Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 22 czerwca 2018
Pomnik Nawałki albo zostanie obalony, albo przeniesiony na wyższy cokół. W obu scenariuszach widzę odejście selekcjonera

Adam Nawałka podczas meczu Polska - Senegal na mundialu 2018 w Rosji

Kiedy patrzyłem jak Polska remisuje w Poznaniu z Chile, tracąc dwubramkowe prowadzenie, obmyśliłem, co podczas mundialu będzie największym wyzwaniem dla Adama Nawałki, a co dla kibiców byłoby największą frajdą. Wcale nie przypilnowanie korzystnego wyniku - z czym jest taki kłopot, a co przecież nie udało się też na Euro 2016 ze Szwajcarią i Portugalią - a złego rezultatu przełamanie. Przyprawiająca o palpitacje gonitwa z happy endem, minimum od 0:1 do 2:1. Historycznie rzecz biorąc, jesteśmy w to kiepscy. Na turniejach udało się Polsce wygrać, odrabiając straty, tylko w meczu luzerów z Kostaryką za Janasa i z trochę machającą ręką na bój o trzecie miejsce Francją w 1982.

W pierwszej dekadzie XXI wieku, w turniejowych premierach nawet nie mrugnęliśmy. Zamiast reprezentacji w wersji 2.0, z Koreą, Ekwadorem i Niemcami widzieliśmy kadrę 0.2.

Wymyśliłem sobie taki scenariusz dla polskiej kadry na 2018, licząc na spełnienie się go tak, jak tego na Euro 2016. We Francji - marzyłem sobie - niech Polacy strzelają pierwszy raz w historii rzuty karne. I piękny był to debiut w sztuce strzelania z jedenastu metrów. Podświadomie, czy wręcz świadomie, pragnąłem tych debiutanckich jedenastek ze Szwajcarią, choć oznaczały one cholerne ryzyko.

Nawet więc, gdy Senegal siał popłoch na polskiej połowie, nawet gdy w końcu - przy użyciu Thiago Cionka - objął prowadzenie, starałem się być spokojny. Powtarzałem sobie: to element konieczny scenariusza, bym na własne oczy, na stadionie, nawet zza tej konkretnej bramki, mógł podziwiać odpowiedź husarii. Nadzieję straciłem, będę szczery, natychmiast po drugim golu.
senegaldwa

Może i nawet przez moment było tej odpowiedzi Polaków blisko, zostawmy jednak wszystkie „gdyby Lewandowski z wolnego”, „gdyby zauważyli wbiegającego Senegalczyka”. Gra naszej narodwej reprezentacji była zatrważająca, miałka, nijaka, jak w tej koszmarnej rzeczywistości turniejowej sprzed dekady. Jak z cudnego szalika Pan Tu Nie Stał.

dziadostwo

Z Senegalem Adam Nawałka spróbował czegoś, z czym Jerzy Engel wyskoczył dopiero na drugi mecz, z Portugalią. Zupełnie nieprzećwiczony, bardzo ofensywny wariant, zawiódł obu. Teraz Adam Nawałka musi sobie odpowiedzieć na jedno ważne pytanie, na które odpowiadali też Engel z Jansaem: czy wymienić tych ze swoich ulubionych żołnierzy, którzy do służby są nieprzygotowani (zarówno motorycznie, jak i mentalnie), czy spróbować wymienić tylko to, co siedziało (siedzi?) im w głowach, że w Moskwie zagrali tak bardzo poniżej swoich możliwości.

Wyzwanie, które stoi przed Adamem Nawałką jest jeszcze większe niż odwrócenie losów pojedynczego meczu, co mi się marzyło. Wyjść z grupy MŚ, mimo porażki w pierwszym meczu, udaje się tylko kozakom. Statystyka - 7/60 przypadków - to tylko podkreśla.

Wynik z Senegalem sprawia, że (nikt o tym jeszcze nie mówi głośno, ale ja napiszę, bo od tej myśli nie mogę się uwolnić) moim zdaniem stoimy u progu wielkiej reprezentacyjnej rewolucji związanej ze zmianą selekcjonera.

