Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr (cz.4)

Bogusław Pachelski. Z pewnością jeden z najlepszych polskich graczy przełomu lat 80. i 90., którzy nigdy nie dostąpili zaszczytu występu w koszulce z orłem na piersi w pierwszej kadrze biało-czerwonych. Szybki, sprawny, niewątpliwie z potencjałem reprezentacyjnym, ale no właśnie, o grze w reprezentacji decyduje również mnóstwo innych spraw – konkluduje Andrzej Strejlau, za którego selekcjonerskiej kadencji, Pachelski należał do wybijających się postaci naszej ekstraklasy. Jako 21-letni piłkarz Wisły Płock został królem strzelców III ligi z imponującym dorobkiem aż 58 trafień! Dwa sezony później, jako zawodnik warszawskiej Gwardii, jest najskuteczniejszym graczem na pierwszoligowym zapleczu, a potem bryluje już na salonach, strzelając dla poznańskiego Lecha, gdzie na dzień dobry w swych pierwszych siedmiu międzynarodowych przetarciach w ramach Pucharu Intertoto uzyskuje siedem goli (trzy przeciwko Odense, dwa wbija Banyaszowi Siofok, po jednym Broendby i LASK Linz). W następnych latach przyjdą pojedynki, dzięki którym Pachelski przechodzi do historii polskiego futbolu, nie tylko znakomicie grając przeciwko renomowanym rywalom na europejskiej arenie, ale również strzelając bezcenne bramki naprawdę wielkim klubom (niezapomniane trafienia przeciwko Barcelonie, Panathinaikosowi, Olympique Marsylia; ale warto pamiętać, że również inne bramki dla Lecha w tych meczach padały przy współudziale Pacheli, a po faulach na nim w spotkaniach z mistrzami Grecji i Francji, Kolejorz zdobywał gole z karnych). Bogusław Pachelski to było istne żywe srebro, zawodnik, obdarzony ogromną boiskową inteligencją, wspaniałym dryblingiem, imponującym sprytem i znakomitym wyszkoleniem technicznym, grający niezwykle efektownie, potrafiący zabłysnąć nawet na tle graczy z najwyższej, światowej półki. Nigdy nie zapomnę istnego wulkanu euforii, który wybuchnął przed radiowym odbiornikiem, po bezcennym, wyrównującym golu Pachelskiego strzelonym w Atenach, gdy wydawało się, że awans Lecha zaczyna być poważnie zagrożony.

Na boiskach naszej ekstraklasy Pachelski ustrzeli blisko pół setki goli, by wyjechać już w dojrzałym piłkarsko wieku, poszukać szczęścia również w tureckim Adanaspor i francuskim Perpignan. Po powrocie z zagranicznych wojaży, już w barwach poznańskiej Olimpii, skompletował we Wrocławiu efektownego hat-tricka przeciwko Śląskowi, którego ofiarą padł Adam Matysek. Od spełnienia reprezentacyjnych marzeń dzieliło Pachelskiego naprawdę bardzo niewiele. 24 kwietnia 1988 roku zaliczył nawet w barwach prowadzonej przez Wojciecha Łazarka polskiej kadry 50 minut w rozgrywanym w stolicy Wielkopolski sparingowym meczu przeciwko reprezentacji Poznania. Jednak to właśnie Bogusław Pachelski okazał się być jedynym graczem spośród uczestników tamtego sparingu kadry Łazarka występujących z orzełkiem na piersi, któremu nie dane było kiedykolwiek zagrać w oficjalnym meczu polskiej reprezentacji. Na otarcie łez pozostawały mu występy w prowadzonej przez Zdzisława Podedwornego reprezentacji olimpijskiej, której niestety nie udało się awansować na igrzyska w Seulu w 1988 roku. Na zawsze już będzie kojarzony z siatką założoną znakomitemu Zubizarrecie, którą uciszył słynny stadion Camp Nou.

