Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Requiem na lodzie. Anatomia upadku

pol-zsrr

pol-kor

Był kiedyś taki film Mathieu Kassovitza, nagrodzony zresztą w Cannes, p.t. "Nienawiść". I w tym filmie padają całkiem ważne słowa, diagnozujące stan współczesnego społeczeństwa, które przypomina faceta spadającego z kilkunastopiętrowego budynku, a który nim upadnie i roztrzaska się o beton, wciąż jeszcze lecąc, myśli sobie: „jak na razie nie jest źle, jak na razie nie jest źle”. Polskiego hokeja na lodzie sytuacja ta jednak absolutnie nie dotyczy. Wszyscy bowiem już od co najmniej kilkunastu wiosen, doskonale zdajemy sobie sprawę z niezaprzeczalnego faktu, że jest z nim bardzo, bardzo, ale to naprawdę BARDZO źle. I choć już od lat, co roku, po każdym kolejnym turnieju mistrzowskim wydaje się nam, że gorzej właściwie być nie może i że dawno już nastąpiło spotkanie z bolesnym kresem procesu upadania, który zdążył wyżłobić dno przy jakim Rów Mariański jest jedynie niewinną bruzdą, a teraz należy skupić się już wyłącznie na próbach reanimacji ledwo dyszącego pacjenta, to jednak wciąż na nowo dokonujemy niechcianego odkrycia, że zjawisko pikowania naszego rodzimego hokeja wciąż trwa i ma się całkiem nieźle. Oglądanie wyczynów polskich hokeistów, nazywanych złośliwie ślizgaczami przez kibiców pamiętających jeszcze tłuste lata tej dyscypliny w naszym kraju, zakrawa bowiem na swoisty coroczny, wiosenny rytuał pokutny. Wiosna jest piękna. Wiosną rozkwita nadzieją cały świat, wszystko budzi się do życia. Wszystko, prócz polskiego hokeja. A przecież hokej na lodzie jest dyscypliną wspaniałą, ekscytującą, emocjonującą, dynamiczną, potrafiącą w mgnieniu oka oczarować każdego łaknącego ogromnej dawki sportowych wrażeń kibica. Cóż z tego, skoro o naszym, rodzimym hokeju, już od lat całych, wypada niestety jedynie milczeć.

