Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Przełamując fale. Czy Amerykanom się uda? Czy Finowie zdołają?

Bywały całe, długie epoki w hokejowych dziejach, gdy każde zerknięcie na dzisiejsze, półfinałowe pary w oczywisty sposób pachniałoby nieuniknioną finałową rozgrywką o olimpijskie złoto pomiędzy zespołami Kanady i Szwecji. A jednak, zarówno amerykańscy, jak i fińscy, młodsi bracia swych niegdysiejszych, surowych nauczycieli lodowego rzemiosła spod znaku kija i krążka, wcale nie zamierzają oddawać im pola w piątkowych potyczkach i skrzętnie planują własny udział w meczu o najcenniejszy z kruszców, będących do zdobycia na zimowych igrzyskach. Czekają nas dziś zatem na soczijskich taflach dwa wspaniałe, hokejowe klasyki, a zarazem zapewne fascynujące sportowe widowiska na poziomie najwyższym z możliwych.

Przyznam szczerze, że zespół USA zrobił na mnie, jak dotąd, zdecydowanie najlepsze wrażenie spośród wszystkich ekip, uczestniczących na hokejowym turnieju olimpijskim, rozgrywanym w Rosji. Amerykanie grają naprawdę z polotem i niesłychanym zaangażowaniem, prezentując coś, co śmiało można by zdefiniować jako hokej totalny. Podopieczni Bylsmy są na tych igrzyskach niemal bliscy perfekcji. Przyznam się bez bicia, że pomimo, iż zespół spoza Europy, na igrzyskach rozgrywanych na Starym Kontynencie, sięgnął ostatnio po olimpijskie złoto aż 62 lata temu w Oslo, to jednak znakomita dyspozycja reprezentantów USA na rosyjskich taflach, skłoniła mnie nawet do tego, by po fazie grupowej, po raz pierwszy od dawna zaryzykować drobną kwotę mamony w trybach bukmacherskich młynów (dzieci, nie róbcie tego same, hazard to bardzo niebezpieczna zabawa) i postawić na ich końcowe zwycięstwo w turnieju. A przecież na tych igrzyskach, los ich wcale nie rozpieszczał. Najpierw trafili do 'grupy śmierci', a potem i w ćwierćfinale, i teraz w półfinale również przydzielono im rywali z najwyższej półki. To jednak nie przypadek, że Amerykanie pozostawili w pokonanym polu zespoły tej klasy, co Słowacja, Rosja czy Czechy. Teraz czeka ich konfrontacja z aktualnymi mistrzami olimpijskimi z Vancouver. Kanadyjczycy jednak przypominają nieco w Soczi głęboko uśpionego tygrysa, który niekoniecznie musi zdążyć przebudzić się na czas. Wygrali, co prawda, grupowe zmagania z Finami, ale męczyli się w meczach, w których absolutnie nie mieli prawa tego robić (przeciwko Norwegom czy Łotyszom) i jeśli podobnie niemrawą dyspozycję zaprezentują w boju o finał przeciwko Amerykanom, nie wróżę im łatwej przeprawy.

Gdy porówna się całościowy dorobek obu ekip na igrzyskach olimpijskich, czy mistrzostwach świata, nie ma wątpliwości, czyja gablotka mieni się większym blaskiem, bijącym od zdobytych trofeów. Kanadyjczycy aż ośmiokrotnie zdobywali olimpijskie złoto, dokładając do tego, cztery srebrne i dwa brązowe medale wywalczone na igrzyskach. Reprezentanci USA natomiast stawali na najwyższym olimpijskim podium dwukrotnie, zresztą czynili to tylko wówczas, gdy rzecz rozgrywała się na ich lodowiskach, w Squaw Valley (1960) oraz Lake Placid (1980). Ośmiokrotnie bywali też na olimpiadzie nagrodzeni srebrem i raz brązem. Na hokejowych mistrzostwach świata, Kanadyjczycy triumfowali aż 24 razy (wywalczając w latach 1920-32 aż sześć tytułów z rzędu), trzynastokrotnie zadowalali się wicemistrzostwem świata, a dziesięć razy zgarniali brąz i aż do początku lat 60. byli niekwestionowanym hegemonem światowego hokeja, oddając potem pałeczkę pierwszeństwa na mistrzowskich turniejach ekipie ZSRR. Dość powiedzieć, że na swe kolejne tytuły mistrzowskie, przyszło hokeistom spod znaku Klonowego Liścia czekać bardzo długo. Olimpijskie złoto wróciło do nich dopiero w 2002 roku, po oczekiwaniach trwających dokładnie pół wieku, a tytuł mistrza świata przytulili w 1994 roku, po upływie przeszło trzech dekad od momentu, gdy uczynili to poprzednim razem. Amerykanie natomiast uzyskiwali tytuł mistrza świata dwukrotnie, dziewięć razy zadowalali się wicemistrzostwem globu, a sześciokrotnie nagradzani bywali brązem. Na jeden z dwóch najcenniejszych kruszców podczas hokejowego mundialu, kibice w USA czekają już od 54 lat. Warto jednak pamiętać, że ze względu na bardzo ograniczony udział zawodników z NHL - hokejowym mistrzostwom świata daleko swym prestiżem do rozgrywek toczonych podczas igrzysk olimpijskich.