Janusz Turowski. Być może najlepszy polski piłkarz, który nigdy nie zagrał dla naszej reprezentacji. Wychowanek bydgoskiej Polonii, w ekstraklasie debiutuje w barwach Pogoni Szczecin już w wieku osiemnastu lat. Po kilku sezonach spędzonych w portowym mieście, latem 1982 roku przenosi się do warszawskiej Legii, gdzie szlifuje swój przeogromny talent pod okiem Kazimierza Górskiego. W październiku 1982 roku Antoni Piechniczek zabiera młodziutkiego, świetnie rokującego gracza, na ławkę rezerwowych do Lizbony, na mecz eliminacyjny do Mistrzostw Europy z Portugalią. Wcześniej Turowski występuje też w reprezentacjach juniorskich i młodzieżowych, a potem gra i strzela również dla kadry olimpijskiej, zmagającej się o przepustki do Los Angeles. Po dwóch sezonach spędzonych w Legii, gdzie zdobył trzynaście goli, wraca na półtora roku do Pogoni Szczecin. W portowych barwach, we wrześniu i październiku 1984 roku, Turowski ma okazję zmierzyć się w dwumeczu o Puchar UEFA z FC Koeln, z takimi graczami, jak Schumacher, Littbarski, Bein czy K.Allofs. Kilkanaście miesięcy później, już po zakończeniu piłkarskiej jesieni 1985, 24-letni Turowski, zamykając swój bilans w ekstraklasie na 125 występach i 28 strzelonych golach, postanawia jeszcze bliżej poznać futbol naszych zachodnich sąsiadów i kontynuować karierę w Niemczech. Janusz wyjechał z Polski samowolnie, więc musiał odczekać dwuletnią karę dyskwalifikacji nałożoną przez PZPN - wspominał przed kilku laty, na kartach książki Jacka Perzyńskiego „Piłkarz z charakterem”, klubowy kolega Turowskiego z Frankfurtu, Włodzimierz Smolarek - W Eintrachcie spędził sześć lat i można powiedzieć, że błysnął talentem na boiskach Bundesligi. W Polsce klasyfikowany był jako jeden z najbardziej obiecujących naszych juniorów. Wyjeżdżając z kraju, zdawał sobie sprawę, podobnie jak wielu innych, że reprezentacja jest sprawą w tym momencie zamkniętą, a mógłby się jej przydać, bo 'Turek' był typowym szybkobiegaczem, który łączył w sobie ogromną dynamikę z instynktem strzeleckim. Pamiętam taki nasz mecz z Borussią Moenchengladbach, kiedy zagrał w ataku z Detarim. Po podaniu Węgra uciekł rywalom i po rajdzie przez pół boiska zdobył bramkę. Dodatkowo jeszcze zajął się w tym meczu pilnowaniem Michaela Frontzecka, wówczas reprezentacyjnego obrońcy RFN. Niemiec był bezradny, a jeszcze na dokładkę dostał od Janusza parę ‘siatek’ w trakcie meczu. Jego gra naprawdę robiła wrażenie. Dlatego Eintracht trzymał go u siebie aż tyle lat. Już w pierwszym sezonie spędzonym w Bundeslidze, Turowski jest najskuteczniejszym piłkarzem swojego zespołu. Dwa sezony później, powtórzy to osiągnięcie. Janusz Turowski rzeczywiście był jednym z tych Polaków, którzy na rozgrywkach Bundesligi odcisnęli trwale swe znamię. Łącznie na pierwszoligowych, niemieckich boiskach rozegrał 105 meczów, strzelając 28 bramek. Dość powiedzieć, że w całych dziejach polskiego futbolu, spośród naszych reprezentantów, tylko Lewandowski, Furtok, Juskowiak, Wichniarek i Leśniak mają lepszy bilans strzelecki w lidze naszych zachodnich sąsiadów. Aż czterokrotnie, o czym już kiedyś pisaliśmy na blogu, Janusz Turowski strzelał po dwie bramki w jednym spotkaniu, a w 15 kwietnia 1989 roku popisuje się efektownym hat-trickiem przeciwko Karlsruher SC. We Frankfurcie Turowski dzielił klubową szatnię nie tylko z rodakami - Smolarkiem czy Biernatem, ale również z prawdziwymi, futbolowymi gwiazdami, takimi jak: Stein, Berthold, Moeller, Detari, Eckstein, Bein, Binz czy Yeboah. Latem 1991 roku, 30-letni Turowski przenosi się na zaplecze Bundesligi, gdzie rozegra jeszcze dwa sezony dla VFB Lipsk (tu jednym z jego klubowych partnerów jest słynny Francuz - Didier Six), strzelając 11 goli, po czym zawiesi swe piłkarskie buty na kołku.

Jarosław Biernat. Uważany za gigantyczny wręcz talent w polskim futbolu. Przepowiadano mu fantastyczną karierę. Jego piłkarska przygoda, podobnie jak Turowskiego, przeplatała w sobie grę dla Pogoni Szczecin, Legii Warszawa i Eintrachtu Frankfurt. W obu sezonach swych występów dla warszawskiej Legii był najskuteczniejszym graczem zespołu. Występował w polskiej kadrze juniorów, a w eliminacyjnym meczu do igrzysk olimpijskich ’84, potrafił strzelić Finom dwie bramki w dwie minuty. Powołany przez Piechniczka w maju 1983 roku na chorzowski, eliminacyjny mecz do Euro z ZSRR, lecz całe to spotkanie młody piłkarz przesiedział na ławce rezerwowych. Gdy wraz z Turowskim opuszczał ojczyznę, jego bilans w ekstraklasie zamknął się na 32 golach w 147 meczach. Początki Biernata w Bundeslidze były wręcz wymarzone, już w 15 minucie swego debiutanckiego występu przeciwko Fortunie Dusseldorf, strzelił swego pierwszego gola. Było to jednak zarazem jego ostatnie trafienie na pierwszoligowych boiskach w Niemczech. Łącznie w Bundeslidze rozegrał zaledwie dwanaście spotkań. Za jej zapleczu, w zespołach Union Solingen czy SpVgg Bayreuth strzelił siedem goli w niespełna czterdziestu spotkaniach, a potem grał już wyłącznie w niższych ligach za naszą zachodnią granicą. Problem Biernata i Turowskiego polegał na tym, że byli to zawodnicy, jak się wtedy mówiło ‘z dwoma paszportami’, a w Niemczech traktowani byli jako uciekinierzy, gdyż swój kraj opuścili nielegalnie. Było im znacznie trudniej przebić się do pierwszej jedenastki, takie wyglądały realia. Biernat przyjechał tu razem z Turowskim, jemu jednak nie poszło już tak kolorowo. W odróżnieniu od nas, on był sam. Wiem, jak wpływał na niego brak rodziny. Opuszczał kraj nie do końca wiedząc, co go czeka i co będzie z jego rodziną. A życie za granicą nie było łatwe. Wkrótce wypożyczono go do drugiej ligi - wspominał swego klubowego kolegę z Eintrachtu, Włodzimierz Smolarek.    

Tomasz Arceusz. Na boiskach ekstraklasy strzelał tylko dla lubelskiego Motoru (jedno trafienie) oraz stołecznej Legii (dokładnie ćwierć setki bramek). Bardzo udany był w jego wykonaniu sezon 1985/86, gdy należał do najlepszych snajperów pierwszej ligi. W europejskich pucharach wystąpił jedenastokrotnie, raz pokonując bramkarza Vikingu Stavanger - słynnego Erika Thorstvedta. Najcieplej wspomina zapewne wszystkie cztery pamiętne mecze Legii z Interem Mediolan, w których zaprezentował się naprawdę z dobrej strony, tocząc zacięte boje z najlepszymi wówczas obrońcami na świecie. Po wywalczeniu Pucharu Polski w 1989 roku, wyjechał do Finlandii, gdzie grał przez blisko dekadę, strzelając dla zespołu Vaasan Palloseura kilkadziesiąt goli. W 1992 roku został drugim w historii, polskim królem strzelców drugiej ligi fińskiej.

