Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Kiedy Mieszko rusza w bój, czyli ćwierć wieku po gnieźnieńskim, futbolowym cudzie

W przepięknej Złotej Kaplicy poznańskiej Katedry, gdzie biją źródła polskiej państwowości, oczy przechodnia już od pierwszego wejrzenia bezlitośnie absorbuje niesamowity obraz Januarego Suchodolskiego: "Mieczysław kruszy bałwany", przedstawiający historycznego władcę, który na niełatwej drodze wszczepiania naszego kraju w nurt wielkiego dziedzictwa chrześcijańskiej kultury europejskiej, dziarsko bierze się za bary z resztkami pogańskiej graciarni. Po upływie przeszło dziesięciu stuleci godnymi naśladowcami mieszkowej odwagi, który niegdyś chwacko obijał Niemca pod Cedynią i zwycięsko wkraczał do czeskiej Pragi, postanowili zostać gnieźnieńscy piłkarze, grający dla klubu, któremu patronuje wspomniany pierwszy historyczny polski władca. Oni również, w myśl przytaczanej przez naszych wybitnych historyków wieków dawnych - Jana Długosza i Wincentego Kadłubka, etymologii mieszkowego imienia, mającego oznaczać "zamieszanie" albo "poruszenie", postanowili zasiać nieco i zamieszania, i poruszenia na naszej futbolowej mapie. Mija właśnie dokładnie 25 lat od momentu, gdy zespół z ligi okręgowej rozpoczął na szczeblu centralnym Pucharu Polski swą sensacyjną, niezwykłą przygodę, która doprowadziła go aż do ćwierćfinałowych, niezapomnianych batalii, z naszpikowaną gwiazdami polskiej reprezentacji - warszawską Legią. Legią, która kilkadziesiąt dni wcześniej po wspaniałej grze zremisowała na Camp Nou z wielką Barceloną i omal nie wyrzuciła Katalończyków z europejskich rozgrywek...

Gdy 22 lipca 1989 roku piłkarze Mieszka Gniezno inaugurowali w Gorzowie swe zmagania na szczeblu centralnym Pucharu Polski, mieli już za sobą sześć zwycięskich, pucharowych batalii na szczeblu okręgowym. Na dzień dobry pokonali w Pobiedziskach miejscowy Huragan 4:1 i to właśnie gnieźnieńscy piłkarze z huraganowym impetem przetaczali się dalej ku następnym rundom rozgrywek. Nieco problemów sprawiła po drodze piłkarzom z historycznej stolicy Polski Sparta Szamotuły, ale summa summarum i ona poległa dwukrotnie (2:3, 1:2). 14 czerwca 1989 roku w rozgrywanym na poznańskim stadionie noszącym dziś imię Edmunda Szyca, okręgowym finale PP, podopieczni Mariana Pokładeckiego, po golach strzelanych w drugiej części meczu przez Roberta Cieślewicza i Janusza Kustrę, dość nieoczekiwanie pokonali Wartę 2:0.

Również trafienia duetu Cieślewicz-Kustra umożliwiły zwycięstwo 2:1, we wspomnianym wcześniej Gorzowie, nad rezerwami Stilonu. Zaledwie kilka dni później trzeba już było zmagać się z rywalem bez porównania silniejszym, będącym świeżo upieczonym spadkowiczem z drugoligowego frontu, zespołem Ślęzy Wrocław. W Gnieźnie przy ulicy Strumykowej, kibice otrzymali naprawdę sporą porcję emocji. Mieszko objął nieoczekiwane prowadzenie po 'golu do szatni', najlepszego na boisku Tomasza Kurowskiego. Cieślewicz mógł zapewnić gospodarzom sukces, lecz jego strzał głową trafił w poprzeczkę. Niepewnie bronił golkiper miejscowych - Jaśniewicz. Wrocławianie wyrównali po bramce Grzegorza Kowalskiego. W dogrywce to piłkarze Mieszka zadali jednak decydujący cios. W 110 minucie spotkania sfaulowany w polu karnym Ślęzy został Cieślewicz, a Kurowski zamienił jedenastkę na gola, dającego gospodarzom zupełnie nieoczekiwany awans do kolejnej rundy.

O ile pojedynek ze Ślęzą buzował od emocji i zakończył się wielkim sukcesem Mieszka, o tyle 16 sierpnia 1989 roku przy Strumykowej w Gnieźnie stało się coś wręcz niebywałego. I gdyby tylko na tym wydarzeniu zakończyła się wówczas pucharowa przygoda miejscowych piłkarzy już należałoby mówić o wielkiej sensacji. O ile po zwycięstwie nad Ślęzą trener Pokładecki mógł jeszcze starać się tonować nastroje mówiąc, że dla niego zdecydowanie ważniejsze są rozgrywki ligowe, to po sierpniowej, niezapomnianej batalii z warszawską Gwardią, trudno mu już było przebić się ze swą tezą poprzez świeżo nadmuchane na fali sukcesu, piękne gmachy gnieźnieńskiej futbolowej euforii. W historycznej stolicy Polski wszyscy czuli już bardzo namacalnie, że właśnie dzieje się na ich oczach coś wielkiego, być może największego w całych dziejach tamtejszego futbolu. Hasłem: "W Polskę idziemy" zaczynało powoli przesiąkać powietrze w całym pięknym gnieźnieńskim grodzie. Jednak po kolei.

