Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Italia 1990. Mundiale z dzieciństwa

Italia ’90. Już samo brzmienie tych słów porusza we mnie jakąś przedziwnie czułą strunę. Z hiszpańskiego mundialu ’82 przechowuję w zakamarkach pamięci pewne strzępy mglistych wspomnień, z tym najbardziej wyraźnym na czele, ze zwycięskiego, bezbramkowego remisu z radziecką kamandą. Mexico ’86 to już bardzo świadome chłonięcie futbolowego święta futbolu. Gdzieś po drodze było jeszcze niemieckie Euro ’88, które opisywałem w założonym specjalnie na tę okazję zeszyciku, skrzętnie odnotowując wyniki, strzelców bramek oraz składy zespołów, z takimi kwiatkami, jak Tonadoni czy Manczini (nie miałem wówczas możliwości zweryfikowania pisowni nazwisk w jakimkolwiek fachowym źródle). Ale Italia ’90 była jedyna w swoim rodzaju i pod każdym względem niepowtarzalna. Żadnego innego mistrzowskiego turnieju nie przeżyłem już tak mocno, tak intensywnie, jak właśnie tamtego, karmionego nieokiełznaną pasją, niespełna dwunastoletniego, futbolowego maniaka, którym wówczas byłem.

Hymn włoskiego Il Mondiale do dziś wywołuje we mnie dreszcz emocji, a kiedy w czerwcu 1990 roku, tuż przed rozpoczęciem telewizyjnej transmisji każdego kolejnego meczu nadawano ten oto sygnał, byłem niemal bliski osiągnięcia stanu nirwany.

Coppa del Mondo 1990 był też niestety zarazem pierwszym od kilkunastu lat turniejem o Złotą Nikę bez naszej reprezentacji w gronie uczestników. Polscy kibice musieli więc znaleźć sobie w mundialowej aptece jakieś tańsze zamienniki. Dla mnie akurat wybór takowej drużyny nie stanowił jakiegokolwiek problemu, gdyż już od poczęcia mego futbolowego zauroczenia, kochałem reprezentację Włoch niemal jak samą Polskę. Z Espana ’82 wyniosłem nieco irracjonalną sympatię do Giancarlo Antognoniego, na Mexico ’86 podziwiałem znakomitego Alessandro Altobellego, a podczas Italia ’90 zadurzyłem się po uszy w Giuseppe Gianninim. Dla mnie ten mundial nosił i już zawsze będzie nosił imię ówczesnego kapitana AS Romy. Nie będę się tu teraz rozpisywał o legendarnym Il Principe la Roma, bo zapewne za kilkadziesiąt dni, gdy mojemu idolowi lat chłopięcych, a dzisiejszemu selekcjonerowi reprezentacji Libanu, stuknie równo półwiecze na doczesnym świecie, pojawi się na naszym blogu znacznie szerszy tekst poświęcony tej postaci. Jednak latem 1990 roku Giannini po prostu oczarował mnie swoją grą, pełną artyzmu, błyskotliwej techniki, pomysłowości, a jednocześnie jakiegoś subtelnego smaku, elegancji, wręcz boiskowej dystynkcji. Zawsze miałem wrażenie, że piłkarze tacy, jak Giannini czy choćby również występujący na włoskim Il Mondiale Carlos Valderrama, swoim stylem gry, w jakiś wymykający się wszelkim opisom sposób nadają futbolowi pewien uszlachetniający rys. Italia ’90 to miał być mundial Giuseppe Gianniniego. Jako reżyser gry gospodarzy turnieju miał ich poprowadzić do złotego medalu. Miał zostać bohaterem całych Włoch i wielką gwiazdą tych mistrzostw, tym bardziej, że przygniatającą większość meczów gospodarze rozgrywali dosłownie kilka metrów od domu Gianniniego, na Stadio Olimpico, na którym występował na co dzień, i w mieście, w którym się wychował i które znał, jak własną kieszeń. Piłkarski Książę Rzymu był niewątpliwie jedną z czołowych postaci tego turnieju, lecz na gwiazdę pierwszej wielkości światowego futbolu, podczas Italia ’90 z pewnością wybić mu się nie udało. A lepszej okazji los już nigdy później mu nie podarował. Tak czy inaczej, dzięki temu wszystkiemu, co działo się latem 1990 roku nazwisko Giannini nie było obce żadnej z osób, które zetknęły się wówczas ze mną w jakichkolwiek okolicznościach. Obowiązkowo znali go moi rodzice, rodzeństwo, kuzyni, koledzy ze szkoły, kumple z podwórkowego boiska, a również i tacy, którzy mieliby problem z odpowiedzią na pytanie, jaką dyscyplinę uprawiał Pele, czy Maradona. Dzięki nachalności uprawianego przeze mnie piaru wiedzieli jednak, kim jest Giannini.

Italia ’90 rozpoczęła się na dobre, gdy na mediolańskim San Siro, zaryczały światu Nieposkromione Lwy z Kamerunu, sensacyjnie pokonując, broniących mistrzowskiego tytułu Argentyńczyków 1:0. Francois Omam Biyik wyskoczył do piłki co najmniej na wysokość ósmego piętra, a Pumpido przepuścił do bramki strzał, jakiego przepuścić nie miał prawa. Pamiętam szaleńczą wręcz radość Kameruńczyków po tym golu. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie dane mi było oglądać. I choć piłkarze z Czarnego Lądu kończyli mecz w dziewiątkę, dzielnie dotrwali do końca z sensacyjnym zwycięstwem. Turniej zaczął się więc od trzęsienia ziemi. Argentyna, która cztery lata wcześniej oczarowała swą grą cały świat, poległa teraz w mizernym stylu. Mundialowa przygoda Maradony i spółki na włoskiej ziemi mogła się zresztą zakończyć bardzo szybko. Kluczowe były bodaj dwa momenty podczas drugiego spotkania, wygranego ostatecznie przez podopiecznych Carlosa Bilardo z ZSRR 2:0, gdy Diego wybił w polu karnym ręką piłkę zmierzającą do bramki, czego nie dostrzegł sędzia, w efekcie nie przyznając radzieckiej ekipie ewidentnej jedenastki oraz gdy kontuzjowanego, choć znajdującego się w kiepskiej formie Pumpido już na początku pojedynku zastąpił Sergio Goycoechea. To on będzie później jednym z bohaterów tego turnieju, ciągnąc wraz z Maradoną i Caniggią ten zespół niemal za uszy na kolejne mundialowe szczeble.

