Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Trzej bracia, trzy pióra, trzy wizje.
sobota, 06 lutego 2010
Andrejs Prohorenkovs - wyrobić sobie nazwisko, przy którym nikt już się nie pomyli

Gdy zaczynałem pisać tę notkę (czyli wczoraj) kończył trzydzieści trzy lata. Zastanawiam się, czy w historii polskiej ligi jest zawodnik, którego imię i nazwisko tak często byłoby zapisywane błędnie. Musiał wyjechać z Polski i zagrać na Euro, by niektórzy wbili sobie do głowy właściwe literki na właściwych miejscach. Andrejs Prohorenkovs. Nie Andrij, nie Andriej, nie Jurij (!), nie Prochalenko, nie Prochorenkow itede itepe. Andrejs Prohorenkovs.

Prohorenkovs jest wychowankiem Skonto Ryga [czy też Interskonto jak podaje 90minut], gdzie w wieku 17 lat, w 20 meczach strzelił jednego gola. W 1995 roku grał w Olimpiji Ryga, a rok później reprezentował Jurnieks Ryga (dwa gole w 25 spotkaniach).

Pierwszy raz na polskiej ziemi zagrał 23 marca 1997 roku. Jego Hutnik Warszawa (III liga) wygrał w Pucharze Polski na szczeblu okręgowym ze Zniczem w Pruszkowie (okręgówka), a - jak pisała Gazeta Stołeczna - ''jedynego gola zdobył potwierdzony dzień przed meczem 19-letni Łotysz Andriej Prochalenko'' [wówczas Prohorenkovs miał już 20 lat]. Łotysz podobno ''cztery razy wystąpił w reprezentacji młodzieżowej'' i choć ''w sparingach nie zachwycał, już w pierwszym oficjalnym spotkaniu strzelił gola''. Kolejnego gola w PP strzelił w meczu z Ożarowianką Ożarów. A z goli ligowych, dokopałem się tylko do pokonania bramkarza Gwardii Warszawa. W kolejnej rundzie ukłuł m.in. z Hetmanem Białystok, rezerwami Legii (z Kowalewskim w bramce) i Tęczą Biskupiec.

To wystarczyło, by wiosną 1998 roku po młodego Łotysza (funkcjonującego pod pisownią Prochorenkow) sięgnął II-ligowy Czuwaj Przemyśl, (tak, tak, choć wówczas II liga była jeszcze w dwóch grupach). Zespół z Przemyśla czuwał wówczas w ogonie tabeli i choć napastnik strzelił podczas jednej rundy sześć goli, to Czuwaj z hukiem zleciał do III ligi. W gronie pokonamych znaleźli się m.in. bramkarze Cracovii, Okocimskiego, Warmii Olsztyn. W maju tego roku Prochorenkow zagrał w meczu Liga Polska - Zagraniczne Gwiazdy, a już latem był zawodnikiem Ceramiki Opoczno.

Tam zaczął z grubej rury, bo w sparingu z Wisłą (już z Czerwcami, Dubickimi, Kałużnymi i Węgrzynami) strzelił dwa gole, a Ceramika wygrała 5:2. W II lidze Łotysz najpierw złapał jakąś czerwoną kartkę za uderzenie rywala, ale winy odkupił w meczu na szczycie (?!) z KSZO (2:1), gdy pokonał Janusza Jojkę. Do końca sezonu dorzucił jednak tylko trzy gole, Ceramika kupiła zdobyła mniej punktów niż Petrochemia i nie weszła do ekstraklasy, a Prohorenkovs został uznany w Opocznie za niepotrzebnego.

Ale na drugim froncie został, bo choć był testowany przez Amikę i Pogoń, to poszedł do Odry Opole (w środku). Tam miał zastąpić Ferdinanda Chifona. Nie zastąpił.

W sezonie 1999/2000, Prohorenkovs strzelił tylko jednego gola - Siarce Tarnobrzeg (choć partnerował mu Andrzej Niedzielan), a jesienią 2000 roku do bramki trafiał, ale... w rezerwach Odry! Tym bardziej transfer do Górnika Zabrze na początku 2001 roku był sporym zaskoczeniem.

Testy w Zabrzu przechodził w tym samym czasie co Sebastian Olszar, a trudno mógł mieć o tyle, że zamiast Andrejsem, niektórzy dziennikarze nazywali go... Jurijem: ''W ataku zespołu z Zabrza wystąpiła nowa para: Łotysz Jurij Prochorenkow i Sebastian Olszar, który przyszedł właśnie z Ceramedu. Z tego duetu zdecydowanie lepiej spisał się ten pierwszy''. W tym samym okienku transferowym na Roosevelta dotarł Dickson Choto. Trenerem był Józef Dankowski, a koordynatorem - Antoni Piechniczek. No to dorzućmy do kominka i obejrzyjmy zdjęcie.


(Prohorenkovs w lewym dolnym rogu, Choto w lewym górnym, Kaondera w prawym dolnym, Koordynator - wiadomo - na środku w niebieskim, obok Michał Probierz z bujną fryzurą ; Jacka Wiśniewskiego wszyscy powinni znaleźć bez problemu...)

Prohorenkovs zaczął w Górniku od gola w Łęcznej w 1/4 finału Pucharu Polski. W półfinale zabrzanie pokonali były klub Łotysza - Odrę Opole, by potem wziąć udział w bardzo zastanawiającej rozgrywce z Polonią Warszawa. Zabrzanie przegrali finał PP, ale za to ku zaskoczeniu wszystkich pokonali zespół z Warszawy w ekstraklasie...

