Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Gloryland. USA 1994. Mój mundial

Gdy ma się 10 lat, to wszystko, co wykracza poza dobrze rozpoznany teren własnego osiedla, jest wyjątkowe i budzi fascynację. W 1994 roku lata dziewięćdziesiąte ze swoją feerią kolorów dopiero walczyły, aby biało-czerwony kraj przyjął je z całym dobrodziejstwem kulturowego inwentarza. Nad Wisłą wciąż bowiem szarość przegrywała w wielu miejscach z zachodnim disco-błyskiem. Jednak już wtedy wszystko to, co amerykańskie dawało powiew innego świata, do którego większość z nas chętnie by się wówczas przeniosła. Muzyka, moda, filmy, samochody... Landrynkowa galaktyka wabiła z ekranów telewizorów i teledysków MTV.

I nagle w połowie czerwca 1994 roku, pod sam koniec roku szkolnego, pod koniec mojej trzeciej klasy podstawówki, eksploduje supernova! Mistrzostwa świata 1994, Stany Zjednoczone, najlepsi piłkarze świata, niesamowite pejzaże! Wydarzenie mające tyle wspólnego z ligowymi meczami Lecha z Siarką, co rozdeptane pepegi ze świeżutkimi adidasami. Wraz z pierwszym kopnięciem objawiła się mi przestrzeń magiczna, idylliczne miejsce, gdzie każdy chciałby być. Gloryland.

Już same mundialowe obiekty sprawiały wrażenie architektury z innej galaktyki - ogromne (już nigdy łuki za bramkami nie były takie wielkie!), kotłowate, z płytą poprzerabianą z boisk futbolowych, z przedziwnie przyciętą trawą. Soccer, a nie piłka nożna, arenas, a nie stadiony.

Gdybym miał jednak powiedzieć, co wówczas mnie, dziesięciolatka, zafascynowało najbardziej, to chyba odpowiedziałbym, że koszulki. Przyznam, że nigdy później nie widziałem już takiej tekstylnej orgii. Trykoty, w których występowali zawodnicy, nijak nie pasowały do powyciąganych łachów, w których grali polscy zawodnicy. No zresztą sami zobaczcie - gwiaździsty sztandar USA, bazarowa Nigeria

czy ostemplowane na klatce Maroko.

No i oczywiście Jorge Campos - byt osobny.

Do tego parada fryzur. Alexi Lalas, Roberto Baggio, Carlos Valderrama i inni.

Kolory, szaleństwo, zawieszenie utrwalonej hierarchii bytów (Niemcy przegrywają z Bułgarią!?) i ogólne poczucie obcowania z czymś magicznym. Aury magii dodawały całemu przedsięwzięciu godziny rozgrywania spotkań. O ile te wcześniejsze, rozgrywane o g. 13 w USA można było jeszcze obejrzeć wieczorową porą w Polsce (g. 18.00), o tyle większość z nich odbywała się późno (21.30 - jak na dziesięciolatka, to późno) albo bardzo późno (jeśli mnie pamięć nie myli - o 1.30). Z drżącym więc sercem, wraz z młodszym bratem, panem B., każdego poranka, zaraz po otwarciu oczu, biegliśmy do telewizora i w specjalnym mundialowym programie emitowanym przez nieistniejący już kanał Screensport chłonęliśmy wszystko to, co wydarzyło się w nocy za Oceanem (przy okazji - konia z rzędem, kto znajdzie gdzieś w sieci fragment tego programu; pamiętam takiego komputerowego ludzika, który go "prowadził").

Pomijając jednak całą nierzeczywistą dla mnie atmosferę mistrzostw, to był to z kilku względów również wyjątkowy turniej pod względem piłkarskim.

W moim odczuciu nigdy później nie spotkało się w ramach jednego wydarzenia równie wielu wybitnych rozgrywających - Maradona, Hagi, Valderrama, Matthaus (Moeller! Hassler! Effenberg!), Bałakow, Etcheverry, Scifo, Guardiola, Rai, Sforza... Oni wszyscy tam byli! To naprawdę robi wrażenie.

