Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

Blog > Komentarze do wpisu
Dariusz Skrzypczak i urodzinowa szansa na sukces
skrzypczak
 
Dariusz Skrzypczak był jednym z najlepszych i najefektowniej grających piłkarzy naszej ekstraklasy pierwszej połowy lat 90. Niekwestionowaną ikoną poznańskiego Lecha i niezastąpionym dyrygentem boiskowych poczynań Kolejorza w czasach jego świetności, kiedy to aż trzykrotnie zespół ten sięgał po mistrzowski laur na krajowym podwórku. Na jego grę patrzyło się z prawdziwą przyjemnością. Świetnie wyszkolony technicznie, bardzo kreatywny, dysponujący znakomitym uderzeniem z dystansu (kiedyś Wiśle Kraków strzelił gola niemal z 40 metrów), do tego poruszający się po boisku z pewną futbolową dystynkcją. Styl jego gry, dziś powiedzielibyśmy, iż nieco już archaiczny, ale jakże miły dla oka, nieodparcie przypominał mi zawsze, zachowując oczywiście odpowiednie proporcje, ten, który prezentowali tacy ówcześni czołowi playmakerzy globu, jak Giuseppe Giannini czy Carlos Valderrama. Choć czysto piłkarską klasą Skrzypczakowi niewątpliwie trochę do nich brakowało, to jednak i on stanął kiedyś przed wielką szansą, by zapisać się na trwałe w historii nie tylko polskiego futbolu. Bo są czasem takie mecze, które poprzez swoją wyjątkowość i niepowtarzalność decydują o czyimś piłkarskim być albo nie być. To taka szansa na sukces, która już nigdy więcej w życiu nie powie ci: dzień dobry. 25 lat temu, Dariusz Skrzypczak stanął przed taką właśnie szansą. W dniu swoich 24. urodzin, na tak bliskiej jego sercu murawie stadionu poznańskiego Lecha, miał Skrzypczak w meczu przeciwko jednej z czterech ówcześnie najsilniejszych drużyn świata (Anglicy zajęli 4 miejsce na MŚ Italia '90), jako reżyser gry polskiej reprezentacji, poprowadzić biało-czerwonych do zwycięstwa i pierwszego w historii awansu na Mistrzostwa Europy. Dziś, po upływie równo ćwierćwiecza, pragniemy znów na moment pochylić się nad tamtymi listopadowymi chwilami z Poznania.
 
Przyglądając się karierze Dariusza Skrzypczaka trudno oprzeć się wrażeniu, że może ona uchodzić wręcz za modelowy przykład systematycznego rozwoju piłkarza. Wypatrzony przez poznański klub i sprowadzony z Ravii Rawicz, której był wychowankiem, zadebiutował w ekstraklasie bardzo wcześnie, bo liczył sobie wówczas niewiele ponad szesnaście i pół roku życia. Jednak o obliczu gry Kolejorza decydowały wtedy takie postaci, jak Okoński, Pawlak czy Miłoszewicz, więc Skrzypczak powoli i stopniowo dojrzewał dopiero do przebicia się do podstawowego składu Lecha. Pierwszego gola w ekstraklasie osiemnastoletni pomocnik Kolejorza zdobywa wczesną wiosną 1986 roku w Łodzi, ustalając na kwadrans przed końcem spotkania wynik meczu z ŁKS na 2:2. Po latach, w wywiadzie dla katowickiego "Sportu", Skrzypczak wspominał, że gdyby u progu sezonu 1986/87 Henryk Miłoszewicz nie wrócił z Le Havre do Poznania, prawdopodobnie już wtedy on zadomowiłby się na stałe w pierwszym składzie, pełniąc rolę głównego rozgrywającego. "A tak ustawiano mnie z boku. Raz grałem, raz nie. Nie potrafię się zbyt wykłócać o swoje" - zwierzał się poznańskiemu dziennikarzowi Andrzejowi Kuczyńskiemu.
 