Joachim Siwek. Już jako osiemnastoletni gracz bytomskich Szombierek uzyskał swą debiutancką bramkę w polskiej ekstraklasie. Kilkanaście miesięcy później wyjechał z ojczyzny, meldując się w Borussi Dortmund. Tam jednak nie znalazł uznania w oczach kolejnych szkoleniowców takich, jak Otto Rehhagel czy Udo Lattek i przez trzy lata, młody polski zawodnik rozegrał w żółto-czarnych barwach BVB zaledwie jedno spotkanie w Pucharze Niemiec, strzelając w nim zresztą dwie bramki. 22-letni Siwek postanawia więc poszukać szczęścia w pierwszej lidze holenderskiej, gdzie w 1980 roku rozegra dla zespołu NAC Breda 16 spotkań i strzeli 4 gole. Następnie obiera kurs na Szwajcarię. To prawdziwy strzał w dziesiątkę. Joachim Siwek przeżyje w alpejskiej krainie naprawdę udaną piłkarską przygodę, która potrwa blisko dekadę. Dla Chiasso, FC Vevey oraz Young Boys strzeli przez ten czas łącznie 56 pierwszoligowych goli. W sezonie 1982/83 jest najskuteczniejszym obcokrajowcem w lidze szwajcarskiej. Z ekipą z Berna (w której znajdują się m.in. najlepszy wówczas szwedzki piłkarz Robert Prytz czy późniejszy strzelec pięknego gola dla Helwetów na amerykańskim mundialu - Georges Bregy), trenowaną przez polskiego szkoleniowca Mandziarę, Siwek sięgnie zarówno po mistrzostwo (1986), jak i puchar kraju (1987). To właśnie polski snajper, grający z numerem „9” na koszulce, strzeli głową dla berneńskich Młodych Chłopców w trzeciej minucie dogrywki finału Pucharu Szwajcarii, bezcenną bramkę na 3:2. U progu wspomnianego sezonu będzie miał też okazję pograć nieco przeciwko słynnemu Realowi Madryt w obu meczach PKME. Po siedmiu sezonach spędzonych na pierwszoligowych boiskach w helweckiej krainie, przeniesie się Siwek u kresu kariery na tamtejszy drugi front. W trakcie dwóch lat występów dla zespołu Locarno, polski napastnik uzyska łącznie 21 goli, zostając w sezonie 1988/89 trzecim snajperem szwajcarskiej drugiej ligi.

Andrzej Łatka. Jeden z tych polskich piłkarzy, którym udało się uciszyć Camp Nou. Wiosną 1981 roku zawodnik Sandecji Nowy Sącz należał do filarów, prowadzonej przez Henryka Apostela srebrnej reprezentacji biało-czerwonych podczas Mistrzostw Europy U-18. Łatka wystąpił we wszystkich spotkaniach, strzelał ważne bramki i wraz z Dziekanowskim stworzył bardzo ciekawą formację ofensywną. Pojechał też na jesienny młodzieżowy mundial do Australii, lecz tam, już w pierwszym spotkaniu z Katarem otrzymał czerwoną kartkę i zakończył swą przygodę w krainie kangurów. Na polskich pierwszoligowych boiskach dla Stali Mielec, Motoru Lublin, oraz stołecznych: Legii i Polonii, strzelił łącznie 45 goli. Z Legią dwukrotnie sięgał po Puchar Polski (1989 i 90; wystąpi w aż trzech finałach PP z rzędu). Dziewięciokrotnie wystąpił w europejskich pucharach, grając m.in. przeciwko takim firmom jak Bayern, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria czy Manchester United. 13 września 1989 roku strzelił pamiętną, efektowną bramkę z kilkudziesięciu metrów wielkiej Barcelonie na Camp Nou. Kilkanaście miesięcy później miał już nieco mniej szczęścia w pojedynku z Sampdorią i to właśnie odniesiona przez niego kontuzja już w początkowych minutach meczu, umożliwiła pojawienie się na boisku Wojciechowi Kowalczykowi, dla którego dwumecz przeciwko genueńczykom okaże się być prawdziwą trampoliną do kariery. Najbliżej spełnienia reprezentacyjnego marzenia był Łatka w październiku 1986 roku. Wojciech Łazarek powołał go na inaugurujący jego selekcjonerską kadencję, bydgoski mecz z Koreą Północną, lecz napastnik Legii przesiedział wówczas całe spotkanie na ławce rezerwowych.