Miałem także okazję obejrzeć "na własne oczy" Maradonę. Geniusza, który na MŚ 1994 przeszedł drogą z nieba do piekła. W inauguracyjnym meczu z Grecją (4:0) strzelił cudowną bramkę,

by po kolejnym spotkaniu z Nigerią (2:1) zostać zdyskwalifikowanym za stosowanie dopingu (efedryna). Tym samym starcie z Afrykanami było ostatnią grą Boskiego Diego w reprezentacyjnej koszulce Argentyny. 25 czerwca 1994 coś się skończyło w światowym futbolu i ja to widziałem.

Zamknął się rozdział pt. "Maradona", ale, mimo to, USA 1994 to także turniej jednego zawodnika. Niekwestionowanym królem amerykańskiego wydarzenia był bowiem Romario.

Już przyjeżdżając na turniej był wielką gwiazdą Barcelony, ale to właśnie wydarzenia zza Oceanu uczyniły go kolejnym brazylijskim wcieleniem Pelego. W świetnej złotej drużynie Canarinhos (Bebeto, Dunga, Zinho, Aldair, Mauro Silva, Taffarel) Romario był wodzirejem absolutnym i niepodważalnym, a jego duet z - prywatnie nielubianym - Bebeto stanowił jeden z najlepszych snajperskich duetów lat dziewięćdziesiątych. Swoją drogą, mam takie poczucie, że po amerykańskim mundialu już nigdy jednostka nie odciskała tak silnego piętna na zespole (najbliżej był chyba Ronaldo w 2002, bo na pewno nie Zidane w 1998; ewentualnie Forlan w 2010, ale to już nie mistrz).

W ogóle MŚ 1994 to impreza wspaniałych popisów wielkich indywidualności. Cudowne umiejętności potwierdzili na niej przecież tacy zawodnicy jak Hagi, Stoiczkow, Baggio, Maldini, Batistuta, Klinsmann czy Bergkamp. Jednocześnie światu objawiło sporo nowych twarzy, które tchnęły nieco świeżości w zastałe nieco już hierarchie. Tacy zawodnicy jak Kenneth Andersson, Oleg Salenko, Marc Overmars czy Ilie Dumitrescu byli również ozdobami turnieju.

Nie zmienia to faktu, że dla dziesięciolatka, jakim wówczas byłem, mundial miał również swoich alternatywnych bohaterów. Gol Erica Wynaldy w meczu USA - Szwajcaria (1:1) stanowił dla mnie najpiękniejszy gol ever i nie mogłem uwierzyć, że taki Wynalda jeszcze nie gra w Realu.

Wielką sympatię czułem do gry Szwajcarów, szczególnie długowłosego Alaina Suttera i solidnego bramkarza Marco Pascolo. W Szwecji fajnie pokazał się Jesper Blomqvist, Nigeria raziła siłą ofensywną - Finidi George, Yekini, Amunike, Amokachi. W Irlandii świetnie prezentował się Ray Houghton, a w Maroko przebłyski technicznej fantazji dawał Ahmed Bahja.

Zbiorowo warto wyróżnić reprezentację Arabii Saudyjskiej, której dobrych występów nie spodziewał się chyba nikt, tak jak nikt nie spodziewał się fruwającego kocura w bramce jakim był Mohammed Al-Deayea, ani cudownego gola Al-Owairana.

Arabowie bledną jednak w świetle popisów Rumunów i Bułgarów. Ci pierwsi, poza dość nieoczekiwanie przegranym meczem ze Szwajcarią (1:4), czarowali w każdym swoim spotkaniu. Na inaugurację pokonali Kolumbię (3:1 i cudowny gol Hagiego), potem wpadka z Helwetami, a na zakończenie fazy grupowej zwycięstwo z USA (1:0). W 1/8 finału ku niedowierzaniu całego świata po kosmicznym wręcz meczu pokonali Argentynę (3:2), a Ilie Dumitrescu (strzelec dwóch goli) już nigdy nie wzbił się na podobny poziom.

Wielu fanów widziało już Rumunię w strefie medalowej, gdy w ćwierćfinale po dramatycznym spotkaniu i serii rzutów karnych usiekli ich Szwedzi (2:2, k. 4:5). A wszystko przez beznadziejnego golkipera Rumunów Florina Pruneę, który jeszcze w fazie grupowej zastąpił w bramce kontuzjowanego Bogdana Steleę. Jakim cudem Kenneth Andersson dosięgnął głową wyżej niż Prunea ręką!?