W tak zwanym międzyczasie Skrzypczak regularnie zalicza kolejne szczeble wtajemniczenia w temacie reprezentacji narodowej. W 1984 roku był członkiem ekipy prowadzonej przez Mieczysława Broniszewskiego, która na Mistrzostwach Europy U-18, rozgrywanych na terenie Związku Radzieckiego, zdobyła brązowy medal, zajmując trzecie miejsce (choć podczas turnieju finałowego pomocnik Lecha nie powąchał murawy, a na boisku brylowali raczej tacy gracze, jak Rudy, Cebula, Ziober, Kosecki czy Marciniak). W lecie 1988 roku przyszedł już pierwszy poważny sukces w seniorskiej piłce, kiedy to po łódzkim remisie 1:1 z Legią oraz zwycięskiej serii rzutów karnych, Kolejorz zdobył Puchar Polski (Skrzypczak pojawił się na boisku na początku dogrywki). Niestety, wychowankowi Ravii nie dane było spijać śmietanki z tego sukcesu w postaci jesiennych, legendarnych już pucharowych bojów przeciwko słynnej Barcelonie. A wszystko dlatego, że jakiś czas wcześniej, podczas ligowego meczu ze Stalą w Mielcu, pomocnik Lecha sfaulowany brutalnie od tyłu, chciał winowajcy sam wymierzyć sprawiedliwość (choć zarzekał się później, że nawet nie dotknął rywala), za co ukarany został czerwoną kartką i trzymiesięczną dyskwalifikacją. Absencji Skrzypczaka w tych pomnikowych dla Lecha spotkaniach z wielką Barcą nie mógł odżałować ówczesny szkoleniowiec Kolejorza - Henryk Apostel.
 
Dariusz Skrzypczak był teraz już kluczowym graczem młodzieżowej reprezentacji Polski Edmunda Zientary, która jednak bez powodzenia walczyła w eliminacyjnych bojach m.in. z Anglikami i Szwedami. Latem 1989 roku miało też miejsce dziś już nieco zapomniane zdarzenie. Nieco wcześniej bowiem przed jednym z meczów polskiej młodzieżówki w Wyszkowie do Skrzypczaka zgłosili się działacze warszawskiej Legii. Byli bardzo zainteresowani ściągnięciem utalentowanego rozgrywającego do stołecznego klubu i zgodzili się na wszystkie warunki stawiane przez gracza Lecha. Na te same, na które ponoć nie mieli najmniejszej ochoty przystać włodarze z ul. Bułgarskiej. Kontrakt piłkarza z Kolejorzem właśnie wygasał. W przerwie między sezonami Skrzypczak pojechał więc na zgrupowanie z zespołem Legii do Dębicy, gdzie jak sam się zwierzał, przyjęto go bardzo dobrze. Wtedy do akcji wkroczyli postawieni pod ścianą zarządcy KKS i ostatecznie przekonali Skrzypczaka, by nadal grał dla Lecha. Były kierownik warszawskiego klubu - Kazimierz Orłowski, tak podsumowywał po latach, na łamach "Piłki nożnej" całą tę sytuację: "Czasami Legia była skutecznym argumentem w różnych pertraktacjach. Zawodnik nie mógł wyegzekwować czegoś w klubie to zgłaszał się na Łazienkowską. To miał być sygnał, że nie żartuje. Później wracał do swego klubu i dostawał czego chciał. Tak było właśnie ze Skrzypczakiem. Pojechał z nami na obóz przygotowawczy. A kiedy wrócił do Poznania, łatwiej mu było rozmawiać o pozostaniu w Lechu". Skrzypczak swego pozostania w Lechu na pewno nie żałował, bo już po zakończeniu sezonu mógł świętować wraz z kolegami z zespołu zdobycie tytułu mistrzowskiego i szykować się do niezapomnianych europejskich bojów z Panathinaikosem oraz Olympique Marsylia, które to mecze stały się później jego wspaniałą wizytówką w futbolowym światku oraz przepustką do spełnienia marzeń o przywdzianiu trykotu pierwszej reprezentacji Polski.
 
