Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 14 września 2017
Riekisz - kupiony i zapomniany

Urodziny dziś obchodzi Dmitrij Riekisz (ur. 14.09.1988). Nie kojarzycie? Nie dziwię się. W jego historii najciekawsze jest właśnie to dlaczego polscy, a w szczególności stołeczni, kibice go nie kojarzą. A będąc bardziej precyzyjnym - dlaczego nie mieli w ogóle okazji go skojarzyć.

Riekisz był gwiazdeczką kolejnych juniorskich zespołów Białorusi. W 2010 roku stał się jednym z głównych architektów awansu (bardzo silnej) reprezentacji młodzieżowej na EURO U-21 2011 rozgrywanego w Danii (kapitanem tej drużyny był Michaił Siwakow z Wisły Kraków, a obrońcą Oleg Wierietiło z Podbeskidzia Bielsko-Biała). Jednocześnie od 18. roku życia występował w pierwszym składzie Dinama Mińsk, dwukrotnie sięgając z tym klubem po wicemistrzostwo kraju. Jeśli ktoś ma mocne nerwy i dużo czasu to może sobie obejrzeć jego klipy - ten i ten.

rekish

Czysty talent, szybko zwrócił na siebie uwagę zagranicznych klubów. Jednym z nich była Polonia Warszawa. Tak, ta Polonia Warszawa zarządzana przez Józefa Wojciechowskiego... Sezon 2010/2011 to prawdziwa orgia na Konwiktorskiej. Do połowy września trenerem Czarnych Koszul był Bakero, potem zastąpił go Paweł Janas. 6 stycznia 2011 szkoleniowcem Polonii został śp. Theo Bos. Jednym z pierwszym ruchów transferowych za jego czasów było wypożyczenie Riekisza z Dinama. - W jego przypadku testy nie były konieczne, w końcu to reprezentant Białorusi. Poza tym to na razie półroczne wypożyczenie, zobaczymy, jak się sprawdzi. W czerwcu zapadnie decyzja, czy warto podpisać z nim kontrakt definitywny - mówił szef skautingu Polonii Marek Citko.

250px-Dmitrij_Riekisz_2011

21 lutego Białorusin stawia się na Konwiktorskiej. 7 marca rozgrywa swój pierwszy mecz, na początek w Młodej Ekstraklasie. 14 marca Theo Bos zostaje zwolniony, a jego miejsce przychodzi Piotr Stokowiec. Po tygodniu Stokowca zmienia Jacek Zieliński. Temat Białorusina znika.

Nowi trenerzy... nawet nie wiedzą, że mają takiego zawodnika jak Riekisz w kadrze! W klubowej szatni panuje bowiem ścisk, po korytarzach snują się bizantyjsko opłacani rodzimi piłkarze. Dima gra więc dalej w Młodej Ekstraklasie, wypatrując szansy na debiut w pierwszej drużynie (jego łączny dorobek w ME to 9-1). Ten jednak nie przychodzi. W młodzieżowych rozgrywkach miał ponoć prezentować się na tyle kiepsko, że Zieliński nie myślał nawet o włączaniu go do meczowej osiemnastki (stało się tak tylko raz - z braku laku, w której na ostatni mecz przy Konwiktorskiej z Bełchatowem).

W międzyczasie Riekisz wciąż jednak powoływany jest do białoruskiej młodzieżówki. Ba, w jednym z meczów strzela nawet gola Hiszpanii (1:1). Potem trafia do kadry startującej na EURO U-21.

Zanim jednak turniej się rozpocznie, to 2 czerwca 2011 Polonia wydaje komunikat, że nie jest zainteresowana dalszym wypożyczeniem ani definitywnym transferem Riekisza.

