|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
The best of
Za tym blogiem stoją
Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry oraz Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem; jego rejestr Polaków grających za granicą oraz obcokrajowców grających w Polsce jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10
|
środa, 16 maja 2012
Oddany gol mimo oporu polskiego bramkarza
Czasem tak się zdarza, że oddając rywalom piłkę w ramach gestu Garrinchy, człowiekowi wychodzi strzał Garrinchy, Pelego, Diego Maradony i Ryszarda Tarasiewicza w jednym. I piłka wpada do siatki. Wtedy wyjścia są dwa: albo robi się zdziwioną minę i oddaje gola, albo robi się zdziwioną minę i gola się nie oddaje.
W sytuacji sorry to było niechcący gracze norweskiego Brann Bergen postanowili rywalom z Lillestroem jedno trafienie odpalić. Pojawiła się jednak jedna galijska wioska w postaci polskiego bramkarza Piotra Leciejewskiego, która postanowiła do tego nie dopuścić.
Po pierwszej połowie Brann prowadził z Lillestroem 3:2. Chwilę po przerwie w starciu ucierpiał jeden z zawodników Lillestroem, a jego kolega wybił piłkę na aut. Po wznowieniu gry Erik Mjelde kopnął futbolówkę w stronę bramki przeciwników, a ta - przy gwizdach gawiedzi i konsternacji wszystkich graczy - wpadła do siatki. Nie wiadomo, czy Erik Mjelde - jak w bajce z Tsubasą - zdążył sobie przypomnieć, że jakiś czas temu w meczu z udziałem Brann rywale nic sobie nie zrobili z kontuzji bramkarza jego zespołu. Radości jednak nie egzaltował i pewnie z norweskim chłodem zakomunikował kolegom, że gola trzeba oddać i już. Najwyraźniej nie słyszał lub nie chciał tego słyszeć bramkarz Piotr Leciejewski (wcześniej m.in. GKS Katowice, Górnik Łęczna, Górnik Zabrze, Korona Kielce i ŁKS; w Norwegii najlepiej mu idzie obrona karnych - na pewno lepiej niż wypowiedzi przed kamerą; latem 2010 r. pojawiły się nawet plotki o zainteresowaniu ze strony... Chelsea!). Polak trafienia najpierw pogratulował, a gdy piłkarz Lillestroem - przy biernej postawie pozostałych graczy Brann - zbliżał się do bramki, akcję usiłował rozpaczliwym rejtanem zastopować. Nie zapobiegł jednak golowi, który ustalił wynik meczu. I całe szczęście. B. PS Słów parę o innych bramkarzach: Wojna Harta. Joe broni i prawie strzela gola Krok w tył i dwa do przodu. Artur Boruc w Dolcanie Ząbki Idole dzieciństwa - Luis Gabelo Conejo To chyba Matka Boska stała w bramce. Rzecz o Dominiku Sobańskim
piątek, 11 maja 2012
Zapomniany brąz. Mistrzostwa Europy U-16 1990
Na fali sukcesów naszych orlików w Słowenii (piszę o nich tutaj) część kibiców i komentatorów z rozrzewnieniem przywołuje sukcesy osiągane kiedyś przez Polaków na tym turnieju dla najmłodszych reprezentantów europejskich państw. Pojawiają się więc opowieści o złocie zdobytym w Stambule (1993) i wicemistrzostwie wywalczonym na czeskich boiskach (1999). Tymczasem sukces w tej kategorii (U-16 z czasem zostało przemianowane na U-17) mamy jeszcze jeden. Otóż polska drużyna na turnieju w NRD w 1990 roku zdobyła brązowy medal. W tym kontekście jednak cisza. Dlaczego? Przyznaję, że dłuższą chwilę przeczesywałem Internet w poszukiwaniu informacji na temat udziału biało-czerwonych w tym turnieju. Polska wikipedia jest bardzo powściągliwa. Odnotowuje sukces w zestawieniu wszystkich rozegranych mistrzostw, ale nic poza tym nie mówi (tutaj). Podobnie nabiera wody (?) w usta w kontekście składu naszej ekipy, mimo że nie ma takiego problemu