Gdy zażarcie walcząca jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej o awans do ekstraklasy warszawska Gwardia (ostatecznie zabrakło jej ledwie czterech punktów do bydgoskiego Zawiszy), przyjeżdżała mierzyć się z Mieszkiem w ramach 1/32 Pucharu Polski, wydawała się być przy miejscowym zespole niemal futbolowym gigantem. Dość powiedzieć, że z trenerskiej ławki stołeczny zespół prowadził Lesław Ćmikiewicz, ówczesny już asystent selekcjonera reprezentacji Polski, Andrzeja Strejlaua. Teoretycznie więc, pukająca nachalnie do drzwi ekstraklasy, Gwardia powinna stłamsić rywala z Wielkopolski nie przepacając nadmiernie koszulek, nawet biorąc poprawkę na trzydziestostopniowy upał tamtego sierpniowego popołudnia. Jednak piłkarze klubu szczycącego się patronatem Mieszka I, który nie zwykł trząść portkami z byle powodu, postanowili godnie go naśladować i dzielnie stawić czoła temu, co zafundował im pucharowy los. Jeśli o meczu ze Ślęzą napisaliśmy, iż buzował on od emocji, to 16 sierpnia 1989 roku piłkarze Mieszka i Gwardii zafundowali kibicom przy Strumykowej istny piłkarski horror. Już w 11 minucie Kustra po błyskotliwej, indywidualnej akcji trafił piłką w poprzeczkę. W 70 minucie zadrżała dla odmiany poprzeczka gnieźnieńskiej bramki po strzale Aleksandrowicza. Gdy na osiem minut przed końcem spotkania Przybysz silnym uderzeniem z daleka dał gościom prowadzenie, wydawało się, że faworyzowany stołeczny zespół, w którego barwach biegali wówczas po gnieźnieńskiej murawie m.in. Miąszkiewicz, Dźwigała, Rajkiewicz czy Szeliga, dopnie swego. Uboga w nadzieję część publiczności, która nie była świadoma jak długa pucharowa przygoda jeszcze ją czeka, zaczęła już nawet opuszczać stadion (zawsze i wszędzie znajdą się tacy cierpliwi-inaczej, nigdy tego zjawiska nie zrozumiem), lecz w ostatniej minucie spotkania Ireneusz Furmaniak po zamieszaniu w polu karnym na skutek egzekwowania rzutu rożnego, z kilku metrów wpakował piłkę do bramki Wiesława Rutkowskiego, czym spowodował istną eksplozję radości gnieźnieńskich trybun. W emocjonującej dogrywce bohaterem znów postanowił zostać Kurowski. Po otrzymaniu piłki od Wiesława Poltaszewskiego, kilkoma zwodami wymanewrował bramkarza i w 103 minucie meczu przesądził o sensacyjnym awansie Mieszka do następnej rundy. Znakomity występ zaliczył gnieźnieński bramkarz - Wiesław Kaczmarek, będący dla zespołu rywali istną zaporą. "Był to naprawdę wielki mecz Mieszka, w którym wszyscy zasługują na wyróżnienie. Ten mecz jeszcze raz potwierdził, że Mieszko wcale nie musiał spadać z trzeciej ligi” - pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich "Przemian" Jerzy Kałwak.

Wyeliminowanie takich zespołów, jak Warta, Ślęza czy Gwardia miało być jednak tylko preludium do tego wszystkiego, co zaczęli wyprawiać rozochoceni piłkarze Mieszka na następnych szczeblach pucharowych rozgrywek. 8 września 1989 roku na Strumykową przyjechał prowadzony przez Romualda Szukiełowicza zespół wrocławskiego Śląska. Stadion Mieszka pękał w szwach. Aby obejrzeć konfrontację gospodarzy z klubem z ekstraklasy, stawiło się około siedmiu tysięcy widzów, co było niewątpliwym, choć jak się niebawem okaże, zaledwie chwilowym rekordem frekwencji w piętnastoletnich podówczas dziejach klubu. Warto wspomnieć, że wspomagać dopingiem gospodarzy w ich boju ze Śląskiem, wpadli po sąsiedzku, nie ostatni zresztą raz w tamtej edycji Pucharu Polski, kibice poznańskiego Lecha. W faworyzowanym zespole gości zabrakło co prawda, jeszcze do niedawna pełniącego wówczas rolę kapitana polskiej reprezentacji, Waldemara Prusika, lecz i tak gnieźnieńską murawę wydeptywało tego dnia kilka nader istotnych postaci z naszego rodzimego futbolowego światka. Roman Szewczyk, Janusz Góra, Mandziejewicz, Tęsiorowski, Boguszewski, Twardygrosz, Drączkowski czy Chałaśkiewicz ostatecznie musieli jednak uznać wyższość piłkarzy Mieszka. Na boisku optyczną przewagę posiadali oczywiście występujący na co dzień kilka klas rozgrywkowych wyżej gracze Śląska, lecz gnieźnieński zespół grał niezwykle ambitnie, konsekwentnie i pomysłowo. Najpierw po efektownej akcji z Romanem Adamskim, Kirszę pokonał Janusz Kustra. Nie upłynęło nawet pół godziny gry, gdy po zagraniu Dariusza Kuryło, do tańca z piłką, sfinalizowanego trafieniem na 2:0, zaprosił wrocławskich obrońców i bramkarza Tomasz Kurowski. Co prawda kilka minut później Socha strzeli kontaktową bramkę, ale pomimo rozpaczliwych prób piłkarzy Śląska (m.in. Tęsiorowski trafił piłką w słupek) aż do końcowego gwizdka Wojciecha Rudego (byłego polskiego mundialowicza '78, strzelca pamiętnej pięknej, eliminacyjnej bramki przeciwko Holandii w 1979 roku) sensacyjny wynik nie ulegnie już zmianie. Wiesława Kaczmarka, który jak w transie bronił całe serie strzałów Chałaśkiewicza, Góry, Drączkowskiego czy Gila, kibice znosili po meczu z murawy na rękach. Gnieźnieńscy gracze wzruszeni do łez, zgodnie twierdzili, że "warto było trenować przez lata, żeby rozegrać taki mecz". W Gnieźnie trwało prawdziwe święto. Piłkarski Dawid zwyciężał kolejnych futbolowych Goliatów i wydawał się być nienasycony w uprawianiu tego procederu.

