Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 19 stycznia 2018
Usiądźcie wygodnie, wspominajcie i... płaczcie

Buszując po różnych jutubowych kompilacjach trafiłem na prawdziwe cudeńko, a właściwie - serię cudeniek. Otóż pewien szlachetny ktoś (chwała mu, chwała) dokonał kompilacji skrótów meczów reprezentacji Polski w we wszystkich turniejach eliminacyjnych do imprez między 1990 a 2014 rokiem!!!

hqdefault

Oczywiście ja wiem, że to wszystko gdzieś tam w sieci było. Ale teraz można to obejrzeć ciurkiem, bez szperania, podążać (w wielkim skrócie) za losami poszczególnych reprezentacji i jej (anty)bohaterów. Można się zatopić w czasach - zwykle słusznie - minionych, powspominać, pośmiać się, powzruszać, podziwić, powzburzać.

Ach, czego tutaj nie ma! Są męczarnie z Albanią i piękny gol Tarasiewicza ze Szwecją z 1988 i 1989 roku. Są kolejne oklepy od Anglików. Jest smutna ekipa Strejlaua, są łomoty spuszczane reprezentacjom Wójcika czy Fornalika. Jest remis z Mołdawią! Są szalone zwycięstwa (jak np. z Norwegami za Engela czy nad Portugalią za czasów Leo). Są zapomniane już "asy" jak Józef Wandzik :)

Dla osób urodzonych w latach osiemdziesiątych to kilkadziesiąt minut wzruszeń (złości i radości).

el. MŚ 1990: tutaj

el. EURO 1992: tutaj

el. MŚ 1994: tutaj

el. EURO 1996: tutaj

el. MŚ 1998: tutaj

el. EURO 2000: tutaj

el. MŚ 2002: tutaj

el. EURO 2004: tutaj

el. MŚ 2006: tutaj

el. EURO 2008: tutaj

el. MŚ 2010: tutaj

el. MŚ 2014: tutaj

(A zestawienia dotyczące EURO 2012 i el. EURO 2016 i MŚ 2018 znajdziecie wszędzie)

Za oknem chlapa, do końca roboczego piątku zostały już ostatnie godziny... Nie podpuszczam, nie zachęcam.

P.

piątek, 12 stycznia 2018
F****** Onyszko

Tyle razy powtarzałem sobie, że muszę o tym napisać, ale jakoś zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dzisiaj jednak urodziny obchodzi Arkadiusz Onyszko (ur. 12.01.1974), więc lepszej okazji już nie będzie. Tak więc, chciałem ogłosić, że jego (auto)biografia "Fucking Polak. Nowe życie", która wyszła spod ręki Izabeli Koprowiak to jedna z najciekawszych piłkarskich biografii polskich piłkarzy.

fuckingpolaknowezyciebiext40548215

Przyznam, że nie jestem fanem (auto)biografii zawodników urodzonych w latach 80-tych czy 90-tych. Zwykle są one tłuczone według jednego szablonu, ich wartość poznawcza jest zerowa, a literacka - nawet ujemna. Uwaga, oto uniwersalny wzór piłkarskiej biografii:

1) dorastałem w: biedzie/ trudnej dzielnicy/ niepełnej rodzinie

ale

2) posłuchałem: mamy/ taty/ starszego kolegi/ dziadka/ nauczyciela trenera

i wtedy

3) zawziąłem się i: ciężko trenowałem + poświęciłem wszystko piłce + wracałem do domu po zmroku na miękkich nogach + na tych miękkich nogach jeszcze wyciągałem piłkę z szafy i obijałem ją o ścianę,

więc

4) pojawiły się pierwsze sukcesy + stałem się gwiazdą drużyny + zostałem dostrzeżony w całym kraju

i wtedy

5) doznałem strasznej kontuzji/ wydarzyła się tragedia rodzinna/ przyszedł zły trener/ odbiła mi sodówka/ zaczął pić, palić, grać w karty

ale wkrótce się opamiętałem i

6) osiągnąłem sukces, pojechałem na mistrzostwa, trafiłem do super klubu, strzeliłem sto goli

więc nie zapominajcie:

7) nigdy się nie poddawajcie/ ciężko pracujcie/ uczcie się na moich błędach/ róbcie to co kochacie/ miłość ocala.

koniec.