Albo Nawałka zawali ten mundial (brak wyjścia z grupy, nawet przy czterech zdobytych punktach będzie uznany za porażkę, przy przyzwoitej grze w meczach numer 2 i 3 Senegal będzie tym większym zarzutem), albo jednak awansuje i okaże się selekcjonerem zmieniającym bieg historii.

Pomnik Nawałki, wzniesiony podczas Euro 2016 i dwóch udanych kampanii eliminacyjnych, albo zostanie obalony, albo przeniesiony na jeszcze wyższy cokół. Będzie albo (jeszcze większym) bohaterem narodowym, albo zostanie wrzucony do wora z Engelem i Janasem. 

Moskiewska porażka, nawet jeśli niesprawiedliwie, ustawi pomundialową ocenę selekcjonera zero-jedynkowo. Wydaje mi się, że na końcu obu tak skrajnych scenariuszy znajduje się moment, w którym Nawałka dziękuje za dalszą pracę z reprezentacją.

Czego jak czego, ale Nawałka naprawdę zdaje się skrajności nie cierpieć.

B. 

piątek, 25 maja 2018
Raduj się Estonio (bo jest finał LM)

Wielki dzień mogą jutro przeżyć kibice w Estonii. Tak, tak, dokładnie - w Estonii.

Oto bowiem może się zdarzyć, że reprezentant ich kraju zostanie zwycięzcą Ligi Mistrzów. Ba, ten reprezentant to w ogóle pierwszy w historii i jedyny zarazem Estończyk grający w Lidze Mistrzów! Mowa oczywiście o Ragnarze Klavanie.

klavan

Klavan (ur. 1985) zalicza właśnie prawdziwy rollercoaster. W pierwszej części trwającego sezonu w zasadzie nie grał. Do składu wskoczył w listopadzie i występował w nim do połowy stycznia. W Nowy Rok strzelił nawet bardzo ważnego zwycięskiego gola w meczu z Burnley (2:1). Poniżej, z piosenką z "Titanica", a jakże.

Potem niemal trzymiesięczna odstawka, by od kwietnia znowu pojawiać się na boisku w niemal w każdym spotkaniu (choć często jako rezerwowy - z ławki wchodził choćby w obu meczach półfinałowych). Istnieje więc spora szansa, że wystąpi także w finale z Realem.

Droga Klavana na Anfield Road była jednak długa i wyboista. Wiodła przez kluby w ojczyźnie (Tulevik i FC Flora), Norwegii (Valarenga), Holandię (Heracles Almelo i AZ Alkmaar) oraz Niemcy (FC Ausburg). To w Alkmaar wypłynął na szerokie futbolowe wody - z tym klubem grał w Lidze Europy i zadebiutował w Lidze Mistrzów (jeden mecz w sezonie 2009/2010). Natomiast w Bundeslidze (2012-2016) wyrobił sobie markę twardego defensora i wpadł w oko obecnego trenera The Reds - Jurgena Kloppa.

Angielscy kibice bardzo go lubią i cenią za twardość i nieustępliwość, ale także z sympatią podśmiewują się z jego niezbyt błyskotliwego stylu gry. Bardzo polecam poniższy filmik.

**

Z dyspozycji Klavana stara się także skorzystać reprezentacja Estonii, której jest on największą (jedyną?) obecnie gwiazdą. Rosły defensor występuje w niej już 15 lat, a od sześciu jest jej kapitanem. Aktualnie jest piątym w historii Estończykiem z największą ilością meczów w kadrze (za Reimem, Kristalem, Operem i Jaagerem). W latach 2012 - 2017 aż sześciokrotnie wybierano go piłkarzem roku; raz tytuł zgarnął mu sprzed nosa... Konstantin Vassiliev [2013]).