Grzegorz Więzik. To miał być naprawdę znakomity polski piłkarz. Pozostał na pewno ogromny niedosyt. Jako jeden z nielicznych Polaków, wystąpił co prawda kiedyś w reprezentacji... świata, lecz w pierwszej kadrze biało-czerwonych nie zagrał nigdy. Druga połowa lat 80. na naszych ligowych boiskach to czas świetnej gry Więzika w barwach ŁKS. Najbardziej udany jest chyba sezon 1987/88. Więzik będący jednym z filarów olimpijskiej reprezentacji Polski, rozgrywa w niej wiele bardzo udanych spotkań, strzelając całe mnóstwo goli. W marcu 1988 roku, w Rybniku, podczas meczu eliminacyjnego do igrzysk w Seulu, to właśnie on, już po kwadransie otwierając wynik spotkania, daje biało-czerwonym sygnał do szturmu na Greków (5:1). Rozochocony swoją dobrą postawą, postanawia u progu rundy jesiennej sezonu 1988/89 spróbować szczęścia w Niemczech. W barwach Kaiserslautern, choć przytuli krajowy puchar, to jednak absolutnie nie zrobi furory, pozostając zaledwie zmiennikiem Bruno Labbadii i Stefana Kuntza, oraz rozgrywając łącznie niewiele ponad pół godziny w swych zaledwie trzech meczach na boiskach Bundesligi. Po sezonie przenosi się do drugoligowego, francuskiego Mulhouse, gdzie grając wraz z późniejszymi reprezentantami: Francji - Markiem Kellerem oraz Szwajcarii - Nestorem Subiatem, trzykrotnie trafia do siatki. Przez niespełna trzy lata pogra też w Danii dla Silkeborga, Viborga czy Ikast, troszkę pokopie w niższych niemieckich ligach (m.in. Eintracht Trier) i wróci do ojczyzny, by w wieku niespełna 35 lat wbić dla zespołu z Grodziska swoje dwa ostatnie gole na boiskach rodzimej ekstraklasy.

Kazimierz Putek. Wychowanek krakowskiego Hutnika uchodził za gracza o wielkich możliwościach i już w wieku 23 lat, jako piłkarz Legii, ocierał się o kadrę Piechniczka, jednak w żadnym z jej oficjalnych meczów nigdy nie wystąpił. Na boiskach ekstraklasy dla stołecznego zespołu oraz łódzkiego Widzewa rozegrał łącznie blisko półtorej setki spotkań, strzelając 23 gole. W europejskich pucharach, rozegrał w barwach Widzewa cztery spotkania przeciwko LASK Linz i Bayer Uerdingen. Dobijający do trzydziestki Putek wybrał kierunek północny, gdzie spędził dwa sezony w zespole PPT Pori, najpierw wprowadzając go do pierwszej ligi, a potem będąc nieocenionym filarem zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Leszek Kosowski. Skuteczny napastnik Górnika Wałbrzych, w którego barwach wywalczył w sezonie 1982/83 tytuł króla strzelców na zapleczu ekstraklasy. Również na najwyższym poziomie rozgrywkowym Kosowski nie ustawał w powiększaniu bramkowej kolekcji. W roku 1986 wałbrzyski gracz, wraz z Furtokiem, jest już wiceliderem końcowej klasyfikacji najlepszych snajperów ekstraklasy. Sezon 90/91 to czas gry dla Widzewa. Również i w Łodzi Kosowski jest najskuteczniejszym graczem swego zespołu. W wałbrzyskich i łódzkich barwach, na boiskach ekstraklasy strzeli łącznie blisko sześć dziesiątek goli. Zalicza też krótki epizod na zapleczu Bundesligi, z zespole Meppen. Swego czasu próbowany choćby w reprezentacji olimpijskiej, walczącej o Seul ’88, lecz do kadry pierwszej kadry Polski nigdy się nie przebił.

Jacek Bąk. Błyskotliwy i widowiskowo grający piłkarz, który w barwach Lecha, Lechii i Legii uzbierał łącznie niemal dokładnie ćwierć tysiąca spotkań w ekstraklasie. Dwukrotnie świętował Bąk mistrzostwo kraju (z poznańskim Lechem 1982/83 i 83/84) i aż trzykrotnie miał okazję wznieść ku górze w triumfalnym geście Puchar Polski (84 - Lech, 89 i 90 – Legia). Zaliczył kilkanaście występów w europejskich pucharach, w tym przeciwko tak klasowym zespołom jak Aberdeen, Athletic Bilbao, Liverpool, FC Barcelona, Sampdoria czy Manchester United. Z warszawską Legią dobrnął w sezonie 90/91 aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Jego naprawdę imponujący, efektowny, kilkudziesięciometrowy cross na Old Trafford, po którym Kowalczyk uzyskał wyrównującą bramkę, przeszedł do historii polskiego futbolu. Zresztą Bąkowi aż czterokrotnie dane było potykać się przeciwko drużynom prowadzonym z ławki przez słynnego Alexa Fergusona (dwukrotnie z Lechem przeciwko Aberdeen i dwukrotnie w barwach Legii z MU). Nie udało mu się jednak spełnić marzenia o występie w polskiej reprezentacji, choć selekcjonerzy: Wojciech Łazarek czy Andrzej Strejlau, dobrze zdążyli poznać tego gracza, pracując z nim w klubie. Poprzestał na występach i bramkach strzelanych w przeszłości dla kadry olimpijskiej.

Janusz Kudyba. Naprawdę niekiepski środkowy napastnik o imponującym instynkcie strzeleckim. Grywał w Karkonoszach Jelenia Góra, Lechii Piechowice, Lechu Poznań, Motorze Lublin, ale dopiero przywdziewając barwy Zagłębia Lubin wypłynął na głębsze wody. W sezonie 1989/90 wywalczył z tym zespołem tytuł mistrza kraju. Pogrywał również dla szwedzkiej Karlskrony i norweskiego Lyn Oslo, a potem reprezentował też barwy GKS Bełchatów i Śląska Wrocław. Łącznie na pierwszoligowych boiskach uzyskał dokładnie 37 goli. Dwukrotnie wywalczał laur króla strzelców na zapleczu ekstraklasy (1988 – Motor, 1994 - Śląsk), do trzeciego (92/93 w bełchatowskich barwach) zabrakło mu ledwie jednego gola. Jednak w przeciwieństwie do innych triumfatorów klasyfikacji drugoligowych goleadorów, Kudyba nie zrobił reprezentacyjnej kariery na miarę Szarmacha, Sadka, Sybisa, Kupcewicza czy Kryszałowicza, albowiem nigdy w narodowej kadrze nie zagrał. W pierwszej i drugiej lidze strzelił łącznie 120 goli.