"Kto zatrzyma Mieszka z Gniezna?" - krzyczał w tytule "Przegląd Sportowy" w swym wydaniu z 19 października 1989 roku. Pytanie było jak najbardziej zasadne, bo stawiane nazajutrz po tym, jak podopieczni Pokładeckiego znów odprawili ze Strumykowej z kwitkiem kolejnych faworytów. Tym razem ofiarą Mieszka padł świeżo upieczony wówczas spadkowicz z ekstraklasy, zespół Szombierek Bytom. Rozgrywany w środku tygodnia (środowe bardzo wczesne popołudnie) mecz z Szombierkami wywołał w dawnej stolicy Polski ogromne zainteresowanie. Jak donosiła miejscowa prasa, załogi pracownicze kilku wielkich zakładów, takich, jak choćby "Polania" czy "Zremb" prowadziły żmudne pertraktacje z pracodawcami, by móc obejrzeć mecz i odrobić pracownicze zaległości innego dnia. Wielu się to udało i zapewne po dziś dzień tego nie żałują. Sensacyjne zwycięstwo nad faworyzowanym, bytomskim rywalem absolutnie nie było bowiem dziełem przypadku, lecz po prostu skutkiem znakomitej gry Mieszka. To gospodarze mieli więcej stuprocentowych sytuacji do zdobycia gola. Uzyskać upragnione trafienie udało im się jednak dopiero na siedem minut przed końcem spotkania. Wówczas to Robert Sytek oddał mocny strzał sprzed pola karnego rywali. Do odbitej od poprzeczki piłki dopadł niezawodny Kurowski i głową umieścił ją w siatce. Jeszcze sześć minut wcześniej Świstek trafił w słupek gnieźnieńskiej bramki. Próbował dwoić się i troić Andrzej Orzeszek, ale Wiesław Kaczmarek znów był bohaterem Gniezna. I znów gnieźnieńscy kibice, gromko skandując: "Puchar dla Mieszka!", znosili po końcowym gwizdku swych piłkarzy i trenera Pokładeckiego na rękach. Piękna bajka wciąż trwała i wydawała się nie mieć końca. "Niezłomny Mieszko" - tytułował swą relację dla katowickiego "Sportu", poznański dziennikarz Andrzej Kuczyński.

"Całe Gniezno czeka na Legię" – krzyczała polska prasa sportowa w dniu pierwszego ćwierćfinałowego meczu o Puchar Polski pomiędzy Mieszkiem Gniezno i Legią Warszawa. To było niesłychane, niepowtarzalne spotkanie dwóch piłkarskich światów. Pamiętam, gdy jako nastolatkowie, na kilka dni przed tym meczem, wyrwawszy się na spacer po ciepłej herbatce u niezastąpionej cioci Maryli, mroźnym, listopadowym przedpołudniem, poszliśmy z bratem i kuzynem popatrzeć na znajdującą się nieopodal, owianą chłodem, pustą murawę stadionu przy Strumykowej. Za kilka dni będzie tu biegał Kosecki, będzie biegał Terlecki, Kubicki, Kaczmarek i inni reprezentanci Polski. I z kimż to oni przyjadą się tu mierzyć? Ano, z Mieszkiem Gniezno! To działało na wyobraźnię. To było naprawdę coś.

Nagle wszyscy zainteresowali się Gnieznem. O Mieszku zaczęło się mówić. Do dawnej stolicy Polski zjechały ekipy telewizyjne. Pamiętam długi reportaż w głównym wydaniu dziennika. Swoje pięć minut mieli piłkarze, dotąd dla przygniatającej większości polskich kibiców, kompletnie anonimowi, jak przecież większość graczy biegających po czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju. Trener Pokładecki nie nadążał z udzielaniem wywiadów. Na kilka dni przed historyczną batalią z Legia wyznał szczerze: "Awansu na tym etapie rozgrywek nie można zakładać. Legia to w końcu klasowy zespół, który nie pozwoliłby sobie na takie 'wisty'. Dlatego my musimy myśleć o tym, żeby zagrać jak najlepiej, dostarczyć widzom dobrego widowiska. Jak już spadać to z wysokiego konia. Ten przeciwnik jest wymarzony, a ten mecz to wspaniały prezent dla sympatyków futbolu w Gnieźnie”. Trener Mieszka nie pozostawiał tez wątpliwości, jak ogromnym wysiłkiem okupione było odniesienie przez jego podopiecznych owego nieoczekiwanego przez nikogo sukcesu: "Po meczu ze Śląskiem zawodnicy odczuwali zmęczenie przez następne dwa tygodnie. W dogrywkach nogi naszych piłkarzy robiły się miękkie, były skurcze i wybicia piłki na uwolnienie. To dzięki niebywałej ambicji piłkarzy Mieszko osiągnął największy sukces w swojej historii. To może nie powtórzyć się przez następne 20 lat. Ale przecież nie samą ambicją pokonali Wartę, Ślęzę, Stilon, Gwardię, Śląsk czy Szombierki. Ci chłopcy, w każdym razie niektórzy z nich, wcale nie grają gorzej niż zawodnicy z pierwszej czy drugiej ligi. Według mnie najwięcej w tym sezonie, i w lidze, i w pucharach pokazał Kurowski". Trener gnieźnieńskiej drużyny zaraz jednak dodawał: "Wolałbym, żeby zespół nawet odpadł z pucharów w eliminacjach, lecz wygrywał w lidze. Szkoda tej drużyny na czwartą ligę. Powinna awansować". Ciężko dziś oczywiście zgodzić się z ówczesną argumentacją Pokładeckiego. Znakomitej postawy piłkarzy Mieszka, choćby i na trzecioligowym froncie, nikt by już dziś zapewne nie pamiętał. A legenda ćwierćfinałowych bojów z Legią zapewne przeżyje w sercach gnieźnieńskich kibiców przez całe następne dziesięciolecia.

Wczesną popołudniową porą, 8 listopada 1989 roku, kto żyw pędził na stadion przy Strumykowej. Stanęło wiele zakładów pracy. Na odpracowanie zaległości przyjdzie czas kiedy indziej. Piłkarskie święto ogarnęło dawną stolicę Polski. Całe Gniezno z pełną podekscytowania nadzieją zastygło na kilka godzin w tym niepowtarzalnym dla całej jego futbolowej historii momencie. Czas w tym mieście po prostu się zatrzymał, a chłodne listopadowe powietrze zdawało się przeszywać faustowe westchnienie z poematu Goethego: "Chwilo, trwaj!". Życie całego Gniezna tętniło teraz na Strumykowej. Powiedzieć o gnieźnieńskich trybunach, że pękały w szwach, to nic nie powiedzieć. Doliczono się łącznie niemal aż 15 tysięcy widzów!