Z tą informacją w głowie, choć formalnie wciąż jako gracz Czarnych Koszul, Białorusin rusza na młodzieżowe EURO. Na samym turnieju pełnił rolę pierwszego rezerwowego (grał w czterech z pięciu spotkań), ale jego zespół sensacyjnie wywalczy brązowy medal!

jznqe4_w631h356

Na Białorusi euforia i nikt nie może zrozumieć, że taki gość jak ich Dimka nie przebił się w siódmej drużynie polskiej ekstraklasy. Świat staje otworem wystarczy tylko skorzystać.

Życie jednak pokazało, że Riekisz tego świata nie zawojował. Przeciętnie radził sobie w Torpedo Żodzino i Niemanie Grodno, kiepsko wypadł w czeskim Fotbal Trinec. Jego najlepszy dotychczas seniorski sezon to 2015 rok spędzony w litewskim Spirysie Wilno (11 goli).

Potem już gorzej wiodło mu się w Traku FK, a od jesieni 2016 znów występuje w Torpedo Żodzino.

bbbIMG_9164

Nigdy nie wystąpił w seniorskiej reprezentacji, a jego szczytowym osiągnięciem są występy w el. LE. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że Riekisz jest w swojej ojczyźnie wielkim celebrytą. W zasadzie nie ma miesiąca, żeby największy białoruski serwis sportowy nie zameldował co nowego u niego.

Choć więc w Polonii zapomniano, że mają w ogóle takiego piłkarza w kadrze, to jego dalsze losy pokazują, że w sumie... dobrze zrobili.

P.

środa, 06 września 2017
Janusz Wójcik jako polski selekcjoner z trzema oskarżeniami. Najmocniejszymi, jakie się da

Janusz Wójcik - trener-selekcjoner reprezentacji Polski na treningu przed meczem z Hiszpanią w 1999

Gdy Janusz Wójcik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski, 6 września 1997 roku, wygranym po efektownym golu Krzysztofa Ratajczyka meczem z Węgrami w Warszawie, wydawało się, że nadchodzi nowa, złota era dla naszej piłki. Tak jak bogate były premie dla piłkarzy i sztabu, a głośna otoczka wokół kadry, tak w Europie miało być słychać o bogatym dorobku punktowym biało-czerwonych. Z perspektywy 20 lat kadencję trenerską Janusza Wójcika można ocenić jako najczarniejszą w historii Polski. I nie chodzi tu o sam wynik sportowy, o brak awansu do Euro 2000 i nadzieje rozbudzone wygranymi towarzyskimi oraz o punkty z Bułgarią. Pal licho, eliminacje przegrywaliśmy i w dużo gorszym stylu. Na byłym selekcjonerze ciążą jednak trzy potężne oskarżenia, sformułowane już po latach, przez osoby z różnych środowisk. Nic mi nie wiadomo, by cytowane słowa były potem w jakikolwiek sposób prostowane, by Janusz Wójcik wytaczał w ich sprawie procesy o zniesławienie. O tych zarzutach zapomina się, jakby oddzielając pracę z kadrą od jego wyczynów klubowych i wspominając kadencję Wójcika w roli selekcjonera najczęściej w tonie wręcz komediowym, cytując prostackie odprawy z „kiełbasami w górę”. Tymczasem mówimy tu, naprawdę, o zarzutach najcięższych z możliwych dla każdego trenera, a już dla selekcjonera reprezentacji narodowej - zwłaszcza.

1. Janusz Wójcik miał być pijany dzień przed meczem reprezentacji Polski

Januszowi Wójcikowi zdarzało się zachowywać nieodpowiedzialnie po alkoholu - powszechnie wiadomo to od stycznia 2006 r., gdy po Balu Mistrzów Sportu pod wpływem prowadził samochód w Warszawie. O tym, że miał promile w czasie wykonywania pracy selekcjonera, pisał Rafał Stec (w swojej książce „Piłka sss... kopana”, cytowanej też potem na blogu i stronach Wyborczej).