Kolejorz miał wtedy naprawdę świetny zespół, dysponujący potężną, ofensywną siłą rażenia (z Juskowiakiem, Pachelskim i Trzeciakiem na czele), żyjącą z podań Skrzypczaka. Poznańska lokomotywa rozjechała faworyzowany Panathinaikos, a rewanżowy mecz w Atenach był wręcz fantastyczny w wykonaniu reżysera gry Lecha. Również w niezapomnianym zwycięskim meczu, rozgrywanym przy ul. Bułgarskiej przeciwko Olympique, być może najsilniejszej wówczas klubowej drużynie Europy, z takimi asami, jak Papin, Cantona, Waddle czy Tigana na pokładzie, Dariusz Skrzypczak grał pierwsze skrzypce, wodząc rej na boisku. W rewanżu niestety nie dane mu było wystąpić. Zmożony tajemniczą niedyspozycją przespał całe spotkanie w szatni na stole do masażu. "Wirowało mi w głowie, ściskało w żołądku, czułem ogromną niemoc" - wyzna po latach Enzo, jak nazywali go koledzy z zespołu na cześć urugwajskiego wirtuoza futbolu Enzo Francescolego. Bez swego lidera Lech nie był już sobą. Zresztą tego wieczoru w Marsylii sobą być po prostu nie mógł, bo niemal wszyscy piłkarze chodzili lub biegali jak struci. Trzeciak, który swoimi rajdami w Poznaniu robił z Erica Di Meco wiatrak, na Stade Velodrome poprosił o zmianę już po 20 minutach gry i zszedł do szatni, gdzie niemal natychmiast zapadł w sen. Znakomity Juskowiak mając przed sobą tylko Olmetę lub nawet pustą bramkę, potykał się o piłkę albo o własne nogi. Na tajemnicze bóle skarżył się Jakołcewicz. Bardzo głośno, choć nieoficjalnie, mówiło się wówczas, że piłkarze Lecha zostali po prostu podtruci, by nie utrudniać zespołowi miliardera Bernarda Tapie, marszu po wielkie trofea na europejskiej arenie. Sam Skrzypczak, po upływie niespełna roku od wspomnianych wydarzeń w Marsylii, w jednym z wywiadów, przyznał dość jednoznacznie: "Byliśmy podtruci, to pewne".
 
Latem 1991 roku przychodzi wreszcie w karierze Dariusza Skrzypczaka piękna chwila debiutu w pierwszej reprezentacji Polski. Rywal jednak jest bardzo silny, być może najsilniejszy wówczas w Europie. Francuzi w eliminacjach do Euro zgromadzą imponujący komplet zwycięstw, również nad tak mocnymi ekipami, jak Hiszpania czy Czechosłowacja. Gdy Skrzypczak, zmieniając dawnego kolegę z brązowej kadry juniorów - Romana Koseckiego, wbiega na murawę stadionu w Poznaniu, biało-czerwoni przegrywają 1:4 z podopiecznymi słynnego Michela Platiniego. Rozgrywający Lecha już z płyty boiska może przyjrzeć się jeszcze jednej bramce dla tricolores i stać się w swym reprezentacyjnym debiucie uczestnikiem blamażu kadry Strejlaua. Jednak już tydzień później, na stadionie w Gdyni, Skrzypczak posmakuje wreszcie pełni radości z gry w narodowych barwach. Polacy pokonują Szwedów 2:0, a Enzo notuje występ w pełnym wymiarze czasu i piękną asystę przy golu Trzeciaka. Andrzej Strejlau zabiera więc wychowanka Ravii na kluczowe mecze polskiej kadry o awans na Euro '92, które jesienią 1991 roku miały być rozegrane w stolicy Wielkopolski przeciwko Irlandii i Anglii. W spotkaniu z Eire biało-czerwoni grają naprawdę słabo, a Skrzypczak pojawia się na murawie na 10 minut przed końcowym gwizdkiem arbitra. I to właśnie w samej końcówce meczu udaje się Polakom doprowadzić do remisu 3:3 z podopiecznymi Jackie Charltona oraz przedłużyć tym samym swe nadzieje na historyczny awans na Euro.
 