Hokeiści Kanady i USA po raz pierwszy w ważnych turniejowych okolicznościach skrzyżowali ze sobą kije na... letnich igrzyskach olimpijskich w Antwerpii. W półfinałowym spotkaniu, rozegranym 26 kwietnia 1920 roku, reprezentanci kraju uznawanego za ojczyznę i kolebkę hokeja na lodzie, po golach Fredricksona i Johanessona, pokonali USA 2:0. Cztery lata później, już na zimowej olimpiadzie we francuskim Chamonix, Kanadyjczycy wygrali 6:1. W 1932 roku na własnym lodzie, podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, reprezentanci Stanów Zjednoczonych, postawili się już rywalom bardzo mocno. Pierwszy mecz przegrali dopiero w dodatkowym czasie 1:2, a w drugim nawet trzy dogrywki nie przyniosły rozstrzygnięcia i spotkanie zakończyło się remisem 2:2. 26 lutego 1933 roku, w ścisłym finale rozgrywanych w Czechosłowacji mistrzostw świata, po trzynastu latach od pierwszej wzajemnej, konfrontacji o dużą stawkę, Amerykanom udaje się wreszcie, po raz pierwszy w historii, pokonać po dogrywce (2:1) na ważnym turnieju zespół Klonowego Liścia. Niespełna rok później, 11 lutego 1934 roku, drogi hokeistów obu ekip znów przetną się ze sobą w ścisłym finale mistrzostw świata, lecz na mediolańskiej tafli, pomimo uzyskania prowadzenia przez USA, ostatecznie po zwycięstwie 2:1 triumfować będzie Kanada. To ważna data, bo choć od tamtego czasu minęło dziesięć dni temu dokładnie 80 lat, Amerykanie i Kanadyjczycy już nigdy więcej nie zagrali ze sobą w meczu ścisłego finału mistrzostw świata. I choć już od bardzo dawna turnieje te odbywają się co roku, to na przełomie ostatniego stulecia, Amerykanom udało się zaledwie sześciokrotnie pokonać na nich odwiecznego rywala. Łupnia dostawali za to bardzo często, bo łącznie blisko pół setki razy. Niejednokrotnie były to porażki w zatrważających rozmiarach, takich jak choćby 2:16 (na MŚ w 1951 roku) czy 1:12 (MŚ '55 i '58). Choć warto przypomnieć, że ostatnie starcie na mistrzostwach z 2012 roku, wygrali po dogrywce właśnie Amerykanie (5:4).

Na olimpijskim szlaku dochodziło za to niejednokrotnie do zaciętych, wyrównanych bojów. Po nieznacznie przegranym przez USA 0:1 spotkaniu z 1936 roku na IO w Garmisch Partenkirchen, po wojnie jeszcze dwunastokrotnie obie reprezentacje stawały naprzeciw siebie podczas zimowych igrzysk. Do 1994 roku cztery te spotkania wygrali Kanadyjczycy (St. Moritz 1948 - 12:3, Innsbruck 1964 - 8:6, Grenoble 1968 - 3:2, Sarajewo 1984 - 4:2), w dwóch padł remis (Oslo '52 - 3:3, Lillehammer '94 - 3:3), a dwukrotnie triumfowali Amerykanie (Cortina d'Ampezzo '56 - 4:1, Squaw Valley '60 - 2:1).

Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, że nim u schyłku XX wieku, na zimowe igrzyska znów zaczęli przyjeżdżać zawodnicy najlepsi z najlepszych, rolę swoistego hokejowego mundialu, podczas którego można było zweryfikować rzeczywistą siłę poszczególnych narodowych ekip (gdyż grały tam one po prostu w swych najsilniejszych składach, opartych na jeżdżących po lodowiskach NHL graczach) pełnił turniej Canada Cup. To właśnie tam mogły stanąć naprzeciw siebie reprezentacje Kanady i USA w swym pełnym rynsztunku. Pomiędzy 1976 a 1991 rokiem odbyło się pięć takich turniejów, a zarazem siedem pojedynków kanadyjsko-amerykańskich. Trudno byłoby wyłowić spośród nich choćby jeden taki, który nie byłby porywającym, fascynującym i emocjonującym do granic możliwości, hokejowym spektaklem. Co prawda aż sześć z tych spotkań wygrał zespół Klonowego Liścia, a reprezentacji USA udało się zaledwie jeden z nich zremisować (w 1984 roku, 4:4), ale wszystkie te pojedynki były niezwykle wyrównane.

Gdy we wrześniu 1991 roku, Kanadyjczycy podczas finałowej rozgrywki, dwukrotnie pokonali USA (w Montrealu 4:1, w Hamilton 4:2), euforii w kraju Klonowego Liścia nie było końca.

W 1996 roku turniej Canada Cup został formalnie zastąpiony tworem o nazwie Puchar Świata, który ze względu na udział w nim całej hokejowej śmietanki, swym prestiżem bił oczywiście na głowę rozgrywane corocznie mistrzostwa świata. Turnieje World Cup odbyły się jednak zaledwie dwukrotnie - w 1996 oraz 2004 roku.

Na World Cup '96 hokeistom Kanady i USA przyszło skrzyżować ze sobą kije aż czterokrotnie, i aż trzykrotnie triumfowali wówczas Amerykanie! Najpierw w rozgrywkach grupowych, pokonali zespół Klonowego Liścia 5:3 (m.in. po dwa trafienia zaliczyli w tym spotkaniu Gretzky i Hull; ten ostatni zdobył piątą, przypieczętowującą zwycięstwo gospodarzy bramkę w ostatnich sekundach meczu). W pierwszym, niezwykle dramatycznym meczu finałowym na filadelfijskim lodowisku lepsi okazali się jednak być goście. Choć Le Clair na siedem sekund przed końcem regulaminowego czasu uratował Amerykanom remis, to jednak ostatecznie Kanadyjczycy wygrali 4:3, a decydującą bramkę zdobył dopiero w jedenastej minucie dogrywki niezawodny Steve Yzerman. Dwa dni później w Montrealu lepsi okazali się jednak reprezentanci USA, którzy zwyciężyli 5:2. W trzecim, decydującym i porywającym, finałowym pojedynku na montrealskiej tafli, Amerykanie, choć jeszcze na kilka minut przed końcem, po efektownym golu Adama Foote, przegrywali z gospodarzami 1:2, dzięki swemu fantastycznemu finiszowi (w ostatnich siedmiu minutach padło łącznie aż pięć goli!) oraz dwóm trafieniom uzyskanym w ostatnich czterdziestu sekundach spotkania, ponownie pogrążyli rywali w identycznych rozmiarach 5:2, triumfując w całym turnieju. Był to ogromny i niezwykle prestiżowy sukces amerykańskiego hokeja. Mam wciąż żywo przed oczami widok smutnego, zrezygnowanego Wayne Gretzkyego, przyglądającego się z boksu swego zespołu, szalonej euforii amerykańskich graczy po końcowej syrenie.

Osiem lat później, w montrealskiej hali, podczas drugiej i ostatniej edycji Pucharu Świata, Kanadyjczycy pokonają USA 2:1.

W Nagano w 1998 roku, rozpoczęła się dla hokeja na igrzyskach zupełnie nowa era. Wraz z pojawieniem się na olimpijskim turnieju wszystkich najlepszych graczy z NHL, hokejowy spektakl spod znaku pięciu olimpijskich kół nabrał posmaku wydarzenia absolutnie wyjątkowego, które pośród gier zespołowych można porównać chyba wyłącznie do futbolowego mundialu.

