Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 12 grudnia 2017
Saudyjski król. Sami Al-Jaber

Choć czterdzieste piąte urodziny miał wczoraj, to notka będzie dzisiaj. SAMI AL-JABER (ur. 11.12.1972) jest bowiem piłkarzem wyjątkowym.

sami

Młodsi kibice pewnie go już nie kojarzą. Starsi, ci którzy chłonęli z dziecięcą pasją chłonęli mundiale w 1994 albo 1998 roku, na pewno pamiętają łysiejącego jegomościa, który był asem ofensywy reprezentacji Arabii Saudyjskiej. Pamiętam mecze Saudyjczyków podczas mundialu w USA. Najpierw były jedynie powiewem egzotyki o trudnych nazwiskach. Z każdą kolejną minutą ich występów zyskiwali sobie coraz większą sympatię. Do końca walczyli z Holandią (1:2), pokonali Maroko (2:1) i Belgię (1:0 po pamiętnym golu!). W 1/8 finału nikt już ich nie lekceważył, ale lepsza okazała się Szwecja (3:1). Nazwiska jednak pozostały. Drużynę prowadził Argentyńczyk Jorge Solarii, a na boisku prym wiedli: bramkarz Mohamed Al-Deayea - "Czarna Pantera"; niezmordowany Mohammed Al-Khilaiwi; autor legendarnego rajdu a la Maradona - Saeed Al-Owairan, i on - krępa, szybka szpica - Sami Al-Jaber, późniejsza legenda saudyjskiej piłki.

Co się na tę legendę zatem składa? Al-Jaber wystąpił na czterech mundialach - MŚ 1994, 1998, 2002 i 2006. Na pierwszym był rezerwowym, na drugim podstawowym zawodnikiem. Na trzecim rezerwowym, na tyle obrażonym, że po (fatalnym!) mundialu postanowił się pożegnać z kadrą. Dał się jednak namówić i wrócił do zespołu na mistrzostwa w Niemczech. Cztery mundiale - to stawia go w historii MŚ obok takich tuzów jak Pele, Jaszyn, Maradona, Maldini czy Ronaldo.

Dodatkowo na trzech mundialach Al-Jaber strzelał gole. Uczynił to w 1994 roku (z Marokiem, z karnego), w 1998 roku (z RPA, z karnego) i w 2006 roku (z Tunezją). Rekordziści zdobywali bramki na czterech mundialach - to Pele, Uwe Seeler i Miroslav Klose. Al-Jaber stawia się więc w zestawieniu zaraz za ich plecami.

Na rodzimym podwórku również Al-Jaber ma swoją tabliczkę w galerii sław. Jest on trzecim zawodnikiem z największą w historii ilością występów w kadrze (Mohamed Al-Deayea - 178, Mohammed Al-Khilaiwi - 163, Sami Al-Jaber - 156) i drugim w historii jej strzelcem Majed Abdullah - 71, Sami Al-Jaber - 46). To jednak na niego wskazuje się zwykle jako na piłkarza wszech czasów w Arabii. Imponujący jest również jego dorobek klubowy. W zespole Al-Hilal, w którym spędził prawie całą karierę, uzbierał 376 meczów i 173 goli.

No właśnie, warto zwrócić uwagę, że za każdym razem, gdy reprezentacja Arabii Saudyjskiej występowała na mundialu, to jej członkowie w komplecie pochodzili z klubów rodzimej ligi (choć mieli zwykle zagranicznego selekcjonera). To prawdziwa tradycja. Saudyjczycy przez wiele lat nie mogli bowiem wyjeżdżać grać w piłkę za granicę, ze względu na prawo "chroniące" ich przed takimi wyjazdami. Ofiarą tej regulacji padł choćby Al-Owairana, którego transfer do Europy skutecznie zablokowano (inna sprawa, że obecnie to prawo już nie obowiązuje, ale piłkarze wciąż nie kwapią się do wyjazdów).

Dla Al-Jabera zrobiono jednak wyjątek. W 2000 wyjechał on z rodzimej ligi do Anglii, na wypożyczenie do drugoligowego Wolverhampton Wanderers. Tym samym stał się pierwszym Saudyjczykiem w angielskiej lidze, ale - uwaga! - wcale nie pierwszym Saudyjczykiem występującym poza krajem. To często powielany błąd. Palma pierwszeństwa należy się bowiem innemu uczestnikowi MŚ 1994. Fahad Al-Ghesheyan, zdobywca pięknego gola w meczu ze Szwecją, już w 1998 roku został bowiem wypożyczony na sześć miesięcy do holenderskiego AZ Alkmaar (rozegrał tam 9 meczów i.. skończył karierę).