Dziękuję, poproszę 39,90 zł, jak na czytnik, to trochę mniej.

Na tle tych wszystkich papierowych komunałów dość ciekawie prezentują się (auto)biografie polskich piłkarzy urodzonych w latach 70-tych. Z jednej strony, to pokolenie bez spektakularnych sukcesów sportowych, raczej bliższa im etykietka generacji zmarnowanych szans. Nie silą się więc zwykle na heroiczny epos, opiewający zdobycie futbolowego Olimpu. Z drugiej zaś strony, to właśnie oni doświadczyli pełni przemian społecznych zachodzących na przełomie lat 80-tych, 90-tych i 2000-ych: od komuny w czasach juniorskich, po kolorową transformację, po zderzenie z zagranicą. Dlatego też książki Onyszki, Króla, Kałużnego, Sypniewskiego czy nawet Kowalczyka są dla mnie o niebo bardziej interesujące niż kolejne tomiszcza na temat Messiego albo Lewandowskiego.

Ale wróćmy do Onyszki. Ta pozycja posiada wszystko to, co powinna posiadać krwista opowieść o piłkarskim światku - bebechy, informacje z pierwszej ręki, spojrzenie pod podszewkę. Prawdziwa uczta dla kibica, który chce dowiedzieć się czego więcej niż papka serwowana z gazet. Kilka próbek twórczości na temat Lecha i Widzewa.

W Lechu poznałem też Waldka Krygera, fana leków homeopatycznych. Wciąż mi powtarzał, że jeśli zacznę je brać, moje interwencje będą lepsze. Chyba nawet coś kupiłem, ale nie pamiętam, by szczególnie mi pomogło. [s. 132]

Najbardziej narwanym zawodnikiem Widzewa był Maciek Terlecki. Tejpował dłonie, by były lepiej ukrwione. Na treningach atakował wślizgami, w tunelu krzyczał jak orangutan. Wydzierał się na wszystkich, był przepełniony agresją, nikt nie rozumiał, po co i dlaczego/ [s. 136]

Do Smudy Grajewski zazwyczaj zwracał się per "głąbie". [s. 137]

I jeszcze wiele podobnych spostrzeżeń, również na temat innych klubów.

Dodatkowo jednak Onyszko, ani chybi za sprawą również Izabeli Koprowiak, dzieli się wieloma - niemal socjologicznymi! - spostrzeżeniami, na temat tego, jak funkcjonuje życie społeczne. Najbardziej wciągnęły mnie jego spostrzeżenia na temat Danii.

Gdy facet otwiera im drzwi, uznają to za obelgę. Podczas podróży samolotem zobaczyłem kiedyś drobną dziewczynę, która siłowała się z walizką. Chciałem jej pomóc włożyć ten podręczny bagaż do luku. Spojrzała na mnie jak na ostatniego chama i się obraziła [s. 37]

Duńska kultura jest inna. Kobiety w tym kraju chcą być całkowicie niezależne, wyzwolone. Nie do końca mi to odpowiada. (…) Dunki nie chcą być postrzegane jako słabsza płeć. Seks nie jest tam tematem tabu. Poderwanie Dunki to również nic trudnego, zwłaszcza gdy jest się popularnym, jak ja wówczas [s. 37-38].

W ogóle fascynujące dla mnie były wywody autora na temat roli mężczyzn i kobiet, ich kulturowych cech i miejsca w świecie. Jest tego w książce naprawdę dużo, a jawi się to wszystko szczególnie interesująco w kontekście skazania golkipera za pobicie żony. Bramkarz w pewnym momencie stwierdza:

Striptiz jest ok, ale burdele mnie nie kręcą. Może to i wygodny sposób, ale nie wiąże się z tym żadne wyzwanie: idziesz, płacisz, kobieta musi robić wszystko, czego sobie zażyczysz. Co w tym podniecającego? Co innego podryw w klubie: spojrzenie, uśmiech, zastanawiasz się, kiedy podejść, co powiedzieć. Przyglądasz się, działasz, zdobywasz. Jesteś zwycięzcą [s. 144].