"W pierwszej połowie wydawało się, że po boisku biegają dwie równorzędne drużyny. Piłkarze Mieszka nie tylko umiejętnie bronili się, ale podejmowali sporo całkiem nieźle wiązanych, widowiskowych akcji. Obrońcy Mieszka świetnie dawali sobie radę z Koseckim, Cyzio czy Łatką" – pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich "Przemian", Jerzy Kałwak. Niezmiernie istotny moment nadszedł na minutę przed zejściem obu ekip do szatni na przerwę. Kurowski, Kustra i Sytek wyprowadzili składny kontratak, lecz Kustra znajdujący się w znakomitej sytuacji strzeleckiej sam przed bramkarzem Legii, trafił wprost w Macieja Szczęsnego, a dobitka Sytka była nieskuteczna. Gnieźnieńscy piłkarze nie zdążyli jeszcze ochłonąć po tak wspaniałej, a zaprzepaszczonej szansie na objęcie sensacyjnego prowadzenia, gdy w kilkadziesiąt sekund później, nie upilnowany przez obrońców Mieszka, Łatka dośrodkował w pole karne i Jacek Cyzio, ten sam, który strzeli za jakiś czas gola Manchesterowi United, głową skierował piłkę do siatki gospodarzy. Mogło być wspaniałe, wymarzone, wyśnione zejście do szatni z upragnionym prowadzeniem nad Legią, a było dość pechowe 0:1. "Zdobyty w odpowiednim momencie gol, często potrafi ustawić przebieg meczu" – snuł swą refleksję, relacjonujący wówczas to spotkanie dla "Przeglądu Sportowego", Janusz Basałaj.

Druga część meczu to już wyraźna dominacja grającej teraz spokojnie i swobodnie warszawskiej Legii. Na błotnistym boisku, w towarzystwie mżawki i chłodu, podopieczni Rudolfa Kapery strzelali kolejne gole Wiesławowi Kaczmarkowi. Warszawski zespół rozruszał Stanisław Terlecki, który od momentu pojawienia się na placu gry, był zdecydowanie pierwszoplanową postacią całego widowiska. Dwa efektowne trafienia (w 58 i 86 min.) zaliczył uczestnik meksykańskiego mundialu, późniejszy obrońca Aston Villi, Dariusz Kubicki. Po godzinie gry, zdobytą bramką postanowił zapisać się w pamięci gnieźnieńskich kibiców również Roman Kosecki. W 69 minucie podyktowanego dla Legii karnego bardzo chciał wykorzystać bramkarz wojskowych – Maciej Szczęsny. Ostatecznie jednak do swoich racji zdołał go przekonać, co z pewnością nie było łatwe, Stanisław Terlecki. Ten jednak egzekwując jedenastkę z nieskrywaną nonszalancją, dość dziwacznym, tanecznym krokiem podbiegł do piłki ustawionej na wapnie, chcąc ośmieszyć gnieźnieńskiego golkipera. Skończyło się na tym, że Wiesław Kaczmarek obronił strzał legionisty, czym na chwilę popsuł nieco humor stołecznym graczom, a gnieźnieńscy kibice zgotowali swemu bramkarzowi fantastyczną owację. Dwie minuty później były piłkarz nowojorskiego Cosmosu, zrehabilitował się jednak, uzyskując swoje trafienie na stadionie Mieszka. Szansę na uzyskanie honorowego gola dla gospodarzy miał jeszcze Wiesław Poltaszewski, lecz sposobiący się właśnie do przejęcia kapitańskiej opaski w polskiej reprezentacji, Zbigniew Kaczmarek zdołał uchronić legionistów od utraty gola. Choć momentami, głównie w pierwszej połowie, na Strumykowej rozgrywał się porywający piłkarski spektakl, to jednak ostateczny wynik 0:5 nie pozostawiał złudzeń, w którym miejscu na futbolowej mapie Polski znajduje się Mieszko Gniezno, a w którym Legia Warszawa. Mimo to, sam fakt, iż drużyna zajmująca podówczas trzynaste miejsce na czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju, zmierzyła się w ćwierćfinałowej fazie Pucharu Polski z zespołem, który kilkadziesiąt dni wcześniej walczył jak równy z równym z wielką Barceloną Johanna Cruyffa, a za kilkanaście miesięcy dobrnie aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (eliminując po drodze m.in. Aberdeen czy Sampdorię) już sam w sobie jest swoistym fenomenem.

22 listopada 1989 roku, dokładnie cztery miesiące po rozpoczęciu zmagań na szczeblu centralnym, zakończyła się piękna pucharowa przygoda piłkarzy Mieszka Gniezno. W Warszawie mecz pomiędzy Legią i Mieszkiem toczył się na grubej warstwie wciąż padającego śniegu. Na niewiele zdało się spontanicznie powołane do życia odśnieżeniowe pospolite ruszenie, złożone ze służb porządkowych, wojskowych i kibiców, którzy próbowali choć w niewielkim stopniu uwolnić murawę przy Łazienkowskiej spod dominacji białego puchu. Jedynym wymiernym efektem wspomnianych syzyfowych prac okołofutbolowego kolektywu było opóźnienie momentu rozpoczęcia spotkania o niemal pół godziny. Kapera posłał w bój wszystkich swych najlepszych graczy poza kontuzjowanym Szczęsnym. "Kibice Legii dawali podczas meczu popis wyjątkowego chamstwa" - relacjonował dla stołecznego "Przeglądu Sportowego", Maciej Polkowski, nazywając ich "hołotą" oraz zwracając uwagę nie tylko na wulgarne przyśpiewki, lecz również na rzucanie przez warszawskich fanów w gnieźnieńskich piłkarzy śnieżkami. Z wysokości trybun konfrontacji Legii i Mieszka przyglądał się ówczesny selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, w zacnym towarzystwie dawniejszych sterników narodowej kadry - Kazimierza Górskiego i Ryszarda Kuleszy.