Prowadząc reprezentację, na 24 godziny przed meczem z Anglią, Wójcik zaordynował piłkarzom tak intensywny „rozruch”, że gdyby nie interwencja ówczesnego wiceprezesa PZPN Zbigniewa Bońka, nazajutrz ledwie powłóczyliby nogami. Tamtego dnia też był pijany. Boniek chciał go zwolnić, lecz działacze przekonali go, że skandal zaszkodziłby wszystkim.

W zawoalowany sposób mógł to potwierdzić obrońca Jacek Zieliński, w materiale Wyborczej przed swoją 60. grą w reprezentacji, stwierdzając, że Wójcikowi „udzielił się chyba entuzjazm” i „chodził nabuzowany”.

Anglicy byli rzeczywiście słabi, grali źle. Ale my jeszcze gorzej. Pamiętam, że dzień przed meczem dostaliśmy nieźle w d... Na przedmeczowym rozruchu trenerowi Wójcikowi udzielił się chyba entuzjazm. Pamiętam te wślizgi, starty do piłki, podekscytowanego selekcjonera, który chodził nabuzowany po murawie Wembley i krzyczał, żebyśmy zap... Rano mieliśmy lekkie zakwasy, ale i tak mogliśmy w Londynie pograć lepiej. Nie wiem, czy trener Wójcik wystraszył się Anglików, ale sądząc po liczbie obrońców, podszedł do meczu z nimi z dużym respektem (śmiech).

2. Janusz Wójcik miał negocjować grę piłkarza w meczu reprezentacji Polski z prezesem jego klubu

Fragment książki „Szamo”, Grzegorza Szamotulskiego i Krzysztofa Stanowskiego, też odnosi się do sytuacji sprzed meczu z Anglią:

Kolejna anegdota krążąca w środowisku. Zbliża się mecz Anglia - Polska. Dzień przed spotkaniem Artur Wichniarek w pokoju już rozmyśla o tym, jak będzie strzelał kolejne gole (...)

- A na pewno zagrasz? - pada całkiem logiczne pytanie.

- Jasne! Widziałeś mnie w sparingu? Widziałeś w gierce? Najlepszy! Numer jedenaście na placach i wychodzę zburzyć to całe Wembley!

Dzień meczu. Piłkarze schodzą do autokaru. Wichniarek idzie na końcu, w kurtce i bez torby.

- Grasz.

- Nie.

- Jesteś na ławce?

- Nie.

Kilka metrów dalej stoi selekcjoner Janusz Wójcik i prezes Widzewa (klub Wichniarka), Andrzej Pawelec. Słychać głośną kłótnię. Kilka wyrwanych z kontekstu zdań.

- Ale Janusz, nie rób jaj! Dam ci w poniedziałek! - błagalnym głosem mówi Pawelec.

- Dasz w poniedziałek, to zagra w poniedziałek - wzrusza ramionami „Wójt”.

Artur Wichniarek w rozmowie z Jakubem Białkiem na Weszło sprawę wspomina tak:

- To nie był mecz na Wembley, tylko w Warszawie. Nie wiem, ja nie byłem przy tej rozmowie. Faktem jest, że miałem grać i tydzień treningów na zgrupowaniu na to wskazywał. Realia tamtych lat były jak widać trochę inne i nie tylko Fryzjer zarabiał na ustawianiu pewnych rzeczy. Jeżeli tak było i miało to się odbyć na zasadzie zapłacenia za to, że zagram, to dobrze, że nie zagrałem. Zawsze byłem daleki od takich rzeczy, zawsze chciałem pokazać na boisku, że jestem przydatny. Jeśli nie byłem przydatny, to lepiej dla wszystkich, że nie zagrałem. Nie mogę tej historii ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Fakt faktem, że nie zagrałem w tym meczu, choć byłem w bardzo wysokiej formie. Generalnie, nigdy nie szukałem układów i grania za wszelką cenę. 