Wieczorem 13 listopada 1991 roku przychodzi więc decydujący moment batalii o przepustki do Szwecji. Polacy muszą wygrać w Poznaniu z Anglią i liczyć na to, że Turcja (wówczas raczej jeszcze futbolowy outsider) urwie w Stambule choćby punkt Irlandii. Tuż przed meczem Strejlau przeprowadza istną rewolucję kadrową. Wandzik, Wdowczyk, Kubicki czy Tarasiewicz, piłkarze, którzy przez lata decydowali o obliczu gry biało-czerwonych, dość niespodziewanie idą teraz w odstawkę. Mają ich zastąpić w tym decydującym momencie gracze młodzi i głodni sukcesu. Wśród nich, kończący właśnie tamtego wieczoru 24 lata, Dariusz Skrzypczak. Angielscy dziennikarze nie dowierzają i jeszcze nawet tuż przed meczem wietrząc jakąś medialną zasłonę dymną ze strony polskiego sztabu, nachalnie dopytują o występ kapitana polskiej reprezentacji i reżysera jej poczynań w spotkaniu z Irlandią, rutynowanego Ryszarda Tarasiewicza. Ale Tarasiewicz w narodowych barwach już nigdy nie zagra. W Poznaniu swoją wielką szansę dostaje Dariusz Skrzypczak. Wielu kolegów z kadry, takich jak choćby Szewczyk, Ziober czy Kosecki, rozgrywający Lecha miał okazję poznać, przewijając się przez kolejne szczeble reprezentacji juniorskich i młodzieżowych. To ma być więc jego wielki, niezapomniany, urodzinowy wieczór, podczas którego poprowadzi biało-czerwonych do zwycięstwa nad Anglią i wykorzysta wraz z kolegami wspaniałą możliwość zapisania się w historii futbolu, wywalczając nasz pierwszy awans na Euro.
 
Podopieczni Strejlaua grają w Poznaniu naprawdę dobrze, ambitnie i są po prostu lepsi od Anglików, wśród których na boisku znajduje się ledwie czterech spośród piłkarzy, którzy stanowili o sile zespołu podczas bardzo udanego dla nich Il Mondiale Italia '90. Gdy Roman Szewczyk uzyskuje prowadzenie dla Polaków, a w Stambule na tablicy wyników widnieje rezultat 1:1, to właśnie biało-czerwoni ze Skrzypczakiem na pokładzie mogą czuć się finalistami szwedzkiego Euro! Owo szczęście jednak, wliczając w to czas przerwy w meczu, nie trwa niestety nawet pół godziny. Najpierw dwukrotnie kapitulują Turcy i to podopieczni Jackie Charltona cieszą się teraz tymczasowo z perspektywy własnego awansu na Mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni natomiast, przy znaczącym udziale austriackiego arbitra Huberta Forstingera, który nie podyktował bezdyskusyjnej jedenastki po ewidentnym faulu w polu karnym Woodsa na Furtoku, dają sobie wydrzeć prestiżowe zwycięstwo, skarceni golem bezlitosnego dla nas jak zawsze Linekera na 13 minut przed końcem spotkania.
 