Dariusz Opolski. To jedyny laureat (za sezon 1991/92) w historii Złotych Butów „Sportu” bez występu w reprezentacji. Umieszczam go w tym zestawieniu głównie z szacunku dla dawnego katowickiego dziennika, który czytywałem za młodu z zapartym tchem, a który to niestrudzenie wystawiając noty po każdym ze spotkań ekstraklasy, misternie tkał sezon w sezon swą klasyfikację najlepszych ligowców. Nim wychowanek i wieloletni bramkarz lubelskiego Motoru sięgnął po owe ‘złote buty’, w sezonie 1983/84 próbował też zaistnieć w warszawskiej Legii, lecz nie miał najmniejszych szans na wygranie rywalizacji z tak klasowym zawodnikiem jakim był wówczas Jacek Kazimierski, więc skończyło się na zaledwie jednym występie w stołecznych barwach. Nie ulega wątpliwości, iż był Opolski bardzo solidnym ligowym bramkarzem, a przecież szansę w reprezentacyjnym swetrze dostawali w tamtych czasach wcale nie lepsi od niego (vide jeden z golkiperów wsławionych udziałem w niedzieli cudów z 1993 roku). Opolski musiał zadowolić się występami za młodu w polskiej kadrze juniorów.

Marek Piotrowicz. Przez lata wydawało się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy wychowanek zabrzańskiego Górnika stanie się wreszcie trwałym elementem formacji defensywnej polskiej reprezentacji. Kilkadziesiąt występów w narodowych kadrach juniorów, brązowy medal na meksykańskich mistrzostwach świata U-20, niepodważalne miejsce w olimpijskiej reprezentacji walczącej o Seul ’88. Do tego ponad trzy setki występów na boiskach ekstraklasy, nie tylko w zabrzańskich barwach, gdzie często przywdziewał kapitańską opaskę, lecz również w zespołach Stali Stalowa Wola i Sokola Tychy. Cztery tytuły mistrza kraju (1985, 86, 87, 88) podczas czternastu sezonów pierwszoligowych gier dla Górnika. Dziewięć występów w Pucharze Mistrzów, przeciwko takim firmom, jak Bayern, Anderlecht, Olympiakos, Glasgow Rangers czy Real Madryt. Jednak ten jakże oczekiwany, najdrogocenniejszy dzień występu w polskiej reprezentacji nigdy dla niego nie zajaśniał.

Zbigniew Mandziejewicz. Naprawdę ważna postać w naszym rodzimym, piłkarskim pejzażu. Aż 342 pierwszoligowe występy i 37 bramek. Dwa dublety z warszawską Legią w sezonach 1993/94 i 94/95, a do tego jeszcze Puchar Polski wywalczony w 1987 roku z zespołem Śląska Wrocław. Jedyny gracz podstawowego składu Legii występującej w Champions League (znakomite recenzje zebrał Mandziejewicz m.in. za kluczowy, bezbramkowy pojedynek w Blackburn, gdzie skutecznie dowodził warszawską defensywą, zastępując na środku obrony kontuzjowanego podówczas Jacka Zielińskiego), któremu nie dane było zagrać dla polskiej reprezentacji. Musiał zadowolić się trzynastoma meczami w europejskich pucharach, dobrnięciem z Legią do ćwierćfinału Ligi Mistrzów oraz występami w meczach narodowej kadry B. Zdecydowanie jeden z najlepszych polskich graczy pierwszej połowy lat 90., którzy nigdy nie zaznali występu w koszulce z białym orłem na piersi.

Waldemar Tęsiorowski. Jedna ze sztandarowych postaci wrocławskiego Śląska, ale grywał również m.in. dla Warty Poznań czy Górnika Zabrze. Uzbierał łącznie grubo ponad ćwierć tysiąca pierwszoligowych spotkań. W barwach Śląska zagrał w obu meczach PEZP przeciwko Realowi Sociedad. Występował też nierzadko w naszej olimpijskiej reprezentacji, ocierał się potem również niejednokrotnie o narodową kadrę B, ale do tej pierwszej nigdy nie dotarł.

Krzysztof Walczak. Bardzo skuteczny zawodnik - ponad pół setki goli na boiskach ekstraklasy (strzelał je wyłącznie dla Polonii Bytom i GKS Katowice, choć grał też w pierwszej lidze dla Ruchu i Śląska), do tego udane występy na Cyprze w Nea Salamina, gdzie dołożył do swego dorobku następne kilkanaście pierwszoligowych trafień, a warto pamiętać, że w sezonie 1985/86 Walczak był też najlepszym goleadorem na naszym drugoligowym froncie. W następnym, już tylko Leśniak i Furtok wyprzedzili Walczaka w klasyfikacji najlepszych strzelców naszej ekstraklasy. Dwukrotnie sięgnął z GKS po Puchar Polski, zaliczając w jego barwach aż 21 spotkań na międzynarodowej, pucharowej arenie, na czele z tym najbardziej pamiętnym, rozegranym w wieczór wszystkich świętych 1994 roku w Bordeaux, kiedy to znakomicie wykonana przez niego jedenastka, zapewniła katowiczanom remis 1:1 i sensacyjny awans w konfrontacji z żyrondystami, pośród których brylowali przecież tacy gracze, jak Zidane, Lizarazu czy Dugarry.