Al-Jaber również nie podbił Wysp. Od początku miał pod górkę. Najpierw komplikowały się prawne kwestie jego przyjazdu, a po rozegraniu kilku spotkań zaraz złapał kontuzję w meczu reprezentacji. Niby wrócił, ale trener już nie był nim zainteresowany. Podziękowano mu i zawinął do domu. W ekipie Wilków uzbierał raptem cztery spotkania (trzy ligowe i jedno pucharowe). Pobyt w Anglii wspominał jednak miło, do tego stopnia, że w 2008 roku w ramach jego pożegnalnego meczu Al-Hilal zmierzyło się z Manchesterem United.

Po zakończeniu kariery Al-Jaber był trenerem Al-Hilal, Al-Wahda (ZEA) i Al-Shabab. Jednak w każdym kolejnym klubie coraz szybciej go zwalniano. Ostatnio pełni funkcję dyrektora technicznego w Al-Arabi.

Jestem jednak spokojny, że przy okazji MŚ 2018 naród nie zapomni o swoim dawnym idolu i Sami podłapie jakąś ciepłą fuchę. Jak nie w telewizji, to w radiu. A może - transferując rodaków za granicę, żeby podnieść poziom saudyjskiej piłki?

P.

wtorek, 28 listopada 2017
Secu - chwała została w Mołdawii, nie przyszła do Śląska

Na pewno go nie pamiętacie, myślę, że nawet we Wrocławiu nikt go już dzisiaj nie pamięta. SERGIU SECU, obchodzący dziś 45. urodziny (ur. 28.11.1972), to przypadek zawodnika, który trafiając do Polski był bardzo znaną postacią we własnym kraju, ale nad Wisłą mało kto w zasadzie odnotował jego obecność. Pewnie dlatego, że Secu jest z Mołdawii.

maxresdefault

Secu trafił do Polski jesienią 2000 roku. Zanim jednak do tego doszło wyrobił sobie w ojczyźnie markę świetnego defensora. Z Tiligul-Tiras Tiraspol czterokrotnie zostawał wicemistrzem kraju (1994, 1995, 1996, 1998) i dwukrotnie sięgał po puchar (1994, 1995). W reprezentacji Mołdawii występował od samego początku jej istnienia. W latach 1991-1997 zaliczył 27 meczów (część z nich jako kapitan) i strzelił jednego gola. To jedno trafienie jest jednak o tyle ważne, że stało się przyczynkiem do jednej z najwspanialszych wiktorii w historii mołdawskiej piłki. 12 października 1994 roku Mołdawia pokonała Walię 3:2, a na liście strzelców zapisał się również Secu.

Nasz bohater brał udział w kwalifikacjach do EURO 1996 i MŚ 1998. Mierzył się z Anglikami i wystąpił w meczu z Polską, wygranym w Katowicach przez podopiecznych Piechniczka 2:1 (legendarna wypowiedź p. Antoniego - tutaj).

Być może właśnie te występy zadecydowały, że jesienią 2000 Secu został piłkarzem Śląska Wrocław. Będąc jednak zupełnie szczerym nie udało mi się nigdzie wiarygodnie ustalić według jakiego klucza zasilił dolnośląski klub. "Nasze Miasto Wrocław" ręką Michała Karpińskiego pisało wtedy o nim:

Działacze WKS Śląska Wrocław wciąż nie zaprzestają poszukiwań zawodników mogących "wprowadzić wrocławian do wielkiej piłki". Od początku września nowym zawodnikiem WKS-u jest Mołdawianin Sergiu Secu. Najpierw zadebiutował w meczu z Ruchem Chorzów, ale przez pewien czas jego sytuacja nie była pewna, ze względu na brak stosownych badań. Okazało się, że wszystko jest w porządku i podpisano z nim kontrakt.