Janusz Wójcik podczas meczu Anglia - Polska 3:1 na Wembley - 1999 rok

3. Reprezentacja Polski Janusza Wójcika mogła grać w nieuczciwym meczu

W październiku 2008 roku, po zatrzymaniu ws. afery korupcyjnej w polskiej piłce, Weszło w tekście „Janusz Wójcik zatrzymany. Dość buty i chamstwa!” pisało:

Były selekcjoner kadry, co nie jest tajemnicą, nie miał żadnych hamulców. W środowisku piłkarskim do dziś opowiada się na przykład o meczu Polska - Hiszpania (1:2), kiedy to sędzia z Rosji nie uznawał prawidłowych bramek dla naszych rywali - miał za to dostać drogi zegarek, ale dostał podróbkę i następnego dnia odpadły wskazówki. Wspomina się też między innymi o spotkaniu Bułgaria - Polska 0:3...

Wróćmy do meczu z Hiszpanami, którzy w Warszawie przeżyli gorzki przedsmak tego, co trzy lata później spotkało ich na mundialu w Korei. Dwa normalnie zdobyte gole w nieprawidłowy sposób nieuznane przez sędziów. - Oczywiście, że sędzia się pomylił. To były dwa błędy arbitra - żałował autor obu skradzionych goli, Raul. Jakiś fan Hiszpana wyciął odpowiednie wideo i wrzucił na YouTube, więc są do zobaczenia (same gole można obejrzeć na skrócie TVP).

Z kolei, jako próbę umówienia się na wynik, można rozumieć opis w książce Jerzego Dudka, meczu Szwecja - Polska, decydującego o awansie do barażu o Euro 2000.

W ostatnim meczu ze Szwecją też potrzebny był nam remis, by zagrać w barażach. Ale to nieszczęsne spotkanie zakończyło się naszą porażką 0:2. Niestety dało znać o sobie chore myślenie, nawyki zakorzenione od lat. A może oni nam pomogą ten remis wywalczyć? (...) Okazało się, że Szwedzi zagrali bardzo spokojnie do momentu, kiedy nie zaczęliśmy ich brutalnie kopać. Nie dali się sprowokować do takiej kopaniny, co się dla nas źle skończyło. Zaczęli grać na serio i wygrali 2:0. (...) Nie chcę go [Janusza Wójcika] oceniać jako trenera. Mogę tylko ocenić, że menedżerem był doskonałym.

Wszystkich wspomnianych meczów pod wodzą Janusza Wójcika pewnie by nie było, gdyby został on zwolniony przez PZPN Mariana Dziurowicza jeszcze przed startem eliminacji Euro 2000. Meczem o być albo nie być selekcjonera okazało się spotkanie Polska - Rosja, rozegrane 27 maja 1998. Polacy w cudowny sposób wygrali z dużo wyżej notowanym rywalem, czym rozpoczęli cudowną serię zwycięstw (a potem meczów bez porażki), która trwała aż do wspominanego już Wembley. Wspólnym mianownikiem większości tych rywali jest to, że pochodzili z Europy Wschodniej (ew. centralnej) lub że byli do zwyczajni słabeusze:

Polska - Rosja 3:1 - 27.05.1998 (gole w skrócie TVP, więcej akcji w rosyjskiej TV)

Ukraina - Polska 1:2 - 15.07.1998 (niestety, nie było żadnej transmisji tego meczu; sędzia - Węgier Attila Juhos)

Polska - Izrael 2:0 - 18.08.1998 (sędzia - Czech Vaclav Krondl)

Bułgaria - Polska 0:3 - 6.09.1998 

Polska - Luksemburg 3:0 - 10.10.1998 (sędzia - Albańczyk Bujar Pregla)

Słowacja - Polska 1:3 - 10.11.1998 

Malta - Polska 0:1 - 3.02.1999

Polska - Finlandia 1:1 - 10.02.1999

Polska - Armenia 1:0 - 3.03.1999

 

B.