Tymczasem Włosi, choć grali naprawdę dobrze, niemiłosiernie męczyli się z Austriakami. Byłem bliski zwątpienia i frustracji, gdy na kwadrans przed końcem wnętrze bramki Lindenbergera wciąż pozostawało nienaruszone. Wtedy to jednak Vicini zdjął z boiska Carnevale, wprowadzając Toto Schillaciego. Ten ostatni potrzebował zaledwie dwóch minut, by zapewnić bezcenne zwycięstwo gospodarzom. Pamiętam mą dziką euforię przed szklanym ekranem po tym golu. Ciężkie kamienie pospadały z serc fanów Squadra Azurra, a Stadio Olimpico wybuchnęło radością. W swym drugim spotkaniu Włosi strasznie męczyli się z Amerykanami, a jedyną, zwycięską i piękną bramkę dla gospodarzy uzyskał nie kto inny jak Giuseppe Giannini.

Z Czechosłowacją Italia znów jednak wspięła się na wyżyny i po fantastycznym spotkaniu wygrała 2:0 dzięki efektownym trafieniom duetu Schillaci-Baggio, który w przedturniejowych założeniach Viciniego miał być ledwie mglistą alternatywą dla ataku Carnevale-Vialli.

Oprócz Italii, kibicowałem też Rumunom. Ich zwycięstwo nad ZSRR 2:0 (i to bez Hagiego na pokładzie) sprawiło mi ogromnie dużo radości. Pamiętam też, jak bardzo ucieszyłem się, gdy na zakończenie grupowych bojów, wyrównujący gol Balinta z Argentyną zapewnił Rumunom awans do następnej rundy. To spotkanie było zarazem momentem, gdy stanęli przeciwko sobie na boisku dwaj piłkarscy geniusze: Hagi i Maradona.

Niewątpliwym rozczarowaniem włoskich mistrzostw byli Szwedzi, którzy przegrali wszystkie swoje mecze. Niespodziewaną furorę robili za to Kostarykańczycy (ach, ten Bora Milutinovic!), którzy obok Kamerunu byli prawdziwą rewelacją turnieju. Pokonali Szkocję i Szwecję, a Brazylijczykom ulegli nieznacznie po naprawdę emocjonującym widowisku. Znakomicie spisywał się bramkarz Conejo. Jak wiele znaczył dla swego zespołu najdobitniej było widać podczas batalii o fazę ćwierćfinałową, gdy czeski napastnik Tomas Skuhravy bezkarnie grasował pod kostarykańską bramką, aż trzykrotnie pokonując głową zmiennika Conejo - Barrantesa.

Bardzo konkretnie weszła w turniej niemiecka maszyna oblężnicza Franza Beckenbauera. Rozniosła świetną przecież Jugosławię 4:1 oraz bodaj najsłabsze na Il Mondiale, ZEA 5:1. Charakter w meczu przeciwko Niemcom pokazali jednak Kolumbijczycy. Dwie minuty przed końcem spotkania Littbarski na chwilę wydarł im z rąk cenny, bezbramkowy remis, lecz fantastyczna akcja duetu Valderrama-Rincon przyniosła podopiecznym Maturany upragnioną bramkę, dającą wymarzony awans. Kolumbijczycy niewątpliwie dodawali włoskim mistrzstwom swoistego kolorytu. Wprowadzali pewien powiew świeżości. Ekscentryczny Higuita, groźny Alvarez, bajeczny technicznie Valderrama przebojem wdarli się do kanonu herosów podczas podwórkowych rozgrywek męskiej gawiedzi młodszej. Ten boiskowy, kolumbijski kartel długowłosych facetów z wąsem naprawdę potrafił grać w piłkę. Ich radosną, mundialową fiestę zakończył dopiero w drugiej rundzie sędziwy Roger Milla, który skorzystał z wystosowanego przez Higuitę, a charakterystycznego dla nadawcy, zaproszenia do dryblerskiego tańca przed jego polem karnym i za moment Kameruńczyk gnał już samotnie z piłką na bramkę, karcąc ekstrawagancję, rozpaczliwie próbującego go teraz dogonić szalonego Rene.

Nie wolno też nie wspomnieć o Egipcie, który trafił do grupy śmierci, w której wróżono mu same bolesne pogromy. Egipcjanie tymczasem zremisowali zarówno z Holendrami, jak i z Irlandczykami, i dopiero zwycięski gol Marka Wrighta dla Anglii przesądził o ich odpadnięciu z dalszych rozgrywek. Jeden z kibiców egipskich po tym spotkaniu popełnił samobójstwo, pozostawiając po sobie list, w którym napisał, że po tej porażce życie dla niego nie ma już sensu. Zwycięstwo Anglii z Egiptem było zresztą jedynym spotkaniem w tej grupie, które nie zakończyło się remisem.