I jeszcze na zakończenie - jak na rasowego samca alfa i zarazem osobę, która straciła pracę ze względu na to, że publicznie zadeklarowała "niechęć" do gejów przystało, Onyszko poświęca również sporo miejsca... No, sami zobaczcie czemu:)

Czasem można było jednak poczuć się w ich towarzystwie dość niekomfortowo… Nie przypadkiem mówią, że faceci z tamtego regionu mają czym się pochwalić. Utaka był tego najlepszym dowodem. W szatni – wiadomo – wszyscy chodzą na golasa. A jak Murzyn się rozbierze, reszta nie czuje się zbyt pewna siebie. Wchodząc do basenu, musiałem się najpierw porządnie rozgrzać, żeby nie było wstydu się przy nim pokazać. Najpierw myłem się w tym jednym, konkretnym miejscu, potem, już odważniejszy, stawałem przed Utaką. ‚Zobacz, nie jest tak najgorzej’ – mówiłem i zaczynaliśmy się ganiać po szatni z nagimi ‚szablami’. Ależ on miał zaganiacza… [s. 153].

Oczywiście to nie jest tak, że książka skupia się wyłącznie na sprawach płciowych albo innych szeroko rozumianych społecznych poboczach. Akurat im jednak poświęcono w niej wyjątkowo dużo miejsca. A to zaś - w mojej ocenie - czyni ją szczególnie interesującą.

Wizja świata, którą roztacza Onyszko, z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu (ja akurat zaliczam się do tej grupy, którym zdecydowanie nie przypadła), ale warto się z nią zapoznać, bo jest - moim odczuciu - bardzo autentyczna, w przeciwieństwie do PR-owych projekcji pojawiających się w większości pozostałych książek.

Jeśli miałbym więc zarekomendować komuś tylko jedną (auto)biografię polskiego piłkarza, to - wiedząc, że jest jeszcze kilka innych naprawdę dobrych - zarekomendowałbym właśnie tę.

Onyszko pojawił się na naszym blogu jeszcze tutaj, tutaj i tutaj.

P.

wtorek, 09 stycznia 2018
Pół twarzy pewnej filozofii. Pavon(es y Zidanes)

Niewielu piłkarzy w historii może się pochwalić tym, że wokół nich zbudowano pewną filozofię. Takiego zaszczytu doświadczył dzisiejszy jubilat. Ale trudno powiedzieć, czy był z tego zadowolony. Francisco Pavon (ur. 9.01.1980) stał się twarzą (a dokładniej - jedną z dwóch twarzy) filozofii uprawianej przez Real Madryt w pierwszej dekadzie XXI wieku (w jej pierwszej połowie). Określano ją mianem Zidanes y Pavones.

franciscopavonandzinedinezidane

Proklamował ją prezes Królewskich Florentino Perez, a jej sensem było kupowanie do Realu za kosmiczne sumy największych światowych gwiazd piłki (jak Zidane, Beckham, Figo, Owen czy Ronaldo) i uzupełnianie składu wychowankami (jak właśnie Pavon albo Alvaro Mejia, Borja czy Raul Bravo).

Piłkarskie skutki Zidanes y Pavones były jednak dość przeciętne. Za czasów gry obu panów w Królewskich, tj. lipiec 2001 - czerwiec 2006, Real tylko raz świętował mistrzostwo Hiszpanii - w 2003 roku. Do tego jednak dorzucił zwycięstwo w Lidze Mistrzów 2002. Szału jednak nie ma, powiedzieć, że kibice liczyli na więcej, to nic nie powiedzieć. A dodatkowo zdarzały się astralne tąpnięcia, jak choćby sezon 2003/2004, gdzie piłkarze z Madrytu zajęli 4. miejsce w lidze (za Valencią, Barceloną i Deportivo) i odpadli w 1/4 Champions League (wyeliminowani przez AS Monaco).

Jeszcze gorsze były jednak skutki finansowe. Ściągani za galaktyczne kwoty gwiazdorzy na wiele lat zadłużyli kasę Realu, choć dług ten jest oczywiście czysto wirtualny.

Projekt Zidanes y Pavones był jednak dość wyjątkowy, jeśli spojrzeć na niego pod kątem socjologicznym. To przejaw epoki, wykwit hossy początku wieku, gdzie nie liczyły się pieniądze, a ważny był odurzający spektakl! Show must go on! Miało być jak w holywoodzkim filmie! Nikt specjalnie nie zastanawiał się jak ma działać drużyna z lichą defensywą, skoro w ofensywie hasają największe asy na świecie. Zobaczcie jak odległa to perspektywa, gdy porównamy ją z perfekcyjnie dziś naoliwionymi maszynami Guardioli. Bliżej jej raczej do zapędów bogatych szejków, którzy najchętniej zrobiliby drużynę z 10 Neymarów a na bramce umieścili przypadkowego przechodnia.