Sergiu bardzo niemile wspomina półfinałowy mecz duńskich mistrzostw Europy juniorów w 1989 roku: - Graliśmy wtedy z NRD, a ja reprezentowałem barwy Związku Radzieckiego. Mecz był bardzo dramatyczny, o czym świadczy fakt, że przegraliśmy go po karnych. Byliśmy załamani, gdyż mecz rozgrywany był 9 maja, czyli w dniu zwycięstwa nad Niemcami w trakcie II wojny światowej.
Sergiu ma żonę o imieniu Diana. Małżeństwem są od 1,5 roku, a poznali się zwyczajnie, na ulicy. Nowy nabytek wrocławian marzy przede wszystkim o potomkach. Pytając o ich liczbę nasz rozmówca wspomniał, że chciałby mieć dwójkę dzieci, ale nie zdradził w jakiej konfiguracji.
- Obecnie moim największym sukcesem jest gra w Śląsku. Chciałbym, aby mój klub miał jak najlepsze rezultaty i osiągał same sukcesy. Marzę o powrocie do reprezentacji. Długo byłem kontuzjowany, później był konflikt z trenerem reprezentacji, ale w tej chwili mamy nowego selekcjonera. Obiecał, że jak będę grał w klubie, to otrzymam swą szansę. W 1997 roku zagrałem przeciwko Polsce - powiedział Secu.
Stoper Śląska przyjeżdżając do Polski co nieco wiedział o naszym kraju. Dużo opowiedział mu jego rodak, były gracz Widzewa, Aleksander Curtian. Sergiu dobrze kojarzy takie nazwiska jak Jaruzelski, Wałęsa, ale i Boniek czy Lato.
Mołdawianin bardzo lubi szybką jazdę samochodem. Obecnie nie posiada żadnego auta, gdyż tuż przed wyjazdem do Polski sprzedał swoją Mazdę 626. Jego ulubioną grupą muzyczną jest Bon Jovi zaś filmem, który najbardziej ceni jest słynny "Spartakus" z Kirkiem Douglasem.
- Najbardziej dumny jestem ze swego występu w Cardiff przeciwko reprezentacji Walii. Wygraliśmy wtedy 3:2. Równie dobrze grałem podczas meczu z Włochami, przegranego niestety 1:3. To były chyba moje najlepsze występy w karierze - stwierdził nasz bohater.

Faktem jednak jest to, że Secu w Śląsku się nie przebił. Władysław Łach stawiał na swoich - Sadzawickiego, Janusa, Jawnego, Wasilewskiego. Secu był tylko zastępstwem, rozegrał raptem trzy mecze (wszystkie we wrześniu i październiku) i pożegnał się z Polską. Nikt - niech ktoś mnie poprawi, jeśli ma dostęp do innych informacji - po nim nie płakał przy Oporowskiej.

Później Mołdawianin grał jeszcze trochę w Rosji, Kazachstanie i Armenii, ale nigdzie miejsca specjalnie nie zagrzał i najlepiej czuł się w ojczyźnie. Karierę piłkarską zakończył w 2008 roku w zespole CSCA-Steaua Kiszyniów. Krótki wywiad z nim z tego okresu - tutaj.

Trzy lata później, w tym samym miejscu, rozpoczął swoją przygodę trenerską. Wytrwał tylko pół roku, następne pół roku w FC Academia UTM. Od lipca 2017 jest natomiast szkoleniowcem FC Sfîntul Gheorghe. Zespół pod jego wodzą zajmuje 7. miejsce (na 10.) w tabeli.

No nic, pozostaje Secu życzyć wszystkiego dobrego!

P.

Czytaj także o innym Mołdawianinie:

Vadim Boret z workiem medali

piątek, 24 listopada 2017
Lech Poznań - IFK Göteborg: dlaczego I szansa na Ligę Mistrzów została zmarnowana? 4 powody

Lech Poznań - IFK Goeteborg Goteborg 1992 Liga Mistrzów Champions League bilet ticketDługo katowałem się meczami Lecha z IFK i im dłużej myślę o tym, co wydarzyło się ćwierć wieku temu, u zarania Ligi Mistrzów, tym bardziej jestem przekonany, że poznaniacy swoją szansę zaprzepaścili w Göteborgu. To znaczy, żeby była jasność - rewanż w Poznaniu, przegrany 0:3, to jeden z najbardziej kompromitujących meczów w historii Lecha. Same tylko stracone gole pokazują pierwszy powód odpadnięcia Kolejorza. 