Andrejs strzelił tylko jednego gola w dwunastu meczach ligowych - właśnie z Polonią (0:2 w Warszawie). W innych pojedynkach obrońcy i bramkarze rywali okazywali się lepsi.

W podsumowaniu sezonu, w którym Górnik cudem (tia) się utrzymał, Piotr Płatek z GW Katowice był bezwzględny dla łotewskiego piłkarza (za to wreszcie z poprawną pisownią!): ''Andrej Prohorenkovs - świetnie się kiwa (sam ze sobą) i efektownie strzela (na wiwat). Jedno jest pewne - Łotysz ma naprawdę znakomitego menedżera.''

W Zabrzu uznano podobnie i napastnikowi podziękowano. I raczej pożałowano.

Prohorenkovs wyjechał do Izraela. Tam grał w Maccabi Kiryat-Gan (2001/02 - bilans 26 meczów i siedem goli), przez trzy sezony w Maccabi Tel Awiw

(2002/03 - 30-10 i mistrzostwo kraju! ; 2003/04 - 15-4 ; wiosna 2005 - 16-2 ; latem 2003 był z Maccabi w Poznaniu na Lech Cup), z krótką przerwą jesienią 2004 (cztery mecze) i jesienią 2005 (jeden mecz) na Dinamo Moskwa.

Rok 2006 nasz bohater zaczął od gry dla łotewskiego FK Jurmela, gdzie (prawdopodobnie) strzelił takiego pięknego gola

a wiosną pomógł hiszpańskiemu Racingowi Ferrol awansować z Segunda Division B do Segunda Division A. Choć w piętnastu meczach w koszulce z napisem "Andrejs P." gola nie strzelił.

Ze słonecznej Hiszpanii udał się do równie słonecznej Grecji, gdzie w Ionikosie ukąsił trzy razy w 15 meczach (sezon 2007/2008).

Po tych wojażach wrócił do ojczyzny, gdzie od jesieni 2008 broni barw Metalurgsa Lipawa.

Jak dobrze wiemy, to wszystko tak naprawdę ma małe znaczenie wobec faktu, że Andrejs Prohorenkovs, razem z Łotwą, wykolegował Polskę z udziału w Euro 2004. A w Portugalii Łotysze zaprezentowali się całkiem całkiem. Bo przecież po pięknej kontrze, podaniu Prohorenkovsa i strzale Verpakovsisa, prowadzili z Czechami.

Bo po dobrym meczu zremisowali 0:0 z Niemcami. I do ostatniej kolejki mieli nawet szanse na awans, ale przegrali 0:3 z Holandią. Prohorenkovs grał kolejno: 72 min, 67 min i 74 min.

Będzie co dzieciom opowiadać.

B.

czwartek, 04 lutego 2010
Pan Kryształ

Obchodzi dziś 32. urodziny. Od maja 2004, a więc przez niecałe sześć lat, rozegrał w lidze 17 meczów. Zaliczył natomiast 13 operacji, w tym cztery razy zrywał więzadła w kolanach. Tomasz Dawidowski to Pan Kryształ, jeden z najbardziej kontuzjogennych zawodników ostatnich lat.

A miało być tak pięknie. Debiutował w ekstraklasie krótko po osiagnięciu pełnoletności. W barwach cudacznego tworu pod nazwą Lechia/Olimpia Gdańsk zdołał 14 razy pojawić się na pierwszoligowych murawach. Potem był spadek i dwuletnia hibernacja aż przyszedł transfer do Amiki Wronki. Tam się zaczęło wszystko to, co dobre w karierze "Dawida". Sześć sezonów, dwa puchary Polski, ponad setka rozegranych meczów i piękne bramki strzelane najsilniejszym zespołom. Dawidowski był szybki a przy tym silny jak tur. Świetnie sobie radził zarówno na boku pomocy jak i na skrzydle.

W efekcie towarzyszyła mu opinia jednego ze zdolniejszych młodych polskich zawodników, co rychło zaowocowało awansem do seniorskiej reprezentacji Polski. Dawidowski zagrał w niej w sumie dziesięciokrotnie. Wypróbował go Engel, chciał na niego stawiać Boniek zanim zdezerterował, bardzo w niego wierzył Janas na początku swej kadencji. Ostatni jego występ w kadrze to smutne 0:3 ze Szwecją na wyjeździe (VI 2003). I to w sumie tyle fajnego w karierze Dawidowskiego.

Bo rok potem przeszedł do Wisły. I się zaczęło. A w zasadzie skończyło. Trafił już tam nie do końca zdrowy, ale "rehabilitacja" pod Wawelem tylko pogorszyła sytuację. Fatalna opieka lekarska, pech i ciągle odnawiające się urazy - to przyczyny dorobku Dawidowskiego przy Reymonta (czternaście meczów bez gola). Pojawił się jednak promyk nadziei - były reprezentant trafił jesienią 2009 do Lechii Gdańsk i zdążył już zdobyć w jej barwach bramkę. Po sześciu latach posuchy musiała mu ona wyjątkowo smakować.

Coż więc życzyć dziś Dawidowskiemu? To oczywiste - zdrowia.