Lux-Pol, Ostrowski - Czekanowicz

Jedno z największych osiągnięć w historii reprezentacji Luksemburga, a więc niedawny remis tej drużyny z Francją (0:0) z ławki rezerwowych obserwowało dwóch piłkarzy o swojsko brzmiących nazwiskach - Jan Ostrowski i Youn Czekanowicz. Obaj są jeszcze młodzieniaszkami, urodzonymi w Luksemburgu odpowiednio w 1999 i 2000 roku. Chłopaki, przedstawcie się!

Jan Ostrowski, z ziemi polskiej do luksemburskiej

ost

Ojciec Jana Ostrowskiego jest Polakiem, który wyemigrował z kraju w latach dziewięćdziesiątych. Z czasem osiadł w najmniejszym z państw Beneluksu. Jan Ostrowski to defensywny pomocnik, który szlify piłkarskie pobiera jednak w Niemczech. Dwa lata terminował w młodzieżowych drużynach Mainz, obecnie zaś znajduje się w młodej kadrze Eintrachtu Frankfurt. Pomimo raptem 17 lat na karku udało już mu się zadebiutować w dorosłej kadrze Luksemburga (w czerwcu 2017 podczas towarzyskiego meczu z Albanią [2:1]). Była to o tyle świadoma decyzja, że przedtem brał udział w konsultacji reprezentacji Polski U-17. Jak sam jednak twierdzi - nie odnalazł się wśród biało-czerwonych. Problemem miała być przede wszystkim bariera komunikacyjna. Ciekawy wywiad z nim (po francusku) - tutaj i tutaj.

Youn Czekanowicz, syn Mike'a (też trochę z Polski)

youn-czekanowicz

Youn (Janie!) Czekanowicz przyszedł na świat w luksemburskim Wiltz. Jest synem Mike'a Czekanowicza - w przeszłości piłkarza luksemburskiej ekstraklasy. Youn, oprócz polskiego nazwiska ma także polskie obywatelstwo, odziedziczone po dziadkach i ojcu (ojciec urodził się już w Luksemburgu). Youn jest bramkarzem. Fachu uczył się w młodzieżowych drużynach Alemanii Aachen i Bayeru Leverkusen oraz drużyn belgijskich - Club Brugge i KAA Gent. Dość niespodziewanie został właśnie drugim bramkarze seniorskiej drużyny z Gandawy. A stąd już bliska droga do występów w lidze belgijskiej i dorosłej kadrze Luksemburga. Wywiad z nim tutaj.

P.

wtorek, 05 września 2017
Stępione rogi Wikingów

vikingfuneral799141

Norwegowie zostali wczoraj srogo wybatożeni przez Niemców (0:6). Oczywiści nie mają już żadnych szans na MŚ 2018. Te eliminacje są dla nich jednak wyjątkowo bolesne, bo w tabeli wyprzedzają jedynie San Marino (choć w bezpośrednim meczu dali im strzelić sobie gola), a po drodze opukiwał ich Azerbejdżan, o Irlandii Północnej nawet nie wspominając.

Tym samym, jeszcze podczas rosyjskiego mundialu swoje osiemnaste urodziny będą obchodzili obywatele Norwegii, za których życia ich narodowa reprezentacja nie grała w żadnej wielkiej piłkarskiej imprezie!

Wielka Norwegia - Flo i załoga

A przecież było tak pięknie... W drugiej połowie lat 90-tych Norwegowie byli w światowej czołówce. Na MŚ 1994 ograli Meksyk (1:0) i tylko gorszy bilans bramkowy sprawił, że nie awansowali do 1/8 finału. Choć na EURO 1996 się nie dostali (o włosek wyprzedzili ich Czesi i Holendrzy), to później coraz bardziej szokowali świat. Najpierw w cuglach zdobyli kwalifikację na MŚ 1998 (m.in. 5:0 ze Szwajcarią). W maju 1997 roku w towarzyskim meczu w Oslo pokonali Brazylijczyków (4:2) - ówczesnych mistrzów świata! Zobaczcie jak oni grali!