Strasznie szkoda, że tak pięknie grających Rumunów odstrzelono, ale ja za to do dziś pamiętam odpowiedź mojej mamy na dość zaskakujące chyba dla niej pytanie o to, komu kibicuje: "Rumunom, bo grają o wiele większą stawkę niż Szwedzi". 

O równie wysoką stawkę grali chyba także Bułgarzy. Oni akurat zaczęli turniej katastrofalnie, bo od srogich batów z Nigerią (0:3). Potem jednak z meczu na mecz pokazywali niespotykaną przedtem jakość. Rozbili Greków (4:0), a następnie sensacyjnie pokonali Argentynę (2:0). W fazie pucharowej po karnych odprawili Meksyk (1:1, k. 3:1, po świetnych paradach Michajłowa), a następnie rozegrali swój bodaj najlepszy mecz w historii. Niemcy do dziś nie wierzą, że przegrali z Bułgarami w ćwierćfinale (1:2), ale może chociaż uroda goli Stoiczkowa i Leczkowa nieco ukoi ich cierpienie.

W półfinale co prawda Włosi okazali się lepsi (1:2), a w meczu o 3. miejsce Szwedzi urządzili prawdziwą demolkę (0:4), ale ekipa Bułgarów i tak pozostawiła po sobie kapitalne wrażenie. Pokazała bowiem świetnie zgrany zespół, gdzie obok gwiazd światowego formatu, jak Stoiczkow, Kostadinow czy Bałakow, pięknie poczynają sobie tacy zawodnicy jak Michajłow, Borimirow czy Leczkow (ten ostatni już nigdy nie wskoczył na poziom prezentowany na MŚ 1994).

Osobną kwestią pozostaje zaś moja fascynacja reprezentacją USA i jej galerią niezwykłych typów - Tony Meola, Alexi Lalas, Tab Ramos, John Harkes, Wynalda... Obiecuję jednak napisać kiedyś o nich jeszcze osobny tekst, bo jest o czym pisać.

Jeżeli miałbym wskazać największe rozczarowanie MŚ 1994 to zdecydowanie była nim Kolumbia. Zespół z takimi gwiazdami w składzie jak Valderrama, Asprilla czy Rincon jechał z wielkim apetytem na... złoty medal. Fantazje te nie były bezpodstawne. Należy bowiem pamiętać, że Kolumbijczycy w olśniewającym stylu wygrali w swojej grupie kwalifikacje do mundialu, po drodze rozbijając m.in. Argentynę na jej terenie (5:0)! Życie jednak boleśnie zweryfikowało piękne marzenia i po porażkach z Rumunią (1:3) i USA (1:2) oraz zwycięstwie ze Szwajcarią (2:0), zespół musiał wracać do domu. Dodatkowo, mafijne kule dopisały do tego występu tragiczny aneks, w postaci zabójstwa Andresa Escobara (przy tej okazji polecam absolutnie fenomenalny film dokumentalny "Two Escobars" Jeffa i Michaela Zimbalistów).

Na zakończenie jeszcze o kilku innych, niewymienionych powyżej, meczach, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Celowo nie używam słowa "niezapomniane", bo wszystkie spotkania MŚ 1994 są dla mnie niezapomniane:)

USA - Szwajcaria 1:1 - z racji później godziny nie oglądałem całego meczu otwarcia (Niemcy - Boliwia 1:0), więc prawdziwym otwarciem było dla mnie dopiero rozgrywane następnego dnia inauguracyjne spotkanie Amerykanów; trafiło się fajnie, bo dwa gole z rzutów wolnych (Bregy i Wynalda) stanowiły dobry prognostyk na resztę turnieju.

Rosja - Kamerun 6:1 - pięć goli Salenki i szok, że jeden piłkarz może tyle razy ukąsić podczas jednego meczu.

Niemcy - Belgia 3:2 - ach, jak wtedy kibicowałem Belgii!

Brazylia - Holandia 3:2 - najlepszy mecz mistrzostw; rzut wolny Branco każdy chciał powtórzyć na podwórku.