Eliminacje do MŚ 2018 Estończycy zakończyli na czwartym miejscu w tabeli - za Belgią, Grecją i Bośnią, ale za to przed Cyprem i Gibraltarem. Choć zaczęli w sposób spektakularnie fatalny (0:5 z Bośnią, 4:0 z Gibraltarem, 0:2 z Grecją i 1:8 z Belgią), to potem radzili sobie coraz lepiej - zremisowali i wygrali z Cyprem (0:0 i 1:0), zremisowali z Grecją (0:0), znowu rozbili Gibraltar (6:0). Całkiem nieźle, a wspomnieć należy także sensacyjne zwycięstwo nad Chorwacją (3:0) w meczu towarzyskim.

Podobnie wyglądało to też w el. EURO 2016 - tam również czwarte miejsce (za Anglią, Szwajcarią i Słowenią, a przed Litwą i San Marino) i również mecze piękne (1:0 ze Słowenią) oraz załamujące (0:0 z San Marino!).

W kwalifikacjach do MŚ 2014 było już gorzej - piąte miejsce (za Holandią, Rumunią, Węgrami i Turcją, a przed Andorą) i generalnie ostry oklep (bilans bramek: 6 - 20), choć na koncie także zaskakujący remis z Holandią (2:2 i dwa gole Vassilijeva).

Najpiękniej jednak działo się w el. EURO 2012. Tam Estończycy wywalczyli drugie miejsce w tabeli. Usadowili się za Włochami, ale w pokonanym polu zostawili Serbów, Słoweńców, Irlandię Północną i Wyspy Owcze! Obejrzyjcie poniższy klip i powzruszajcie się wraz z estońskim narodem :)

Świetna postawa dała reprezentacji możliwość gry w barażach do EURO 2012. Tam jednak silniejsza okazała się Irlandia (0:4 i 1:1).

*

Może zatem w finale LM Klavan dostarczy kibicom ze swojego kraju kolejną dawkę wzruszeń?

P.

czwartek, 24 maja 2018
Żaba Cueto i jej jeden mecz

Dzisiejszy jubilat to zawodnik, w którym pokładano w Lechu wielkie nadzieje. Zaskakująco wielkie, mając na uwadze, że podkręcał je nieskory raczej do promowania cudzoziemców Franciszek Smuda. Anderson Cueto (ur. 24.05.1989), o niego chodzi.

1200px-Anderson_Cueto_2009

Franz bardzo wierzył w jego talent. Przyznam, że nie przychodzi mi do głowy żaden inny młody gracz, nad którym ten trener tak piałby z zachwytu. Faktycznie - Cueto był szybki jak wiatr, miał dobry drybling i dobrą lewą nogę. Jednocześnie miał także poważne słabości. O jego charakterze Smuda mówił tak: „Największy leń to ten mały Cueto. Ta żaba nie chce się uczyć”. Dotyczyło to zarówno nauki języka polskiego, jak i pracy na treningach.

Może była to kwestia zbyt dużej zmiany dla bardzo młodego wówczas piłkarza? Cueto trafił do Kolejorza na początku 2008 roku. Jak łatwo można policzyć miał wtedy 19 lat. Choć konkurencja w ofensywie Lecha była wówczas ogromna (Reiss, Rengifo, Quinteros, Zając), to Smuda chciał na niego stawiać. Już od początku wiosny wpuszczał go na ogony i równocześnie ogrywał w Młodej Ekstraklasie. W połowie kwietnia Cueto po raz pierwszy pojawił się w podstawowej jedenastce (mecz z Dyskobolią), a dwa tygodnie później rozegrał swój najlepszy mecz dla Lecha. Jedyny warty zapamiętania.

Lech - Jagiellonia 6:1 i dwa gole Peruwiańczyka. W 35. minucie otworzył wynik zawodów popisując się pięknym strzałem z powietrza z ostrego kąta.

W drugiej połowie zaś podwyższył na 3:1 - znowu z ostrego kąta, znowu lewą nogą, znowu bramkarz Jagiellonii bezradny.