W 1998 roku w ramach przygotowań do francuskiego mundialu odnotowali takie oto szalone wyniki: 3:3 z Francją, 2:2 z Belgią, 2:0 z Danią, 5:2 z Meksykiem i 6:0 z Arabią Saudyjską. Pożoga i zniszczenie godne prawdziwych wikingów! Trudno się dziwić, że niektórzy przebąkiwali nawet o medalu dla Norwegów.

W pierwszym meczu mistrzostw - remis z Maroko (2:2). Potem - remis ze Szkocją (1:1). To było jednak rozczarowanie. Awans do 1/8 stawał się coraz bardziej problematyczny. Tym bardziej, że w ostatnim meczu grupowym rywalem byli Brazylijczycy. Ale... znowu wygrali Skandynawowie (2:1)!

Po tym triumfie zapanowała euforia. W 1/8 los skojarzył Norwegów z Włochami. I to właśnie Squadra Azzura okazała się lepszą drużyną, po nudnym meczu i goli Vieriego.

Cóż to jednak była za ekipa... Justein i Tore Andre Flo, defensywa Berg - Johnsen - Bjornebye, Rekdal, Mini Jakobsen, Mykland, Solbakken, młody Solskjaer. Na ławce Egil Olsen. Jestem w stanie wymienić ich zbudzony w środku nocy.

EURO 2000 i początek końca

Norweski flow jednak trwał. Ekipa prowadzona już przez Nilsa Johana Semba z palcem w nosie awansowała na EURO 2000. Tam w pierwszym meczu sensacyjnie pokonała Hiszpanię (1:0). Potem jednak już było tylko gorzej - porażka z Jugosławią (0:1) i remis ze Słowenią (0:0) sprawił, że Wikingowie nie wyszli z grupy.

I koniec. Wrota sezamu się zamknęły. Nigdy więcej już nie pojawili się już na wielkim turnieju.

Co takiego się wydarzyło? Tego nie wie nikt. Norwegowie przegrali kolejne eliminacje do: MŚ 2002, EURO 2004, MŚ 2006, EURO 2008, MŚ 2010, EURO 2012, MŚ 2014, EURO 2016 i MŚ 2018. Samym wymienianiem już można się zmęczyć.

Norweska kronika klęsk

Z tej pierwszej imprezy Norwegów wytrącili oczywiście Polacy. W barażu o awans na EURO 2004 srogi rewanż na nich wzięli sobie Hiszpanie (2:1 i 3:0). W el. MŚ 2006 lepsi w barażach okazali się z kolei Czesi (0:1 i 0:1). W el. EURO 2008 - górą byli Grecy i Turcy. W el. MŚ 2010 Norwegia stała się jedyną drużyną z drugiego miejsca, która nie załapała się na baraż (zdobyła tylko 10 pkt.). Kwalifikacje EURO 2012 - trzecie miejsce, za Danią i Portugalią. W el. MŚ 2014 - już tylko czwarte miejsce, za Szwajcarią, Islandią i Słowenią. Wreszcie EURO 2016, gdzie wydawało się, że awansują wszyscy chętni. Wszyscy, ale nie Norwegia. Wikingowie polegli bowiem w barażu z Węgrami (0:1 i 1:2). Prawdziwy zapis smutku. Może bez spektakularnych katastrof, ale i bez miłych niespodzianek.

Trudno powiedzieć gdzie tkwi przyczyna kryzysu. Może Norwegowie zbyt długo płynęli na swojej złotej generacji, a później na jej oparach? A gdy przyszło otrzeźwienie to już było za późno, bo trudno się wyrwać z trzeciego koszyka? A może w wyjściu na prostą przeszkadza Norwegom ich... kultura pracy. Pomimo braku awansu na imprezy kolejni selekcjonerzy i tak pozostawali na swojej posadzie przez 3, 4 albo 5 lat.

Faktem jednak jest, że dzisiejsza reprezentacja Norwegii to drużyna absolutnie przeciętna. Rolę jej gwiazd pełnią trzydziestoletni już zawodnicy, którzy tęsknie wzdychają za czasami, gdy Brazylijczyków po boisku rozstawiali Flo i spółka.