Szczególną datą w kalendarzu włoskiego mundialu z 1990 roku była z pewnością niedziela 24 czerwca. Wówczas to w 1/8 finału doszło do dwóch prawdziwych szlagierów. Najpierw Argentyńczycy zmierzyli się w Turynie z Brazylią. Nie byłem jakimś wielkim fanem Maradony, choć jego piłkarski kunszt oczywiście doceniałem, ale to, co zrobił z Brazylią było naprawdę zjawiskowe. Canarinhos tłamsili w tym meczu chłopców Bilardo bez miłosierdzia. Ci odgryźli się tylko raz. Ale za to jak. Geniusz z Neapolu oraz ekspress z Bergamo - Claudio Caniggia, zapewnili podopiecznym Lazaroniego szybki powrót do stęsknionych rodzin.

Romario w tym meczu nawet nie pojawił się na boisku (zresztą w ogóle Romario i Maradona zmierzyli się ze sobą podczas wielkiego mistrzowskiego turnieju tylko raz, niespełna rok wcześniej, w fazie finałowej Copa America na Maracanie w Rio de Janeiro). Fantastyczny duet kanarkowych napastników Romario-Bebeto, który podczas następnego mundialu będzie już rządził futbolowym światem, w trakcie Il Mondiale ’90, zalicza ledwie marne ochłapy występów (Romario 66 minut ze Szkocją, Bebeto 6 minut z Kostaryką). W wieczornej odsłonie dochodzi tego dnia do jeszcze ciekawszego pojedynku RFN-Holandia. W spotkaniu, jak się później okaże, przyszłych mistrzów świata z aktualnymi mistrzami Europy, dość wyraźnie lepsi okazują się ci pierwsi. W pojedynku dwóch trenerskich znakomitości to Franz Beckenbauer okazuje się być skuteczniejszy od Leo Beenhakkera. Fantastyczne spotkanie zalicza niekwestionowana gwiazda tego turnieju Jurgen Klinsmann. Ten mecz zapisuje się jednak w pamięci również haniebnym wyczynem Franka Riijkaarda, który głowę Rudiego Voellera postanowił potraktować niczym osobistą spluwaczkę. Holenderski piłkarz Milanu tłumaczył się potem, że Voeller prowokował go rasistowskim gestami i słowami, lecz gdy pył bitewny nieco opadł, już na zimno przyznał, że w rzeczywistości napastnik Romy niczego takiego nie robił. Za co Voeller ujrzał wtedy czerwoną kartkę, do dziś nie wiadomo. Sytuacja z udziałem Rijkaarda była niestety niebywałym wręcz popisem boiskowego chamstwa na futbolowym święcie we Włoszech.

Tymczasem swoim piłkarskim kunsztem podczas Italia ’90 zachwycał świat Dragan Stojkovic. Na dobrą sprawę w pojedynkę wyrzucił z turnieju Hiszpanów, a w ćwierćfinałowym, florenckim boju absolutnie nie dał się przyćmić Maradonie. Stojkovic był jedną z najjaśniej świecących gwiazd podczas włoskiego Il Mondiale. Nie udało mu się jednak wprowadzić Plavich do strefy medalowej. Prześliznęła się tam za to ich kosztem Argentyna, która znakomitym interwencjom w serii jedenastek Goycoechei zawdzięcza ów, raczej niezasłużony, sukces. Warto wspomnieć, że Diego Maradona w serii rzutów karnych nie zdołał zamienić swej jedenastki na gola.

Na podobnym farcie przeczołgali się do finałowej czwórki również Anglicy (do dziś czekają, by znów zajść na mundialu równie daleko jak wtedy, i chyba jeszcze trochę poczekają), z ledwo poruszającym się ze starości w bramce, a pamiętającym jeszcze z dzieciństwa średniowieczne bitwy pod Corbridge, Shiltonem (jakżeż ja go nie ceniłem), niezwykle skutecznym na tym turnieju Plattem oraz niezawodnym Linekerem w składzie. Najpierw w ostatniej minucie dogrywki wyrzucili z mundialu dzielnie grających Belgów, a potem zniszczyli marzenia rewelacyjnego Kamerunu. Gdy w ćwierćfinałowym spotkaniu w Neapolu, pojawił się po przerwie na murawie, będący istnym fenomenem na tych mistrzostwach, a dobijający do czterdziestki Roger Milla, Synowie Albionu na chwilę potracili głowy i w cztery minuty stracili dwa gole (Kunde i Ekeke). Remis uratował z karnego na siedem minut przed końcem spotkania bezlitosny Lineker, a potem raz jeszcze z wapna dołożył decydujące trafienie. Większość futbolowego świata z żalem żegnała bohaterskich graczy z Czarnego Lądu, z N’Kono, Makanakym, Omam Biyikiem i Millą na czele, którzy swym występem na włoskich murawach odcisnęli trwałe znamię na mundialowej historii. Buzujący od emocji mecz Anglii z Kamerunem to niewątpliwie jedna z najpiękniejszych wizytówek włoskiego mundialu.

Nadszedł wreszcie wieczór 3 lipca 1990 roku. To miało być prawdziwe święto, podczas którego Squadra Azurra pewnym krokiem wmaszeruje do wielkiego finału, by zagrać o złoto. W półfinałowym, neapolitańskim meczu Włosi byli zdecydowanie lepsi, mieli momentami bardzo znaczącą przewagę, ale udało im się uzyskać jedynie jednobramkowe prowadzenie (gol niezawodnego na tym turnieju, ostatecznego króla strzelców całej imprezy Schillaciego). Nadeszła feralna 67 minuta meczu. Wrzutka na Caniggię, fatalne wyjście z bramki Waltera Zengi i po chwili włoski golkiper po raz pierwszy na tym turnieju musiał wyciągać piłkę z własnej bramki. Potem jeszcze dogrywka, seria jedenastek i Goycoechea znów zapewnia swym kolegom sukces. Pamiętam ogromną radość Maradony, gdy udało mu się trafić w serii jedenastek. Jak olbrzymie ciśnienie musiało mu towarzyszyć podczas tego występu w jego ukochanym Neapolu...