Brazylia - Włochy 0:0, k. 3:2, finał mistrzostw -

finał, z racji późnej godziny rozgrywania, obejrzałem dopiero kolejnego dnia i... strasznie się wynudziłem! Nie działo się w nim zbyt wiele rzeczy, a to, co zapamiętałem, to: a. Pagliucę całującego słupek, po tym, jak ten uratował go przed stratą bramki; b. włoskiego komentatora krzyczącego "Mamma mia, Massaro!", po tym jak napastnik Milany spudłował karnego w serii jedenastek; c. smutne twarze dwóch chyba największych mundialowych gwiazd Włoch - Baresiego i Baggio, po tym jak chybili w rzutach karnych.

Tak jak jednak już pisałem - wszystkie mecze MŚ 1994 są dla mnie wyjątkowe. Do dziś znam wszystkie wyniki (!) i (prawie) wszystkich strzelców (!!!). Nie wierzycie? Proszę bardzo - Korea Płd. - Boliwia 0:0; Irlandia - Norwegia 0:0; Arabia Saudyjska - Maroko 2:1. Także sami widzicie:)

Na okoliczność mistrzostw prowadziłem specjalny zeszyt, w którym notowałem wyniki wszystkich meczów, wraz ze strzelcami bramek oraz - uwaga, uwaga! - poglądowym rysunkiem jak te gole padały! Oto jedna ze stron mitycznego zeszytu. Doceńcie pruski porządek statystyk oraz plastyczne inspiracje rodem z jaskini Lascaux.

Gdy dziś przeglądam ten kajet, to wzruszam się niczym mężczyzna w "Amelii", który w pudełku znalazł zabawki ze swojego dzieciństwa.

Choć rozgrywane we Francji MŚ 1998 również znam na pamięć i widziałem na nich niemal wszystkie mecze (sic!), to właśnie mundial w Stanach Zjednoczonych stanowi w mojej pamięci przestrzeń magiczną. Nigdy później nie odbierałem wydarzeń sportowych z taką naiwną fascynacją, z takim szczerym zdziwieniem, z tak bezbrzeżną ciekawością i antropologiczną wręcz pazernością na poznawanie nowego. W uniwersum amerykańskiego mundialu splatają się nici mojego szczęśliwego dzieciństwa, wielkich fascynacji i pierwszych futbolowych emocji. Wszystko, czego doświadczyłem w związku z futbolem w późniejszym okresie, jest z zaoceanicznym turniejem zestawiane i porównywane. Piłka nożna nigdy bowiem nie była już równie romantyczna.

Dlatego też wspomnienie o mistrzostwach sprzed dwóch dekad chronię i pielęgnuje w swojej pamięci niczym drogi skarb, który przypomina mi kim jestem i skąd przybywam.

P.

Czytaj także:

MŚ 1982 i 1986. Moje mundiale - Sławek

MŚ 1990. Mój mundial - Radek

środa, 11 czerwca 2014, badzi

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/11 13:01:34
Ten mundial to również dla mnie niezapomniane wspomnienia. Pierwszy oglądany świadomie, chociaż ze względu na późną porę wielu spotkań, niektóre wyniki poznawałem dopiero rano. Kibicowałem Włochom, od poprzedniego mundialu oglądanego jako sześciolatek, miałem do nich ogromną słabość (tak wielką, że po porażkach zalewałem się łzami, nawet gdy we Francji Dino Baggio przywalił karnego w poprzeczkę, ja - chłopak kończący siódmą klasę - musiałem wycierać oczy rękawem koszulki).
Z tego mundialu pamiętam, jaką sensacją byli Bułgarzy i Rumuni. Szwedzi zresztą też - a Keneth Anderson stał się ulubionym piłkarzem mojego najlepszego kolegi. Moim był oczywiście Roberto Baggio - jeden z bohaterów mundialu, zapamiętany powszechnie niestety z ogromnego pudła w decydującym momencie, a nie z tego, że tym Włochom zapewnił zwycięstwa we wszystkich meczach prowadzących do finału po wyjściu z grupy. A przecież to jego właśnie w meczu z Norwegią ściągnął trener, by wprowadzić bramkarza, gdy czerwoną kartkę zobaczył Pagliuca i to on uchodził do meczu z Nigerią za niewypał w squadra azzura.
Pamiętam też, że komentatorzy sporo opowiadali o cudownej piłce, którą kopano na boiskach USA: nazywała się Questra i miała bodaj pięć warstw. Z kolegami zastanawialiśmy się, ile warstw mają nasze piłki :).
Utkwiła w pamięci jeszcze drużyna Nigerii: chyba druga po Kamerunie na boiskach Italii, najlepsza drużyna z Czarnego Lądu w historii mundialu. Pech chciał, że gdy już Nigeria witała się z gąską, gdy już grająca w osłabieniu Italia miała odpaść, bramkę strzelił Baggio. A potem w dogrywce dołożył drugą. Obie piękne. Nigeria wróciła do domu, a Włochy miały zagrać z Hiszpanią. Z tego meczu, oprócz bramek mojego idola, pamiętam jeszcze ogromną rozpacz Gianfranco Zoli po otrzymaniu czerwonej kartki. Wyglądał jak małe dziecko, które wpadło w histeryczny szloch, bo nie chce pogodzić się z nakazem rodzica, by wrócić z podwórka do domu.
Pamiętam jeszcze, że Niemcy męczyli się z Koreą w fazie grupowej, gdy z gładkiego 3-0 zrobiło się nagle 3-2. I główkę Leczkowa w ćwierćfinale też pamiętam. Śliczna sprawa.

W ogóle, to minęło już 20 lat i pamięć czasem zawodzi. Do zeszłego tygodnia byłem absolutnie pewien, że Włosi pierwszy mecz grali z Norwegią i ten mecz przegrali. Dopiero gdy w Internecie zweryfikowałem wiedzę ze wspomnieniami nagle wszystko wróciło na swoje miejsce: pamiętam - msza na zakończenie roku szkolnego 93/94 w małej wiosce, skąd pochodzę. Kolega koło mnie w trakcie śpiewów mówi: "Widziałeś wyniki? Twoje Włochy przegrały a Baggio został zmieniony za bramkarza". Dopiero po powrocie do domu okazało się, że nie przegrali, tylko zremisowali, bo kolega chciał mnie nastraszyć :).
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/06/11 22:05:37
@rodak
Zobacz, mamy prawie takie same wspomnienia!
Na mnie też wrażenie robił Keneth Andersson, szczególnie po pięknej bramce strzelonej Brazylii.
Questra - ech...:) To chyba była pierwsza tak szeroko omawiana mundialowa futbolówka. Pamiętam, że po golu Wynaldy rozpoczęły się dyskusję, czy to dzięki piłce udało się mu tak wcisnąć w okno.
Nigeria - prawdziwe bestie! Amokachi i Yekini, kto nie bałby się takiego ataku :) Siła, szybkość, mocne uderzenia, dobra gra głową. Kto wie, gdyby nie Baggio...
Zoli po czerwonej kartce okrutnie współczułem; pisałem o tym zresztą kiedyś tutaj:
www.zczuba.pl/zczuba/1,90957,12028287,Siedmiu_wloskich_pilkarzy__za_ktorymi_tesknie.html
Niemcy - Korea - piękny gol Klinsmana!
www.youtube.com/watch?v=41y22-6RcTk
Czasem, gdy sobie pomyślę, że to już 20 lat minęło, to aż sam się dziwię, że wszystko tak dokładnie pamiętam:)
Pozdrawiam!
-
Gość: etam, *.dynamic.chello.pl
2014/06/11 23:08:20
Dla mnie też najlepszy mundial, jaki oglądałem (pierwszy widziany to Hiszpania '82, płakałem po przegranej z Włochami, ale pierwszy świadomie przeżywany, obejrzany właściwie od deski do deski i pamiętany do dziś to Meksyk '86). Mecz Argentyny z Rumunią kosmiczny, choć wygrali nie ci, co chciałem. Całość trochę zepsuł finał, ale przynajmniej przegrali w nim Włosi - tytułu dla nich bym nie przeżył.
-
2014/06/12 09:15:49
Mundial w USA... Brazylia, nic dodać nic ująć! Ale z pamięci wygrzebałem ciekawostkę: w studio telewizyjnym ekspertem był niejaki Jan Tomaszewski i jego analizy meczów, a także typy zapadły mi w pamięć dlatego, że typował dokładne wyniki i w 90% trafiał. Jego argumenty były rzeczowe i kalkulowane na chłodno, miał wówczas znakomite rozeznanie w drużynach i ich realnych możliwościach, pamiętam, że od początku typował Brazylię na mistrza.
-
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/12 11:04:32
@ piotrfigura
"but that was in another country;: And besides, the wench is dead", jak pisał Shakespeare.
Aż dziw, że dzisiaj Tomaszewski słynie głownie z jakiś oszołomskich tekstów, a o jego rozeznaniu w piłce niewiele wiemy (może to też zasługa mediów, które go w tym charakterze nie zapraszają, a jedynie jako śmiesznego starszego pana, który może porównać Smudę do małpy w cyrku, albo wyjechać innym błyskotliwym tekstem).