Świetny mecz lechitów (choć trzeba pamiętać, że Jaga kończyła go w dziewiątkę, a jedna z czerwonych kartek została pokazana niesłusznie) i wspaniały występ Cueto. Wszyscy mieli więc prawo liczyć, że kolejne w jego wykonaniu równie dobre.

Ale nie były.

W dwóch ostatnich kolejkach sezonu 2007/2008 Cueto wychodził w pierwszym składzie, ale nic już nie wskórał. W kolejnych rozgrywkach był już tylko rezerwowym grającym końcówki spotkań - w ataku niepodzielnie rządzili Lewandowski z Reniferem. Rozegrał 16 meczów w ekstraklasie (15 jako rezerwowy, łącznie... 278 minut), 4 w Pucharze Ekstraklasy (tu wszystkie w pierwszym składzie i jeden gol!), 4 w Pucharze Polski, 3 w Pucharze UEFA (łącznie 14 minut) i 7 w Młodej Ekstraklasie. Bez szału, sami powiedzcie.

Mistrzowski sezon 2009/2010 był jeszcze gorszy. Jacek Zieliński nie pałał już takim uczuciem do Peruwiańczyka. W efekcie zaliczył on tylko 6 meczów w ekstraklasie (141 minut), ale za to aż 18 w Młodej Ekstraklasie. Chłopak poszedł w odstawkę i zdawał sobie z tego sprawę.

Dlatego też jesienią 2010 roku, po 2,5 roku pobytu w Poznaniu, Cueto postanowił wrócić do Peru. Umówmy się, że nikt specjalnie po nim w Poznaniu nie płakał. Pomimo niewątpliwych uzdolnień nie potrafił on odnaleźć się w bardziej zdyscyplinowanej rzeczywistości.

„Żaba” więc wrócił do ojczyzny i gra tam do dziś. Wielkiej kariery nie zrobił, nie wystąpił nigdy w reprezentacji swojego kraju, rzadko grywa w kontynentalnych pucharach (łącznie 8 meczów w Copa Libertadores - 4 z Juan Aurich w 2012 roku i 4 z Real Garcilaso w 2014), ale jest solidnym ligowcem (choć... na karku ma dopiero 29 lat, a znając żywotność andyjskich futbolistów, to jeszcze dekada kopania piłki przed nim  - wszystko jest zatem jeszcze możliwe).

Występował w Sportingu Cristal, Juan Aurich (mistrzostwo 2011), Alianza Lima Real Garcilaso, Sport Boys, Club Sport Victoria oraz ponownie w Juan Aurich.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Cueto trzy lata temu trafił na czołówki wielu sportowych gazet, ponieważ lekarz kazał mu występować na boisku… w okularach.

"Żaba w okularach", można byłoby napisać i byłaby to całkiem trafna puenta dla historii tego zawodnika.

P.

piątek, 18 maja 2018
Nenad Bjelica o rodzinie, golu z Barceloną, Aragonesu, Klose i Baslerze

bjelicaultimozeman

Fragmenty biografii Nenada Bjelicy autorstwa Armando Napoletano, wydanej podczas pobytu Chorwata w Spezii, opublikowane za zgodą autora.

Nenad Bjelica o swoim dzieciństwie

Zawsze chciałem być piłkarzem i robić to wymaga pracy i cierpliwości w życiu. Jako chłopak moim jedynym celem było granie w NK Osijek, chciałem mieszkać w piłkę nożną i zarabiać pieniądze, jeśli wybierasz się do Europy. Miałem duże wsparcie ze strony rodziny. I próbowałem zarówno koszykówki, piłki nożnej, jak i piłki ręcznej. Nauczyłem się piłki nożnej na ulicy w Sjenjak, a nie podczas treningów. Pojechałem raz na obóz, gdzie było 25-30 chłopców, prawie nie dotknąłem tam piłki. Lepiej można się wyszkolić podczas niekończących się meczów na asfalcie - czterech na czterech, albo trzech na trzech. Tak nauczyłem się grać w piłkę nożną. W szkole sobie radziłem, ale piłka wzięła górę w moim w życiu. Nigdy nie myślałem jak inni, że pójdę na policjanta, żołnierza albo że będę pracował w biurze. Po prostu potrzebowałem w życiu tylko boiska do piłki nożnej i koszulki do grania