Sam Pavon poza Realem kariery nie zrobił żadnej. Po po opuszczeniu Madrytu przez trzy lata bawił w Realu Saragossa, ale był tam głównie rezerwowym (widocznie konkurencja na jego pozycji była większa niż w Madrycie). Potem zaliczył sezon we francuskim AC Arles-Avignon i zakończył przygodę z piłką. Na koncie ma jednak rozegranych dla Realu 106 meczów (+ 1 gola) w Primera Division oraz 34 w Champions League. Całkiem sporo. Zabawne - jedynego swojego gola w europejskich pucharach strzelił... Wiśle Kraków.

Więcej o Pavonie możecie poczytać tutaj, tutaj i tutaj.

Polecam też tekst o piłkarzach, których nazwiska była słynniejsze niż oni sami - tutaj.

P.

środa, 20 grudnia 2017
Torebka z Lozanny

Jacek Dembiński, dzisiejszy jubilat (ur. 20.12.1969), to przykład piłkarza spełnionego i niespełnionego zarazem. W naszej ligowej piłce osiągnął tyle, że pozazdrościć sukcesów mogą mu największe tuzy polskiego futbolu. Trzy tytuły mistrzowskie, 95 goli w ekstraklasie, bramki w Lidze Mistrzów, podziw i szacunek. Czego chcieć więcej?

Ano można byłoby chcieć sukcesów zagranicznych. Tutaj jednak każde podejście kończyło się fiaskiem. Nie udał się bowiem Dembińskiemu podbój szwajcarskiego Lausanne-Sports (1995-1996), nie udał się także - pomimo dobrego otwarcia - pobyt w Hamburger SV (1997-2000).

Szczególnie wyjazd do Szwajcarii okazał się spektakularną klapą. Najpierw pojawiły się problemy z samym transferem. Zespół z Lozanny nie zapłacił kwoty odstępnego, bo menedżer piłkarza obiecał Helwetom, że nie ma takiej konieczności. Okazało się jednak, że taka konieczność była, bo o swojego piłkarza upomniał się Lech Poznań, udowodniając, że transfer był bezpodstawny. Lech ostatecznie otrzymał sporą wówczas sumę za wypożyczenie piłkarza. Sprawa została wyjaśniona i wydawało się, że Dembiński wreszcie pokaże na co go stać.

team_19951996

Dembiński czwarty od lewej w najwyższym rzędzie. Zdjęcie ze strony www.bwfk.com, którą polecam wszystkim fanom Lausanne-Sports.

I faktycznie - już w debiucie trafił do siatki St. Gallen (1:2), a kolejnego gola dorzucił w swoim czwartym występie (3:0 z FC Zurich). Rundę jesienną zakończył z bilansem 19 meczów - 3 gole. Szału nie było, ale nadzieje na jeszcze lepszą wiosnę - tak.

Gdy wydawało się, że najgorsze już za Dembińskim to w styczniu 1996... wybuchła afera torebkowa. Otóż piłkarz został wyrzucony z klubu pod zarzutem kradzieży i paserstwa. Miał się bowiem dopuścić kradzieży torebki z sklepu. Sam zawodnik odpierał zarzut, twierdząc, że cała ta sprawa to koszmarne nieporozumienie. Miał on wynieść torebkę ze sklepu przez przypadek, będąc zaaferowany wybieraniem produktów wraz ze znajomymi. Wokół tej sytuacji zrobiło się sporo szumu, przeciwko piłkarzowi wszczęto postępowanie karne, a Lausanne po prostu rozwiązało z nim umowę. Choć ostatecznie piłkarz wyjaśnił sprawę, to u Helwetów nie miał już czego szukać i wrócił do Polski. Na szczęście dla siebie i dla polskich klubów korzystających później z jego usług strzeleckich.