A jednak do przerwania owego milczenia skutecznie skłonili mnie Szwajcarzy. Na zakończonych właśnie mistrzostwach świata elity, hokeiści spod znaku białego krzyża na czerwonym tle grali zachwycająco, kompletując kolejne zwycięstwa nad największymi tuzami lodowej dyscypliny, takimi jak Szwecja, Kanada, Czechy (pokonali ich aż dwukrotnie), USA i sensacyjnie wywalczając tytuł wicemistrza świata. A przecież każdy, kto ma choć blade pojęcie o hokeju, doskonale zdaje sobie sprawę, że na poziomie narodowych reprezentacji jest to dyscyplina raczej przewidywalna, z bardzo ugruntowaną i ustabilizowaną już od dekad całych ścisłą elitą, w szeregi której się wedrzeć, wydawałoby się rzeczą wręcz awykonalną. Dość powiedzieć, że przez ostatnie 20 lat, ani razu nie udało się żadnej reprezentacji spoza grona siedmiu wspaniałych (Rosja, Kanada, Czechy, Szwecja, Finlandia, USA, Słowacja; kiedyś, przed rozpadem ZSRR i CSRS była to wielka szóstka) wywalczyć jakiegokolwiek medalu na wielkiej imprezie. Na igrzyskach olimpijskich udało się to ostatnio 37 lat temu drużynie RFN, która w 1976 roku wywalczyła brąz (jednak warto wspomnieć, że na turnieju tym nie grała wówczas ani Kanada, ani Szwecja). Na mistrzostwach świata medal (helwecki brąz) padł łupem kogoś spoza wąskiego grona hokejowej arystokracji jeszcze dawniej, bo w 1953 roku (ale i na tym turnieju brakowało wówczas i Kanady, i ZSRR, i USA). Teraz, po 60 latach, znów udało się wydrzeć kruszec (i to srebrny) z rąk hokejowych monopolistów sukcesu. Dokonała tego, we wspaniałym zresztą stylu, zachwycając cały lodowy świat, reprezentacja Szwajcarii. Szwajcarii, która jeszcze w 1975 roku podczas Pucharu Spenglera, rozgrywanego przecież na jej terenie, w Davos, była gromiona przez Polaków w stosunku 10:0!!! Szwajcarii, którą w 1978 r. na MŚ w Belgradzie biało-czerwoni rozbili 8:1, w 1983 r. na MŚ w Tokio 6:4, i z którą jeszcze 16 lat temu na turnieju mistrzowskim, rozgrywanym w Katowicach, potrafiliśmy prowadzić emocjonujący bój, zakończony bezbramkowym remisem. Jednak od tamtego dnia, 15 kwietnia 1997 roku, hokejowe szlaki Polaków i Szwajcarów już nigdy się ze sobą nie przecięły. Oni właśnie wygrywają ze wszystkimi najlepszymi, walcząc teraz o najcenniejsze medale. My, od których niegdyś Helweci mogli uczyć się grać, i którzy kilkukrotnie plasowaliśmy się w najlepszej piątce drużyn globu, teraz pałętamy się w trzeciej lidze światowego hokeja, grywając tam nieraz z drużynami, które koncentrują się głównie na tym, by w ogóle utrzymać się na łyżwach, a przegrywamy z zespołami, którym jeszcze do niedawna aplikowalibyśmy dwucyfrową liczbę bramek, i z którymi, tak na dobrą sprawę, wstydem byłoby dla nas jeździć po tym samym lodowisku na turnieju mistrzowskim. A gdy w tej trzeciej lidze przychodzi mecz decydujący o awansie do ligi drugiej, jak to miało miejsce niedawno w Doniecku, wybitny przecież trener naszego zespołu Igor Zacharkin, diagnozuje zastany przez siebie stan posiadania biało-czerwonego hokeja następującymi słowy: Moi zawodnicy przestraszyli się, że mogą wygrać. Polacy wygrywają już przecież w pewnym momencie 2:0 z Ukraińcami. Ale ostatecznie przegrywają. Dlaczego? Bo przestraszyli się, że mogą wygrać. Brzmi to, zaiste, porażająco. Reprezentacja Polski, niegdyś regularny uczestnik turniejów elity, która potrafiła epizodycznie wygrać nawet z największymi gigantami lodowej dyscypliny, teraz jest sparaliżowana strachem, bo oto pojawia się szansa niespodziewanego zwycięstwa, dającego nam awans do drugiej ligi światowego hokeja. Kiedyś, przez całe dekady, spadek do tej drugiej ligi traktowany był u nas jako wielka porażka, którą co prędzej należało zmazać ponownym awansem do grona najlepszych. Dziś, można sądzić, że jeśli nic się nie zmieni, będziemy skazani na ugrzęźnięcie na trzecioligowych ślizgawkach na dobre. Tak, właśnie tu, właśnie w tym miejscu jesteśmy i warto wreszcie zdać sobie z tego faktu sprawę. Ale jak to się stało, że nasz hokej upadł aż tak nisko? I jak to możliwe, że jesteśmy właśnie tu, gdzie jesteśmy?

Nasze osiągnięcia w latach przedwojennych bywają niejednokrotnie przez nas samych lekceważone. Świat przecież wtedy dopiero uczył się hokeja, oswajał się z nim powoli. W turniejach mistrzowskich uczestniczyło częstokroć zaledwie kilka reprezentacyjnych zespołów. A jednak bagatelizowanie dziś tamtych osiągnięć polskiego hokeja zakrawa na bardzo poważną przewinę. Przecież to właśnie wówczas odnieśliśmy nasze największe hokejowe sukcesy. To wtedy, w epoce międzywojnia mieliśmy kilku hokeistów zaliczanych do grona najlepszych na całym Starym Kontynencie. Tadeusz Adamowski (urodzony w Lozannie, dzieciństwo i młodość spędził w USA; jako zawodnik, a potem trener wprowadzał polski hokej na europejskie salony; jeden z najpopularniejszych polskich sportowców u schyłku lat 20-tych), Aleksander Tupalski (zarazem futbolista Polonii Warszawa oraz kilkukrotny reprezentant Polski w piłce nożnej), Adam Kowalski, Andrzej Wołkowski (strzelił aż 22 gole dla Polaków na ważnych turniejach w elitarnym gronie, co jest drugim wynikiem w historii polskiego hokeja) czy bramkarz Józef Stogowski, to były nazwiska ważne dla europejskiego hokeja lat przedwojennych (wszyscy wymienieni zawodnicy bywali powoływani na prestiżowe wówczas spotkania Europa-Kanada).