Nenad Bjelica o swojej rodzinie

Jesteśmy rodziną, która przeżyła wojnę. Wiemy, co znaczy wojna, widzieliśmy ją z bliska, nie z ekranu z innej części Europy. Tata, Bozo, gdy był młody, był piłkarzem w Osijeku, ale trzy kontuzje piszczeli sprawiły, że lekarze zalecili mu, by przerwał granie w wieku 25 lat. Był blisko piłki, znał tu wszystkich, ale doradził mi tylko z dystansu, nie chciał interweniować. Był człowiekiem, który niewiele mówił. Bardzo wiele mu zawdzięczam. Zmarł za wcześnie, jako 60-latek miał atak serca. Po golu w Kaiserslautern wskazałam niebo, zadedykowałem mu tę bramkę. Mam zachowane zdjęcie z tej chwili. Mama, Mirjana, jest Chorwatką, ale jej tata był Czarnogórcem.

Nenad Bjelica o swojej żonie i golu w meczu Albacete - Barcelona 

Siostra, Snjeżana grała w siatkówkę i odegrała ważną rolę w moim życiu, choćby dlatego, że przyprowadziła kiedyś do domu piękną dziewczynę o imieniu Senka. Senka nic nie wiedziała o futbolu. Kiedy moja matka i Snjeżana, wydzierały się do telewizora, widząc, że strzeliłem gola dla Albacete w meczu z Barceloną Cruyffa, ona nie rozumiała, o co im chodzi. Senka zbudowała moje życie, stała się moją żoną i matką naszych dzieci. Bez takiej kobiety, bez takiego wsparcia, przegrywasz.

 

(gol od 13:13)

Nenad Bjelica o Luisu Aragonesie

Gdy moim trenerem był Luis Aragones, prawie nigdy mnie nie wystawiał do gry, ale bardzo dużo się od niego nauczyłem. W tym, co robię jako trener, jest wiele „aragonów”. Pamiętam, jak przygotowywał dzień przed spotkaniem odprawę, na każde spotkanie zupełnie inną. Ale prawie nie mówił o przeciwnikach. Taka odprawa to była wielka, wspaniała opowieść. Opowieść, która zawsze musiała cię zmotywować i zawsze zainteresowała każdego piłkarza. Potem słuchał, co do powiedzenia miał każdy z piłkarzy. Słuchał i zapamiętywał.

Nenad Bjelica o Miroslavie Klose i Mario Baslerze 

Zagrałem z wieloma wspaniałymi piłkarzami, również z takimi, których talent widziałem z bliska, a rozwinęli się z czasem, pamiętam młodego Fernando Morientesa z Albacete. Wśród tych, którzy mnie wiele nauczyli i których zawsze podziwiałem, jest Miroslav Klose. Prawdziwe zjawisko. Miro jest kimś wyjątkowym, maniakalnie podchodzącym do piłki. Zawsze sobie wyobrażałem, że gdy wraca po treningu do domu, od razu znowu gra w piłkę. Był jeszcze chłopakiem, gdy znalazł się w pierwszej drużynie Kaiserslautern. Gdy przyjechałem do Niemiec, był w drugim zespole, wśród najmłodszych, a już zdobył 14 goli w 10 meczach. Niemal z zamkniętymi oczami. Technika Polaków połączona z mentalną siłą Niemców. Podczas treningu, bycie blisko niego było piękne. Andreas Brehme jako trener świetnie go rozwinął. W zespole był też Mario Basler, prawdziwy i ogromny talent, który jednak nie miał głowy Miro. Zachowywał się wręcz dokładnie odwrotnie. Bassler mógł robić wielkie rzeczy, a miał tylko przebłyski w Werderze, Bayernie i Kaisertslautern. Ale to było niewiele w porównaniu z tym, co tak naprawdę umiał. To był piłkarz o unikalnej technice. Gdy jesteś w drużynie z tak wielkimi piłkarzami, sam też czujesz się lepszym graczem.