  1. Beznadziejna gra obronna

Szwedzi mieli tyle miejsca na boisku - i to w rejonie pola karnego! - że wołało to o pomstę do nieba. Przemysław Bereszyński i Marek Rzepka są szwagrami, ale zachowywali się, jakby widzieli się pierwszy raz w życiu. 19-letni Jacek Bąk w Göteborgu grał przyzwoicie, ale w Poznaniu chyba przytłoczył go 25-tysięczny tłum przy Bułgarskiej. W końcu Waldemar Kryger, który - o ile dobrze widzę - tylko przyglądał się akcjom bramkowym, najczęściej w końcowym etapie.

  1. Nieskuteczność w Göteborgu, zwłaszcza Jerzego Podbrożnego

Jeśli przypomnimy sobie pierwszą połowę lat 90., to nie było w Lechu Poznań piłkarza obarczanego winą za wszystkie nieszczęścia świata tak bardzo, jak Mirosław Trzeciak. Student nie był ulubieńcem ani kibiców, ani trenera Henryka Apostela. Permanentnie był obwiniany, często przesadnie i na zapas. Ale w przypadku meczów nie wyróżniał się szczególnie in minus. Za to za nieskuteczność Jerzego Podbrożnego poznaniacy zapłacili wysoką cenę. To Podbrożny miał dwie znakomite okazje do gola (z czterech - pozostałe mieli Jarosław Araszkiewicz plus wybicie piłki z bramki po główce Kazimierza Moskala). Przekombinował. Albo zabrakło mu techniki. Albo szybkości. Albo wszystkiego na raz. Mecz w Szwecji mógł być wygrany. Mecz w Szwecji powinien być wygrany. Ale Podbrożny przeciw IFK trafił dopiero trzy lata później. Dla Legii.

  1. Dariusz Skrzypczak cieniem samego siebie, fizyczne odbijanie się od Szwedów

Przykro jest patrzeć na Dariusza Skrzypczaka w meczach Lech - IFK Göteborg, bo to jeden z ulubionych piłkarzy jednego z autorów tego bloga. Ale rozgrywający przeciw Szwedom nie pokazał nic, za co można by go poklepać po plecach. Zero. Podania w aut, straty (od niego zaczęła się akcja IFK na 1:0 w Poznaniu), hamowanie akcji. Lechowi brakowało lidera w formie, Lechowi brakowało rozgrywającego w formie, Lechowi po prostu brakowało starego, dobrego Dariusza Skrzypczaka.

Ale Skrzypczak nie był jedynym lechitą, który odbiegał od Szwedów, też fizycznie odbiegali wszyscy. I odbijali się, jak pionki albo kręgle, tak jak w tej akcji Ekströma.

  1. Za późny transfer Jerzego Brzęczka, brak transferu Grzegorza Mielcarskiego

mielcar_lech

Henryk Apostel przed eliminacjami Ligi Mistrzów, chciał mieć u siebie w drużynie trzech nowych piłkarzy: Jacka Bąka do obrony (dostał go), Jerzego Brzęczka do pomocy (dostał go, ale za późno) i Grzegorza Mielcarskiego do ataku (dostał - za niego? - Araszkiewicza). Wobec fatalnej dyspozycji Skrzypczaka, wstawienie za niego znajdującego się w niesamowitym cugu po igrzyskach w Barcelonie Brzęczka, mogło być rozwiązaniem wszystkich, a przynajmniej wielu problemów Lecha. Byłyby podania na głowę Podbrożnego, na dobieg do Arasia, na klepkę z Trzeciakiem. Mielcarski - patrząc na celownik Podbrożnego na początku sezonu 1992/1993 - też byłby nowym, ważnym ogniwem mistrza Polski. Ale wszystko rozbiło się przez toksyczny związek Lecha z Ryszardem Górką, który w tamtym czasie miał (de facto) w garści trzy poznańskie kluby (Olimpię i Wartę też, próbował zresztą nieudolnej fuzji), a do tego karty zawodnicze świetnych olimpijczyków. Brzęczek w Lechu był krótko, a Mielcarski wcale (wtedy kopał na Golęcinie, gdzie nie był szczęśliwy). Co ciekawe, jeszcze na sam koniec kariery, Mielcarski był przymierzany do Lecha, jeszcze przed wejściem Amiki. Był nawet na grupowym zdjęciu. Ale w Kolejorzu, ostatecznie, nie zagrał. Schował korki do pudła i poszedł w dyrektory i komentatory.