Gdy krótko po stracie gola, 24-letni rozgrywający Lecha, który miał tego listopadowego wieczoru poprowadzić biało-czerwonych do wielkiego sukcesu, opuszczał poznańską murawę, zastępowany przez Wojciecha Kowalczyka, nie mógł przypuszczać, że podobnej szansy w ważnym meczu o wielką stawkę w barwach narodowej reprezentacji już nigdy więcej nie otrzyma. Skrzypczak nie zagrał źle, ale jednak również nie na tyle odważnie, błyskotliwie i skutecznie, jak pragnęliby tego polscy kibice. Oczekiwano od niego tamtego wieczoru na pewno zdecydowanie więcej. W polskiej sportowej prasie pisano później, że piłkarz Lecha zbyt rzadko brał na siebie ciężar gry, zbyt szybko pozbywał się piłki i nie najlepiej radził sobie w destrukcji. Niemniej jednak oceniano grę Skrzypczaka jako poprawną, pożyteczną dla zespołu i na pewno nie gorszą niż ta, którą demonstrował ostatnio jego poprzednik na kluczowej pozycji rozgrywającego w kadrze biało-czerwonych, Ryszard Tarasiewicz. Dziś, oglądając raz jeszcze po latach tamto spotkanie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tego, czego najbardziej zabrakło tamtego listopadowego wieczoru przed ćwierćwieczem, ówczesnemu 24-letniemu Skrzypczakowi, to właśnie doświadczenia w podobnych meczach o stawkę, przeciwko rywalom z najwyższej półki. Szkoda, że była to pierwsza i zarazem ostatnia tego typu próba i szansa na sukces utalentowanego playmakera Kolejorza. Gdy przez tygodnik "Piłka nożna", Dariusz Skrzypczak został wybrany najlepszym polskim piłkarzem listopada '91, sam zawodnik przyznawał, że meczu z Anglią nie może zaliczyć do udanych.
 
 
Jednak Andrzej Strejlau, który przed laty, jeszcze jako szkoleniowiec Legii, czynił usilne starania o pozyskanie do wojskowego klubu wychowanka Ravii, po poznańskim remisie z Anglią absolutnie nie zapomniał o Skrzypczaku. Już niespełna miesiąc później zabrał go na wyjazdowe mecze z Egiptem i Kuwejtem. Następnej wiosny, w maju 1992 roku, pomocnik Lecha wybiegł po raz kolejny, w podstawowym składzie biało-czerwonych. Jednak na Rasundzie, będący niemal w przededniu Mistrzostw Europy, bardzo silni gospodarze tej imprezy, rozbili Polaków aż 5:0, już do przerwy aplikując Sidorczukowi trzy gole. Gdy holenderski sędzia zagwizdał na przerwę i Skrzypczak wraz z kolegami zszedł do szatni, jego reprezentacyjna przygoda już na zawsze dobiegła końca. Mimo, że był piłkarzem zespołu mistrza Polski, występującym regularnie w europejskich pucharach, a w sezonie potrafił teraz ustrzelić na ligowych boiskach nawet i 10 bramek (kilka tygodni po wspomnianym meczu ze Szwedami, Skrzypczak w spotkaniu przy ul. Bułgarskiej z Zagłębiem Sosnowiec skompletował swego jedynego hat-tricka w ekstraklasie), to jednak już nigdy nie znalazł uznania w selekcjonerskich oczach. U zmierzchu 1992 roku, oceniając na łamach miesięcznika "Piłka nożna. Plus" piłkarzy, którzy przewinęli się przez jego reprezentację, Andrzej Strejlau podsumował Skrzypczaka następującymi słowy: "Świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, dysponujący silnym strzałem z dystansu, dużo widzący na boisku. Ale grający za miękko, jak na dzisiejsze wymagania. Chyba zdaje sobie sprawę, że to, co wystarcza w lidze, to za mało na boiska Europy". W roli reżysera gry biało-czerwonych, zaczął więc teraz udanie zastępować Skrzypczaka, jego ówczesny partner z drugiej linii poznańskiego Lecha, opromieniony blaskiem olimpijskiego srebra, Jerzy Brzęczek.
 