piątek, 11 maja 2018
Strażacy z Bułgarskiej

3c443f912cddd0f1cc433f83d8fd229c

Po zwolnieniu Nenada Bjelicy za sterami Kolejorza usiadła aż trójka trenerów (Ulatowski, Araszkiewicz, Rząsa). Takie rozwiązanie to jest akurat novum w historii klubu, bo przedtem Lecha prowadziło jednocześnie maksymalnie dwóch szkoleniowców. Cały tercet traktowany jest jednak jako rozwiązanie tymczasowe, które na ławce szkoleniowej nie przetrwa dłużej niż dwa mecze. A trenerzy-strażacy to akurat fenomen, który w nie tak odległej przeszłości zdarzał się już przy Bułgarskiej.

***

W latach dziewięćdziesiątych jednym z dyżurnych ratowników zespołu był świetnie znany w Poznaniu Remigiusz Marchlewicz. Eks-zawodnika Lecha, Olimpii i Warty, aż czterokrotnie w trybie awaryjnym mianowano zawiadowcą niebiesko-białej lokomotywy.

Pierwszy raz przytrafiło mu się to w maju 1996 roku. Wtedy to zastąpił on na ostatnie kolejki sezonu Zbigniewa Franiaka, którego drużyna w trzech kolejnych meczach nie potrafiła strzelić gola i coraz bardziej słabła. Choć Marchlewicz w debiucie wygrał we Wronkach (1:0), to potem było już tylko gorzej, a całość domknęła spektakularna porażka z Legią w Warszawie (1:5).

BILANS Marchlewicza: 7 meczów: 2 zwycięstwa – 2 remisy – 3 porażki

Kolejna ratunkowa misja tego szkoleniowca nastąpiła dokładnie rok później (również w maju). Nadszedł sezon 1996/1997 i tym razem Marchlewicz dogrywał sezon po Ryszardzie Polaku, zwolnionym po porażce u siebie z Zagłębiem Lubin (1:2). Zespół pod jego wodzą rozegrał cztery spotkania, a ich bilans pozostaje neutralny.

BILANS Marchlewicza: 4 mecze: 1 – 2 -1

Najbardziej chyba niezwykły w awaryjnym dorobku Marchlewicza jest sezon 1997/1998. Sytuacja z poprzednich rozgrywek znowu się powtórzyła, choć tym razem sprawa okazała się jeszcze bardziej zapętlona. W połowie marca klub pożegnał się z Krzysztofem Pawlakiem (po porażce 1:3 z Widzewem u siebie). Kolejorz pod jego wodzą świetnie rozpoczął rozgrywki, ale później gasł w oczach. Nagłym zastępcą został tradycyjnie już Remigiusz Marchlewicz. Zespół prowadził przez pięć dni i w tym czasie poległ w Lubinie (1:3 z Zagłębiem po hat-tricku Radosława Jasińskiego). Jego pełnoprawnym już zmiennikiem był świetnie znany i ceniony w Poznaniu Jerzy Kopa. On jednak również wytrzymał z drużyną… tylko miesiąc. W pięciu spotkaniach wygrał raptem raz i pod koniec kwietnia jego następcą został… Marchlewicz. Nowy-stary trener prowadził zespół w czterech spotkaniach (raz wygrał i trzy razy zremisował) i naturalne wydawało się, że dogra sezon już do końca. Tymczasem, w połowie maja, szkoleniowcem mianowano Adama Topolskiego, który docelowo miał zostać trenerem także na kolejne rozgrywki. Topolski zakończył sezon efektownym bilansem jednej porażki i czterech kolejnych zwycięstw (w tym pamiętne 3:0 z Legią po hat-tricku Reissa i 2:0 w Łodzi ze świeżo koronowanym mistrzem Polski – ŁKS)