Przy okazji pomyślałem sobie o innych zawodnikach, którzy nie mogli lub nie mogą rozwinąć w pełni skrzydeł ze względu na częste kontuzje. Wielkim talentem był gracz Zagłębia Lubin Dariusz Dziarmaga. Miał wielkie umiejętności techniczne, ale co tylko dłużej zabawił na murawie zaraz byl z niej znoszony. Kontuzje ograniczyły również rozwój dwóch - i tak spełnionych jak na polskie warunki - białostoczan. Uraz najpierw wykluczył Marka Citkę z gry na ponad rok (1997/1998) a i potem dawał się we znaki (2002), natomiast Mariusz Piekarski kontuzję w Legii łapał z dokładnością szwajcarskiego zegarka - co pół roku. Zresztą też w związku z kłopotami zdrowotnymi zakończył przedwcześnie karierę.

Kto wie jaka byłaby dziś przynależność klubowa Arkadiusz Głowackiego, gdyby nie kontuzje, które na dziesięć lat spędzonych przez niego pod Wawelem, w sumie zabrały jakieś trzy. Natomiast ciurkiem niemal dwa lata stracił dobrze zapowiadający się defensor Grzegorz Fonfara. Cały rok 2009 na straty może spisać Bartłomiej Grzelak, ale w jego przypadku niebezpieczeństwo kontuzji pojawia się nawet podczas otwierania puszki z konserwą. Mistrzem drobnych urazów jest także Dawid Nowak, któremu w związku z tym przepada średnio jakieś dziesięć meczów w sezonie oraz kolejne zgrupowania kadry.

O naprawdę wielkim pechu może natomiast mówić dwójka legionistów - Sebastian Szałachowski i Tomasz Jarzębowski. Były gracz Górnika Łęczna świetnie wprowadził się na Łazienkowską. W debiutanckim sezonie 2005/2006 zdobył mistrzostwo, strzelał sporo bramek. W listopadzie 2006 złamał kość piszczelową i pauzował aż do lutego 2008. Zdążył wrócić do wysokiej dyspozycji i dobrze zainaugurować sezon 2008/2009 po czym... znów złamał nogę. Przerwa ponownie trwała niemal rok. Od początku obecnego sezonu Szałachowski jest zdrowy i prezentuje się dobrze. Odpukać. Zaś do Tomasza Jarzębowskiego kontuzje przychodzą tylko wtedy, gdy ten bawi na Łazienkowskiej. Gdy tylko przeniosł się do Bełchatowa, z miejsca odżył. A jako, że obecnie gra w Legii, to i urazy mu towarzyszą. Cała historia jego zmagań ze zdrowiem tutaj.

A słyszeliście, że Woodgate ostatnio złapał kontuzję? I Kirkland też. Szok.

P.

Trzy pierwsze rzuty karne reprezentacji Polski: Klotz, Batsch, Steuermann

Polska reprezentacja w arcyprestiżowym spotkaniu z Singapurem, pierwszy raz w historii wykonywała podczas 90 minut oficjalnego meczu trzy rzuty karne. Najpierw chciałem sprawdzić, czy była to sytuacja bez precedensu, ale szczęśliwie wyręczył mnie serwis 90minut.pl (tak, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło). Potem do łba strzelił mi pomysł z tych mniej rozsądnych, by zrobić wypis wszystkich rzutów karnych w historii kadry, ale - póki co - porzucam tę ideę, gdyż zbyt długo mógłbym się z tego nie wygrzebać. Oto więc historie trzech pierwszych rzutów karnych w historii reprezentacji Polski. Narracja prasowa z lat 20. ubiegłego wieku - to lubię, rzekłem, to lubię.

1) JÓZEF KLOTZ (ur. 1900, Jutrzenka Kraków)
Szwecja - Polska 1:2, na 0:1, 27 min, 28.05.1922, Sztokholm, Stadion Olimpijski

PIERWSZY GOL W HISTORII REPREZENTACJI POLSKI

Dla Klotza był to drugi i ostatni występ w reprezentacji. Ale do historii przeszedł.

Józef Garbień, reprezentant Polski, tak opisywał sytuację na łamach "Sportu":
"sędzia Meisl dyktuje karny rzut przeciwko Szwedom za złapanie centry Sperlinga ręką. Strzelił Klotz bardzo ładnie i siedzi bramka. Pierwsza połowa 1:0 dla nas".

"Przegląd Sportowy" nie tylko meczowi, ale też całej wyprawie do Szwecji poświęcił tekst ''Tryumf polskiego footballu w Szwecji''.


Polecam przeczytanie wszystkich sześciu stron, tu rzucę tylko jeden smakowity fragment:
Wielką konsternację wywołał fakt, że nikt nie zabrał nieodzownej dla każdej podróżującej drużyny rzeczy: kart do gry. Dr. Lustgarten proponował, by zakupić na koszt PZPN karty i wciągnąć je do stałego inwentarza PZPN. Wiśniewski jednak nie myśląc czekać, aż ta ważna uchwała zapadnie na najbliższem posiedzeniu Zarządu PZPN zakrzątnął się między kolejarzami i zdobył talję kart. Humor zaraz się poprawił. Odezwanie się Reymana do Kaczora: "ale masz hyclu święto", przejęte później w Sztokholmie przez Cikowskiego, stało się mottem, któremu wszyscy się "strzelali" przy każdem ważniejszem wydarzeniu (sutej wyżerce, w czasie jazdy automobilem, statkiem itd.)
(...) O godzinie 6 rano wyzyskaliśmy półgodzinny postój na umycie się i wypicie szumnie zwanej "mokki" poznańskiej (...).