Zainaugurowaliśmy swe poważne turniejowe przygody jeszcze w epoce przedsanacyjnej, 12 stycznia 1926 r. na lodowisku w szwajcarskim Davos, przegrywając z Francuzami 1:2 (trafienie Adamowskiego) w ramach Mistrzostw Europy. Łącznie rozegraliśmy tam cztery spotkania, sprawiedliwie – po dwa przegrane i dwa wygrane. Pierwsze turniejowe zwycięstwo odnieśliśmy 16 stycznia 1926 r. nad Hiszpanami (4:1), zajmując ostatecznie szóste miejsce w dziewięciozespołowej stawce. Rok później na hokejowym Euro 1927 Polacy zajęli już 4 miejsce w sześciozespołowej stawce, wyprzedzając, co dziś może zabrzmieć wręcz fantastycznie – reprezentację Czechosłowacji. Na szczególną uwagę zasługuje tu zwycięstwo nad Węgrami 6:1 i aż cztery trafienia Adamowskiego w tym spotkaniu (łącznie uzbierał tych trafień pięć na wspomnianym turnieju, podobnie zresztą jak Tupalski). W turniejach mistrzowskich przed wojną żaden inny polski hokeista nie dokona już podobnego wyczynu (Andrzejowi Wołkowskiemu uda się co prawda w latach 30-tych uzbierać aż cztery turniejowe hattricki, a Adamowi Kowalskiemu jeden, ale granicy uzyskania więcej niż trzech bramek w jednym meczu żaden z nich nie przekroczy). W lutym 1928 roku na szwajcarskiej ziemi nasi hokeiści po raz pierwszy uczestniczą w igrzyskach olimpijskich. Turniej olimpijski traktowany jest zarazem jako światowy czempionat i tak będzie jeszcze bardzo długo, nim hokejowe mistrzostwa świata wybiją się na niepodległość spod opiekuńczych skrzydeł pięciu kół olimpijskich. W St. Moritz Polacy trafiają do istnej grupy śmierci, z której dziś odjeżdżaliby zapewne uginając się pod bagażem kilkudziesięciu straconych bramek. Wówczas biało-czerwoni zremisowali 2:2 ze Szwecją, a z Czechosłowacją stracili decydującego gola dopiero w ostatniej tercji, przegrywając 2:3 i zajmując w swym olimpijskim debiucie 9 miejsce w jedenastozespołowym gronie.

Już po roku jednak na węgierskich lodowiskach, polski hokej święci swój największy sukces i pierwszy turniejowy medal. Wicemistrzostwo Europy w 1929 roku biało-czerwoni wywalczają, pokonując Szwajcarów 2:0 (dwa gole Tupalskiego) oraz Austriaków 3:1 (Adamowski, Tupalski, Krygier). W budapeszteńskim ścisłym finale 3 lutego 1929 r., po trafieniu niezawodnego Adamowskiego w 39 minucie spotkania, Polacy wygrywają już z Czechosłowacją 1:0. Polscy hokeiści oswajają się z zapachem złota jednak tylko przez 5 minut, kiedy to dla naszych południowych sąsiadów pada gol wyrównujący. Potrzebne są aż dwie dogrywki, by rozstrzygnąć sprawę tego, komu należy się miano najlepszej drużyny na Starym Kontynencie. W 77 minucie gry, strzał Dorasila przesądza o tym, że Polacy przywiozą z Węgier ‘jedynie’ srebro. Co ciekawe, jest to przedostatnia już (a trzecia i zarazem ostatnia z udziałem Polaków) impreza o randze Mistrzostw Europy. Po roku 1932, medaliści Mistrzostw Starego Kontynentu ustalani będą niejako symbolicznie, po prostu na podstawie miejsc zajętych na mistrzostwach świata lub igrzyskach olimpijskich.

A tymczasem w 1930 roku Polacy znów potwierdzają swój akces do hokejowej czołówki. W półfinale biało-czerwoni, choć prowadzą już z Niemcami 1:0 po golu Tupalskiego, ostatecznie przegrywają jednak 1:3 tracąc szanse na drugi z rzędu mecz o złoto. W pojedynku o 3 miejsce ulegają po trafieniach w ostatniej tercji Austriakom 0:2, zajmując w tym turnieju, odpowiednio 4 miejsce w Europie oraz 5 miejsce na świecie.

W lutym 1931 roku apetyty na sukces polskich kibiców hokeja są jeszcze bardziej wyostrzone, bo turniej o mistrzostwo świata odbywa się wówczas na naszym lodzie w Krynicy. Na otwarcie zmagań przegrywamy z Czechosłowacją 1:4.

 

Potem jednak dzięki bezcennemu trafieniu w dogrywce Tupalskiego, pokonujemy Francuzów 2:1 i wciąż pozostajemy w grze. W finałowej rozgrywce sześciu najlepszych zespołów turnieju, biało-czerwoni 4 lutego 1931 odnoszą ogromnie ważne i bardzo prestiżowe zwycięstwo nad Szwedami 2:0.