A na tonącym w śniegu boisku, Kosecki już w 4 minucie znalazł się w sytuacji oko w oko z Wiesławem Kaczmarkiem, lecz golkiper Mieszka wyszedł z tego widzenia obronną ręką. Minutę później odgryzł się Sytek oddając pierwszy strzał na bramkę Legii. W 7 minucie Roman Kosecki zostaje sfaulowany w polu karnym Mieszka i sam poszkodowany zamienia jedenastkę na gola. Gnieźnieńscy piłkarze postanawiają nie być dłużni. Bramkę Robakiewicza ostrzeliwują Sytek i Kurowski. Dobre spotkanie zalicza Kustra, którego strzał z kilku metrów w 36 minucie minimalnie mija bramkę Legii. Minutę po nieudanej próbie Kustry wynik meczu podwyższa Kosecki. Kilkadziesiąt sekund później Mieszko świętuje jednak swoje wielkie chwile na stadionie Legii. Rajd Kustry warszawscy defensorzy zdołali powstrzymać dopiero faulem w polu karnym. Tomasz Kurowski z wapna uzyskuje kontaktowe trafienie na 2:1. Radość po tym golu jest w gnieźnieńskim zespole ogromna. Przed przerwą głową trafi jeszcze Cyzio. W kilku sytuacjach z opresji ratuje swój zespół wspaniałymi interwencjami Wiesław Kaczmarek. Przy golach Łatki i Nowickiego (najpiękniejsza brama meczu) jest jednak bezradny. Swoje szanse na kolejne gole dla Mieszka przy Łazienkowskiej ma jeszcze Kurowski. Efektowne akcje przeprowadzają Sytek i Zajkowski. "Nie było to jednostronne widowisko. Drużyna z Gniezna pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Zawodnicy nie mogą się wstydzić swojej gry. Zagrali tak, jak potrafili najlepiej. Należą im się olbrzymie brawa i podziękowania" - relacjonowały "Przemiany" piórem Pawła Ruszkiewicza. "Wbrew temu, co mógłby sugerować wynik, nie była to wcale gra do jednej bramki. Mieszko wypadł lepiej niż w pierwszym spotkaniu. Przegrał honorowo" - przyznawał na łamach "Przeglądu Sportowego" Maciej Polkowski.


Legia Warszawa - Mieszko Gniezno (1989) przez numer10

Jesiennym zmierzchem 22 listopada 1989 roku zakończył się piękny pucharowy sen piłkarzy Mieszka Gniezno. Na swym wspaniałym szlaku rozegrali oni trzynaście spotkań, odnieśli wiele sensacyjnych, efektownych zwycięstw, porażek doznając dopiero w bojach o półfinał Pucharu Polski. Ćwierćfinałowy dwumecz z warszawską Legią był niezapomnianym zetknięciem się ze sobą dwóch futbolowych światów. Jak gigantyczna przepaść dzieliła oba zespoły świadczy choćby fakt, iż wśród podopiecznych Kapery toczących listopadowe boje z Mieszkiem znalazło się aż dziesięciu piłkarzy (Szczęsny, Robakiewicz, Kubicki, Budka, Kruszankin, Kaczmarek, Gmur, Jóźwiak, Terlecki, Kosecki), którzy dostąpili zaszczytu występów w reprezentacji Polski, podczas gdy w gnieźnieńskim zespole nie było ani jednego zawodnika, który zagrałby choć minutę na boiskach naszej ekstraklasy (Robert Cieślewicz, który uciułał łącznie szesnaście występów bez gola, na szczeblu centralnym PP ’89 zagrał dla Mieszka tylko w dwóch pierwszych fazach rozgrywek). Na skutek mieszkowych podbojów sprzed ćwierćwiecza, gnieźnieński futbol przeżył swoje wielkie, niezapomniane chwile, o których wspomnienie będzie jeszcze przez długie lata rozjaśniać serca tamtejszych kibiców. Do czasu, gdy Mieszko znów ruszy w bój, a całe Gniezno zastygnie w niepowtarzalnych, sportowych emocjach.

R.

wtorek, 22 lipca 2014, badzi

Polecane wpisy

  • Oleśnica dream

    Awans do półfinału Pucharu Polski Błękitnych Stargard Szczeciński to największe osiągnięcie zespołu z II ligi (trzeciego poziomu rozgrywek) w PP od czasu Pogoni

  • Brzeszcze znowu w centrum kraju

    Miasto Brzeszcze, które z racji górniczych protestów od wielu dni nie schodzi z pierwszych stron gazet, w przeszłości miało już swoje głośne dni. A wszystko, a

  • Czy Lubański mógł zginąć w Lokeren? "Włodek, był zamach"

    Trudno jest dziś zrozumieć realia rządzące polskim sportem w PRL. Trudno zrozumieć, że zamiast do któregoś z najlepszych klubów świata, Kazimierz Deyna ostatecz

Komentarze
Gość: gp, *.inet-siec.pl
2014/07/22 12:41:24
Fajny artykuł, tylko po co te szowinistyczne teksty o "pogańskiej graciarni"?Trochę szacunku dla narodowej tradycji!
-
Gość: , 208.95.148.*
2014/07/22 15:43:47
Fantastyczny artykul. Dzieki!
-
Gość: Lolomar, *.tomaszow.mm.pl
2014/07/22 19:16:38
Tak dla ścisłości: Z tego co pamiętam, to nie Mieszko wkroczył zwycięsko do Pragi, tylko jego syn, Bolesław Chrobry w roku 1003. Takie historyczne sprostowanie... :)
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/07/22 20:05:24
Gola dla Śląska o strzelił raczej Andrzej Rudy, który potem zwiał do Niemiec...
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/07/23 08:03:29
Rudy ewakuował się do Niemiec przy okazji spotkania Liga Włoska-Liga Polska w listopadzie 1988 roku i co za tym idzie, we wrześniu 1989 roku nie mógł już grać we wrocławskich barwach z Mieszkiem w Gnieźnie, a tym samym strzelić gola we wspomnianym meczu... Strzelił go za to Aleksander Socha.