Ale wróćmy do karnego, o którym PS donosił następująco:
"W 27 minucie Sperling kończy bieg centrą. Hemming nie atakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki był Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął. W ten sposób reprezentacja uzyskała w meczach międzypaństwowych pierwszą bramkę".


2) MIECZYSŁAW BATSCH (ur. 1900, Pogoń Lwów)
Polska - Finlandia 7:1, na 2:0, 33 min, 8.08.1926, Poznań, stadion Warty

PS raczej lakonicznie:
''W 32 min. Sperling objeżdża obrońcę i chce centrować tuż na polu bramkowym, obrońca fauluje go - Cejnar dyktuje rzut karny i Bacz nieuchronnie posyła piłkę w róg.''

Za to sam strzelec gola zdaje się być postacią nadto ciekawą. Dwanaście meczów w kadrze i dziewięć goli. W tym właśnie spotkaniu z Finlandią - CZTERY GOLE. Prasa pisała o Batschu jako o ''najlepszym tanku naszego futbolu'', że ''robił to pozornie bez wysiłku, choć często z niezwykłą siłą, ale jak - tego nikt nie potrafił wyjaśnić''. Poniżej na zdjęciu Pogoni Lwów Mieczysław Batsch klęczy prawym dolnym rogu. Cosik naburmuszony.



3) ZYGMUNT STEUERMANN (ur. 1899, Hasmonea Lwów ; zginął w 1941 r. rozstrzelany przez hitlerowców)
Polska - USA 3:3, na 3:3, 89 min, 10.06.1928, Warszawa, Agrykola


Red. Mieczysław Szymkowiak (za EP FUJI, t. 2, Biało-czerwoni):
"Ale jeden moment widzę jak dziś. Ostatnie minuty spotkania. Goście prowadzą 3:2. Rzut karny dla naszej drużyny. Zamieszanie w biało-czerwonych szeregach. Nikt nie chce strzelać. Nerwy. Emocje. Trwa to, zdaje się, bardzo długo. Cisza na trybunach. Wreszcie do piłki podchodzi Zygmunt Steuermann z lwowskiej Hasmonei. Trudno było o lepszy wybór, bo to wówczas najlepszy nasz specjalista od rzutów wolnych i karnych. Wolno podchodzi do piłki. Potężny zamach nogi. Bramkarz wyczuwa kierunek jej lotu. Na próżno. Z niesamowitą siłą uderzona piłka wpada do siatki. Już nie przegrywamy, jest remis. Westchnienie ulgi i radości tak na boisku, jak i wokół niego".

I o samym Steuermannie: ''istotnie uchodził za mistrza uderzania stojącej piłki, choć jako środkowy napastnik uważany był za nazbyt chimerycznego, często ociężałego i ślamazarnego gracza. Dziennikarze byli wobec niego nadzwyczaj surowi, o czym świadczy cytat z PS z kwietnia 1928: Steuermann, jak zwykle leniwy, strzelił trzy bramki.''


(Stuermann na zdjęciu Hasmonei pierwszy z lewej, kawał dryblasa)

Ale relacja w Przeglądzie to dopiero prawdziwa perła:
''PS: ''Nadzieja choćby na uzyskanie wyniku remisowego, zda się, jest zaprzepaszczona bezpowrotnie. Tymczasem wyjście z niej znajduje sędzia, który w 42-minucie dyktuje za ręką rzut karny przeciw Ameryce. Sytuacja była tak nieskomplikowana i mało niebezpieczna, że mogła być mowa niemal wyłącznie o ręce nastrzelonej, na którą arbiter w myśl przepisó nie ma prawa reagować. To też U.S.A. protestuje energicznie, choć bezskutecznie.
Na nieodpowiednio obstawione przez porządkowych boisko wdziera się tłum z galerji. Po terenie walki biega i spaceruje czarna masa podnieconej publiczności. W atmosferze zawodów czuć burzę. Widać wyraźnie, że o jej przebiegu zadecyduje wynik egzekucji rzutu karnego. Wreszcie tłum jest usunięty, chociaż za linię autową. Na czarnym jego tle rysuje się groteskowa, chuda sylweta dwumetrowego Coopera, wpatrzonego w jasny punkt piłki. Rzut karny egzekwuje Steuermann. Nastaje cisza, jak makiem siał. Strzelił, czy nie strzeli? Wreszcie gwizd sędziego rozdziera powietrze - Cooper łamie się jak ostrze scyzoryka naciśnięte niewidzialną ręką demona piłki nożnej - piłka zgrzyta po ręce i... trzepocze w siatce. 3:3, mecz skończony. Tłum zalewa boisko, a na jego barkach wykwitują maki koszulek Kuchara i Steuermanna.''

 

Czwartego karnego, w meczu z Węgrami (5:1, 2.06.1929, Poznań) przestrzelił Karol Kossok. Później jednak spotkanie to uznano za nieoficjalne. Czyli za takie, jakimi powinny być w komplecie uznane kopaniny w Tajlandii :)

B.

piątek, 29 stycznia 2010
Aleś se chłopie klub znalazł...

Szukając tego i owego w kadrach różnych zespołów nieraz napotykałem się na nazwisko, którego widok rodził dwa pytania, a w zasadzie jedno połączone: "Ty? Tutaj?". No i tak zbierało mi się tych przypadków, zbierało, aż się uzbierało całkiem solidny zastęp. Pora więc się nimi podzielić.