Jeszcze mi się przypomniało, że to były mistrzostwa z 24 ekipami, co rodziło pewne problemy w ustalaniu kto wyjdzie z grupy. Na przykład w grupie włoskiej wszystkie drużyny skończyły tę fazę z 4 punktami na koncie a Norwegia, która przecież nieźle zaczęła nie awansował, jak później tłumaczono "bo grała defensywnie i strzeliła mało bramek".
-
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/12 11:05:49
Christopher Marlowe, nie Shakespeare. Chciał się człowiek popisać erudycją, wyszło jak zawsze :).
-
Gość: nibeusz, 188.164.244.*
2014/06/12 14:32:45
rodak:
Norwegia ani nie przegrała, ani nie zremisowała meczu z Włochami. wygrali właśnie ci drudzy - 1:0, po bramce Dino Baggio. :-)
-
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/12 15:14:29
racja, racja :) zamotałem się w tych wspomnieniach. Przegrana z Irlandią, Zwycięstwo z Norwegią (mimo gdy w dziesiątkę) i remis z Meksykiem. Dino zresztą strzelił jeszcze jedną brakmę - z Hiszpanią. Pamiętam, jak zasuwałem w przerwie meczu po mleko do babci, która właśnie kończyła doić krowy. Spieszyłem się, bo mama chciała zrobić ciasto drożdżowe, a ja nie chciałem przegapić ani minuty z gry azzurich.
-
2014/06/13 11:15:51
Na mundialu w Brazylii życzyłabym sobie powtórki finału z USA. Jestem wielką fanką włoskiej piłki i mam dużą chrapkę na rewanż :)
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/06/13 13:33:07
@dryganna
Tylko nie to!!!! :)
-
Gość: Phelot, *.dynamic.chello.pl
2014/07/07 03:28:23
Ach, wspomnienia wracają :-) Świetnie się to czyta. MŚ w USA także były moimi pierwszymi mistrzostwami, tj. takimi, które dobrze pamiętam. W zasadzie powinienem pamiętać też World Cup 1990, ale niestety pamiętam bardzo mało. Po prostu piłką nożną mocniej zacząłem się interesować krótko po tych mistrzostwach i pamiętam, że strasznie mi się dłużyły te lata wyczekiwania do World Cup 1994 ;-)

Przy okazji wspomnień MŚ wracają miłe wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, czyli okresu, który sporo osób uważa za najlepszy w życiu ;-) Zatem jedno i drugie nawzajem pozytywnie się nakręca, co w rezultacie daje piękny obraz całości. I pewnie dlatego wiele osób za najlepsze uważa najwcześniejsze mistrzostwa, które dane im było oglądać :-)

Z tych mistrzostw pamiętam sporo meczów i bramek. Mocno mi się wryła w pamięć chociażby sensacyjna porażka Niemców z Bułgarią, świetny mecz Brazylia-Holandia, niesamowity wyczyn Salenki, a także ogromne stadiony i kolorowe stroje piłkarzy (pamiętam że bardzo podobały mi się stroje Amerykanów). Pamiętam też, że zbierałem naklejki z gum do żucia. Obrazki na naklejkach oczywiście tematycznie związane były z piłkarskimi mistrzostwami, a do tego były naprawdę zabawne. Niemiec z beczką piwa, Holender w chodakach i wiatrakiem na plecach, Saudyjczyk z sziszą, itd. :-D Muszę ich poszukać...