16 lutego 1998 roku, już podczas fazy grupowej, wyjechały do wzajemnej konfrontacji na japońskim lodzie, ekipy Kanady i USA naszpikowane największymi gwiazdami tej dyscypliny sportu. Z jednej strony Gretzky, Yzerman, Shanahan, Sakic, Recchi, z drugiej Hull, Tkachuk, Modano, Roenick. Kanadyjczycy, dyrygowani na lodzie przez największą legendę światowego hokeja - Wayne Gretzkyego okazali się tego dnia silniejsi od rywali. Na cztery trafienia Primeau (dwa gole), Zamunera i Sakica, skromną odpowiedź znalazł wyłącznie jeden z najskuteczniejszych snajperów w dziejach NHL - Brett Hull. Zespół Klonowego Liścia zwyciężył dość wyraźnie 4:1.

Cztery lata później, 24 lutego 2002 roku, stawką toczonego podczas igrzysk w Salt Lake City pojedynku odwiecznych rywali było już olimpijskie złoto. Oba zespoły w finałowym meczu znów zaserwowały nam niezapomniane, genialne widowisko, demonstrując hokej niemal z innej planety. Upragnione prowadzenie dla gospodarzy uzyskał Amonte, doprowadzając halę do euforii. Lodowe święto popsuł jednak Amerykanom Joe Sakic, który najpierw wyprowadził gości na prowadzenie 3:2, a 20 sekund przed końcem meczu, dobił USA, ustalając wynik finałowej rozgrywki na 5:2 dla Klonowego Liścia. Tego dnia, dowodzona na lodzie przez gwiazdy pokroju Mario Lemieux czy Yzermana, światowa ojczyzna hokeja, świętowała wywalczenie swego pierwszego od półwiecza, olimpijskiego złota.

Amerykanie postanowili zemścić się na słodko i 21 lutego 2010, podczas grupowej fazy olimpijskiego turnieju w Vancouver, popsuli radość z igrzysk gospodarzom imprezy, wygrywając z nimi 5:3. Choć na 3 minuty przed końcem meczu, Crosby sprawił swym trafieniem, że gospodarze igrzysk przegrywali już zaledwie jedną bramką, to jednak Ryan Kesler na 45 sekund przed końcową syreną zadał decydujący cios, posyłając krążek do pustej, kanadyjskiej bramki i ustalając wynik spotkania na 5:3 dla USA.

Siedem dni później, 28 lutego 2010 roku, obu zespołom znów przyszło skrzyżować ze sobą kije. Tym razem stawką było już olimpijskie złoto. Jonathan Toews i Corey Perry wyprowadzili gospodarzy na dwubramkowe prowadzenie. Kontaktową bramką odpowiedział Kesler, a na 25 sekund przed końcem finałowego spotkania, Zach Parise uciszył halę w Vancouver, wyrównując stan meczu na 2:2. Ostatnie słowo należało jednak do Kanadyjczyków. Gdy dochodziła ósma minuta dogrywki Sidney Crosby zdobył gola na wagę złota. Końcowy triumf, podobnie jak osiem lat wcześniej w Salt Lake City, stał się więc udziałem Kanadyjczyków. Warto też nadmienić, że wszystkich pięciu strzelców goli z finałowej potyczki w Vancouver, zobaczymy podczas dzisiejszej, półfinałowej batalii w Soczi, co z pewnością gwarantuje moc wrażeń.