Kiedyś modne było USA, potem Japonia a teraz... Teraz w sumie trudno wskazać ulubiony kierunek piłkarskich emerytów. Na pewno ważną descynacją są kluby arabskie z petrodolarami (choć warto zauważyć, że coraz częściej to szejkowie przenoszą się do Europy a nie europejscy gracze trafiają do emiratów) a w siłę rosną takie kraje jak Uzbekistan (gra już tam Rivaldo a trenował już Zico natomiast obecnie uzbeckie ławki ugniata Scolari), Kazachstan czy Turkemistan. Co jednak ciekawe, coraz bardziej obniża się wiek zawodników, którzy decydują się na przeprowadzkę. Weźmy pod uwagę Katar. Niedawno postanowił tam dorabiać do emerytury Juninho Pernambucano (1975), legenda Lyonu. Ma on już 35 lat, więc to nie dziwi, że chce nałapać trochę grosza w katarskim Al-Gharafa przed zawieszeniem butów na kołku. Co nie zmienia faktu, że uderzenie ma wciąż boskie.

Juninho dołączył do grającego już drugi sezon w Katarze Pascala Feindouno (1981). Kapitan reprezentacji Gwinei i wieloletni zawodnik Girondins Bordeaux (jego barwach mistrz Francji) oraz Saint-Etienne zalicza już swój drugi klub w egoztycznej krainie - najpierw był to Al-Sadd a obecnie występuje ku chwale Al-Ryaan (tak, tak, to ten klub od Jacka Bąka). Al-Sadd stratę Gwinejczyka jednak natychmiast sobie powetowało. Afonso Alves (1981) w barwach Heerenveen strzelał bramki nawet kichając (przez półtora sezonu strzelił 45 goli w... 39 meczach!; zresztą nieźle już mu szło w lidze szwedzkiej - 94 mecze i 52 mecze). Wydawało się, że to napastnik, którego potrzebuje każda drużyna. Niestety wkrótce okazało się, że nie potrzebuje go nawet średnie Middlesbrough. Po przeciętnym roku w Angli i(przeciętnym jak na siebie - 42 mecze i 10 goli; Tadas Labukas oddałby wszystko za taką skuteczność) Brazylijczyk nieoczekiwanie trafił właśnie do Al-Sadd.

Podobnym zaskoczeniem jest transfer do Kataru innego reprezentanta Brazylii - Daniela Carvalho (1983). Zdobywca Pucharu UEFA w barwach CSKA Moskwa (najlepszy gracz finału) postanowił się na początku stycznia 2010 przenieść do Al-Arabi.

A skoro już o Arabii mowa, to w Arabii Saudyjskiej też kopie kilku znanych piłkarzy. Christian Wilhelmsson (1979) jest podporą reprezentacji Szwecji, twarzą Adidasa i byłym zawodnikiem Anderlechtu, Nantes, Romy, Boltonu i Deportivo La Coruna. Byłym, bo od niedawna występuje w Al-Hilal (skądinąd jego trenerem jest tam słynny Belg Eric Gerets). Natomiast w Al-Shabab występuje jedna z gwiazd toczącego się jeszcze Pucharu Afryki - Angolańczyk Flavio (1979).

Z Arabii niedaleko już do Chin. W tamtejszej lidze również ukryło się kilku ciekawych zawodników. O Olisadebe nie ma co pisać, bo wiadomo, że tam gra. Zaciekawiły mnie natomiast trzy inne nazwiska. W klubie Tianjin Teda dojrzałem wieloletniego reprezentanta Włoch, uczestnika MŚ 2002 i jeden z symboli AS Roma - Damiano Tommasiego (1974).

Inny uczestnik koreańsko-japońskiego mundialu i zarazem bożyszcze koreańskich kobiet, Ahn Jung-Hwan (1976) gra w barwach Dalian Shide. Dla niego to akurat nie jakieś wielkie halo - ani daleko od domu, ani też pierwszy zagraniczny wojaż (Ahn ma już na koncie Włochy, Francję, Niemcy i Japonię).

W Szanghaj Shenhua znalazł się natomiast młodszy brat Aleksandra Hleba, Wiaczesław (1983). Po nieudanej przygodzie z europejską piłką (rezerwy VfB Stuttgart, HSV i białoruskie MTZ-RIPA Mińsk) najwidoczniej postanowił spróbować czegoś innego. Bardziej egzotycznego.

Kraj Kwitnącej Wiśni nie jest już dla obcych przybyszów tak atrakcyjny jak kiedyś, co nie znaczy, że nikt się nie chce na niego skusić. Przyciągnęła ona np. reprezentanta Brazylii o pseudonimie Franca (1976) - zdobywcę gola w meczu z Anglią (1-1 w 2000) na Wembley (w Polsce miałby już ulicę swojego imienia) oraz byłego zawodnika Aptekarzy z Leverkusen.  Już szósty rok występuje w koszulce Kashiwa Reylos. Podobnym magnesem była ona dla innego eks-Aptekarza Robsona Ponte (1976). Ten Brazylijczyk z włoskimi korzeniami przez moment miał nawet rzekomo stać się reprezentantem Niemiec - ma tamtejsze obywatelstwo, bo w ojczyźnie Goethego spędził sześć lat, biegając po boiskach Bundesligi w koszulkach Bayeru i Wolsfsburga. Od 2005 roku walczy o kolejne bramki w barwach Urawa Reds Diamonds. A o tym, że walczy skutecznie niech świadczy tytuł Piłkarza Roku w Japonii, który otrzymał w 2007 roku.