Można oczywiście mówić, że to pech pokrzyżował zagraniczne losy Dembiny, ale wielu piłkarzy, którzy go znali wskazywało na szerszy problem. Podkreślano bowiem, że był on klasowym zawodnikiem, jednak zbyt nieśmiałym i niepewnym swoich możliwości, by odnieść sukces w świecie grubych ryb. Pisał o tym w swojej książce Wojciech Kowalczyk, wspominał też Szamotulski i inni. Cichy, spokojny, opanowany, nieawanturujący. Nie potrafiący się wepchnąć (poza boiskiem), zachować się bezczelnie i postawić na swoim.

To może być też powód dla którego reprezentacyjna kariera Dembińskiego jest tak bardzo nieimponująca. Rozegrał on raptem 10 meczów, w których ani razu nie trafił do siatki. Szansę dawali mu Apostel, Piechniczek, Pawlak i Wójcik. U tego pierwszego był tylko rezerwowym, ale Piechniczek widział w nim ważne ogniwo kadry, szczególnie po konflikcie z Juskowiakiem i Kowalczykiem. Dembina zagrał cały mecz eMŚ 1998 z Anglią (0:2), a po zwolnieniu Piechniczka - prawie cały z Gruzją (4:1). Nic jednak nie wskórał i chyba właśnie wtedy pogrzebał swoje reprezentacyjne szanse. Co prawda blisko kadry trzymał go także Wójcik, ale wystawiał go tylko w meczach towarzyskich (z Węgrami, dwa razy z Izraelem i Rosją), preferując zdecydowanie duet Kowal - Jusko albo ustawienia z sześcioma obrońcami.

Te wszystkie porażki Dembińskiego niech nie przysłonią tego, że dla kibiców Lecha Poznań i Widzewa Łódź (oraz Amiki Wronki) jest on postacią absolutnie kultową. Fani Kolejorza z pewnością z łezką w oku wspominają gole młodego Dembińskiego w latach 90-tych, gdy wokół było buro i ponuro, a JD trafiał do bramki z imponującą sprawnością. To jego gol dał lechitom zwycięstwo nad Legią przy Łazienkowskiej w maju 1995 roku, to on zaliczył rzadko wówczas oglądany w Poznaniu hat-trick (ze Stalą Stalowa Wola w kwietniu 1995).

O jego zasługach dla Widzewa nawet nie ma co wspominać, więc tylko przywołam jeden jego mecz, który - obok występów pucharowych - utkwił mi najbardziej. Widzew - Raków 5:1, pięć goli Dembińskiego. A bramkę z Legią fani łodzian też na pewno dobrze pamiętają.

Dembiński jest więc syty, ale z pewnością odczuwa i pewien niedosyt. Jednak w mediach nigdy nie narzeka, a piłka wciąż sprawia mu przyjemność. W ostatnim czasie Dembiński udzielił kilku ciekawych wywiadów. Można je przeczytać tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

P.

wtorek, 12 grudnia 2017
Saudyjski król. Sami Al-Jaber

Choć czterdzieste piąte urodziny miał wczoraj, to notka będzie dzisiaj. SAMI AL-JABER (ur. 11.12.1972) jest bowiem piłkarzem wyjątkowym.

sami

Młodsi kibice pewnie go już nie kojarzą. Starsi, ci którzy chłonęli z dziecięcą pasją chłonęli mundiale w 1994 albo 1998 roku, na pewno pamiętają łysiejącego jegomościa, który był asem ofensywy reprezentacji Arabii Saudyjskiej. Pamiętam mecze Saudyjczyków podczas mundialu w USA. Najpierw były jedynie powiewem egzotyki o trudnych nazwiskach. Z każdą kolejną minutą ich występów zyskiwali sobie coraz większą sympatię. Do końca walczyli z Holandią (1:2), pokonali Maroko (2:1) i Belgię (1:0 po pamiętnym golu!). W 1/8 finału nikt już ich nie lekceważył, ale lepsza okazała się Szwecja (3:1). Nazwiska jednak pozostały. Drużynę prowadził Argentyńczyk Jorge Solarii, a na boisku prym wiedli: bramkarz Mohamed Al-Deayea - "Czarna Pantera"; niezmordowany Mohammed Al-Khilaiwi; autor legendarnego rajdu a la Maradona - Saeed Al-Owairan, i on - krępa, szybka szpica - Sami Al-Jaber, późniejsza legenda saudyjskiej piłki.