 B.

wtorek, 21 listopada 2017
Liga Mistrzów 1992/1993. Trzeci mecz Leeds Utd - VfB Stuttgart po zmianie Christopha Dumba

Leeds Utd VfB Stuttgart 1992 Champions LeagueMistrz Anglii kontra mistrz Niemiec! I to już na tym samym etapie eliminacji Champions League 1992/1993, w którym Dinamo Bukareszt mierzyło się z Kuusysi Lahti (ok, mistrz Finlandii sezon wcześniej pokonał Liverpool, ale jednak), a do gry wkraczały takie tuzy jak US Luksemburg, Vikingur Reykjavik czy Glentoran Belfast. Jeszcze raz: Leeds United i VfB Stuttgart natknęli się na siebie, choć UEFA wprowadziła już rozstawienie. Jak to możliwe? Wszystko przez to, że Anglicy wracali do europejskich pucharów po kilkuletniej przerwie, ich ranking był praktycznie zerowy (tylko łaskawości europejskiej federacji mistrz Anglii zawdzięczał to, że nie musiał startować już w rundzie wstępnej). Dla Niemców los nie był łaskawy - trafili przecież najgorzej, jak mogli. 

VfB Stuttgart - Leeds Utd 3:0... Champions League stała otworem

Pierwszy mecz VfB Stuttgart wygrał bardzo wysoko, 3:0 z Leeds robiło wrażenie. To był Blitzkrieg! Wszystkie gole padły w nieco ponad kwadrans (62., 66. i 79. minuta), z czego pierwszy padł po niecelnym podaniu gwiazdy „Pawii”, Erica Cantony (na powtórce widać rozczarowanie, a nawet focha Francuza - albo wynikało ono ze straty, albo z szykowanej zmiany, bo chwilę potem opuścił boisko). Dwie bramki zdobył Fritz Walter (zbieżność nazwisk z mistrzem świata z 1954 roku przypadkowa), trzeciego dołożył Andreas Buck. Christoph Daum na boisko wysłał dwóch obcokrajowców: Eyjolfura Sverrissona i Slobodana Dubajicia. Dwóch, nie więcej...

Leeds Utd - VfB Stuttgart 4:1. Raz, dwa, trzy, cztery...

Rewanż na Elland Road (4:1 dla Leeds) został szeroko zrelacjonowany przez „Przegląd Sportowy”, bo można go było obejrzeć w niemieckiej stacji RTL PLUS, o czym mówił już tytuł „Hity z satelity”. Mało tego, o meczu, dwa krótkie, niezależne od siebie teksty, napisało dwóch dziennikarzy. RoKo (czyli Roman Kołtoń) skupił się na Niemcach, a RAF (czyli Rafał Nahorny) skoncentrował się na Anglikach. RAF podkreślał urodę pierwszego gola Speeda, „po wrzutce po brytyjsku” oraz determinację Anglików, walczących do końca o gola na 5:1. RoKo pozwolił sobie wybrać „najzabawniejszą z bramek” (wskazał na ostatniego z goli) i obficie przytaczał transmisję RTL. „Oglądaliśmy pasjonującą końcówkę, w której komentator Burkhard Weber krzyczał: - Mój Boże, niech ten sędzia skończy już mecz!”. Cytował też głupkowatą wypowiedź Christopha Dauma: - Przewidywałem porażkę 1:4. Doprawdy, liczyłem się z nią, choć oczywiście robiliśmy wszystko, aby jej zapobiec. Leeds jest jednak drużyną bardzo dobrą, a już szczególnie w powietrzu. Przegrywaliśmy zdecydowaną większość pojedynków główkowych, ale po prostu inaczej być nie mogło.

Jeśli chodzi o główkowanie ze składem, a konkretnie ze zmianami, Daum sprowadził katastrofę na Stuttgart. Choć Roman Kołtoń jeszcze niczego w relacji nie podejrzewał, to odnotował: „Daum na ostatnie minuty wprowadził do gry Jovo Simanica [za Maurizio Gaudino, Włocha z niemieckim paszportem - przyp.], który nigdy nie zagrał w Bundeslidze, nie mówiąc o pucharach - tylko dlatego, że Jugosłowianin liczy 193 cm i jego jedynym zadaniem było wybijanie piłki głową z własnej połowy”.