Rok krócej w Kraju Kwitnącej Wiśni bawi Frode Johnsen (1974). Ten ujmujący skutecznością norweski napastnik (79 goli dla Rosenborga Trondheim) najpierw występował w Nagoya Grampus Eight (gdzie wciąż trenerem jest Dragan Stojkovic) a teraz gra w Shimizu S-Pulse.

Nie chciałbym jednak, żeby ktoś zarzucił mi, że dyskryminuje inne kontynenty. Do RPA - konkretnie do AmaZulu FC - wrócił urodzony w Durbanie a legitymujący się niemieckim obywatelstwem Sean Dundee (1972), w przeszłości napastnik Karlsruher, Liverpoolu i VfB Stuttgart. W afrykańskim słońcu schronienie znalazł także urodzony w Polsce a znany ostatnio głównie z powodu udziału w aferze korupcyjnej Thomas Cichon (1976) - po wybuchu skandalu szybko ulotnił się do Moroka Swallows. A wisienką na południowafrykańskim torcie byłaby osoba trenera Mamelodi Sundowns Hristo Stoiczkowa. Byłaby, gdyby po kilku miesiącach nie został zwolniony.

Do Australii natomiast wybrali się byli zawodnicy Leeds United - Robbie Fowler (1975) do North Queensland Fury i Michael Bridges (1978) do Newcastle United Jets, a były reprezentant Holandii Victor Sikora (1978) zdecydował się na drużynę Perth Glory.

Żeby jednak nie było - egzotycznie może być także w Europie. Przykłady pewnie można mnożyć, ale ja podrzucę tylko trzy, które od dłuższego czasu nie przestają mnie cieszyć.

Jordi Cruyff (1974), syn wielkiego Johana. W swojej karierze poocierał się trochę o wielką piłkę, ale miał może jedną siódmą talentu ojca. Owszem, Jordi wystąpił na EURO 1996 strzelając nawet gola Szwajcarii a jego klubowe CV przyozdabia kilka ciekawych zespołów - m.in. Barcelona, Manchester Utd. i Alaves (tutaj pamiętny finał Pucharu UEFA z Liverpoolem).

W ostatnich latach Cruyff jr dryfował na peryferiach dużego futbolu (Metalurg Donieck), by przybić.... No właśnie, by przybić do wyspy o nazwie Malta i do klubu o nazwie Valetta FC. Jest tam grającym trenerem.

Po drugie, Mustapha Hadji (1971), jeden z idoli mojej młodości, najlepszy piłkarz Afryki 1998, w zasadzie należy mu się osobny tekst. Bajeczny technik, długowłosy i charyzmatyczny - to wystarczyło by podziwiać każde jego dotknięcie piłki.

Podczas MŚ 1998 wkręcał w ziemię Norwegów, Szkotów a nawet Brazylijczyków.

Na niwie klubowej reprezentował przede wszystkim Nancy, Deportivo La Coruna, Aston Villa i Coventry. Potem się błąkał tam i tu, bo osiąść wreszcie... w Luksemburgu. Trzeci rok już jego miejscem zatrudnienia jest Fola Esch.

A kwintesencją różnych nieoczekiwanych wojaży - to po trzecie - jest dla mnie kariera zawodnika, którego stosunek wzorstu do wagi wypadał zawsze zdecydowanie na korzyść wagi:) Brazylijczyk Ailton (1973), bo o nim mowa, był swego czasu jednym z lepszych napastników w Bundeslidze. Choć ruszał się z prędkością dźwigu, to nie przeszkadzało mu to jednak w seryjnym strzelaniu bramek. Szczyt osiągnął w roku 2004, gdy w barwach Werderu został królem strzelców i najlepszym zawodnikiem Bundesligi. Po tym sukcesie przeszedł do Schalke a potem do tureckiego Besiktasu. I od tego momentu zaczyna się impreza. Ailton w każdym kolejnym klubie wytrzymał najwyżej pół roku. A były to: niemiecki HSV, serbska Crvena Zvezda, szwajcarski Grasshoppers, niemiecki Duisburg, ukraiński Metalurg Donieck, austriacki SCR Altach, chiński Chongqing Lifan i niemiecki Uerdingen (uff).

Podejrzewam, że wkrótce znów się nazbiera trochę ciekawych lokalizacji znanych piłkarzy i będzie trzeba zrobić update. Jeśli Wam też przychodzą inne przypadki - piszcie.

P.

środa, 27 stycznia 2010
W oczekiwaniu na półfinały PNA 2010: moje Puchary Afryki

GHANA/NIGERIA 2000

Mój pierwszy oglądany Puchar Narodów Afryki. Mimo że już dobrze wiedziałem co się dzieje w światowej piłce, to niektóre ekipy pachniały dla mnie taką egzotyką, że hej (DR Konga, Kongo, Gabon, hmmm). Ciekawostek zresztą było więcej. W grupie A (Kamerun, Ghana, WKS, Togo) wszystkie drużyny zdobyły po 4 pkt, w związku z czym decydował bilans bramek (poleciało WKS i Togo) a z pozostałych grup wyłonili się RPA, Algieria, Egipt (komplet zwycięstw), Senegal, Nigeria i Tunezja.