Reprezentacyjna przygoda Dariusza Skrzypczaka trwała zatem niespełna dziewięć miesięcy i zamknęła się na ledwie siedmiu występach, w tym tylko dwóch rozegranych w pełnym wymiarze czasu oraz łącznie 390 minutach spędzonych na boisku w biało-czerwonym trykocie (półtoragodzinna partycypacja w meczach o punkty). Co ciekawe blisko połowa z tych spotkań, bo aż trzy z nich toczyły się na murawie poznańskiego Lecha, którą pomocnik Kolejorza wydeptywał na co dzień. Niestety również aż trzykrotnie udziałem Skrzypczaka były dotkliwe blamaże polskiej kadry, w meczach z Francją (1:5), Egiptem (0:4) czy Szwecją (1:5). Co ciekawe jednak, sam zawodnik, podsumowując przed kilku laty swą karierę na antenie telewizji WTK w programie "Grałem w Kolejorzu", poruszając aspekt własnego sportowego niespełnienia, mówił o nim wyłącznie w kontekście niezrealizowanych marzeń o udziale wraz z Lechem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Podejścia Kolejorza pod Champions League w latach 1992 i 1993 były bowiem rzeczywiście boleśne nieudane, a dotkliwe porażki z IFK Goeteborg czy Spartakiem Moskwa nie stanowią z pewnością najprzyjemniejszych wspomnień. Skrzypczak spędził więc w Poznaniu łącznie aż dziesięć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, dwukrotnie sięgał po Superpuchar, a raz po Puchar Polski. Ostatniego gola dla Kolejorza strzelił w swym pożegnalnym występie w barwach Lecha, w czerwcu 1994 roku przeciwko Siarce Tarnobrzeg. Kilka miesięcy później grał już dla szwajcarskiego FC Aarau, w którym zluzował Ryszarda Komornickiego i gdzie zakotwiczył na całą następną dekadę (u jego boku występowali tu w różnych okresach czasu m.in. Cezary Kucharski, Sławomir Wojciechowski czy Marek Citko), stając się jedną z największych legend klubu. Podczas dziewiętnastu sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach Polski i Szwajcarii uzbierał Skrzypczak łącznie blisko pół tysiąca spotkań oraz dokładnie pół setki zdobytych goli. Wielokrotnie mógł też zaprezentować swoje umiejętności na międzynarodowej arenie klubowej w rozgrywkach europejskich pucharów, również przeciwko tak znaczącym rywalom, jak choćby Borussia Moenchengladbach, Panathinaikos, Olympique Marsylia, IFK Goeteborg, Spartak Moskwa (w barwach Lecha) czy Broendby (to już w barwach Aarau). Zapamiętany w Poznaniu jako niezwykle miły, sympatyczny, otwarty, uśmiechnięty, życzliwy człowiek, który bardzo profesjonalnie podchodził do futbolu, co niekoniecznie bywało przecież zasadą wśród polskich piłkarzy początku lat 90. Pozostaje tylko żałować, że urodzinowa szansa na sukces sprzed ćwierćwiecza, nie została przez wychowanka Ravii w pełni wykorzystana, bo być może wówczas Dariusz Skrzypczak zostałby nie tylko ikoną poznańskiego Lecha i szwajcarskiego Aarau, ale również ważną postacią w historii polskiej reprezentacji.
 
 
R.
niedziela, 13 listopada 2016, badzi

Polecane wpisy

  • Dziesiątka (nie zawsze) zobowiązuje

    Jak wszyscy wiedzą numer "10" (dziesiątka, dyszka, dycha!) jest adorowany na tym blogu. Z zainteresowaniem więc śledzimy losy trykotów oznaczonych tą właśnie li

  • Niebiesko-biały ciężar dychy

    Numer „10” - dla wielu piłkarzy i kibiców (w tym dla autorów tego bloga) to święty numer. Noszą go zwykle piłkarze wyjątkowi. W Poznaniu od początku

  • Dariusz Dziekanowski

    Już sam dźwięk tych słów elektryzował przed laty, z różnych zresztą powodów, polskiego kibica, a i dla choćby średnio zorientowanego fana piłki kopanej na Stary

Komentarze
Gość: SpEcjOlistka, 78.11.126.*
2016/11/16 12:36:04
Jeśli mogę, kilka drobnych zabiegów dot. treści i będzie się Ciebie znacznie lepiej czytało. Bloki tekstu nie służą czytelnikom :) blog.hekko.pl/zatrzymac-czytelnika-stronie-dobrze-sformatowanym-tekstem/ - tu są dobre porady. A treść fajna.