Do dziś mam przed oczami ujęcia włoskich tifosich po końcowym gwizdku, którzy nie potrafią uwierzyć i pogodzić się z tą porażką. Wielu z nich dosłownie zapłakanych. Zresztą wyznam szczerze, iż był to jedyny mecz bez udziału polskiego zespołu, po którego zakończeniu autentycznie chciało mi się ryczeć ze smutku, z przygnębienia, z frustracji. Miałem poczucie wielkiej niesprawiedliwości futbolu. Owszem, ogromnie ceniłem szybszego od wiatru Claudio Caniggię (gdy krótko po mundialu przyszedł do Romy nie mogłem uwierzyć we własne szczęście), Sergio Goycoecheę wyłapującego większość piłek jakie z jedenastki nadciągały w kierunku jego bramki oraz geniusz Maradony, ale DLACZEGO ONI MI TO ZROBILI?! Dlaczego wyrzucili moją Italię z finału, który jej się po prostu należał?!

Nie miałem wątpliwości, że podopieczni Bilardo swoją grą absolutnie nie zasłużyli na tym turnieju na więcej niż ćwierćfinał. Zresztą na dobrą sprawę wygrali przecież podczas Italia ’90 zaledwie jedno spotkanie w fazie grupowej (a i to w ogromnym stopniu dlatego, że sędzia nie wyciągnął konsekwencji wobec nieuczciwego zagrania Maradony) i jedno w pucharowej. A teraz jeszcze sprzątnęli sprzed nosa finał gospodarzom turnieju... Pamiętam, że byłem też wściekły na Zengę, który swoje długo pielęgnowane czyste, bramkowe konto, zawdzięczał na dobrą sprawę głównie znakomitej formacji defensywnej, z Baresim, Bergomim czy Maldinim na czele, a sam w najważniejszym momencie zawiódł. Do dziś jestem przekonany, że finał Italia ’90: Włochy-RFN byłby znakomitym finałem i że to gospodarze, mający niemal od zawsze swój sposób na Niemców, przygarnęliby upragnione złoto. Oj, przygarnęliby.

W zamian mieliśmy jeden z brzydszych finałowych meczów w całej ich historii, z którego zapamiętam już na zawsze płaczącego Maradonę, toczącego swe nieustające dysputy z meksykańskim arbitrem. I szloch genialnego piłkarza Napoli, gdy musiał z bliska przyglądać się, jak to podopieczni Beckenbauera radują się ze złota. Myślałem wtedy, że to bezczelność i że facet powinien kilkanaście razy na kolanach obchodzić stadion dziękując Bogu, iż w ogóle z tak beznadziejnie kopiącą zgrają dotarł aż do finału. Bo to był przecież istny futbolowy cud. A z drugiej strony, gdyby udało im się przetrzymać te jeszcze kilka minut, a potem w dogrywce jakoś przeczołgać się do karnych, to nie mam większych wątpliwości, że rewelacyjny Goycoechea załatwiłby Argentynie ten Puchar Świata. Jednak nawet futbolowa niesprawiedliwość ma jakieś granice...

Italia ’90. Dziesiątki obrazów, wspomnień, pięknych emocji. Wszystkie je przeżywałem jeszcze po wielokroć. W futbolowym wymiarze jestem bowiem i zawsze już pozostanę dzieckiem tamtego, najwspanialszego dla mnie mundialu. Półfinałowe i finałową batalię oglądaliśmy u dziadka w Gnieźnie, gdzie byliśmy na wakacjach. Pamiętam wertowane tamże z bratem i kuzynem egzemplarze niemieckiego tygodnika "Sport Bild", które wydawały mi się wtedy być powiewem jakiegoś innego, lepszego świata, w którym nawet piłka jest jakaś taka bardziej okrągła, a trawa nieco zieleńsza. A potem już na wsi, u drugiego dziadka i babci, w ukochanych Stanisławkach, na Estadio Ściernisko, otoczonym zewsząd zbożem rozmaitem, raz jeszcze rozgrywaliśmy z kuzynami z Tychów cały mundial od nowa. Ja oczywiście byłem Gianninim. Piękne czasy, panie dzieju. Po prostu Italia ’90.

 

R.

PS. Z bezbrzeżnej miłości do Squadra Azurra skutecznie wyleczyła mnie dopiero selekcjonerska kadencja Arrigo Sacchiego.

PS 2. Koepke, Aldair, Blind, Hierro, Nemec, Wilmots, Roy, Stapleton, Boksic, Mancini, Suker. Cóż to za ferajna? Ano, jedenastka graczy, którzy calutki mundial Italia '90 przesiedzieli na ławce rezerwowych. Prawda, że niekiepska?

PS 3. Bakero, Kocian, Straka i Kubik to uczestnicy Italia '90, którzy smakowali po latach trenerskiego chleba w naszym kraju. Ta grupka byłaby jeszcze pokaźniejsza, lecz występ Petrescu na włoskim mundialu pokrzyżowała w ostatniej chwili kontuzja. Demianienko jakiś czas po udziale we włoskich mistrzostwach świata, grał krótko dla Widzewa.