W dalszej części turnieju Kamerun spokojnie pokonuje Algierię (2:1) i Tunezję (3:0) a Nigeria - po dramatycznym meczu Senegal (2:1 po dogrywce) i RPA (2:0). Ci ostatni jednak mogli się cieszyć z brązowych medali - po karnych pokonali Tunezję (2:2 i 4:3, chybia bohater tunezyjski Zitouni). Z RPA rekrutował się też król strzelców - Shuan Bartlett.

Finałowa potyczka między Nigerią a Kamerunem zakończyła się remisem 2:2 a o końcowym zwycięstwie Lwów Nieposkromionych zadecydowały kontrowersyjne karne (3:4), podczas których nie uznano prawidłowego uderzenia Ikpeby.

Turniej był popisem afrykańskich mocarzy - błyszczeli przede wszystkim turniejowi finaliści. Eto'o i Mboma, Wome, Song, Olembe i Foe z Kamerunu oraz Okocha, Aghahowa, Kanu, Babangida i Ikpeba z Nigerii a także długowieczny Hossan Hassan (Egipt).

Co ciekawe, bramkę dla Togo strzelił jej kapitan i zarazem przyszły zawodnik Białej Gwiazdy Lantame Ouadja.

MALI 2002

Turniej w Mali to dla mnie trzy główne wątki. Po pierwsze, Kamerun i Senegal. Lwy Nieposkromione w koszulkach bez rękawków.

A i tak grali świetnie. Z siłą spychacza niszyli wszystko co mu stanęło na drodze. Senegal natomiast popisywał się wyrachowaniem - strzelał dokładnie tyle, ile trzeba było, aby zainkasować punkty. W fazie pucharowej Kamerun konsekwentnie miażdżył (1:0 Egipt i 3:0 Mali) a Senegal pokonał DR Kongo (2:0) i Nigerię po dogrywce (2:1). W super nudnym finale Lwy pokonały Senegalczyków po karnych 3:2 (w meczu bylo 0:0).

Po drugie - Mali. O nim już tutaj było sporo, więc nie będę się powtarzał. Dla porządku wspomnę tylko, że prowadzeni przez Kasperczaka Malijczycy sensacyjnie wywalczyli 4. miejsce.

Po trzecie - niespodzianki i dramaty. Typowani na faworytów Tunezja, Maroko i WKS nawet nie wychodzą z grupy. Do tego świetna postawa DR Konga i jeszcze dramat Liberii - walczącej do ostatniej chwili o awans do ćwierćfinałów, a gdy akcja ta zakończyła się fiaskiem - prezydent rozwiązał reprezentację. Jednocześnie jednak turniej nie objawił światu żadnych nowych gwiazd, raczej potwierdził ustanowiony porządek - Afryka składa się z Kamerunu i drużyn, które chcą go dogonić. Na horyzoncie zamajaczyła też sylwetka reprezentacji Senegalu, która kilka miesięcy później świetnie pokaże się na MŚ 2002.

TUNEZJA 2004

Chyba najpilniej śledzony przeze mnie Puchar Afryki. Styczeń. Zima. Pierwsza sesja. Wiadomo, że zamiast się uczyć lepiej oglądać mecze. Tak też sumiennie czyniłem.

Impreza była dla mnie wyjątkowo ciekawa, ponieważ startowało w niej kilka drużyn, które dość trudno oglądać na naszej szerokości geograficznej - Rwanda (żaden z jej ówczesnych zawodników nie urodził się w ojczyźnie!), Kenia czy Benin. Poza tym większość meczów stanowiła kwintesencję tego co tygrysy lubią najbardziej - ofensywa/ atak/ gole + zapomnij o obronie/ bramkarz się nie liczy/ defensywa sucks! W konsekwencji tunezyjskie boiska gościły fenomenalne mecze i wiele indywidualności.

Kapitalnie grało Maroko - kreatywnie, wysublimowanie i wyjątkowo technicznie. Swoją silną pozycję w Afryce potwierdziło Mali przebijając się aż do półfinałów a w Gwinei błyszczał Pascal Feindouno. Swoje oczywiście wziął także Kamerun a o wyjście z jego grupy piękny bój stoczyły także Egipt i Algieria (górą byli ci drudzy).

Kameruńczycy jednak już w ćwierćfinale pożegnali się z turniejem po świetnym meczu z Nigerią (porażka 1:2 po dogrywce) a w innym kapitalnym spotkaniu tego samego etapu Maroko pokonało Algierię 3:1 (Maroko wyrównuje w doliczonym czasie gry, a potem dokłada dwa trafienia w dogrywce).

W półfinale Marokańczycy jeszcze bardziej radykalnie-diametralnie skarcili Mali (aż 4-0!).

Aż w końcu natknęli się w finale na Tunezję. No właśnie, Tunezja. Ekipa gospodarzy radziła sobie świetnie, choć grała dość nierówno. W grupie odprawiała kolejnych petentów i w zasadzie nie zaliczyła porządnego sprawdzianu swoich możliwości - 2:1 na inaugurację z Rwandą, 3:0 z DR Kongo i 1:1 z Gwineą. W fazie pucharowej już tak lekko jednak nie było. Najpierw piłkarze z gwiazdą i półksiężycem we fladze namęczyli się z Senegalem (1:0) a potem w półfinale z Nigerią (1:1 i awans po karnych). W finale Tunezyjczycy jednak stanęli na wysokości zadania i pokonali po niezłym meczu Marokańczyków 2:1.