BILANS Marchlewicza (łączny): 5 meczów: 1 – 3 - 1

BILANS Kopy: 5 meczów: 1 – 2 - 2

***

Adam Topolski prowadził zespół ponad rok, aż do września 1999 roku. Wtedy to po fatalnym starcie rozgrywek i odpadnięciu z Pucharu UEFA zastąpił go Marian Kurowski. Prowadzona przez niego drużyna również radziła sobie poniżej oczekiwań i na początku kwietnia 2000 trener został pożegnany. Po jego zwolnieniu przez tydzień na ławce szkoleniowej siedział Zbigniew Franiak (w tym czasie poległ w Chorzowie 0:2). Wkrótce Franiaka zastąpił śp. Wojciech Wąsikiewicz. Z góry było jednak wiadome, że cokolwiek się nie wydarzy, to będzie on trenerem Lecha tylko do końca sezonu. Popularny Wąs poprowadził więc drużynę w sześciu spotkaniach i zarazem stał się tym szkoleniowcem, który przypieczętował degradację Kolejorza z ekstraklasy. Już następnego dnia po ostatnim meczu sezonu nowym coachem został Austriak Adi Pinter.

BILANS Franiaka: 1 mecz: 0 – 0 – 1

BILANS Wąsikiewicza: 6 meczów: 2 – 0 - 4

***

Kolejny przypadek ratowania się awaryjnymi trenerami miał miejsce w pierwszym sezonie po powrocie do ekstraklasy (2002/2003). Bogusław Baniak awansował z zespołem, ale trudów bojów na najwyższym szczeblu już nie wytrzymał. Pod koniec września 2002 roku został zwolniony, a jego miejsce zajął Czesław Jakołcewicz. Furory nie zrobił (tylko dwa zwycięstwa w ośmiu meczach), a zespół pod jego wodzą niebezpiecznie zbliżał się do strefy spadkowej. Zarząd klubu od początku podkreślał jednak, że to okres przejściowy, w procesie budowania nowej ścieżki rozwoju Lecha.

Z czasem okazało się, że Jakołcewicz torował drogę dla czeskiej myśli szkoleniowej, która wówczas stawała się coraz popularniejsza w naszym kraju. Klub postanowił bowiem sprowadzić do siebie Libora Palę. Tego jednak wiązał wówczas jeszcze kontrakt ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, więc wymyślono, że jego forpocztą zostanie jego asystent Bohumil Panik. Panik został trenerem pod koniec listopada 2002 roku i prowadził zespół bez większych wzlotów do końca rozgrywek.

BILANS Jakołcewicza: 8 meczów: 2 – 2 – 3

BILANS Panika: 19 meczów: 5 – 4 – 6

***

Najświeższy przypadek strażaka na ławce Lecha to Krzysztof Chrobak. Już wstępując w tę rolę wiedział, że prowadzić będzie Kolejorza tylko w trzech meczach. Po zwolnieniu Mariusza Rumaka w dniu 12 sierpnia 2014 klub bowiem dość szybko dogadał się z Maciejem Skorżą, ale ten mógł zacząć pracę przy Bułgarskiej dopiero od września. Misję prowadzenia zespołu przez te trzy tygodnie powierzono zatem Chrobakowi. Kierowany przez niego zespół szału jednak nie zrobił - w trzech meczach zaliczył tylko trzy remisy (1-1 z Pogonią, 0-0 z Ruchem, 1-1 z Cracovią). Wszyscy docenili zatem, że obejmował zespół w trudnym momencie, ale też nikt specjalnie za nim nie płakał.

BILANS Chrobak: 3 mecze: 0 - 3 - 0

A jak będzie z tercetem U-R-A?

Tekst na podstawie programu meczowego Lecha Poznań

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 166