wtorek, 10 czerwca 2014, badzi

Polecane wpisy

Komentarze
2014/06/10 08:43:23
Nawet nie wiem co więcej napisać. Świetny wpis. Jakże zawsze nie mogłem sie pogodzić z opiniami wielu, którzy o Il Mondiale mówili jako o najgorszych mistrzostwach świata w historii, albo przynajmniej w ostatnich 30 latach. Dla mnie na zawsze pozostaną ucztą futbolu - pełną emocji, wielkich wydarzeń. Jasne, padało może mniej bramek, wiele meczów kończyło się karnymi - ale to też esencja piłki.
Jestem trochę starszy, Mundial hiszpański ogladałem jako siedmiolatek i sporo z niego już pamiętam, sporo przeżywałem świadomie, ale to był początek. Mundial meksykański stał się rozczarowaniem przez brak sukcesu Polski. Turniej we Włoszech, paradoksalnie przez brak Polaków, pozwolił mi na delektowanie się piłką, a jako świeżo upieczony licealista przeżywałem go całkowicie świadomie. A przez pierwsze telewizje satalitarne i raczkujący Eurosport na oglądanie wszystkich meczów, nawet tych nietransmitowanych przez polską telewizję (tak, tak, tak bywało,Kostaryka-Szkocja, chyba też RFN-Jugosławia!!! i pare innych meczów było pominiętych w ramówce) - choć z uwagi na różnicę systemów PAL/SECAM w naszym starym Rubinie Eurosport oglądany był wtedy jeszcze na czarni-biało.
A jak słysze hymn Il Mondiale (w wykonaniu między innymi Gianny Nannini, siostry jednego z bohaterów ówczesnej Formuły 1, który jednak prawie co wyścig rozbijał swój samochód, a karierę skończył po wypadku... helikopterowym) to po prostu coś w środku mnie zatyka.... Jakaś tęsknota za tamtymi czasami :)
A na turnieju we Włoszech kibicowałem, opróćz tego. że jak zawsze Hiszpanom, także Niemcom. Chyba raz jeden w życiu tak dłuzej niż w jednym meczu (choć gdy 4 lata wcześniej grali z Argentyną, przez solidarnosć kontynentalną byłem tez za nimi - ale tylko w finale) - może za ten ich piękny mecz z Jugosławią, może za stroje, które bardzo mi się wtedy podobały :) Wynikiem finału byłem więc usatysfakcjonowany
-
2014/06/10 11:02:57
Oglądałem wszystkie mecze tego mundialu, kibicowałem Włochom i Niemcom, a miałem 9 lat :)
-
2014/06/10 13:13:26
Tekst oddaje dokładnie to co pamiętam i co czuję po dziś dzień. Może dlatego, że również jestem rocznik '78. Mistrzostw w Hiszpanii nie pamiętam w ogóle. Dla mnie piłka zaczęła się od Meksyku'86. Pamiętam, że podczas Italia'90 byłem z babcią w Elblągu u wujostwa. Biedna była, gdyż oglądała wszystkie mecze ze swoim wnuczkiem :) I strasznie mnie żałowała, gdy ryczałem jak bóbr po półfinale Italia-Argentyna ;) Do dziś się z tego śmiejemy :):):)

-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/06/10 13:48:45
@ jusup

Parafrazując słowa bohatera jednej z komedii, krytykom Il Mondiale 1990 chciałbym po prostu powiedzieć, żeby się zamknęli ;) Italia '90 jest najwspanialszym mundialem w historii, i tyle :) Cieszę się, że jest nas więcej :) Niech nas zobaczą! ;) Vivat Italia '90! :)

@ piotrfigura

Też kibicowałem wtedy Niemcom. To była naprawdę świetna, ciekawa drużyna. Bardzo chciałem, by wreszcie wymierzyli sprawiedliwość Argentyńczykom. Gdyby jednak Italia przebrnęła przez Neapol, w wielkim finale całe moje serce niewątpliwie biłoby wyłącznie dla niej :)

@ jimmytwo

Ano, chciało się po prostu ryczeć. Starałem się być twardy i ostatecznie nie dałem upustu łzom (ludzie patrzyli;), ale ciężko było na serduchu przez kilka najbliższych dni. Zwycięstwo nad Anglią w meczu o trzecie miejsce nieco osłodziło tę niedolę :)
-
Gość: aes, *.play-internet.pl
2014/06/10 16:19:24
aż zebrało się na wspominki "moich" turniejów:)
Dla mnie takimi momentami, które na zawsze będę wspominał, a nazwiska będę potrafił wymienić nawet obudzony w środku nocy, są: mundial 94, euro 96 i MS 98.
Jako, że moim piłkarskim idolem był Juergen Klinsmann, wspierałem dopingiem kadrę Bertiego Vogtsa. w 94 walczyłem z dopływami prądu, Stoiczkowem, ale do dziś pamiętam tekturową rozpiskę, z przesuwanym miejscem na wyniki. w 96 roku zaopatrzony w karty, plakaty i zdjęcia z niemieckiego Bravo Sport, przeżywałem piękny gol Klinsiego w meczu z Rosją,a także jego głupi faul w meczu z Chorwacją, horror gdy Gascoigne nie trafił w piłkę w półfinale z gospodarzami i fuks Bierhoffa w meczu z Czechami. A w 98, akurat w moje urodziny, Chorwaci wzięli srogi rewanż za ćwierćfinał w Anglii i ku mojej rozpaczy,rozmontowali moje "dinozaury" z Klinsmannem, Koepke, Moellerem, Hasslerem, Ziege itp. to tak w skrócie
-
2014/06/10 17:41:51
Jeden z najsłabszych Mundiali w ostatnich latach. Tak mało bramek to nie pamiętam kiedy oglądałam. No ale turniej był rozgrywany w Włoszech, więc chyba klimat się im udzielił...
-
2014/06/10 19:05:44
@numer10
By być uczciwym - moje "numero uno" to jednak Espana '82, Mundial, na którym nauczyłem się piłki, na którym zakochałem się w piłce i który do dziś wywołuje dreszcze. Jak słyszę tamten sygnał, ale tez jak słyszę zwykłe hiszpańskie rytmy :) No cóż, wtedy to było coś więcej...
Ale Il Mondiale jest zaraz za, może ex aequo z tym niemieckim w 2006 roku, ale chyba nawet wyżej od niego. I zawsze będę bronił Italia '90 jako wspaniałego turnieju, pełnego emocji, nowinek piłkarskich (granie 5-3-2 przechodzące w ofensywne 3-5-2) i po prostu ikry. Nawet jeśli nie był to turniej udany dla Hiszpanii (co zostało po 82 roku) i mojego ulubieńca tamtych lat, Rafaela Martina Vasqueza ;)
-
Gość: QQQ, *.enn.lu
2014/06/10 19:32:56
Znalazłem w fajnym tekście jedno kluczowe zdanie:
"facet powinien kilkanaście razy na kolanach obchodzić stadion dziękując Bogu, iż w ogóle z tak beznadziejnie kopiącą zgrają dotarł aż do finału. Bo to był przecież istny futbolowy cud."
Ten sam futbolowy cud 4 lata wcześniej tę beznadziejnie kopiącą zgraję dociągnął do finału MŚ, który zresztą zgraja wygrała.
To nie jest cud - to Maradona. I właśnie dlatego zarówno Messi, jak i Pele oraz wszyscy inni piłkarze Maradonie mogą najwyżej piłki pompować.
-
Gość: , *.play-internet.pl
2014/06/10 22:01:35
kibicowałem Itali.mój idolnr.17 Roberto Donadoni.Mama wyszyła mi ten numer na koszulce.Piękne czasy.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/06/11 00:28:37
@ QQQ