Mirosław Myśliński. Łączny staż aż dwóch dekad na boiskach ekstraklasy, w której debiutował w 1982 roku w barwach Widzewa, a z którą żegnał się w 2002 roku, grając dla RKS Radomsko. Jako junior zapowiadał się znakomicie. Na meksykańskim mundialu U-20 w 1983 roku, miał ogromny wkład w wywalczony przez biało-czerwonych brąz (m.in. strzelił gola w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej). Wchodził do Widzewa, gdy ten był u szczytu swej potęgi. Młodziutki, niespełna 20-letni miał swój skromny udział w efektownym, pucharowym marszu łodzian w PKME, dostając swoje kilka minut zarówno w Liverpoolu, jak i w Turynie. Łącznie aż 16 występów w europejskich pucharach. W październiku 1984 roku w Moenchengladbach, strzelił Borussi pięknego i bardzo ważnego gola na 2:3. Dzięki temu trafieniu, łodzianie strzelając zwycięską bramkę w rewanżu u siebie, wyrzucą faworyzowanych Niemców z Pucharu UEFA. Myśliński był zawodnikiem niezwykle pracowitym, a przy tym dysponującym znakomitym uderzeniem. Na boiskach ekstraklasy rozegrał dla Widzewa aż dziesięć sezonów, a pierwszoligowe występy były też jego udziałem w barwach Śląska, ŁKS i Radomska. Łącznie uzbierał ich wszystkich 280, na okrasę dokładając 23 bramki. Poza reprezentowaniem kadr juniorskich i młodzieżowych, grał też w olimpijskiej reprezentacji walczącej o Seul ’88. Do pierwszego zespołu biało-czerwonych nigdy go jednak nie zaproszono.

Andrzej Sermak. Tomasz Hajto wspominał kiedyś swoje ciężkie początki w krakowskim Hutniku, gdzie jeden z renomowanych graczy tego klubu wyśmiewał i wykpiwał na treningach ‘drewnianość’ pewnego ambitnego, o dekadę młodszego piłkarza znad Suchych Stawów. Tym młodym, wykpiwanym był Hajto, wyśmiewającym, który z piłką potrafił zrobić naprawdę wiele, był właśnie Sermak. Jeśli chodzi o umiejętności czysto technicznie, obu dzieliła istna przepaść. Ale to właśnie ów drewniany Hajto, dzięki swojej ambicji, uporowi, góralskiemu charakterowi przebił się do reprezentacji, z którą pojechał na mundial i uzbierał dla niej łącznie 62 występy. Sermakowi natomiast sam talent, nie poparty ambitną, ciężką pracą, nie wystarczył do tego, by choć posmakować występu w koszulce z białym orłem na piersi. Przyznać jednak trzeba, że jeśli Sermak już trafiał do bramki, czy to w lidze, czy w europejskich pucharach (debiutował w nich w barwach GKS Katowice, będąc już grubo po trzydziestce i strzelając dwa gole w Cardiff), to były to najczęściej niezwykle efektowne gole. Niewątpliwie miał papiery na to, by zostać naprawdę znakomitym piłkarzem, utonął jednak w naszej ligowej ponadprzeciętności.

Jerzy Kaziów. Każdy, kto miał okazję z bliska i dość regularnie oglądać grę poznańskich zespołów: Olimpii i Warty, nie ma wątpliwości, że Jerzy Kaziów był jednym z najlepszych napastników, biegających po polskich boiskach na przełomie lat 80. i 90. Niesamowity instynkt strzelecki, znakomita gra głową, wysoka umiejętność przytomnego odnajdywania się w sytuacjach podbramkowych. Najskuteczniejszy gracz w pierwszoligowych dziejach poznańskiej Olimpii. Król strzelców na zapleczu ekstraklasy w barwach Warty Poznań w uwieńczonym wytęsknionym awansem Zielonych do ekstraklasy sezonie 1992/93. Potem strzelał też w lidze dla zespołu z Grodziska Wielkopolskiego. Łącznie na boiskach ekstraklasy uzbierał dokładnie 39 goli. Jest również najskuteczniejszym (ponad pół setki trafień) snajperem wielkopolskich drużyn w całej historii ich występów na drugoligowych boiskach. A pamiętać przecież też należy o jego kilkunastu bramkach uzyskanych dla szwajcarskiego Solothurn, a wcześniej także szwedzkiego Gefle. Po latach okazało się, że w czasach gry w gwardyjskim klubie z Poznania, na użytek komunistycznej bezpieki, pełnił Kaziów w zespole również dość parszywą rolę, ale nie zmienia to w niczym faktu, że na murawie był naprawdę znakomitym napastnikiem.

Janusz Jedynak. Jeden z najlepszych polskich bramkarzy drugiej połowy lat 80. Latem 1987 roku wydatnie przyczynił się do wywalczenia przez Śląsk Pucharu Polski, m.in. broniąc podczas serii jedenastek jednego z karnych egzekwowanych przez zespół GKS Katowice. Znakomicie prezentował się również podczas pojedynków z Realem Sociedad w Pucharze Zdobywców, a szczególnie w pierwszym ze spotkań, gdzie głównie znakomitej postawie Jedynaka, którego bezskutecznie próbowali przełamać Bakero czy Beguiristain, wrocławianie zawdzięczali niespodziewany, bezbramkowy remis osiągnięty w Hiszpanii. Golkiper Śląska bronił również dla polskiej reprezentacji olimpijskiej, zmagającej się o przepustki do Seulu. Wszystko to zaowocowało, powołaniem Jedynaka przez Wojciecha Łazarka na eliminacyjny mecz Euro ’88, przeciwko późniejszym mistrzom Europy – Holendrom. W Zabrzu jednak bramkarz Śląska nie dostał szansy by stanąć oko w oko z Ruudem Gullitem i spółką. Całe spotkanie przesiedział bowiem na ławce rezerwowych, a potem już nigdy więcej nie zaproszono go do pierwszej kadry biało-czerwonych.