@gp

Dzięki :) Fajny komentarz, tylko po co te szowinistyczne teksty o pogańskiej narodowej tradycji?... ;)

@Lolomar

"Tak dla ścisłości: Z tego co pamiętam, to nie Mieszko wkroczył zwycięsko do Pragi"

Tak dla ścisłości: Mieszko wkroczył zwycięsko do Pragi. A, że jego syn Bolesław uczynił jakiś czas później to samo, nie jest już mieszkową winą ;) Takie drobne historyczne sprostowanie, bo 'pamięć' bywa zawodna ;)

Pozdrawiam serdecznie! :)
-
Gość: gp, *.inet-siec.pl
2014/07/23 10:40:39
Nic nie zrozumiałeś, a jeszcze mnie szowinizm zarzucasz?
Miałem szacunek dla ludzi tworzących ten blog, ale to już przeszłość...
-
Gość: kzt, *.minus.uni.torun.pl
2014/07/23 16:23:44
Dzięki za wpis! Wspomnienia wracają. Mieszkałem wtedy w podgnieźnieńskiej wsi i pamiętam dobrze tę ekscytację, kiedy doszło do dwumeczu z Legią. Niestety, byłem wtedy uczniem podstawówki i na mecz się nie załapałem (a była opcja kupna biletów).
Niemniej kilku starszych kolegów samochodem marki Syrena 105 udało się na mecz. I później opowiadali jak było...
Pamiętam też, że w którejś lokalnej gazecie (Głos Wielkopolski? Gazeta Poznańska?) ukazał się artykuł pod tytułem "Wojowie z Mieszka pokonani" (albo coś podobnego).
W każdym razie, obok dwumeczu prawie-wygranego Lech - Barcelona (eh, te karne Araszkiewicza i Łukasika) - to mojej najważniejsze lokalne wspomnienie piłkarskie z późnej podstawówki.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/07/23 17:03:22
@gp

Wyluzuj troszkę, to dobrze robi na cerę. A jak już wyluzujesz to zwróć łaskawie swą czcigodną uwagę, że to Ty w swoim, prezentowanym tu nie po raz pierwszy, buraczanym stylu, zarzuciłeś mi "szowinizm". Jedyne co zrobiłem, to pokazałem Ci jak strasznie niemądre było to, co napisałeś, by na eufemizmie poprzestać, podsumowując tymi samymi słowy i z jednakowym deficytem sensu Twoją własną wypowiedź. Tylko tyle i aż tyle. A że zabolało? Życie. Jak się używa jakiegoś słowa, warto najpierw sprawdzić, co ono oznacza i czy naprwdę będzie odpowiadało rzeczywistości, którą pragniemy opisać. Natomiast zaprezentowana przez Ciebie postawa: Kali zarzucać komuś "szowinizm" - dobrze!, Kalemu zarzucać ktoś "szowinizm" źle!, jest rzeczywiście nader przepocieszna :)

Rzekomy "szacunek", o którym wspominasz w czasie przeszłym, wyrażałeś tu zazwyczaj w bardzo, hm, specyficzny sposób. Zadaj sobie nieco trudu i zrób krótką kwerendę swych "komentarzy" i ich poziomu kultury na naszym blogowym poletku, to może zrozumiesz o co chodzi, a może i nie. Proponuję zacząć od notki podsumowującej Euro 2012 i steku inwektyw, które zechciałeś tu wówczas z siebie wydalić.

Z wyrazami szacunku, w czasie teraźniejszym i przyszłym.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/07/23 17:06:46
@ kzt

Pamiętam ten tytuł o mieszkowych wojach! :) Pamiętam też rozwieszone po gnieźnieńskich słupach ogłoszeniowych dość prymitywne plakaty reklamujące to wydarzenie. Też chodziłem wtedy do podstawówki :) Myślę, że gdyby ten mecz rozgrywany był w sobotę, Strumykowa przeżyłaby takie oblężenie kibiców, jakiego świat nie widział :) Pytanie, gdzie oni wszyscy by się pomieścili...? :)

Pozdrawiam serdecznie! :)
-
Gość: , *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2014/07/24 19:54:42
He, he, pamiętam przepitego, bezzębnego typka, który na ulicy w Gnieźnie zapytany przez TVP laczego myśli, że Mieszko wyeliminuje Legię, zrobił natchnioną minę i wymamrotał: "Czuję to"... :)))
-
Gość: gp, *.dynamic.chello.pl
2014/07/26 16:38:19
@numer10
1. Tym bezmyślnym odbijaniem piłeczki na pewno nie udowodniłeś mi żadnego szowinizmu. Mozesz sobie uważasz, że chrzześcijaństwo jest fajne, a pogaństwo nie, ale zwyczajnie nie wypada wyrażać tego w taki sposób. To jest część polskiej kultury, którą zniszczono z powodów politycznych i należy się jej szacunek.
2. Jeżeli coś publikujesz, to musisz być przygotowany na krytyczne uwagi. Tych pochwalnych będzie mniej, tak już jest, że komenrtuje się wtedy, kiedy ktoś sie z czymś nie zgadza, a nie wtedy, kiedy się zgadza. Do nie zgadzania sie każdy ma prawo więc nie wiem skąd pretensje o jakiś stary wpis, którego musiałem długo szukać, żeby się dowiedzieć, o co chodzi, i dowiedzieć się, zę go skomentowałeś w sposób nadmiernie emocjonalny. Chyba warto byłoby się pogodzić z tym, że usprawiedliwianie pobicia Rosjan rzekomą prowokacją było po prostu błędem.
W każdym razie Wasz blog ostatnio rozwija się w dobrym kierunku i było dużo bardzo dobrych wspominkowych wpisów, choćby te o mistrzopstwach z lat. 90., o Kolumbii, albo te o niekadrowiczach, nie pamiętam, czy je komentowałem, jeśli nie, to po prostu nie było nic do dodania... A to, że mam jakieś uwagi do artykułu, to nie znaczy, że mi się nie podoba, nieraz wręcz przeciwnie. Dlaczego miałoby to świadczyć o braku szacunku?
Jeżeli tak bardzo Wam przeszkadzają moje komentarze, to możemy się umówić, że nie będę komentrował, skoro sobie tego nie życzycie, albo zbanujcie mnie. Pretensje o krytykę są jednak bez sensu.
-
Gość: Lolomar, *.tomaszow.mm.pl
2014/07/26 20:02:37
@ numer10

Proszę w takim razie o przypomnienie, kiedy Mieszko wkroczył do Pragi, bo ja tego nie pamiętam... A to jest troszku istotne dla tego wpisu... :P

Pozdrawiam!!! :)
-
Gość: przecinek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/07/26 21:54:29
@gp
Może jak złapiesz oddech i dystans, załapiesz, że nikt nie zarzuca Ci tu żadnego szowinizmu. Głównie dlatego że to wyrażenie jest zbyt mocne - także jako Twój zarzut, "graciarnia" nie jest sformułowaniem obraźliwym, by łoić po nim tak mocne słowa.

