskiego World Cup ’94, zagrodzili również drogę podopiecznym Jackie Charltona do udziału w angielskim Euro ’96. Po przegranym barażu z pomarańczowymi (0:2) w Liverpoolu 13 grudnia 1995 roku, po niespełna 10 latach i 94 spotkaniach spędzonych na selekcjonerskim zielonym stołku, zakończył swą fascynującą współpracę z reprezentacją Irlandii twórca jej największych sukcesów - Sir Jack Charlton. W tym czasie z bardzo przeciętnego zespołu uczynił drużynę, która była zaledwie o krok zarówno od medalu Mistrzostw Europy, jak i świata. Wprowadził swych zielonych chłopców na trzy wielkie turnieje, choć przedtem przez całe dziesięciolecia nie udało im się posmakować tego typu imprezy ani razu. Pat Bonner, Paul Mc Grath, Ray Houghton, Ronnie Whelan, John Aldridge i Tony Cascarino to zawodnicy, którzy biegali po murawie podczas każdego ze wspomnianych trzech turniejów, na których udział umożliwił im trenerski geniusz Charltona. Później Boys in Green jeszcze dwukrotnie zawitali na wielkie piłkarskie imprezy (Mundial 2002 i Euro 2012), ale to piękna epoka wspaniałej drużyny Jackie Charltona pozostanie zapewne jeszcze na długie lata punktem odniesienia dla wszelkich irlandzkich marzeń i snów o futbolowej zielonej potędze.

jch88

R.

środa, 06 lutego 2013, badzi

Polecane wpisy

  • Waldemar i "Mateusz"

    To historia piękna i tragiczna zarazem. Po raz pierwszy usłyszałem ją dwa lata temu. Teraz wróciła do mnie za sprawą piątkowej " Godziny prawdy " prowadzonej w

  • Marek Citko czyli spełnienie w niespełnieniu

    20 lat temu na murawie stadionu w Zabrzu, miało miejsce jedno z ważniejszych wydarzeń w najnowszych dziejach polskiego futbolu. Kiedy w 62 minucie ligowego mecz

  • Oleśnica dream

    Awans do półfinału Pucharu Polski Błękitnych Stargard Szczeciński to największe osiągnięcie zespołu z II ligi (trzeciego poziomu rozgrywek) w PP od czasu Pogoni

Komentarze
2013/02/06 09:50:32
Teraz za to mają kibiców w czołówce europejskiej.
-
2013/02/07 21:44:47
Bardzo ciekawe. Więcej takich artykułów. Może następny o reprezentacji Turcji lub Norwegii, Grecji ub Danii.
-
Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2013/02/08 09:06:23
Przy pierwszym golu dla Irlandii Kubicki się schylił przy dośrodkowaniu, żeby go broń Boże nie trafiła piłka i nie wyszła na róg.
-
Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2013/02/08 09:09:06
Swoją drogą na miejscu Strejlaua to wykopałbym obu panów już po meczu ze Szwecją w 1989, gdzie jak to powiedział Nawrocki "w ośmiu meczu nie wygramy". Czyżby ta sama trójka? :)
-
2013/02/08 14:18:26
Szkoda, że nie wspomniałeś, że bramka Kiefta padła ze spalonego. Cały mit wielkiej Holandii tria Gullit - van Basten - Rijkaard opiera się na tym jednym błędzie sędziego Brummeiera.
-
Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2013/02/08 16:54:32
Ale ten mit opiera się wyłącznie na sukcesie w - mimo wszystko - kadłubowym turnieju, jakim było wtedy euro. Na MŚ Holandia zagrała pod wodzą Leona bardzo beznadziejnie, a i na Euro 1992 nie błysnęła. A 1994 to już inna para kaloszy, inna sprawa, że w 1994 mieli bardzo łatwą grupę, z której wyszli nie bez kłopotów, potem ograli rzeczoną Irlandię i jedyny fajny mecz wyszedł im z Brazylią.
-
2013/02/08 17:11:23
Sukcesie osiągniętym dzięki pomyłkom sędziów i brakowi kluczowego zawodnika Sbornej w finale.
-
Gość: numer10, *.xdsl.centertel.pl
2013/02/11 17:58:16
* airborell