Jak Kanadyjczycy dla Amerykanów, tak równie wymagającym starszym bratem i srogim nauczycielem hokejowego rzemiosła, byli niegdyś dla Finów, Szwedzi. Pierwsze wzajemne widzenia na lodowej tafli przyprawiały zapewne kibiców Suomi o porządny ból zębów. Rozpoczęło się podczas mistrzostw świata w 1949 roku od prawdziwego szwedzkiego potopu i porażki fińskich adeptów hokejowej sztuki aż 1:12. Dwa lata później było już nieco lepiej, bo tylko 3:11. Przez niemal dwie dekady scenariusz kolejnych, wzajemnych konfrontacji wyglądał mniej więcej tak samo – Szwedzi bili i patrzyli czy równo puchnie. Fińscy hokeiści solidnie obrywali, lecz obrywając postanowili przy tym nie próżnować i powolutku uczyli się nabywania umiejętności, jak sprawiać swym szwedzkim rywalom coraz więcej problemów na tafli. W 1959 roku na mistrzowskim turnieju udaje im się, po raz pierwszy w historii, zremisować z zespołem Trzech Koron 4:4. A po 21 latach od pierwszego fińsko-szwedzkiego pojedynku w meczu o stawkę, Suomi odnoszą wreszcie swe pierwsze historyczne zwycięstwo nad Ruotsi, jak nazywa się w Finlandii Szwedów. By smak zwycięstwa był jeszcze słodszy, fińscy hokeiści dokonują tego wyczynu w jaskini lwa, czyli podczas mistrzostw świata rozgrywanych na sztokholmskim lodowisku. Sensacyjne i efektowne zwycięstwo 3:1 rekompensuje Finom blisko dwie dziesiątki, poniesionych dotąd, często bardzo dotkliwych klęsk, podczas wzajemnych widzeń na lodzie. Dwa lata później, 12 marca 1972 roku, w trakcie igrzysk w Sapporo, hokeiści Suomi znów okażą się lepsi od Szwedów, wygrywając 4:3, a kilkadziesiąt dni później, wygrają również na praskich mistrzostwach 5:4.

Od lat 70. kiełkuje powoli nowy etap w dziejach lodowych zmagań pomiędzy reprezentacjami Finlandii i Szwecji. Choć Suomi wciąż jeszcze częściej przegrywają niż wygrywają w ważnych meczach ze swym potężnym sąsiadem, to jednak jest to już rywalizacja zdecydowanie bardziej wyrównana. Finom udaje się odnieść kilka niezwykle spektakularnych zwycięstw w tych najbardziej prestiżowych pojedynkach z ekipą Trzech Koron. W 1976 roku Suomi wygrywają z nimi mecz w Canada Cup 8:6, a wiosną 1985 roku, podczas mistrzostw świata w Pradze aż dwukrotnie gromią odwiecznych rywali 5:0 i 6:1. Wysoko wygrają również na wiedeńskich mistrzostwach dwa lata później (4:1). Podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, Calgary i Albertville aż trzy ich spotkania z rzędu kończą się remisem. Finowie triumfują za to 3:1 na lodowisku w Toronto, podczas rozgrywanego w 1991 roku turnieju Canada Cup.

10 maja 1992 roku na praskim lodowisku, Finom i Szwedom, po raz pierwszy w historii przychodzi zmierzyć się ze sobą w finale mistrzostw świata. Choć tydzień wcześniej, w rozgrywkach grupowych Suomi zwyciężają 3:1, w pojedynku o złoto górą będą Ruotsi, którzy wygrają 5:2.

Trzy lata później sytuacja się powtórzy. Tym razem jednak to Finowie będą górą. Ćwierć wieku po pierwszej, historycznej wiktorii odniesionej w jaskini szwedzkiego lwa, Suomi zdobędą Sztokholm aż dwukrotnie w trakcie jednego turnieju. Najpierw pokonają gospodarzy w rozgrywkach grupowych 6:3, a dwa tygodnie później, 7 maja 1995 roku, na lodowej tafli w stolicy Szwecji, pokonają w finałowym spotkaniu o mistrzostwo świata odwiecznych rywali 4:1. Bohaterem spotkania zostanie Ville Peltonen, który zdobędzie aż trzy pierwsze trafienia i będzie asystował przy golu na 4:0, którego uzyska Timo Jutila.

Szwedom i Finom bardzo przypadną do gustu cykliczne, co trzyletnie, wzajemne konfrontacje na finałowym szczeblu mistrzostw świata. Co ciekawe, wiosną 1998 roku, podczas światowego czempionatu na szwajcarskim lodzie, oba zespoły zmierzą się ze sobą aż trzykrotnie i łącznie padną w tych spotkaniach zaledwie... dwa gole, a żadnego z nich nie zdobędzie zespół Suomi. W rozgrywkach fazy grupowej Trzy Korony wygrają 1:0. W finałowym dwumeczu, rozegranym 16 i 17 maja 1998 roku na lodowisku w Zurychu, najpierw pada bezbramkowy remis, a nazajutrz Szwedzi, dzięki jedynemu trafieniu Tomberga na dziesięć minut przed końcem spotkania, zapewniają sobie triumf.