Przegrywają potem planowo, jak niemal każdy, z Kanadyjczykami (0:3). Szansa na brązowy medal ucieka chyba 6 lutego w Krynicy, gdzie choć prowadzimy już z Austriakami po trafieniu Materskiego, dajemy sobie wbić w trzeciej tercji dwa gole i przegrywamy 1:2. Potem jeszcze minimalna porażka z USA 0:1 oraz bezbramkowy remis z Czechosłowacją. Polacy zajmują ostatecznie 4 miejsce, wyprzedzając zarówno Szwedów, jak i Czechosłowację oraz potwierdzając po raz kolejny, że należą do ścisłej światowej hokejowej czołówki. Na Starym Kontynencie są na tym turnieju drugą siłą, nieznacznie ustępując tylko Austriakom.

Rok później, w zimie 1932, z igrzysk w amerykańskim Lake Placid, znów przywożą Polacy 4 miejsce. Tam jednak, gwoli ścisłości, turniej był wyłącznie czterozespołowy, a biało-czerwoni przegrali wszystkie swoje mecze, w tym po raz pierwszy dwucyfrowo (porażka 0:10 z Kanadą). Z praskich mistrzostw świata 1933, Polacy przywożą 7 lokatę. W 1935 roku w szwajcarskim Davos biało-czerwoni zajmą dopiero 10 miejsce w gronie piętnastu drużyn, ale odniosą tam swe pierwsze i jedyne aż do połowy lat 50-tych turniejowe zwycięstwo nad Niemcami, a także najwyższe przedwojenne zwycięstwo w rozgrywkach rangi mistrzowskiej, pokonując Belgów aż 12:2 (hattrick Wołkowskiego i Kowalskiego). Na igrzyskach w Garmisch Partenkirchen 1936 naszym udziałem jest 9 miejsce, lecz na uwagę zasługuje pierwsze polskie historyczne trafienie w pojedynku z Kanadyjczykami (1:8, gol Adama Kowalskiego) oraz efektowne zwycięstwo nad Łotyszami 9:2, którzy przecież dziś leją nas, jak tylko chcą. Rok później na mistrzostwach świata biało-czerwoni zostawiają po sobie bardzo dobre wrażenie. 17 lutego 1937 na londyńskim lodowisku, po bramkach Kowalskiego, Burdy i Wołkowskiego wyraźnie pokonują Szwedów 3:0. To po dziś dzień najwyższe nasze zwycięstwo nad reprezentacją Trzech Koron. Z Kanadą udaje się Polakom strzelić aż dwie bramki (obie są dziełem Czesława Marchewczyka; porażka 2:8), czego na tamtym turnieju nie udało się osiągnąć żadnej innej ekipie. Pokonujemy jeszcze Francuzów 7:1 i Węgrów 4:0, lecz szansę na wejście do finałowej czwórki i włączenie się do walki o medale, przegrywamy nieznacznie w meczu ze Szwajcarami (0:1). Polacy zajmują dopiero 8 miejsce (6 lokatę przegrali nasi gracze bez walki, zostając zdyskwalifikowanymi i poddając po prostu walkowerem dwa ostatnie spotkania w turnieju, których byli zresztą zdecydowanym faworytem), choć brąz na tym turnieju był jak najbardziej w ich zasięgu. Z praskich mistrzostw świata 1938, przywożą Polacy 9 miejsce (5 goli Wołkowskiego). Natomiast na pół roku przed piekłem II wojny światowej, na szwajcarskich lodowiskach biało-czerwoni plasują się na bardzo przyzwoitej 6 lokacie wśród trzynastozespołowej gromadki. Stawkę zamyka debiutująca wówczas w imprezie i robiąca tam za chłopca do bicia, dziś potężna przecież w siłę, reprezentacja Finlandii. Co ciekawe, swoje ostatnie przedwojenne spotkanie w mistrzowskim turnieju rozgrywają Polacy w Bazylei, 12 lutego 1939 r. o godz. 10.30, właśnie z reprezentantami niemieckiej III Rzeszy, przegrywając 0:4. Naszym najlepszym strzelcem na tym turnieju znów jest Wołkowski z sześcioma bramkami na koncie.

W pewnym sensie, wraz z wybuchem wojny, kończy się najbardziej płodny w sukcesy okres polskiego hokeja. Szczególnie lata 1927-1932 są dla biało-czerwonych wyjątkowo udane. Wówczas to dwukrotnie wywalczają wicemistrzostwo Europy (1929, 1931) i aż trzykrotnie lokują się w pierwszej czwórce na wielkich turniejach (4 miejsce na MŚ 1931, 4 miejsce na IO 1932; 4 miejsce na ME 1927). Dziś może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale w latach przedwojennych toczyliśmy bardzo wyrównane boje z Czechosłowacją, a ze Szwedami na wielkich turniejach mieliśmy w bezpośrednich starciach dodatni bilans. Takie zespoły jak Finlandia czy Łotwa, mogły wówczas jedynie pomarzyć o nawiązaniu równorzędnej walki z Polakami. Cóż, trochę się zmieniło w hokejowym układzie sił na świecie od tamtego czasu.