Gwiazdami mistrzostw byli naturalizowany Tunezyjczyk Fraucileudo dos Santos i Selim Ben Achour oraz marokańskie młode strzelby - Chamakh, Youssouf Hadji i Mokhtari. Swoje pokazał oczywiście także Jay-Jay Okocha, ale niewiedzieć czemu ja zapamiętałem szarpiącego w skazanej na porażkę Kenii Dennisa Oliecha (wtedy Al Arabi, obecnie Auxerre).

EGIPT 2006

Rozgrywane pod piramidami mistrzostwa z 2006 roku zapoczątkowały okres kontynentalnej dominacji Faraonów. Już w grupie odprawili oni z kwitkiem swojego późniejszego finałowego rywala - WKS (3-1). Egipcjanie grali konsekwentnie, strzelali dużo bramek (4-1 z DR Konga w ćwierćfinale) i niewiele ich tracili (zaledwie trzy w całym turnieju). Po fazie grupowej wydawało się, że ekipami, która mogą im zagrozić są Kamerun - komplet zwycięstw w grupie, bilans 7-1 i Eto'o strzelający bramki z każdej pozycji (pięć goli w trzech meczach grupowych), świetnie prezentująca się Nigeria oraz - uwaga! - Gwinea (komplet zwycięstw grupowych i ciekawy tercet Feindouno - Diawara - S. Bangoura).

Ćwierćfinały odsiały jednak tych pierwszych (0-0 po 90 minutach konforntacji z WKS, 1-1 po 120 i porażka 11-12 w karnych!) i ostatnich (porażka 2-3 po świetnym meczu z Senegalem). Przez półfinały natomiast zwycięską ręka przeszli gospodarze (2-1 z Senegalem) i WKS (1-0 z Nigerią).

Finałowa rozgrywka między Egiptem a WKS była nudna jak "Nad Niemnem". Po bezbramkowych 120 minutach rozstrzygnięcie przyniosły dopiero rzuty karne, które lepiej wykonywali Faraonowie (4-2; pudło Drogby!).

Tytuł najlepszego piłkarza trafił do rąk Ahmeda Hassana (tak, tak, to ten od tego gola, co go nie było), a najlepszego bramkarza - do Essama Hadarego.

Nigeria zdobyła brązowy medal po jednobramkowym zwycięstwie z Senegalem) a najbardziej obiecującym zawodnikiem mistrzostw wybrano wchodzącego dopiero w dorosłą piłkę Johna Obi Mikela (jeszcze reprezentującego barwy Lyn Oslo). A tutaj najpiękniejsze gole turnieju.

Z ciekawostek przyrodniczych warto odnotować także udział w turnieju Libii w składzie z synem dyktatora Muammara Kaddafiego - Al Saadim oraz Zimbabwe ze znanym z Górnika  Zabrze (ewentualnie pasjonatom Rakowa, w którym nie zagrał ani chwili) Shingi Kawonderą.

GHANA 2008

Faworyci byli z góry znani - Ghana, WKS, Egipt, Kamerun i oni też od początku realizowali swoją politykę zwycięstw (dwie pierwsze ekipy zaliczyły komplet zwycięstw, Egipt zarobił siedem oczek a Kamerun sześć). Jednak, że czynili to zgodnie z zasadą lepiej stracić jedną i strzelić pięć niż nic nie stracić a ukąsić ledwie raz. Dzięki temu można było oglądać na tym etapie tak epickie spotkania jak WKS - Benin 4:1; WKS - Mali 3:0; Egipt - Kamerun 4:2; Kamerun - Zambia 5:1. W ogóle w turnieju padła nieziemska liczba bramek - 99 goli w 32 meczach (3.09 gola na mecz).

Niejasności w kwestii awansu do ćwierćfinałów pojawiły tylko w przypadku wyrównanej grupy D, z której koniec końców wyszła Tunezja z Angolą.

Etap pucharowy pokazał w jak wielkim gazie jest WKS (5:0 z Gwineą!) i jak wyrównana jest reszta stawki (Ghana wygrała z Nigerią 2:1, podobnie Egipt z Angolą a Kamerun dopiero po dogrywce pokonał Tunezję 3:2). Tym większe był więc zaskoczenie, gdy w półfinale Słonie zostały upokorzone przez Egipcjan (4:1). Wybrzeże szarpało i kąsało a Egipt niczym wytrwany bokser punktował je raz za razem. W drugim półfinale Kamerun zwyciężył gospodarzy (1:0), którzy potem zdobyli brąz (4:2 w meczu o trzecie miejsce z WKS).

Rozgrywka finałowa znów była raczej z tych nudnych - Kamerun bał się podzielić los Słoni dlatego uważał, Egipt chciał powielić numer z półfinału więc się czaił i raz po raz organizował wypady pod bramkę Kameniego. Koniec końców zwyciężyła koncepcja Faraonów, gdy jedna z takich akcji zakończyła się golem Aboutreiki.

Egipcanie trochę jednak nieoczekiwanie bronią tytułu najlepszej drużyny w Afryce. Imponująco przede wszystkim prezentuje się ich moc ofensywna - aż trzech zawodników zaliczyło po cztery trafienia (Aboutreika, Zaki i Hosni). Co jest jednak ciekawe, sukces nie wpływa na ich chęć pokazania się na Starym Kontynencie - albo nigdy tam się nie wybrali albo zabawili bardzo krótki i praktycznie w komplecie wciąż grają oni na Czarnym Lądzie. Może to recepta na sukces?

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43