Po raz czwarty i ostatni, jak dotąd, Suomi i Ruotsi zmierzyli się w finale mistrzostw świata niespełna trzy lata temu. 15 maja 2011 roku, na tafli w Bratysławie, aż do 40 minuty meczu Finlandia przegrywała tę potyczkę 0:1, by ostatecznie, w końcowych dwudziestu minutach spotkania, zdecydowanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i efektownie rozgromić Szwedów aż 6:1! Immonen, Nokelainen, Kapanen, Pesonen, Pyorala, Philstrom ładowali kolejno gumowy krążek do bramki rywala.

Co warte podkreślenia, łącznie aż piętnastu hokeistów z tamtego finałowego spotkania (dziewięciu Finów i sześciu Szwedów) wyjedzie dziś zapewne na lodowisko w Soczi, by powalczyć o olimpijski finał.

Od momentu, gdy w igrzyskach biorą udział najlepsi hokeiści z NHL, aż do dzisiejszego piątku, reprezentanci Finlandii i Szwecji trzykrotnie skrzyżowali ze sobą kije na olimpijskich turniejach. 18 lutego 1998 roku, podczas ćwierćfinałowej potyczki w Nagano na dwa trafienia fińskiego supersnajpera Teemu Selanne, odpowiedział tylko Peter Forsberg, strzelając dwanaście sekund przed końcem spotkania kontaktową bramkę. Spośród dwóch legendarnych graczy NHL, którzy stanęli wówczas przeciwko sobie na lodzie, to Jari Kurri triumfował więc nad Matsem Sundinem. Co ciekawe, w tamtym, rozegranym aż przed ponad szesnastu laty pojedynku, obok Selanne, wystąpił również inny hokeista, który będzie miał dziś okazję zagrać w półfinałowym boju na tafli w Soczi - Szwed Daniel Alfredsson.

Osiem lat po ćwierćfinałowej batalii z Nagano, 26 lutego 2006 roku, na lodowisku w Turynie Suomi i Ruotsi spotykają się w wielkim olimpijskim finale. Początek jest wymarzony dla Finów. Na skutek pięknej bramki Timmonena kończą oni pierwszą tercję prowadząc 1:0. W drugiej odsłonie Zetterberg i Kronwell wydzierają Suomi upragnione złoto. Nadzieję przywraca im przytomne, wyrównujące trafienie Peltonena, lecz dziesięć sekund po rozpoczęciu ostatniej tercji Lidstroem, swym znakomitym strzałem z dystansu przesądzi o końcowym triumfie Szwedów 3:2. Finowie nigdy dotąd nie byli tak blisko olimpijskiego złota, jak wówczas na turyńskiej tafli, lecz znów musieli obejść się smakiem. Na najcenniejszy z kruszców polują na igrzyskach do dziś. Warto również nadmienić, iż w pamiętnym olimpijskim, turyńskim finale sprzed ośmiu lat, wystąpiło łącznie aż ośmiu graczy, których zobaczymy dziś zapewne na soczijskim lodzie. Poza Selanne i Alfredssonem, są to również: Timmonen i O.Jokinen u Finów oraz Lundqvist, Kronwall, Zetterberg i D.Sedin u Szwedów.

  

Ostatni jak dotąd szwedzko-fiński pojedynek, który odbył się pod szyldem pięciu olimpijskich kół, rozegrany został cztery lata temu w Vancouver. Tam, jeszcze w fazie grupowej, zespół Trzech Koron dość gładko rozprawił się z Finlandią w stosunku 3:0.

Również ostatnie ważne spotkanie o stawkę, z udziałem obu ekip - zeszłoroczny, sztokholmski bój o finał mistrzostw świata, wygrali Szwedzi 3:0. A nazajutrz sięgnęli na swym lodowisku po złoto i noszą obecnie zaszczytny tytuł aktualnych mistrzów świata.