Wim Kieft najprawdopodobniej uzyskał w Gelsenkirchen gola z pozycji spalonej. Najprawdopodobniej - bo przez te wszystkie lata nigdy nie udało mi się obejrzeć tej sytuacji z takiego ujęcia kamery, które definitywnie rozstrzygnęłoby wszelkie wątpliwości. Jeśli jesteś w stanie gdziekolwiek taki zapis filmowy odnaleźć i go zaprezentować, to jeszcze dziś dopiszę do tekstu wytłuszczonymi hieroglifami, że bramka została zdobyta ze spalonego.
Natomiast pisanie o tym, że "mit wielkiej Holandii tria Gullit-van Basten-Rijkaard opiera się na jednym błędzie sędziego" jest jednak, delikatnie mówiąc, co najmniej drobnym nadużyciem. Nie było żadnego mitu wielkiej Holandii '88. Była po prostu wielka Holandia '88, która rozpoczęła turniej od pechowej porażki, ale potem z każdym kolejnym meczem rozpędzała swój walec, rozjeżdżając Anglików 3:1, pokonując gospodarzy imprezy RFN 2:1 i nie pozostawiając w finale najmniejszych nawet złudzeń na nawiązanie równorzędnej walki Sbornej (bawi nieco argument o braku kluczowego obrońcy, bo nawet obecność dwunastu kluczowych zawodników ZSRR na boisku w niczym by im tego dnia nie pomogła, byli po prostu tłem dla pomarańczowej siły). Ów "mit" opierał się na wspaniałej grze dwóch najlepszych wówczas piłkarzy w Europie - Ruuda Gullita i Marco van Bastena. To przecież oni wraz z Rijkaardem uczynili z Milanu najlepszy wówczas na całym Starym Kontynencie zespół klubowy. To również mit?

PS. Ja też wolałbym, żeby to Irlandczycy zagrali w półfinale z Niemcami.
-
Gość: numer10, *.xdsl.centertel.pl
2013/02/11 18:07:31
* jacek23151

"Czyżby ta sama trójka? :)"

Taaak, chorzowski mecz ze Szwedami, to temat na dobrą książkę ;) Z Kubickim jednak należałoby być ostrożnym w kontekście tamtego spotkania, bo wbiegł na murawę dopiero w 67 min., gdy mecz był już rozstrzygnięty (0:2). Ale to oczywiście o niczym nie musi świadczyć. Wydaje się jednak nie ulegać wątpliwości, że obie ustawki - chorzowską 89 oraz poznańską 91, łączy jeden wspólny mianownik: magiczny rocznik, a jakże, 1962 ;)
-
2013/02/11 18:11:58
Nie na jednym, tylko na kilku.

Była po prostu wielka Holandia '88, która rozpoczęła turniej od pechowej porażki,

Guzik pechowej. Widziałeś ten mecz? Te bezmyślne wrzutki van't Schipa, z których każda kończyła na głowie Olega Kuzniecowa?

i nie pozostawiając w finale najmniejszych nawet złudzeń na nawiązanie równorzędnej walki Sbornej (bawi nieco argument o braku kluczowego obrońcy, bo nawet obecność dwunastu kluczowych zawodników ZSRR na boisku w niczym by im tego dnia nie pomogła, byli po prostu tłem dla pomarańczowej siły).

Aha, trafiłem na fanboja. Otóż jakoś jestem przekonany, że gdyby Kuzniecow mógł zagrać, to (przy jego formie na przestrzeni całego Euro) nie dałby Gullitowi pograć w finale tak samo, jak nie dał w meczu grupowym. A to Gullit strzelił pierwszą, kluczową bramkę.