w kontekście zawodów toczonych trzy lata później (tutaj). Więcej mówi angielska wikipedia oraz rsssf.com (tutaj i tutaj), a bardziej narracyjnie do sprawy podchodzi oficjalna strona UEFA (tutaj). Cóż więc wiadomo? Polacy trafili do grupy z reprezentantami Cypru, Szwecji i Węgier. Z tymi pierwszymi wygrali (3:0), z drugimi zremisowali (1:1), by z ostatnimi wygrać (2:0). Takie wyniki dały im pierwsze miejsce w grupie (jedyne awansujące) i grę z Jugosławią w półfinale. Przybysze z Bałkanów okazali się jednak niezbyt przyjaźni i roznieśli naszych chłopców aż 4:1. Pozostał więc tylko mecz o brąz, w którym młodzi Polacy pokonali Portugalczyków 3:2. Cały turniej wygrała Czechosłowacja (z Markiem Penksą oraz m.in. Patrikiem Bergerem w składzie) odprawiając w finale właśnie Jugosławię (3:2). OK, jest brąz, ale kto go zdobył? Przyznaję, że ustalenie zawodników biorących udział w enerdowskim turnieju okazało się najtrudniejszą sprawą. Zadanie udało mi się wykonać w 2/3. Dotarłem do nazwisk dziesięciu piłkarzy grających w 1990 roku. Pierwszą grupę tworzą świetnie znane kibicom nazwiska. Są to dorośli reprezentanci Polski i zawodnicy zachodnich klubów: Arkadiusz Onyszko, Krzysztof Ratajczyk i Jacek Chańko. Dalej mamy zawodników kojarzonych pewnie przez kibiców z racji tego, że z większym czy mniejszym przytupem grali w polskiej ekstraklasie: Krzysztof Przała (jeden z najmłodszych debiutantów w historii Legii), Andrzej Sazonowicz (kilka nieudanych podejść pod Legię), Jarosław Talik (w ekstraklasie w Stomilu i epizodycznie w Bełchatowie; obecnie w Olimpii Elbląg) i Michał Biskup (pół sezonu w ŁKS, pół w Wiśle) i Tomasz Sangowski (jeden mecz dla Sokoła Pniewy wiosną 1995; obecnie pojawia się w oldbojach Lecha Poznań). Wreszcie spotykamy też zawodników, którzy kopali tylko po niższych ligach: Piotr Apryjas (przede wszystkim Cracovia) i Grzegorz Poleszak (hasający po boiskach Lubelszczyzny). Tyle udało mi się ustalić. Nie wiem kto jeszcze załapał się do kadry, kto był jej trenerem i kto strzelał bramki na turnieju? Ktoś coś wie? Każda informacja będzie mile widziana:) Warto pamiętać również o tych sukcesach, którymi niekoniecznie wytapetowane są kolorowe albumy o historii polskiej piłki. P.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Ograniczenie do 60
O finiszy naszej ekstraklasy pisało się już, że to wyścig żółwi, zawody niedołężnych albo końcówka, w której nikt nie chce wygrać. Pozwolę sobie więc i ja dorzucić swoje trzy grosze. Otóż warto zwrócić uwagę ile to punktów może zdobyć tegoroczny mistrz Polski i zobaczyć jak ta ilość oczek ma się do mistrzowskich utargów z ostatniej dekady. Sezon 2011/2012 - mistrz będzie miał na koncie maksymalnie 56 punktów Sezon 2010/2011 - mistrz: Wisła Kraków - 56 punktów Sezon 2009/2010 - mistrz: Lech Poznań - 65 punktów Sezon 2008/2009 - mistrz: Wisła Kraków - 64 punkty Sezon 2007/2008 - mistrz: Wisła Kraków - 77 punktów Sezon 2006/2007 - mistrz: Zagłębie Lubin - 62 punkty Sezon 2005/2006 - mistrz: Legia Warszawa - 66 punktów Sezon 2004/2005 - mistrz: Wisła Kraków - 62 punkty [przy 14 zespołach w lidze!] Sezon 2003/2004 - mistrz: Wisła Kraków - 65 punktów [przy 14 zespołach w lidze!] Sezon 2002/2003 - mistrz: Wisła Kraków - 68 punktów Jakie wnioski płyną z tej suchej statystyki? Według mnie dwa podstawowe. Pierwszy jest oczywisty. Którakolwiek drużyna nie zostanie czempionem, to będzie to czempion słaby, mocno poobijany przez innych rodaków. Nowy mistrz