Pierwsze powojenne mistrzostwa globu, od razu z udziałem Polaków, rozgrywają się w zimie 1947 roku na lodowisku w Pradze. 15 lutego 1947 roku, po niemal ośmioletniej przerwie biało-czerwoni znów toczą swój bój na wielkim turnieju. Wysoko przegrywamy jednak z Austriakami 2:10, a oba trafienia uzyskuje wybitna postać polskiego powojennego hokeja Hilary Skarżyński. Co ciekawe, trenerem naszej hokejowej kadry, jest znany z boisk piłkarskich, niesamowity Wacław Kuchar. Nazajutrz po klęsce z Austrią, biało-czerwoni odnoszą swe pierwsze od 1939 roku turniejowe zwycięstwo, rozbijając Rumunów 6:0 (hattrick znakomitego Stefana Csoricha). Toczymy potem jeszcze zacięte boje m.in. ze Szwedami (3:5) i USA (2:3), gromimy Belgów (11:1) i kończymy mistrzostwa jako szósta hokejowa siła na świecie.

Po roku, na zimowych igrzyskach olimpijskich w szwajcarskim St. Moritz, rewanżujemy się Austriakom, pokonując ich 30 stycznia 1948 r. 7:5 (pierwszą po wojnie bramkę dla Polaków na igrzyskach strzela Csorich). Nazajutrz doznajemy jednak spektakularnej klęski z USA w rozmiarach 4:23. Dwucyfrowo przegramy również z Kanadą, Czechosłowacją i Szwecją (minęły już czasy przedwojennych wyrównanych pojedynków z tymi zespołami), za to aż 13 bramek udaje nam się wbić Włochom (13:7). Turniej kończymy na 7 miejscu, ale na skutek wycofania zespołu USA, przesuwamy się ostatecznie na 6 lokatę. Aż trzech naszych graczy, Alfred Gansiniec, Mieczysław Palus i wspomniany Skarżyński, kompletuje na olimpijskim turnieju w St. Moritz po pięć trafień.

Na następny występ o stawkę czekają Polacy aż 4 lata, do kolejnych zimowych igrzysk. W Norwegii, w 1952 roku, Polacy wywalczają 6 miejsce (4 lokata w Europie), a na szczególną uwagę zasługuje fakt naszego pierwszego po wojnie, hokejowego zetknięcia z Niemcami. 19 lutego 1952 na lodowisku w Oslo, biało-czerwoni tracą w końcówce dwie bramki i ostatecznie remisują z RFN 4:4. Na skandynawskim turnieju wyprzedzamy również Finów, których pokonujemy w bezpośrednim starciu w Lillestrom 4:2. Eugeniusz Lewacki, z pięcioma trafieniami na koncie, jest na tym turnieju olimpijskim naszym najskuteczniejszym zawodnikiem.

3 lata później znów Polacy stają do walki na hokejowych mistrzostwach świata. Turniej rozgrywany w zachodnich Niemczech jest w dziejach naszego hokeja momentem dość istotnym. Oto bowiem wreszcie, po raz pierwszy w historii, stają do rywalizacji ze sobą wszystkie największe siły na hokejowej mapie świata. W gronie rywali polskiej drużyny są teraz wszyscy najlepsi, jest Kanada, USA, Czechosłowacja, Szwecja, robiąca błyskawiczne postępy Finlandia, jest RFN, i jest też włączająca się od niedawna do rywalizacji z resztą hokejowego świata ekipa ZSRR. Można powiedzieć, że to dopiero wtedy w 1955 roku zaczynają się dla Polaków prawdziwe mistrzostwa świata, prawdziwe, bo naszpikowane obecnością wszystkich najlepszych. Na dzień dobry, 26 lutego 1955 roku, na lodzie w Krefeld odnosimy wielki sukces, pokonując gospodarzy imprezy, ekipę RFN 5:4 (dwa trafienia Józefa Kurka, naszego najskuteczniejszego w dziejach strzelca na turniejach pośród elity). Następnego dnia przegrywamy z Kanadyjczykami 0:8, a nazajutrz stajemy do pierwszej historycznej turniejowej batalii z drużyną ZSRR. Po bramkach Wróbla i Lewackiego, przegrywamy z radziecką hokejową potęgą 2:8. Po drodze doznajemy jeszcze porażek m.in. z USA, CSRS, Szwecją, ale za to udaje nam się wygrać z Finami 6:3 i zajmujemy ostatecznie 7 lokatę (wyprzedzamy Szwajcarię i Finlandię; od Niemców mamy niestety gorszy bilans bramkowy, choć wygraliśmy z nimi bezpośrednie starcie). Ten turniej to ważne potwierdzenie mocnej pozycji polskiego hokeja na arenie międzynarodowej.