Odpowiedz kolegów z n10 to była wyłącznie karykatura tej wypowiedzi, a nie jakiś zarzut. Choć niezbyt zręczna.

Niemniej, takiego rodzaju pretensje możesz wysuwać do kogoś zajmującego się historią jako taką, a nie w miejscu gdzie była ona, sezonową zresztą, przyprawą, do tekstu o piłce.
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/07/26 23:43:31
@ gp

Naprawdę zupełnie niepotrzebnie w to brniesz. Po co nam to? I żeby to wszystko jeszcze miało ręce i nogi, lecz nie ma niestety ni tego, ni tamtego. Piszesz, jak byś rzeczywiście nie ogarniał tego, co napisałem, co jeszcze jednak można by jakoś wytłumaczyć, ale co gorsza, również i tego co sam napisałeś jakiś czas wcześniej. "Tym bezmyślnym odbijaniem piłeczki na pewno nie udowodniłeś mi żadnego szowinizmu" - rzeczesz. W ogóle nie miałem takiego zamiaru. Przecież to Ty jesteś od zarzucania komuś 'szowinizmu', zapomniałeś? Jedyne, co zrobiłem to, jak już pisałem w poprzednim komentarzu do Twego komentarza, odbiłem Ci tym samym, rzeczywiście bezmyślnym słowem-pałką, którego zechciałeś wcześniej 'bezmyślnie' użyć wobec mnie. Na co, niczym przysłowiowy Kali, poczułeś się wielce urażonym, obrażonym i obrażającym zarazem. Niepotrzebnie, przecież dostałeś tylko rykoszetem, którego sam wypuściłeś. Z własnej broni powinno nie boleć. I najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że chwilę później mentorsko pouczasz, iż pisząc coś należy być przygotowanym na krytyczne uwagi ;)

Dyskusja na poziomie: 'chrześcijaństwo jest fajne, a pogaństwo nie', naprawdę mnie nie interesuje, wybacz. Od dawna jestem już absolwentem przedszkola i nie zamierzam zapisywać się do niego na nowo. A traktując poważnie Twój pro-pogański 'argument', równie dobrze można by powiedzieć, iż nazizm (skądinąd o pięknych pogańskich korzeniach), "to jest część niemieckiej kultury, którą zniszczono z powodów politycznych i należy się jej szacunek". Mądre to?

Naprawdę jesteśmy przygotowani na krytyczne uwagi oraz na to, że będą one przeważały (choć nie czujemy się jakoś szczególnie napiętnowani, wręcz przeciwnie, zazwyczaj bywamy sympatycznie zaskoczeni ciekawymi, merytorycznymi reakcjami komentatorów bloga). Jesteśmy oczywiście świadomi faktu, choć wcale nie uważamy tego ani za normalne, ani za zdrowe, iż części osób bliska jest postawa, którą opisałeś i którą prezentujesz, że warto odezwać się tylko wówczas, gdy można się z czymś nie zgodzić, coś lub kogoś skrytykować.

W sprawie Twej komentarzowej kwerendy znów albo nie zrozumiałeś, albo nie doczytałeś z uwagą. Od notki o 'pokojowym' przemarszu hord rosyjskich kiboli ulicami Warszawy, komentując którą zarzuciłeś mi swego czasu, m.in. że 'postradałem rozum', bo śmiałem skrytykować przejawy ich brutalności i barbarzyństwa (którym mogłem się wówczas przyglądać z bardzo bliska na własne oczy), a przecież światły człowiek wie, że wstrętni są tylko ci nasi, polscy kibole, proponowałem Ci rozpoczęcie krótkiego researchu swej komentatorskiej przygody na naszym blogu, a nie zakończenie go na niej. Wtedy nam się przedstawiłeś i na tym poziomie niestety funkcjonujesz do tej pory. A kto sieje wiatr musi być przygotowany, że czasem, raz na dwa lata, przydarzy mu się zebrać jego plony. I jeszcze raz wielkimi literami, by nie było już niedomówień czy wątpliwości, choć nie ukrywam, że czuję się nieco zażenowany, iż muszę takie rzeczy tłumaczyć. O braku szacunku świadczy nie to, jak bardzo krytyczną opinię wyrażasz na temat tego, co napisaliśmy, ale jak ją wyrażasz. Ty wielokrotnie przekraczałeś granice dobrego... smaku, by ująć sprawę w sposób najdelikatniejszy z możliwych. Reagowaliśmy bardzo, bardzo, bardzo rzadko, choć palce i klawiatura momentami aż świeżbiły. A postulat: jak nie mogę Was obrażać, to "nie będę komentować albo mnie zbanujcie", znów zupełnie niepotrzebnie mocno pachnie przedszkolem, nie uważasz?

I na koniec, Twoje opinie dotyczące futbolu, a również i hokeja, w ich warstwie merytorycznej bardzo sobie cenimy, mimo że raczej dość nieczęsto mamy przyjemność podzielać Twój punkt widzenia. Po prostu szanujmy się wzajemnie i w miarę kulturalnie starajmy się wymieniać własne opinie. I nawet jeśli będziesz nazywał nas szowinistami, którzy postradali rozum, faszystami, masonami czy trockistami, to choć musisz liczyć się z tym, że nie będziemy udawali, że deszcz pada - wrota naszego bloga będą dla Ciebie zawsze szeroko otwarte. Pozdrawiam serdecznie :)
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/07/26 23:50:27
@ Lolomar

"Proszę w takim razie o przypomnienie, kiedy Mieszko wkroczył do Pragi, bo ja tego nie pamiętam... A to jest troszku istotne dla tego wpisu... :P"

W sumie dla tego wpisu jest to akurat średnio istotne, ale dla prawdy historycznej już nieco bardziej, więc spieszę ze źródłową odpowiedzią :) "Roczniki czyli Kroniki Królestwa Polskiego" spisane przez Jana Długosza pod rokiem 998 wzmiankują, cytuję:

"Mieczysław uderzywszy na Pragę zdobywa ją i opanowuje, a ustanowiwszy zarówno na zamku, jak i w mieście załogę wojskową, uporządkowawszy sprawy czeskie, powraca do Polski bez strat jako triumfujący zwycięzca".