Co się na tę legendę zatem składa? Al-Jaber wystąpił na czterech mundialach - MŚ 1994, 1998, 2002 i 2006. Na pierwszym był rezerwowym, na drugim podstawowym zawodnikiem. Na trzecim rezerwowym, na tyle obrażonym, że po (fatalnym!) mundialu postanowił się pożegnać z kadrą. Dał się jednak namówić i wrócił do zespołu na mistrzostwa w Niemczech. Cztery mundiale - to stawia go w historii MŚ obok takich tuzów jak Pele, Jaszyn, Maradona, Maldini czy Ronaldo.

Dodatkowo na trzech mundialach Al-Jaber strzelał gole. Uczynił to w 1994 roku (z Marokiem, z karnego), w 1998 roku (z RPA, z karnego) i w 2006 roku (z Tunezją). Rekordziści zdobywali bramki na czterech mundialach - to Pele, Uwe Seeler i Miroslav Klose. Al-Jaber stawia się więc w zestawieniu zaraz za ich plecami.

Na rodzimym podwórku również Al-Jaber ma swoją tabliczkę w galerii sław. Jest on trzecim zawodnikiem z największą w historii ilością występów w kadrze (Mohamed Al-Deayea - 178, Mohammed Al-Khilaiwi - 163, Sami Al-Jaber - 156) i drugim w historii jej strzelcem Majed Abdullah - 71, Sami Al-Jaber - 46). To jednak na niego wskazuje się zwykle jako na piłkarza wszech czasów w Arabii. Imponujący jest również jego dorobek klubowy. W zespole Al-Hilal, w którym spędził prawie całą karierę, uzbierał 376 meczów i 173 goli.

No właśnie, warto zwrócić uwagę, że za każdym razem, gdy reprezentacja Arabii Saudyjskiej występowała na mundialu, to jej członkowie w komplecie pochodzili z klubów rodzimej ligi (choć mieli zwykle zagranicznego selekcjonera). To prawdziwa tradycja. Saudyjczycy przez wiele lat nie mogli bowiem wyjeżdżać grać w piłkę za granicę, ze względu na prawo "chroniące" ich przed takimi wyjazdami. Ofiarą tej regulacji padł choćby Al-Owairana, którego transfer do Europy skutecznie zablokowano (inna sprawa, że obecnie to prawo już nie obowiązuje, ale piłkarze wciąż nie kwapią się do wyjazdów).

Dla Al-Jabera zrobiono jednak wyjątek. W 2000 wyjechał on z rodzimej ligi do Anglii, na wypożyczenie do drugoligowego Wolverhampton Wanderers. Tym samym stał się pierwszym Saudyjczykiem w angielskiej lidze, ale - uwaga! - wcale nie pierwszym Saudyjczykiem występującym poza krajem. To często powielany błąd. Palma pierwszeństwa należy się bowiem innemu uczestnikowi MŚ 1994. Fahad Al-Ghesheyan, zdobywca pięknego gola w meczu ze Szwecją, już w 1998 roku został bowiem wypożyczony na sześć miesięcy do holenderskiego AZ Alkmaar (rozegrał tam 9 meczów i.. skończył karierę).

Al-Jaber również nie podbił Wysp. Od początku miał pod górkę. Najpierw komplikowały się prawne kwestie jego przyjazdu, a po rozegraniu kilku spotkań zaraz złapał kontuzję w meczu reprezentacji. Niby wrócił, ale trener już nie był nim zainteresowany. Podziękowano mu i zawinął do domu. W ekipie Wilków uzbierał raptem cztery spotkania (trzy ligowe i jedno pucharowe). Pobyt w Anglii wspominał jednak miło, do tego stopnia, że w 2008 roku w ramach jego pożegnalnego meczu Al-Hilal zmierzyło się z Manchesterem United.

Po zakończeniu kariery Al-Jaber był trenerem Al-Hilal, Al-Wahda (ZEA) i Al-Shabab. Jednak w każdym kolejnym klubie coraz szybciej go zwalniano. Ostatnio pełni funkcję dyrektora technicznego w Al-Arabi.

Jestem jednak spokojny, że przy okazji MŚ 2018 naród nie zapomni o swoim dawnym idolu i Sami podłapie jakąś ciepłą fuchę. Jak nie w telewizji, to w radiu. A może - transferując rodaków za granicę, żeby podnieść poziom saudyjskiej piłki?

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 163