W 1956 roku na igrzyskach we włoskim Cortina d’Ampezzo Polacy zajmują 8 miejsce, wyprzedzając Szwajcarów i Austriaków, a więc obie drużyny, które udało im się pokonać w bezpośrednim starciu. Rok później, w zimie 1957, na moskiewskim turnieju o mistrzostwo świata po raz pierwszy przegrywamy ważny mecz z Finami (3:5, choć po pierwszej tercji prowadziliśmy już 2:0). Przegrywamy potem nie tylko z ZSRR, CSRS, Szwecją, ale również z NRD. Udaje nam się pokonać jedynie Japonię (hattrick Zdzisława Nowaka) i Austrię (hattrick Kurka). Prowadzonym przez czeskiego trenera Antonina Haukvica Polakom przypada więc w udziale 6 miejsce, lecz należy pamiętać, że do Moskwy nie przyjechały wówczas ekipy Kanady i USA. Józef Kurek kompletuje na turnieju w Rosji aż siedem trafień.

Przedwiośniem 1958 roku na lodowisku w Oslo, Polacy zajmują już ostatnie miejsce w turnieju mistrzowskim. Przegrywamy wyraźnie z wszystkimi faworytami (USA, Kanada, ZSRR i Szwecja strzelają nam dwucyfrową liczbę bramek; Czechosłowacja jest nieco litościwsza), ale decydujące znaczenie ma zmarnowana szansa na zwycięstwo z Finlandią (jeszcze na 13 min. przed końcem spotkania prowadzimy po golach Kurka 2:0; zespół Suomi wyrównuje na 8 sekund przed końcową syreną!) oraz dość zaskakująca porażka z gospodarzem imprezy – Norwegią 3:8 (choć jeszcze po pół godzinie gry wygrywaliśmy 3:2). Na mistrzostwach w Czechosłowacji, liczba uczestników turnieju zostaje powiększona do 12 zespołów. Jednak Polakom udaje się wygrać zaledwie jedno spotkanie, ze Szwajcarami 2:1 (decydujący gol Kurka), dzięki czemu zajmują przedostatnie miejsce w końcowej tabeli. Doprowadza to do sytuacji, że w 1960 roku, po raz pierwszy, odkąd biało-czerwoni zaczęli regularnie grywać na mistrzowskich turniejach, nie załapali się na igrzyska olimpijskie.

W marcu 1961 roku na lodowiskach w Lozannie i Genewie, biało-czerwoni po raz pierwszy w historii zmuszeni są do udziału w turnieju zaledwie na zapleczu rywalizacji ośmiu najlepszych drużyn globu. Mało tego, Polakom udaje się tam wygrać jedynie z gospodarzami (3:1), przegrywając aż cztery spotkania i zajmując dopiero 5 lokatę. Na wspomnianym drugim froncie ugrzęźniemy na kolejne kilka lat (choć odnosimy tam niekiedy imponujące zwycięstwa, jak 22:4 z Jugosławią, 10:0 z Wielką Brytanią czy 10:1 z Francją w 1963 r.), wyrwiemy się stamtąd dopiero w 1965 roku. Ale wcześniej jeszcze, pod wodzą trenera Gary Hughesa jedziemy na igrzyska w Innsbrucku, gdzie choć przegrywamy z RFN i Japonią, wygrywamy jednak naszą grupę i zajmujemy 9 miejsce na turnieju olimpijskim (Józef Manowski uzyskał 8 trafień, z czego aż 4 w meczu przeciwko Jugosławii; Bronisław Gosztyła ustrzelił na austriackiej imprezie 7 goli, a Józef Stefaniak - 5). W marcu wspomnianego już roku 1965, na fińskich lodowiskach wygrywamy grupę B (tylko drużynie RFN udaje się z nami zremisować 3:3, wszyscy pozostali rywale wyraźnie przegrywają z Polakami) i powracamy do elity.

Tam jednak rywale wcale nie czekają na nas z otwartymi ramionami. Choć Polacy wstydu absolutnie nie przynoszą, tocząc bardzo zacięte boje i nawet z najlepszymi nie doznając jakichś druzgocących klęsk, to jednak trzy decydujące mecze z zespołami będącymi w naszym zasięgu przegrywamy (NRD 0:4, Finlandia 3:6, USA 4:6) i grzecznie się pożegnawszy, opuszczamy grono elitarnej ósemki. Powrócimy tam dopiero po 4 latach. W 1969 roku na lodowisku w Lublanie, w ramach MŚ gr. B, wygrywamy niemal wszystkie mecze (również z RFN 3:2), przegrywając jedynie z NRD (1:4) i to właśnie w towarzystwie tej ostatniej ekipy wkraczamy do ścisłej, sześciodrużynowej hokejowej elity.