Klopka, jak by powiedział Art Binkowski ;)

Pozdrawiam :)
-
Gość: przecinek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/07/27 01:34:42
@numer10
No, to mamy idealną egzemplifikację tego o czym wspominałem wcześniej - nie można wymagać od kogoś, kto się historią nie zajmuje na co dzień, rzetelności w tej materii.

Długosz, który w sporej części przerżnął zwyczajnie Kadłubka, popełnia w swych rocznikach masę błędów, lub też umyślnych przekłamań(chodź te dotyczą raczej współczesnych dlań czasów). W tym przypadku mamy ożywienie zmarłego w 992 księcia(chyba że Panowie literówkę machnęli i to miał być 988).

Nie jedyny to taki u niego przypadek, pod Chojnicami (1454) uśmiercił nie tego księcia Żagańskiego co trzeba, a pod Usti nad Łabą(1426) kazał triumfować Żiżce, który już od 2 lat nie żył. Nie był to problem dla Janka, ponieważ... przeniósł bitwę o dwa lata wstecz!

Błędy intencjonalne były wynikiem wpływu Oleśnickiego na kronikarza(także po śmierci biskupa krakowskiego), nieintencjonalne - bezmyślnego przepisywania z innych kronik, o które ciężko mieć do niego pretensje, ponieważ nie istniała wtedy krytyka źródłowa.

Dziś jest ona jak najbardziej obecna, należałoby z niej korzystać. Najnowsze wydania Długosza opatrzone już są przypisami, jest też dwutomowe(!) studium krytyczne, pełne sprostowań, wyjaśnień, lub potwierdzeń danego fragmentu tekstu, dotyczące jedynie ostatnich 100 lat roczników.

Niezależnie czy popełnili Panowie zwykłą literówkę, czy zwyczajnie Długosz przypisał zdobycie Pragi nie temu Piastowi co trzeba(chyba też nie w tym roku co trzeba), powoływanie się na Jana Długosza w kwestii prawdy historycznej jest nie na miejscu.
-
Gość: gp, *.dynamic.chello.pl
2014/07/27 13:42:25
@numer10
Jest różnica pomiędzy nazwaniem jakiegoś fragmentu szowniistycznym, a nazwaniem kogoś szowinistą. Jeżeli w odpowiedzi porównujesz wierzenia pogańskie do faszyzmu, to jest to dowód jakichś intelektualnych braków, a przede wszystkim braku argumentów. Przecinek zapewne ma rację co do poziomu waszej wiedzy historycznej.
A co do naszych dyskusji - skoro koleś pn. "badzi" potrafi w reakcji na "nie zgadzam się" proponuje mi farmaceutyki i sugeruje zabiurzenia psychiczne, to raczej nie powinien się spodziwewać głaskania po główce. Zauważyłem to dopiero wczoraj, odpisałem tam, ale się powtórzę: żegnam, nie ma sensu z wami dyskutować.
-
Gość: Lolomar, *.tomaszow.mm.pl
2014/07/27 19:40:52
@numer10

Przepraszam, że tak się o to czepiam, ale myślę, iż jest to bardzo istotne, ponieważ wielu młodych zapewne czyta tego bloga, a poprzez taką informację mogą mieć fałszywe informacje na temat historii Polski, której coraz mniej i w szkole i w domu etc.

Więc, ja bym się nie opierał na późnym (dopiero XV-wiecznym) źródle... U Długosza sporo błędów jest...
Bardziej opierałbym się na Anonimie tzw. Gallu oraz czeskiej Kronice Kosmasa (źródła XII- wieczne).

Pozdrawiam! :)
-
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/07/29 13:26:31
@ gp

Przyznam szczerze, iż niezwykle interesujące poznawczo jest obserwowanie jak nałogowo uprawiając propagandę na własne potrzeby, niezgrabnie i topornie manipulujesz faktami. Można się przy tym i niekiepsko ubawić, i z litością zafrasować. Wierzeń pogańskich 'nie porównuję do faszyzmu', lecz przypominam po prostu, iż niemiecki nazim przeobficie czerpał z owych hołubionych przez Ciebie pogańskich wierzeń. A fakt, że coś jest częścią czyjejś kultury nie oznacza, że z definicji należy się temu szacunek (częścią kultury niektórych indiańskich plemion było np. bestialskie składanie ofiar z ludzi - czy to zwyczaj godny szacunku?). Natomiast proponowanie Ci ongiś konsultacji z farmaceutą nie było reakcją na Twoje "nie zgadzam się" (gdybyś potrafił dyskutować w ten sposób byłoby rewelacyjnie), lecz na to, iż komentując tekst zarzuciłeś mi "postradanie rozumu". Odbicie piłeczki było na Twoim poziomie, więc nie powinieneś wnosić pretensji, bo jak sam piszesz chyba nie spodziewałeś się w tej sytuacji "głaskania po główce". Choć by nie było wątpliwości, żałuję tamtej emocjonalnej reakcji sprzed dwóch lat i za nią przepraszam. Fajnie by jednak było, gdybyś tę wyostrzoną wrażliwość, którą posiadasz na punkcie własnego majestatu, prezentował również w odniesieniu do swych interlokutorów. A Ty nawet teraz ciskasz w naszym kierunku diagnozą "intelektualnych braków", jednym słowem trzymasz fason do końca. Przyłączam się do przecinkowego apelu: złap odech i dystans. Ochłoń. Pozdrawiam.
-
Gość: gp, *.dynamic.chello.pl
2014/08/06 23:07:46
Ok, przyjmuję przeprosiny, postaram się mniej emocjonalnie reagować, ale proszę też o nieco więcej namysłu nad co bardziej kontrowersyjnymi tematami.
O religii już nie odpiszę, bo nie ma sensu prowadzić tej dyskusji na blogu sportowym.