Dobrze też pamiętam mocno nietypową i zabawną sytuację z meczu Bułgaria-Meksyk. Otóż Meksykanin po interwencji wpadł do własnej bramki i ...naruszył jej konstrukcję. Do tego stopnia, że bramkę ostatecznie trzeba było wymienić, żeby móc kontynuować grę. Udało mi się przed chwilą znaleźć to na YouTube (jakość nagrania niestety kiepska): www.youtube.com/watch?v=ZP6O-Dt_38s
Pamiętam, że po tym meczu któryś z ekspertów(?) w studio powiedział, że jakby coś takiego zdarzyło się w polskiej lidze, to mecz pewnie by przełożono na następny dzień, bo bramki nie udało by się tak szybko wymienić :-D

No i "Gloryland"! Świetny kawałek. Dziwię się, że akurat tego nie pamiętam, bo muza jest kapitalna. Dzięki za jej umieszczenie tutaj. Dynamiczna, pasująca do piłkarskich wyczynów i baaardzo amerykańska. Świetnie się słucha jako podkład pod filmik z fragmentami meczów z World Cup 94: www.youtube.com/watch?v=5_uN-3LYXNg
-
Gość: Paweł, *.skarzysko.vectranet.pl
2015/05/23 00:37:15
Kurczę, pamiętam to wszystko o czym tu napisaliście. Również jestem z pokolenia, dla którego były to pierwsze "świadome" mistrzostwa i dla mnie również są to te najwspanialsze. Sam się zastanawiam czy to tylko dlatego, że człowiek był dzieckiem i wszystko było jeszcze kolorowe, nowe i fajne, ale jednak wierzę, że to coś więcej, że te MŚ miały w sobie jakąś magię, której nie miały już żadne następne. Do dziś mam numer Przeglądu Sportowego zawierający podsumowanie tych mistrzostw, z analizami, statystykami, ocenami piłkarzy i wynikami wszystkich meczów wraz ze składami. Studiowałem to tyle razy, że teraz jest już w stanie opłakanym, ale dla mnie ma wartość bezcenną (nie wspomnę o tym, że wtedy dziennikarstwo sportowe trzymało na prawdę wysoki poziom, nie to co teraz). Pozdrowienia dla fanów World Cup 94!
-
Gość: Paweł, *.skarzysko.vectranet.pl
2015/05/25 13:19:05
Aha, w tekście jest chyba mała pomyłka. Autor pisze, że z dobrej strony pokazał się Blomqvist, podczas gdy on za dużo nie pograł na tych mistrzostwach. Może chodziło o Brolina? Nim się zachwycano wtedy.
-
2015/11/07 00:49:43
Bylem wtedy na paru meczach na stadionie Giants w New Jersey.Wlochy _Norwegia ,Arabia Saudyjska- Maroko oraz pamietny Niemcy Bulgaria w cwiercfinale;pamietam jak Niemcy oddawali bilety na polfinal prawie za darmno <przeciez oni mieli tam grac>.Nie wiem czy przypominacie sobie olbrzymia flage jagielloni na meczu otwarcia Niemcy -Boliwia w Chicago:)
-
Gość: jacek72, *.internetdsl.tpnet.pl
2017/04/12 13:19:08
no pięknie , zazdroszczę ci tego Mundialu przeżytego w taki sposób. Ja miałem już 22 lata i pomimo ,że oglądałem wszystko co sie dało ..w dzień i w noc -to już niestety nie było to . Owszem nie zapomnę fascynacji Batistutą . Gry mego idola Bakero i fajnych Norwegów ale nie dość ,że każdy z moich ulubieńców nie odniósł sukcesu to tak naprawdę mistrzostwa nie były już takie jak trzy poprzednie .Po prostu czas i wiek robi swoje. Oczekiwanie na powrót dawnych naiwnych emocji - nie przyniosło pożądanego rezultatu . Dlatego trzeba było nabrać pewnego dystansu do emocji , rzeczywistości itp aby trochę inaczej ale za to pozytywnie przezywać kolejne turnieje ale juz bez tej dozy naiwnego szczęscia jak na początku .