Nasz zespół prowadzi wówczas znakomity radziecki trener Anatolij Jegorow. To początek jego epoki. Dodajmy od razu, bardzo udanej epoki w dziejach naszego hokeja. Na sztokholmskich mistrzostwach elity w 1970 roku, przegrywamy na dzień dobry, po całkiem niezłej grze z Czechosłowacją 3:6. Potem notujemy dość wyraźne porażki z Finami, Szwedami i ZSRR. W decydujących o pozostaniu w grupie A pojedynkach z NRD, Polacy najpierw remisują 2:2, lecz 29 marca ulegają drużynie ze wschodnich Niemiec 2:5 (choć jeszcze w końcowej fazie meczu prowadziliśmy 2:1). Lądujemy więc na ostatnim, 6 miejscu w elitarnym gronie (choć przypomnieć należy, że w turnieju tym nie uczestniczyła Kanada), a potem przegrywamy jeszcze barażowy dwumecz z RFN (4:4 i 3:6), co oznacza ponowną degradację do grupy B. Na szwajcarskich lodowiskach w 1971 roku Polacy dają się wyprzedzić tylko gospodarzom (choć w bezpośrednim z nimi spotkaniu remisujemy 4:4).

Za to 4 lutego 1972 roku na lodowisku w Sapporo, polscy hokeiści pokonując w arcyważnym meczu zespół RFN aż 4:0 dokonują rzeczy wspaniałej, wywalczając awans do najlepszej szóstki bijącej się o medale na japońskich igrzyskach olimpijskich. Tam przegrywamy już wszystkie mecze, ale pogromu doznajemy wyłącznie od Czechosłowacji. Ze Szwedami oddajemy teren po walce 3:5. Leszek Tokarz strzela na tym turnieju bramki nie tylko Niemcom, ale również Finom, Szwedom, oraz reprezentantom Czechosłowacji. Podopieczni Jegorowa swojego występu w Sapporo raczej wstydzić się nie muszą. Niespełna 2 miesiące później, na MŚ gr. B, wygrywając wszystkie swoje mecze (w tym te dwa najważniejsze, czyli dramatyczny bój z USA 6:5 oraz z NRD 3:2), biało-czerwoni po bukaresztańskim lodzie znów efektownie wślizgują się do hokejowej śmietanki.

Na moskiewskim czempionacie elity w 1973 roku polscy hokeiści bardzo mądrze dysponują swymi zasobami. Pozwalają bić się gospodarzom imprezy w zastraszających wręcz rozmiarach (aż 0:20), ale tylko po to, by wszystkie siły rzucić na kluczowe dla nas pojedynki z drużynami Finlandii oraz RFN, które miały ostatecznie zadecydować o tym, kto pozostanie w elitarnym gronie, a kto z niego wypadnie. Biało-czerwonym udaje się zremisować z Finami 1:1 oraz po piorunującej trzeciej tercji (wygranej aż 3:0) pokonać w decydującym boju Niemców 4:1. Plasujemy się na 5 miejscu w świecie (w turnieju nie brała jednak udziału Kanada) i dzięki temu, po raz pierwszy od kilkunastu lat udaje się Polakom pozostać w elitarnym gronie na kolejny rok. Zresztą nasi hokeiści grać będą w wąskiej, sześciodrużynowej grupie A przez aż 4 sezony z rzędu.

Na wiosnę 1974 roku, podczas mistrzostw w Helsinkach biało-czerwoni przegrywają swe inauguracyjne spotkanie ze Szwedami 1:4, ale u strzelca ostatniej bramki dla Skandynawów – Ulfa Nilssona, wykryto po meczu niedozwolone środki dopingujące w organizmie. Wynik spotkania zostaje zweryfikowany na 5:0 dla Polski i jak się potem okaże, to właśnie ten walkower zadecydował o naszym pozostaniu w elicie na kolejny rok. Polskim hokeistom udaje się bowiem uciułać jeszcze dwa remisy (2:2 z Finlandią oraz 3:3 z NRD), ale to wystarcza by wyprzedzić o punkt rywali ze wschodnich Niemiec.