"Ten sam futbolowy cud 4 lata wcześniej tę beznadziejnie kopiącą zgraję dociągnął do finału MŚ, który zresztą zgraja wygrała".

Tyle tylko, że argentyńska zgraja z 90 ze zgrają z 86 naprawdę niezbyt wiele miała wspólnego. Poza Maradoną, ledwie dwóch graczy (Ruggeri i Burruchaga) grających w meksykańskim finale, wystąpiło we włoskim finale przeciwko RFN.
Zgadzam się, że Maradona dokonał na Il Mondiale niewątpliwego cudu w meczu z Brazylią. Ale już w spotkaniu z Jugosławią zmarnował arcyważną jedenastkę, a w pojedynku z ZSRR, przy dzisiejszych przepisach, gdyby trafił na bardziej rozgarniętego arbitra, wyleciałby z hukiem z boiska, pozostawiając po sobie w spadku karnego dla rywali. Co najmniej równorzędnym do Diego 'cudotwórcą' był Goycoechea, który umożliwił przejście Plavich i Włochów, mimo że oba te zespoły grały po prostu lepiej. Świetny był też Caniggia. Ale reszta?... Nie ma ich nawet co porównywać do zespołu z 1986 roku. Tamta drużyna zjadłaby Kamerun na zimno, a ci nie potrafili nawet wyrównać grając przeciwko dziewiątce rywali... A mimo wszystko byli ostatecznie byli o krok od Pucharu Świata. Czy to nie cud?... :)

@ jusup

Hiszpanie rzeczywiście w Italii rozczarowali, ale akurat Martin Vazquez zaliczył mimo wszystko całkiem udany turniej. Powiedziałbym wręcz, że błysnął.

@ aes

Mundiale 94 i 98 będziemy tu lada dzień wspominali :) Dla mnie osobiście World Cup 1994 to wielka fascynacja rumuńskim teamem, z genialnym Hagim na czele. No i oczywiście rewelacyjni Bułgarzy. Tak niewiele im zabrakło do wielkiego finału. A przecież zaczęli od 0:3 z Nigerią... :)

@ewakowal8

Chyba wkradła się literówka do Twej wypowiedzi i zamiast jeden z najsłabszych chciałaś napisać jeden z najwspanialszych, prawda? ;)

@

Mam wielki sentyment do Donadoniego. Jeden z najlepszych prawych pomocników lat 90. na świecie i zdecydowanie godzien tego, by wyszywać jego numer na koszulce ;)
-
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/11 13:14:01
Oj tak, gdy wspominam Mundial w 1990 roku, to zawsze w głowie brzmi ta czołówka, bardzo charakterystyczna. Miałem 6 lat, niewiele mogłem oglądać (jednak część spokań kończyła się w momencie, gdy sześciolatek śpi). Pamiętam, że taka zostawiał mi na ostatniej stronie gazety napisane wyniki spotkań zakończonych w czasie, gdy spałem. Najbardziej utkwił mi w pamięci wynik spotkania Anglii z Kamerunem...

To wówczas narodziła się moja miłość do włoskiej ekipy. Pamiętam rajd Roberto Baggio w meczu z Czechosłowacją i bramki Toto Schillaciego. Podczas półfinału poryczałem się, gdy Włosi stracili wyrównującą. Już wtedy wiedziałem, że oni tego nie wygrają. Jak ja tego Cannigi nie lubiłem.