będzie miał od sześciu do dziewięciu porażek w sezonie! Będzie on tylko trochę lepszy od reszty. Primus inter pares, czyli pierwszy wśród równych sobie. I generalnie to byłoby w porządku, bo wiadomo, że ważne, żeby liga była równa i w ogóle i tak dalej. Druga jednak sprawa, że ta równość, to równość ekip piłkarsko kulawych, słabych, które tracą punkty nie dlatego, że zdarzył im się moment nieuwagi lub rozprężenia, tylko dlatego, że są one na tyle kiepskie, że oczka tracą nałogowo, hurtowo, w co drugim spotkaniu. Pierwsza w tabeli Legia Warszawa w tym sezonie na 14 rozegranych na razie spotkań na własnym obiekcie wygrała zaledwie siedem. Połowę! Wisła Kraków w zeszłym, mistrzowskim sezonie odnotowała aż osiem porażek. Osiem! Warto również zwrócić uwagę, że drugi już sezon z rzędu najlepsza ekipa ekstraklasy nie dobije nawet do granicy 60 punktów. To oznacza, że nie urwie ona nawet 2/3 z całej dostępnej puli oczek. W efekcie śmiało można powiedzieć, że tytuł mistrzowski przyznawany dziś jest na zasadzie weryfikacji negatywnej. Połyskujące w słońcu medale zgarnie nie ten zespół, który faktycznie jest najlepszy, ale ten, który okaże się na tyle sprawny, że w ogóle będzie miał siły, aby bieg do mety ukończyć. P.
piątek, 27 kwietnia 2012
Jak Czesław Michniewicz został trenerem Lecha Poznań
To jego szósta wizyta w Poznaniu jako trenera rywali. Gdy żegnał się z Kolejorzem, mówił: - Lech beze mnie na pewno by istniał, natomiast ja bez Lecha - nigdy. Pewnie Lech by istniał, ale to Czesław Michniewicz okrył laurem triumfu w Pucharze Polski byt klubu, którego aspiracje były dużo większe niż możliwości finansowe. Jak to się stało, że Kolejorz zatrudnił zaledwie 33-letniego szkoleniowca? 13 września 2003 roku, całkowicie przypadkowo, na krzesełkach stadionu przy ul. Bułgarskiej czekały na kibiców paczki chusteczek. Gdy Kolejorz przegrywał już 1:3 z Groclinem Dyskobolią Grodzisk Wlkp., 16 tysięcy widzów pożegnało higienicznym machaniem czeskiego trenera Libora Palę. 16 września Gazeta Wyborcza Poznań na czołówce dała tekst zatytułowany: ''Kolejny Czechu'' Czesław Michniewicz został wczoraj późnym wieczorem nowym trenerem piłkarzy Kolejorza - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie. - Zastrzegam, że nie jestem żadnym cudotwórcą - mówił przed decydującą rozmową z działaczami. Według Gazety numerem jeden na liście życzeń działaczy był Serb Dragomir Okuka. Były trener Legii Warszawa jednak grzecznie odmówił - on bierze tylko zespoły, które sam przygotowywał do sezonu. Jerzy Engel od początku nie miał zamiaru opuszczać stołka dyrektora sportowego w Legii. - Chcemy kontynuować dotychczasową drogę, dlatego albo zatrudnimy kolejnego trenera z zagranicy albo któregoś z polskich szkoleniowców, ale młodego pokolenia - stwierdził prezes Lecha Radosław Majchrzak i dał sobie tydzień na znalezienie następcy Pali. Wśród młodych trenerów wymieniano nazwiska Mariusza Kurasa, Czesława Michniewicza i Jana Urbana. Na rozmowie w klubie był wieczorem Jerzy Kasalik, a telefonicznie kontaktowano się z Franciszkiem Smudą. Według Kroniki Lecha to właśnie Kasalik był w finałowej parze z Michniewiczem. Po wstępnym rozeznaniu na placu boju pozostały dwie kandydatury - trenera Widzewa Łódź Jerzego Kasalika oraz zajmującego się komentowaniem meczów w Canal+ Czesława Michniewicza. Za Kasalikiem przemawiało większe doświadczenie, jednak zarząd wybrał Michniewicza. Radosław Majrzchak: - Zaskoczył nas profesjonalizmem - bardzo szybko przygotował się do rozmowy z nami. Omówił grę Lecha, wszystkie błędy, które popełniali nasi zawodnicy, miał bardzo szeroką wiedzę na temat wszystkich naszych piłkarzy. Jedyne, co sprawiało, że się wahaliśmy, to był jego młody wiek. Jednak urzekła nas jego wiedza, kompetencje, nowoczesne spojrzenie na futbol. - Spornych punktów w naszej rozmowie właściwie nie było. Ja przedstawiłem swoje sugestie, dotyczące tego, co poprawić, żeby zespół zaczął wygrywać. Działacze spokojnie tego wysłuchali, także trochę podyskutowaliśmy - mówił Gazecie trener-elekt. A oto jak Czesław Michniewicz opisuje kulisy załapania fuchy w Lechu na swojej stronie internetowej: Po rekomendacji Grzegorza Mielcarskiego dość regularnie komentowałem mecze z kolegami z Canal+, w tym m.in. mecz Lecha Poznań z Groclinem Grodzisk Wlkp., w trakcie którego kibice żegnali białymi chusteczkami Libora Palę. Nie sądziłem, że dwa dni później będę już trenerem Kolejorza. To był dobry, a nawet bardzo dobry krok. B. PS Formalnie - do czasu zdobycia licencji przez Czesława Michniewicza - trenerem Lecha Poznań był wtedy... Ryszard Łukasik. Wróżby Rumaka, czyli robota jak każda inna Gdy bukmacherzy wycofują zakłady. O meczach Lecha Poznań z Polarem Wrocław cz. II Ezequiel Oscar Scarione - zuch nie gra w Lechu, a w Szwajcarii
wtorek, 24 kwietnia 2012
Tejksik odnaleziony
Z Legii odchodził po cichutku. Władze klubu trochę chyba się wstydziły, że zawodnika, który jeszcze niedawno zdobywał koronę króla strzelców (2009) muszą w pośpiechu spławiać, aby zrobić w warszawskim ataku miejsce dla furgonu rozkapryszonych gwiazdeczek z mocniejszymi CV. Mimo że to gracz z Zimbabwe mógł się pochwalić taką skutecznością, o jakiej nie śnili Hubnik, Blanco, czy Novo, o Grzelaku nie wspominając. W czerwcu 2011 roku Takesure Chinyama jednak pożegnał się z klubem z Łazienkowskiej. Nie wiem nawet czy dostał na "do widzenia" czekoladę od dyrektora Jóźwiaka. Od tego czasu słuch o nim zaginął. Zawziąłem się jednak, trochę pogrzebałem i Chinyamę znalazłem. Tejksik jest obecnie gwiazdą zespołu grającego w jego ojczyźnie - Dynamos FC z Harare.
Były legionista przez pół roku szukał klubu w Europie. Gdy mu się to jednak nie udało, postanowił wrócić do Zimbabwe. Tam w grudniu 2011 roku został zawodnikiem mistrzowskiej ekipy Dynamos. I pewnie nie byłoby w tym wszystkim nic ciekawego, gdyby nie fakt, że Chinyama zanotował prawdziwe wejście smoka. W swoich czterech pierwszych meczach dla nowej drużyny zdobył aż sześć goli! Jedno oczko pokwitował w otwierającym sezon superpucharze, kolejne dwa dorzucił w fazie eliminacyjnej Afrykańskiej Ligi Mistrzów w spotkaniu z mozambijskim Liga Muculmana (2-2), a w swoim pierwszym ligowym spotkaniu zapakował hat-trick. Lokalna prasa piała nad nim z zachwytu. Jej wywody można przeczytać tutaj i tutaj.
Splendorów jednak Chinyamie nigdy nie dość. W rewanżowym spotkaniu Ligi Mistrzów strzelił on więc jedyną bramkę spotkania (1-0) i praktycznie w pojedynkę załatwił swojej ekipie awans do ostatniej fazy kwalifikacyjnej. Tutaj na drodze Dynamos FC stoi już poważniejszy przeciwnik - mistrz Tunezji Esperance Sportive de Tunis. Największym problemem przed tym dwumeczem nie jest jednak sam rywal, ale fakt, że Tejksik nabawił się niedawno kontuzji. Trener, mimo urazu, postanowił jednak go włączyć do meczowej kadry. O swoich rozterkach opowiedział tutaj. Pierwsze starcie już w najbliższą sobotę. Tak, Czini. Sto pociech z nim było. P. |