Marek Czakon. Wychowanek Odry Opole, jako młody, niespełna 22-letni napastnik nie wzbudził uznania w oczach Huberta Kostki i w rozgrywkach ekstraklasy nie przebił się ani razu do ataku mistrzowskiego Górnika Zabrze, zdominowanego przez graczy tej miary, co Pałasz, Zgutczyński czy Cyroń. W zabrzańskich barwach rozegrał zaledwie jedno spotkanie w Pucharze Intertoto, przeciwko węgierskiemu Zalaegerszeg. A ponieważ do Górnika właśnie przychodziły grać takie znakomitości, jak Urban i Iwan, Czakona pożegnano bez żalu. Poszedł do poznańskiej Olimpii, z którą w sezonie 1986/87 zadebiutował w ekstraklasie, uzyskując łącznie pięć goli, na czym zamknął po wsze czasy swój strzelecki dorobek na pierwszoligowych boiskach w Polsce. Odnajdzie się po kilkudziesięciu miesiącach w Finlandii. Tu już idzie mu znacznie lepiej. W 1990 roku w barwach Ilves Tampere, wywalcza tytuł króla strzelców fińskiej ligi (to wówczas drugi Polak w całej historii naszego futbolu, który sięgnie po tego typu koronę za granicami naszego kraju) oraz zdobywa z tym zespołem krajowy puchar. Dzięki temu, jesienią 1991 roku ma szansę rozegrać niezapomniany dwumecz w PEZP przeciwko słynnej AS Romie z Gianninim, Voellerem czy Haesslerem na pokładzie. W Tampere Czakon pokona bramkarza giallo-rossich Andreę Cervone skutecznym strzałem głową, ustalając wynik meczu na 1:1. Na słynnym Stadio Olimpico, polski napastnik uzyska aż dwa trafienia, w tym jedno rzeczywiście niezwykłej urody, po uderzeniu z blisko 30 metrów. Niewielu graczom w historii europejskich pucharów udało się strzelić Romie w dwumeczu aż trzy gole. Przez trzy lata spędzone w fińskiej pierwszej lidze, Czakon uciuła łącznie 27 trafień, po czym przenosi się do Danii, gdzie przez następne niespełna trzy lata pogra i postrzela (choć już w mniejszych ilościach) dla zespołów BK Frem oraz Naestved. Ląduje też na krótko na zapleczu Bundesligi, przywdziewając trykot Waldhof Mannheim. Prawdziwe bombardowania bramek rywali urządza jednak Czakon dopiero, występując przez niemal dekadę w niższych ligach niemieckich (dla Eintrachtu Trier, Unionu Berlin, oraz Elversbergu - łącznie 90 goli) i luksemburskich (Hostert – 64 gole). W 1991 roku na fali wspaniałych występów w barwach Ilves Tampere przeciwko słynnej Romie, w pojawiły się w ojczyźnie głosy domagające się zweryfikowania umiejętności Czakona w reprezentacyjnym stroju (wszak królów strzelców lig obcych u nas niedostatek), lecz ówczesny selekcjoner wziął je na przeczekanie i temat Czakona w koszulce z białym orłem na piersi umarł śmiercią naturalną.



 cdn...

R.

poniedziałek, 27 stycznia 2014, badzi

Polecane wpisy

  • Orły bez orzełka (cz. 7). Piłkarze urodzeni w latach 80-tych i później

    Z większością niedoszłych reprezentantów, którzy urodzili się w latach osiemdziesiątych i później, jest taka zasada. Coś faktycznie musiało być z nimi nie tak,

  • Orły bez orzełka (cz. 6)

    Po ponad trzech latach wracamy z naszą opowieścią o "orłach bez orzełka"! Dziś szósta, przedostatnia, część. Druga połowa lat dziewięćdziesiątych to czas, kiedy

  • Tylko ławka (przykro mi)

    Pisałem wczoraj na facebookowym profilu bloga o Piotrze Mosórze i o tym, że jest jednym z tych zawodników, którzy zasiadali na ławce rezerwowych reprezentacji

Komentarze
Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2014/01/27 14:41:15
Orły orłami, ale zwrociłem uwagę na bardzo ciekawe zachowanie Wandzika przy obu golach dla Lecha. Przy pierwszym jakby specjalnie się zatrzymał i nawet nie próbował nic zrobić, przy drugim przykucnął na ziemi, a piłka wpadła nad nim. Dobra, to był bramkarz, któremu zdarzały się wpadki, ale akurat to mi na wpadkę nie wyglada.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/01/27 15:47:28
jacek

Powiedzieć o Wandziku, że był to "bramkarz, któremu zdarzały się wpadki", to pogłaskać go najsubtelniejszym z możliwych eufemizmów ;) Wystarczy przypomnieć wyczyny tego golkipera choćby w meczach reprezentacji z Rumunią, Izraelem oraz w wielu, wielu innych. Co ciekawe, gdy pisaliśmy jakiś czas temu tekst o selekcjonerskiej kadencji Strejlaua, trener ten przyznał po latach, iż zbyt rzadko dawał wówczas szansę na grę w kadrze Maciejowi Szczęsnemu, który z pewnością nie był bramkarzem słabszym od duetu Bako, Wandzik. A Wandzik, cóż, był po prostu taki, jak na załączonym obrazku (choć gwoli sprawiedliwości przyznać należy, że wybronił nam kiedyś dubliński mecz z Irlandią). Przy bramce Moskala w końcówce meczu na 2:1 było już dawno po herbacie, więc nie ma sensu się nad tym nadmiernie pochylać. A przy golu Pachelskiego, Wandzik zachował się po prostu jak typowy Wandzik ;) Nie dopatrywałbym się jednak, jak odczytuję to z treści Twojego komentarza, jakichkolwiek pozasportowych podtekstów w tej sytuacji. Owszem, mówiło się wtedy i to całkiem głośno (jak czynił to publicznie, grający wówczas w Grecji Mirosław Okoński, oskarżając zresztą bardzo konkretną osobę) o przekręcie w tym spotkaniu, lecz były to raczej przymiarki do przekrętu w drugą stronę (zwróć uwagę na karnego z kapelusza dla Panaty). Dlatego tak ważna była ta bramka Pachelskiego, przy której ujawnił cały swój piłkarski kunszt i dał Lechowi awans.