Wielki Milan mitem nie był (chociaż - tak naprawdę patrzymy na niego przez pryzmat paru meczów w pucharach, ligi nie potrafił zdominować), ale wielki Milan to nie tylko Gullit i van Basten, ale także pół reprezentacji Włoch.
-
Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2013/02/11 18:57:28
Aha, czyli Kaczmarek, Wdowczyk, Tarasiewicz? :>
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2013/02/11 23:14:57
Oleg Kuzniecow genialnym piłkarzem był - wiadoma sprawa. Jednak z całym respektem dla ogromu finezji jego defensywnego zmysłu, obawiam się, że nie byłby w stanie zatrzymać rozpędzonej pomarańczowej siły, jak nie było w stanie zrobić tego jedenastu jego kolegów. Byli oni po prostu tego dnia tłem dla Holendrów - bezradni i bezbronni jak dzieci we mgle. I nawet, gdy van Breukelen podarował im w promocji karnego niemal na tacy, nie potrafili strzelić gola. Zresztą, tak się jakoś złożyło, że kilka miesięcy po Euro, w Eindhoven znów stanęły naprzeciw siebie obie ekipy. I choć po murawie biegał tam również sam Oleg Kuzniecow, i to we własnej osobie, niewiele to jednak pomogło. Znów 0:2 w plecy z Holendrami...

Co do grupowej potyczki pomiędzy tymi zespołami na Euro, to nawet nie ma co dyskutować nad tym, czy Holendrzy przegrali pechowo (nawet remis byłby dla nich pechowy z przebiegu spotkania), bo to po prostu oczywisty fakt dla każdego, kto ten mecz oglądał (służę płytką z nagraniem tego spotkania). Argument "guzik prawda" i "wrzutki na van't Schipa" nie wytrzymują próby zmierzenia się z rzeczywistością. A ta jest taka, że Sowieci nie przeprowadzili w tym meczu właściwie żadnej groźnej akcji. Racowi wyszedł po prostu wspaniały strzał (nie pierwszy zresztą i nie ostatni w jego karierze) i tyle z ich strony. Oranje, choć grali bardzo przeciętnie tego dnia, to jednak dominowali na boisku bezapelacyjnie. Momentami, szczególnie w drugiej połowie, Dasajew nie miał nawet czasu, by zastanowić się jak ma na imię, bo musiał uwijać się na prawo i lewo przy strzałach pomarańczowych. A bronił tego dnia wprost fenomenalnie. A nawet jeśli on nie dawał rady, w sukurs przychodziła poprzeczka. Wspomnieć również należy, że w tym meczu van Basten pojawił się na boisku dopiero na ostatnie pół godziny z haczykiem i był to dopiero jego drugi epizod w kadrze, po niemal rocznej przerwie spowodowanej poważną kontuzją. Nie była to więc jeszcze ta prawdziwa siła Holandii z Euro '88, bo przez zdecydowaną większość meczu brakowało jej najważniejszego ogniwa - końcowego króla strzelców tego turnieju.

A te błędy sędziów (poza domniemanym z Irlandią), o których pisałeś, a które to rzekomo promowały Holendrów kosztem innych, pompując ich 'mit', spróbujesz jakoś umiejscowić w czasie i przestrzeni? Bo nie taję, żem również niezmiernie ciekaw.

Z fanbojowym pozdrowieniem :)
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2013/02/11 23:24:03
* jacek23151

Nie sądzę, żeby chodziło tu o Kaczmarka. Mecz ze Szwedami został opchnięty i to nie ulega wątpliwości. Mówił o tym przed laty w sposób bardzo otwarty Andrzej Strejlau. Wiedział dobrze, kto to zrobił. Niedługo po Chorzowie zluzował z funkcji kapitana reprezentacji Wdowczyka, a uczynił nim właśnie Kaczmarka. Nie sądzę, by chciał mu tym zacnym gestem wynagrodzić szwedzkie układanki. Myślę, że dwa nazwiska z tych, które wymieniłeś łączą sprawy Chorzowa i Poznania. Jedno zapewne się zmieniło przez te 2 lata, choć imię pozostało to samo;)

Pozdrawiam:)