I jeszcze pamiętam naklejki z piłkarzami. I włosy Valderamy, zwanego przez nas Waldkiem :). Były czasy.
-
Gość: Kot, 82.177.194.*
2014/06/11 14:59:29
Pamiętam mecz Argentyna-Brazylia. Gdyby Brazylijczycy wygrali 5:0 nikt by nie mówił, że wynik jest niesprawiedliwy, bo praktycznie nie schodzili z połowy przeciwnika. Jeden z najbardziej nierównych meczy jakie widziałem. Argentyna miała tylko jedną akcję ofensywną i wygrała. Futbol jest jednak okrutny ... W pozostałych meczach można było odnieść wrażenie, że Maradona i spółka czekają tylko na karne, bo ich bramkarz w seriach jedenastek wyczyniał cuda. I o ironio - w końcu polegli w finale właśnie po jedenstce.
Tak o tym wspomniałem, bo pamiętam mistrzostwa we Włoszech głównie dlatego, że wicemistrzostwo zdobyła wyjątkowo słaba - moim zdaniem - drużyna. Wystarczyło trzech dobrych zawodników ( w tym jeden - Goycoechea - grający wybitny turniej ), by dotrzeć do finału.
-
Gość: Bolec, *.chelmnet.pl
2014/06/24 20:13:37
Myślałem że jestem sam ale widzę że wiele osób ma podobne odczucia co bardzo mnie cieszy.
Pozdrawiam
-
Gość: Kamil Ochociński, *.satfilm.com.pl
2016/07/31 21:30:41
Jestem pełen podziwu.Ja oglądałem ten mundial mając 10 lat.Pamiętam wszystko.Meksyk 1986 roku również.Jestem fanem Diego Maradony i to co zrobił dla mnie we Włoszech w 1990 roku w bezpośrednich starciach na oczach setek tysięcy widzów i miliarda przed telewizorami ma dla mnie większe znaczenie niż Meksyk 1986 roku.Diego razem z Claudio i Goyco dokonali cudu.A w Finale no cóż karny z kapelusza.Pozdrawiam i Dziękuję.
-
Gość: jacek, *.play-internet.pl
2017/04/11 09:27:24
Ja w przeciwności do większości tuz przed mundialem zostałem fanem...Argentyny. Za ich stroje za to ,ze nikt w nich nie wierzył ,za to że wszyscy skreślili juz Diego którego sam wcześniej szczególnie w Meksyku nie cierpialem. W maju w tv pokazali film pt polskie mundiale a w nim raz jeszcze mecz z 78 roku gole Kempesa i ten biało niebieski szał.8 czerwca wiedzialem juz za kim trzymać ...po cichu liczylem na wygranie grupy i pólfinał...Inna ulubiona ekipa to Hiszpania z moim idolem Bakero. A na króla strzelcow typowalem....znowu Linekera , ktorego też zaczynalem bardziej lubić.Naprawdę liczyla sie jednak Argentyna. Męczylem się strasznie po porażce z Kamerunem z ulgą przyjąlem wygraną z ZSRR...z Rumunią mialo być latwo...a wyszlo ledwo ledwo..dobrze że remis dawał awans....ale to miał być kres bo Brazylia byla za silna. cdn
-
Gość: , *.internetdsl.tpnet.pl
2017/04/11 10:11:39
Ja w przeciwności do większości tuz przed mundialem zostałem fanem...Argentyny. Za ich stroje za to ,że nikt w nich nie wierzył ,za to że wszyscy skreślili już Diego którego sam wcześniej szczególnie w Meksyku nie cierpiałem. W maju w tvp pokazali film pt ,,polskie mundiale'' a w nim raz jeszcze mecz z 78 roku gole Kempesa i ten biało niebieski szał. W migawkach w Sport telegram - pokazywali jak Argentyńczycy nie radzą sobie w sparingach z Austria i Izraelem ale ja zaczynałem w ich wierzyć ...coś się zaczęło rodzić ..coś co trwa do dziś.
8 czerwca wiedziałem już za kim trzymać ...po cichu liczyłem na wygranie grupy i półfinał...Inną ulubiona ekipą z tamtych czasów była Hiszpania z moim idolem z Barcelony - Jose Bakero. A na króla strzelców typowałem....znowu Linekera , którego też zaczynałem bardziej lubić.Naprawdę liczyła się jednak Argentyna. Męczyłem się strasznie po porażce z Kamerunem, z ulgą przyjąłem wygraną z ZSRR. Na drugi dzień po meczu całą procesje Bożego Ciała myślałem tylko o tej wygranej ...z Rumunią miało być łatwo...a wyszło ledwo ledwo..dobrze że remis dawał awans bo porażka zabrałaby nawet 3 miejsce.Szkoda ,ze nie udało sie pokonac Rumunii bo nie dośc ,ze udałoby sie uniknąc Brazylii to jeszcze udałoby sie wciągnąć dalej upokorzony ale sympatyczny ZSRR . W pierwszej rundzie wszystko nagrywałem we fragmentach na VHS , tzn ..jak zbliżała sie akcja do pola karnego wciskało sie RECORD . Niestety nie zawsze się zdążyło i został- replay. Po cichu kibicowało się USA i ZEA ale były one bez szans . Nie wszystkie mecze były u nas na żywo . Co ciekawe podczas tych mistrzostw grano, chyba ostatni raz grupowe mecze ( nie z ostatniej kolejki) o tych samych porach . Dlatego tez nakladaly się na siebie (o 21) np szlagiery : Brazylia -Szwecja i Jugoslawia -RFN . Telewizja wybrała Brazylię...Niektórych meczów nie pokazali w ogóle na żywo ...np. RFN - ZEA czy CSRF -USA ..chociaż nic w tym czasie nie było innego. W pierwszej rundzie ZABŁYSNĘLO się kilku fajnych gosci : oczywiście Cannigia o którym wcześniej można było poczytać tylko w fachowych gazetach , Troglio, super rezerwowy Sergio Goycoechea , belgijski bramkarz Preudhomme a mój idol Bakero zagrał tylko 8 minut co na szczęście zdążyłem nagrać. Rozczarowywali Holendrzy i jakoś tak dziwnie zacząłem ich lubić ...Fajnie było jak Gullit wreszcie strzelił z Irlandią - mniej fajnie jak Irlandia wyrównała. Pozbawila tym samym szans i złudzeń Szkotów i Austrie którzy liczyli na awans z 3 miejsca . No i rewelacyjna Kolumbia która traci gola z Niemcami w 89 minucie a po chwili wyrównuje . Kostarykę niestety nasz tv pokazywała tylko w skrótach .