Pozdrawiam :)
-
Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2014/01/27 17:09:24
Gdzieś coś czytałem, że Kopa próbował opchnąć Grekom ten mecz.
-
Gość: grzespelc, *.inet-siec.pl
2014/01/27 18:50:56
Ta lista robi się za szeroka. O ile w dawnych latach, kiedy grano niewiele, a potem grano więcej, ale poziom naszej piki był wysoki, można znaleźć po kilkunastu na dekadę piłkarzy, którzy prezentowali poziom reprezentacyjny, ale mieli pecha, to od czasów Łazarka prawie każdy, kto umiał kopnąć piłke, do kadry trafiał, więc z takimi zawodnikami jak Czakon, Putek, Ptak czy Kudyba dajmy sobie spokój, oni nawet po wyjeździe wszystkich najlepszych na przełomie lat 80/90 nie rządzili w llidze, wieć o czym tu mówić?
Myślę, że można zamknąć tę listę, bo im dalej, tym więcej było powoływanych.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/01/28 00:03:15
grzespelc

Ciężko zgodzić się ze stwierdzeniem, że "od czasów Łazarka prawie każdy, kto umiał kopnąć piłkę, do kadry trafiał". Byli tacy, którzy nie trafiali. I o nich piszemy. Owszem za czasów Łazarka łatwiej było zapukać do kadry niż za czasów Piechniczka, a za czasów Piechniczka łatwiej niż za Górskiego. Reprezentacja znajdowała się bowiem w wymienionych epokach w zupełnie innych miejscach na światowej, futbolowej skali wartości."Poziom reprezentacyjny" to też dość niewdzięczne do zdefiniowania określenie. Poziom reprezentacyjny nie jest bowiem czymś oderwanym od konkretnej futbolowej epoki. I znów, czym innym był ów poziom reprezentacyjny w latach 30., czym innym w 70., a jeszcze czymś zupełnie innym jest on dziś. Ciężko porównać Zorzyckiego do Czakona, Panchyrza do Turowskiego itp. Cezurę, którą usytuowałeś w epoce Łazarka, ja przesunąłbym jednak nieco dalej. Uważam, że ze skrajną dewaluacją pojęcia "reprezentant Polski" mamy do czynienia dopiero od pierwszych lat XXI wieku, a dziś, rzeczywiście, niemal każdy nasz piłkarz, który potrafi prosto kopnąć piłkę, przez tę kadrę się przewija. W dwóch ostatnich dekadach drugiego tysiąclecia zjawisko takie mimo wszystko nie miało miejsca. Jeszcze w 2000 roku mamy gracza, który został królem strzelców ekstraklasy, czyli "rządził w lidze", jak piszesz, a kadry mimo wszystko nie powąchał. Dziś ciężko wyobrazić sobie taką sytuację. A lista owszem, jest i długa i szeroka, ale "zamknie się" sama, w swoim czasie :) Czyli wraz z ostatnim polskim piłkarzem, którego sportowy poziom, naszym zdaniem, predysponował do otrzymania choćby cienia szansy w biało-czerwonym stroju, której jednak nigdy nie otrzymał.
Pozdrawiam :)
-
Gość: grzespelc, *.inet-siec.pl
2014/01/30 13:42:15
Oczywiście, że tutaj prezentujecie Wasze zdanie, a każdy inny ma swoje i nie idzie dogodzić każdemu. Ale widzę pewną niekonsekwencję w tym, że Wasza lista w latach 80. zaczyna się rozszerzać, kiedy reprezentacja grała dużo, o wiele wiecej w porównaniu z latami mnie tylko przedwojennymi, ale i 50.-60., i mimo tego, że w rocznikach 60. po kilkunastu piłkarzy z każdego rocznika grało w reprezentacji w porównaniu z kilkoma z roczników nastych, 20. i 30., to Wy i tak wśród tych młodszych potraficie znaleźć więcej niespełnionych kadydatów niż wśród tych starszych, a w tym celu sięgacie do trzeciorzędnych postaci. Pamiętajmy też o poziomie reprezentacji - za Łazarka kadra znalazła się już dosyć nisko, przegrywajac z Węgrami i Grecją i notując mnóstwo kiepskich wyników i nie był to poziom wyższy, niż naszej kadry od połowy lat 50., kiedy nawiązywaliśmy walkę z drużynami pokroju ZSRR czy Jugosławii, i owszem, porażki były, ale na MŚ wchodziło po 9-10 drużyn z Europy, a nie 13-14 jak od lat 80. A o kadrze z drugiej połowy lat 30., która atakowała czołówkę światową to nawet nie ma co w tym kontekście mówić. Dlatego moim zdaniem, o ile warto uhonorować wielu bardzo dobrych piłkarzy z przeszłości, o tyle w odniesieniu do czasów popiechniczkowych to raczej wypadałoby o kilku piłkarzach napisać "po co go powołali", bo jak patrzę czasem na listę kadrowiczów, to w ogóle nie umiem sobie przypomnieć niektórych piłkarzy, a były to czasy, kiedy na bieżąco interesowałem się ligą.
I jeszcze jedna uwaga - w czasach kiedy wszyscy najlepsi grali w kraju, tytuł króla strzelców, czy gra w podstawowym składzie mistrza były dobrą legitymacją do gry w kadrze, ale w czasach, kiedy najlepsi zdążyli już opuścić ligę - niekoniecznie. Z enie wspomnę o piłkarzach o mniejszych osiągnięciach, których nawrzucaliście mnóstwo (40 bramek w lidze, kiedy grało się 34 mecze w sezonie to nic imponującego)