Tak jak w pierwszym meczu, w podstawowej jedenastce Stuttgartu wybiegli Sverrisson i Dubajić. Ale już przy stanie 4:1, Daum najwyraźniej zaczął panikować. W 80. minucie, za Waltera, wprowadził Szwajcara Adriana Knupa. A więc w VfB było już trzech obcokrajowców. W 83. na boisko wszedł Simanić.

Daum czy Dumb? Hoeness załamany, Mayer wściekły

Christoph Daum Dieter Hoeeness Leeds Utd VfB Stuttgart 1992 Champions LeagueDieter Hoeness, w Stuttgarter Nachrichten, mówi, że o błędzie kapnął się po meczu (- Powiedziałem do dyrektora finansowego, że chyba coś poszło nie tak), a całą sytuację nazywa „łańcuchem niefortunnych okoliczności”. I częściowo trudno nie odmówić mu racji: - Simanić miał wejść za kontuzjowanego Sverrissona, ale tuż przed zmianą okazało się, że Islandczyk jest w stanie grać dalej. Wysoki Jugosłowianin miał się jednak przydać na boisku, więc podmieniono cyferki u sędziego i wszedł za Gaudino. W podobnym czasie taki błąd popełniłby też Hannover 96, ale został ostrzeżony przez zespół sędziowski. Daum i ja podzieliliśmy się odpowiedzialnością za ten błąd (głównym winowajcą uczyniono jednak Dauma, któremu na transparentach wytykano 1+1+1+1=4, a w angielskiej prasie przekręcano nazwisko na Dumb).

Prezydent VfB, Gerhard Mayer-Vorfelder, był wściekły: - Nasi pracownicy to amatorzy. Jeśli chce się grać z Realem Madryt, nie można działać jak SV Hinterupfingen!

Niemcy próbowali odwrócić kota ogonem, namawiając UEFA do interpretacji, w której Speed też byłby traktowany jako obcokrajowiec, ale w myśl ówczesnych przepisów, po pięciu latach w klubie, był już traktowany jak swój. Zresztą, za to odwołanie, Stuttgart został dodatkowo ukarany. Leeds ustami prezesa Lesa Silvera domagało się walkowera i awansu, a w przypadku trzeciego spotkania - gry na swoim terenie. Decyzja UEFA brzmiała jednak: powtórka, trzeci mecz na neutralnym terenie! Camp Nou meczu w takich okolicznościach długo nie widziało, ale sami Katalończycy nie mieli ochoty oglądać nie swojej drużyny - z 15 tysięcy na trybunach, aż 11 tysięcy to byli przyjezdni (przede wszystkim z Anglii, ale też z Niemiec).

Leeds Utd VfB Stuttgart 1992 Champions LeagueLeeds wygrał 2:1, na gola Gordona Strachana szybko odpowiedział co prawda nowy w składzie VfB - Andre Golke, ale w 77. minucie, po błędzie Andreasa Bucka, decydującą bramkę zdobył Carl Shutt. Mecz świetnie podsumował Rafał Nahorny: „Awansowała drużyna, która strzeliła jednego gola więcej i która umie liczyć do trzech”.

Mimo pokonania mistrza Niemiec, Leeds United nie awansowało do premierowej Ligi Mistrzów. Po „bitwie o Wielką Brytanię”, z wejścia do Champions League cieszyli się Rangersi z Glasgow. Szkoci dwa razy wygrali z Anglikami 2:1, a gola cudownym wolejem zdobył ojciec piłkarza grającego potem w Polsce.

 B.

poniedziałek, 20 listopada 2017
Liga Mistrzów 1992/1993. Kocioł bałkański, pierwszy gol Skonto na Wyspach Owczych

Liga Mistrzów Champions League 1992/1993

Ćwierćwiecze Ligi Mistrzów to dobra okazja, by powspominać jej premierową edycję. Już Puchar Europy 1991/1992 (z triumfem Barcelony po finale z Sampdorią) miał fazę grupową, ale dopiero rok później zaczęła ona nosić nazwę, która dziś jest wielką marką. Mianem Ligi Mistrzów, co ciekawe, UEFA określała wówczas tylko rundę grupową. To, co przed nią (a co dziś nazywamy eliminacjami LM), było odpowiednio - 1/32 i 1/16 finału Pucharu Europy, a to co na końcu - finałem Pucharu Europy (a nie finałem Ligi Mistrzów!).