Na mistrzostwach w Monachium i Dusseldorfie w 1975 roku biało-czerwoni znów znają swoje priorytety. Pokornie pozwalają okładać się w dwucyfrowych rozmiarach  hokeistom ze Szwecji lub ZSRR, przegrywając też pozostałe spotkania z Czechosłowacją oraz Finlandią. Jednak gdy przychodzi do decydujących bojów z USA, podopieczni Jegorowa nie zawodzą, wygrywając oba spotkania 5:3 oraz 5:2. Najlepszym naszym strzelcem na tym turnieju jest Walenty Ziętara, który uzyskuje 5 trafień.

Wraz z monachijskimi mistrzostwami, kończy się w naszej kadrze turniejowa era Anatolija Jegorowa. Trenera, który przez 3 lata z rzędu (1973-1975) zdołał wywalczyć z polskimi hokeistami 5 miejsce na świecie i utrzymać biało-czerwony hokej w wąskiej elicie lodowej dyscypliny. Jegorow jest wspominany przez jego dawnych zawodników jako trener bardzo wymagający, ale jednocześnie taki, który wprowadził nowe standardy do polskiego hokeja. Bywał w klubach, prowadził zajęcia z klubowymi trenerami, regularnie doglądał swoich zawodników, dbając o ich rozwój. No i był z nimi na dobre i złe. Został odwołany z selekcjonerskiego stołka, bo w Moskwie nie spodobało się między innymi to, że Jegorow wraz ze wszystkimi swymi podopiecznymi chodził na niedzielną Mszę św. do kościoła. On natomiast uważał, że skoro wszyscy jego zawodnicy są wierzący, to jego obowiązkiem jest być z nimi i towarzyszyć im w chwilach dla nich ważnych. Uznano jednak takie postępowanie za niegodne człowieka radzieckiego. Po powrocie do ojczyzny posadzono Jegorowa za biurkiem i uczyniono z niego biurokratę, zajmującego się radzieckim hokejem... na trawie.

Requiem na lodzie. Anatomia upadku cz.II 

R.

czwartek, 23 maja 2013, badzi

Polecane wpisy

  • Ostatni taki bal

    Kilka dni temu ucieszyliśmy się wszyscy radością szczerą, choć zatroskaną nieco o to, co dalej , z wywalczonego w niezłym stylu, awansu polskich hokeistów na za

  • Awans i co dalej?

    To było ponad 21 lat temu. 25 marca 1993 roku, podczas mistrzowskiego turnieju grupy B na lodowisku w Eindhoven, stało się coś naprawdę istotnego i brzemiennego

  • Kolejne wielkie derby Poznania za nami

    Całkiem niedawno, bo 4 lutego minęło dokładnie 80 lat od momentu, gdy Poznań cieszył się swym największym i niepowtarzalnym, jak dotąd, triumfem w hokeju na lod

Komentarze
2013/05/23 10:31:59
Świetny artykuł. Ktoś powinien go przedrukować. Dzięki i pozdrawiam.
-
2013/05/24 09:30:52
Mądry ten Jegorow był! Sprytnie odpuszczał przegrane mecze.
-
Gość: numer10, *.xdsl.centertel.pl
2013/05/24 11:11:11
Głupi nie był :) Znał możliwości polskiego hokeja i do nich dostosowywał proces wytaczania realnych celów i priorytetów podczas mistrzowskich turniejów. Dzięki temu osiągnął to, czego nie udało się uzyskać ni wcześniej, ni później żadnemu innemu selekcjonerowi - utrzymał nas w ścisłej, pięciodrużynowej światowej czołówce przez kilka sezonów z rzędu. "Wolno nam było przegrać z ZSRR 0:20 podczas mistrzostw świata w Moskwie, aby przećwiczyć zagrywki i pewne fragmenty gry na spotkania z Finlandią i RFN, które były dla nas kluczowe. To dzięki punktom zdobytym w tamtych meczach utrzymaliśmy się w światowej elicie" - wspominał niedawno jeden z naszych ówczesnych reprezentantów.
-
Gość: Tomek, *.hsd1.il.comcast.net
2013/05/26 00:36:20
Fantastyczny wpis. Dziękuje. Pierwsza miłość do polskiej reprezentacji to Albertville 1992. Mialem 10 lat. Oglądałem wszystkie mecze, i mimo sromotnych porażek zakochalem się w hokeju. Pomyślałem sobie "nie mogę się doczekać następnej olimpiady kiedy nasi bedą grać". Nie doczekałem się. Po latach przeprowadziliśmy się z rodzina do USA. Lata 98-2004 to obsesja na punkcie Czerkwaskiego. Oprócz tego tego to oglądanie (raczej śledzenie na internecie) zmagan w grupie B, teraz C. Porażki z Kazachstanem, Ukraina, Austria, Norwegia,, Słowenia, etc. 21 lat minęło od Albertville. Czy doczekamy się polskiej reprezentacji w hokeju na Olimpiadzie? Trudno to sobie wyobrazić...