Studio TVP: Dowbor, Mikolajczak , mlody Rudziński i ...Goscie w studiu . Najlepszy był REWIŃSKI , który zadał dla komentujacego ze Szpakowskim Bońka pytanie ze studia : PAN JEST ZIBI ? CZY ZBI- BI ...? w studiu konsternacja...
A moja Argentyna męczyła coraz milej....24 CZERWCA O 17 - zbiegły sie ze soba dwa mecze ...Argentyny z Brazylią i mojej miejscowej Narwi Choroszcz z Cresovią o awans do Okregówki ...Co wybrać ??? Moze nagrać , moze byc tu i tu...( MIESZKAM TUZ PRZY BOISKU) ale pomyslalem , to pewnie ostatni raz Argentyny wiec zostane w domu z ....pożyczonym ..WALKIE TALKIE . Taka krótkofalówka pozwoliła mi miec kontakt z walką o prymat w klasie A . Kumpel nadawał dla mnie ja dla niego , Argentyna była bez szans , gol Brazylii to kwestia czasu ...ale ten płynął i nic . Narew też przegrywala 0-1 . Wreszcie nadeszła ta 81 minuta ..sam w to nie wierzyłem, Cannigia to zrobił !!! Narew tez zdobyla dwa gole i awansowała !!! Ale zamiast radosci z awansu Argentyny bylo mi po prostu głupio z powodu...Brazylii . Żal dziwny żal ...ale cóż taki jest sport.
Wieczorem na San Siro w Mediolanie derby Inter - Milan czyli RFN ( Klinsmann, Matheus , Brehme ) - HOLANDIA ( Rijkard, van Basten, Gullit). Piekny mecz !!! szkoda tulipanów ...a po meczu muzyczne Opole i nocny koncert na zakończenie.
Zaczęły sie wakacje ...
-
Gość: , *.internetdsl.tpnet.pl
2017/04/11 10:44:36
ciąg dalszy
Hiszpania odpadła jak dzieci ,Bakero nie zagrał z Jugoslawią . Belgia poległa w samej końcówce a Rumunia w KARNYCH . Higuita wreszcie się doigrał ...zabawa skończyła się kompromitacją . Szpakowski z Bońkiem zachwycali się Włochami ,zresztą każdy się nimi zachwycał , szczególnie młode laski.
Argentyna w sobotę grała z Jugoslawią. Byla lepsza -przynajmniej ja to tak widzialem ...ale był remis . Karne - horror ! Najpierw radość , Pixi w poprzeczkę .. juz 2-0 .Bramkarz Plavich załozyl sie z Diego ze obroni jego strzał i...obronił. Po chwili Troglio w slupek !!! TO JUZ KONIEC . Ale nie , to dopiero początek festiwalu Goycoechei ...broni od Brnovicia i Hadzibegicia i Argentyna wygrywa 3-2 ...Do dziś czuję ten entuzjazm porównywalny do tego po meczu Polski z ZSRR w 82 r. Biało -niebieska flaga - zawisła pod moim oknem -az niektórzy pytali czy to jakieś święto papieskie czy Maryjne . Zydorowicz mówi,, Argentyna przeczołgała sie do pólfinału , wszyscy żałuja Jugosławii , a ja sie cieszę!
Nie muszę chyba wam pisać ,ze jeszcze większy entuzjazm czułem po wygranym półfinale . Tak wiem ,że do dziś jest dla wielu przykro ,ze to nie Włosi . Wielu z kumpli nie chciało ze mną po tym meczu gadać.
4 lipca - u nas deszcz . Wieczór przed TV z pilotem do nagrywania . Sędziowie pomagają Wlochom (tak to czuję) - Giusti dostaje czerwo, ale wczesniej Cannigia strzela i jest remis . Karne ...Szpakowski faworyzuje gospodarzy ...Serrizuela -aj !mial to Zenga, OLARTICOECHEA....a tu piłka w bramce hehe ...4 seria ..nie zapomne słów Szpaka ,,krótki rozbieg ..Donadoni i ....broni broni Goycoechea . ! Rozpacza Szpakowski ...po chwili Diego ...ach jak go zmylił pieknie zachwyca sie komentator . W Neapolu konsternacja ...KOCHAJĄ DIEGO ale grają tu Wlosi , przed meczem z ZSRR czuł sie jak w domu , teraz słychac gwizdy ..ale Diego strzela i jest 4-3 ...jeszcze jedna seria . ,, Serena - broni Goycoechea - koniec -Argentyna w finale ''
Płacze Italia -płakało pewnie wielu z was , rozumiem ...ale najważniejsze było ...że Argentyna była w finale. Ale to była piękna noc . Nagrane na video karne ogladałem chyba z 30 razy .
Nazajutrz przegrala Anglia. Tez w karnych , tez pudłując w 4 i 5 serii . Szkoda Garego , Gazy i Shiltona . Wolałbym finał z Anglią niz RFN . Lineker ma jeszcze szanse na Króla - niestety nie strzelił nic Włochom a Toto Schilaci zrobił swoje i już
Finał... no cóż słaby i nieszczęsliwy , liczyłem na cud . Bez Cannigi i 4 innych bylo ciezko ale ...Może się uda. Może Diego zrobi to chociaż raz, a może wreszcie zagrają swój mecz i sprawią ,że o wcześniejszych słabych meczach kazdy zapomni . Znowu cięzko ...Niemcy gniotą , Argentyna broni skutecznie . Niestety końcówka z kontrowersyjnym karnym popsuła wszystko. Wiem , 2 miejsce tez jest super ale w tym momencie czuło sie żal...za 3 dni było juz dobrze . Najgorsze, że po 24 latach zwycięska bramka padła tez w samej końcówce ..a gra była znacznie lepsza .
Obiektywnie ,moze i mecze slabe , malo bramek itd ..ale emocji , fascynacji ..ślepych niewatpliwie nikt nie zabierze . To sprawia ,że Italia 90 naprawde pozostaje w pamieci jako jeden z fajnieszych mundiali . Do dziś z sentymentem oglądam stare kasety ze skrótami tych meczów . Pozdrowionka dla sentymentalistów. Jacek - rocznik 72