Slovan Bratysława mistrzem Czechosłowacji, Tawrija Symferopol - Ukrainy

Sytuacja geopolityczna pierwszej połowy lat 90. była bardzo skomplikowana. W piłkarskiej Europie nie było już przedstawicieli nrdowskiej Oberligi, za to przedostatni sezon ligi czechosłowackiej wygrał Slovan Bratysława. Rozpad Związku Radzieckiego sprawił, że do pierwszej rundy rozgrywek dla mistrzów krajów, przystąpił czempion Ukrainy. Nie było nim jednak ani Dynamo Kijów, ani Szachtar Donieck, a Tawrija Symferopol - której stadion dziś leży już na wydartym Ukrainie przez Rosjan Krymie (a Tawrija gra w amatorskiej lidze w Berysławiu). Tawrija wystartowała udanie - po bezbramkowym remisie w Dublinie, w Symferopolu pokonała 2:1 irlandzki Shelbourne i mogła grać dalej. W następnej rundzie miejsce w szeregu pokazał jej szwajcarski FC Sion (1:3 i 1:4).

 Tawrija Symferopol - Ukraina 1992 Champions League

Tawrija Symferopol - Ukraina 1992 Champions LeagueTawrija Symferopol - Ukraina 1992 Champions League

Lech Poznań czekał na Skonto Ryga. KI Klaksvik za słaby

Mistrz innej dawnej socjalistycznej republiki radzieckiej, Łotwy, Skonto Ryga, zdobył pierwszego gola w rozgrywkach Pucharu Europy 1992/1993. Zdobył go, konkretnie, Vitalijs Astafjevs, rekordzista pod względem liczby występów w reprezentacji Łotwy, który grał na Euro 2004, a wcześniej wygrał z Polską w Warszawie za kadencji Zbigniewa Bońka. To było też pierwsze spotkanie całych rozgrywek, bo mecz na Wyspach Owczych rozpoczął się wcześniej od pozostałych trzech bojów tej rundy. Skonto wygrało 3:1, w Rydze zaś 3:0 i to ono zostało rywalem Lecha Poznań.

Lech Poznań Skonto Ryga 1992/1993 KI Klaksvik Liga Mistrzów Champions League lm92_93_ki_ryga3 

Liga Mistrzów - w eliminacjach z Izraelem. Bez Jugosławii, Gruzji i Albanii

Dwa pozostałe dwumecze też nie wywołały wielkich emocji: słoweńska Olimpija Ljubljana gładko pokonała estońską Normę Talinn (3:0 i 2:0), a Maccabi Tel-Awiw (z Avramem Grantem na ławce i Avim Nimnim na boisku) - Valettę FC. Wygrana mistrza Izraela na Malcie w pierwszym meczu (2:1), to jedyny ślad wideo obecny w internecie z tego etapu eliminacji Ligi Mistrzów 1992/1993.

Najciekawsze i - niestety - najsmutniejsze działo się tuż przed losowaniem. Ze względu na wojnę w Jugosławii, liczba uprawnionych przez UEFA do gry w europejskich pucharach (i w eliminacjach do premierowych rozgrywek), stopniowo była zmniejszana. Wypadł jeden z faworytów, Crvena Zvezda, której mało zabrakło do finału poprzedniego Pucharu Europy (swoje mecze w sezonie 1991/1992 rozgrywała w Budapeszcie i Sofii). Nie dopuszczone zostały też kluby z Chorwacji (Hajduk Split), Gruzji (Dynamo Tbilisi) i Albanii (Vlaznia Szkodra). To właśnie Albańczycy mieli chyba największe prawo być wściekłymi na decyzję UEFA z połowy lipca 1992, bo jeszcze na początku czerwca rozgrywali u siebie mecz eliminacji World Cup 1994 z Litwą i nikt nie miał większych zastrzeżeń. Premier Albanii Aleksander Meksi nazwał decyzję UEFA „skandaliczną”. Ale gdy w następnej rundzie do gry o awans do Ligi Mistrzów wkroczyli mistrzowie wszystkich najlepszych lig, nikt już o tym nie pamiętał.

lm92_93_02_03_kombolm92_93_04_komboB.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 162