Gdyby spojrzeć na całościowy dorobek obu ekip, podobnie jak Kanadyjczycy Amerykanów, również i Szwedzi wciąż jeszcze biją Finów na głowę. Dwa olimpijskie złota, dwa srebra, sześć brązów, a do tego aż dziewięć tytułów mistrza świata i dziewiętnaście wicemistrzowskich na koncie Trzech Koron, a przede wszystkim, przeszło dwukrotnie większa ilość zwycięstw odniesionych nad Finlandią w bezpośrednich starciach na ważnych turniejach - robi wrażenie. Również i na turnieju w Soczi Szwedzi grają naprawdę znakomicie. Finowie są jednak niesłychanie głodni najcenniejszego z hokejowych trofeów, którym jest olimpijskie złoto, a którego nigdy, jak dotąd, nie dane im było posmakować. Ten głód sukcesu, w połączeniu ze szczególnym ładunkiem motywacyjnym, jaki w obu opisanych przypadkach, wyzwalają zawsze w zespołach Suomi i USA spotkania, rozgrywane przeciwko swym dawnym nauczycielom hokejowej sztuki, a przede wszystkim, znakomita dyspozycja prezentowana i przez Finów, i przez Amerykanów podczas obecnych igrzysk, sprawiają, że żaden z tych zespołów, w swej walce o spełnienie złotego, olimpijskiego marzenia, absolutnie nie stoi na straconej pozycji. Wszystko to daje nam chyba gwarancję doświadczenia dziś ogromnej dawki hokeja na poziomie najwyższym z możliwych. Wydaje mi się przy tym, że w niedzielnym olimpijskim finale, na tafli w Soczi, nie zmierzą się ze sobą Kanada i Szwecja. Choć oczywiście mogę się mylić ;) Za kilkanaście godzin wszyscy będziemy znacznie mądrzejsi :)

piątek, 21 lutego 2014, badzi

Polecane wpisy

  • Ostatni taki bal

    Kilka dni temu ucieszyliśmy się wszyscy radością szczerą, choć zatroskaną nieco o to, co dalej , z wywalczonego w niezłym stylu, awansu polskich hokeistów na za

  • Awans i co dalej?

    To było ponad 21 lat temu. 25 marca 1993 roku, podczas mistrzowskiego turnieju grupy B na lodowisku w Eindhoven, stało się coś naprawdę istotnego i brzemiennego

  • Kolejne wielkie derby Poznania za nami

    Całkiem niedawno, bo 4 lutego minęło dokładnie 80 lat od momentu, gdy Poznań cieszył się swym największym i niepowtarzalnym, jak dotąd, triumfem w hokeju na lod

Komentarze
Gość: argo, *.bb.dnainternet.fi
2014/02/21 08:08:32
fajnie napisane, mam nadzieję ze w finale USA zagrają z Finami
-
Gość: nibeusz, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/02/21 10:23:38
obstawiam finał USA-Szwecja.
bardzo chciałbym widzieć w nim Finów, którym kibicuję od lat, ale potomkowie Wazów są zbyt wyrównaną i zdyscyplinowaną drużyną, dodakowo ze świetnym bramkarzem Lundqvistem (moim zdaniem nr 1 tego turnieju), by Suomi mogli ich przejść. po cichu liczę jednak na fantazję Granlunda i determinację jego kolegów.
w drugim półfinale może być różnie. albo Kanada odpali i będziemy mieć zażartą walkę (temu scenariuszowi się przychylam), albo mocni i niesamowicie pewni siebie Amerykanie wygrają spokojnie dwiema, trzema bramkami.
-
2014/02/21 17:28:38
Dlaczego ja wcześniej nie odkryłem tego sportu? :D
-
Gość: gp, *.dynamic.chello.pl
2014/02/22 14:05:57
Fajnie, że piszecie ostatnio o hokeju, szkoda tylko, że tak od święta.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/02/23 01:06:44
@ khedirasami

Lepiej późno niż wcale ;)

@ gp

Rzeczywiście, piszemy od święta, tym bardziej więc się cieszymy z tego święta :)
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/02/23 01:10:27
@ argo, nibeusz

Jednak Kanada-Szwecja :) Cóż, szkoda tej Finlandii, bo mieli swoje szanse, ale Trzy Korony były tego dnia po prostu lepsze. A Amerykanie, jak to się ładnie mówi, nie mieli z czego awansować.