P.

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Historyczny rzut karny: bramkarz kontra bramkarz wieńczy 1:8 Legii w Poznaniu

Marian Fontowicz podczas meczu Warta Poznań - Legia Warszawa 4:3 / fot. Ilustracja PoznańskaMarian Fontowicz podczas meczu Warta Poznań - Legia Warszawa 4:3 / fot. Ilustracja Poznańska 

7 sierpnia 1927 roku, w pierwszym sezonie istnienia piłkarskiej ligi w Polsce, pierwszy raz doszło do sytuacji, w której bramkarz strzelał rzut karny. Historia zdarzyła się w Poznaniu: Marian Fontowicz obronił strzał z 11 metrów Wacława Adamowicza z Legii Warszawa, a Warta wygrała aż 8:1!

Jonathan Wilson o bramkarzach jak o wyrzutkach

Jonathan Wilson w książce „Bramkarz, czyli outsider” o znaczeniu i specyfice golkiperów pisał tak: „W drugiej połowie XIX wieku bramkarza oddzielono od reszty drużyny, powierzając mu specjalną rolę, specjalne obowiązki oraz specjalną koszulkę. Był wyrzutkiem, odstającym od pozostałej dziesiątki. (...) Wszystkie najbardziej wpływowe postacie miały swoje kozły ofiarne: Marks winił kapitalizm, Freud winił seks, Dawkins winił religię, Larkin obwiniał swoich rodziców, a doktor Atkins - ziemniaki. Piłkarze mieli skłonność do obwiniania bramkarza”.

Nie wiemy, czy 90 lat temu piłkarze Legii Warszawa obwiniali o sromotną porażkę 1:8 w Poznaniu swojego bramkarza, Wacława Adamowicza. Prasa potraktowała go nadzwyczaj wręcz łagodnie, można więc sądzić, że między słupkami, mimo rekordowej wówczas jak na ligę porażki, spisywał się przyzwoicie. O jedno koledzy z wojskowej drużyny mogli jednak mieć do Wacława Adamowicza pretensje: że wziął na siebie odpowiedzialność za strzelanie rzutu karnego i tej odpowiedzialności nie udźwignął. A presja była spora, bo naprzeciw niego, w bramce Warty Poznań, stał prawdziwy fachowiec od bronienia strzałów z 11 metrów - Marian Fontowicz.

przeglad_naglowek

Z relacji prasowych wynika, że to było spotkanie pełne paradoksów. „Dziennik Poznański” w zapowiedzi wymieniał wygrane Legii (4:3 z Pogonią Lwów, 3:2 z 1.FC Katowice, 2:0 z Czarnymi Lwów, 3:1 z Wartą w Warszawie oraz 6:1 i 5:2 z Turystami Łódź) i grzmiał: „Na Warcie leży obowiązek zrehabilitowania się w oczach społeczeństwa poznańskiego, spodziewamy się też silnej woli zwycięstwa”. Poznaniacy krótko wcześniej doznali bowiem kilku wysokich porażek: 3:6 z Toruńskim KS, 5:7 z Hasmoneą Lwów czy 2:6 z Pogonią Lwów.

Przebieg niedzielnego meczu na boisku przy ul. Rolnej, jak zgodnie podkreślały gazety, był więc niespodziewany. Warta prowadziła 1:0 w 7. minucie, Legia wyrównała na 1:1 w 11., ale dwie kolejne minuty to dwa gole dla poznaniaków. Między 53. a 79. minutą Warta dołożyła pięć goli.

„Dziennik Poznański”: „Zieloni nie kombinowali długo przed bramką przeciwnika, lecz strzelali jak najwcześniej, powiększając w ten sposób szanse punktowe. (...) Legia, która poraz pierwszy gościła w mieście naszem, wywarła na ogół dobre wrażenie. (...)

„Kurier Poznański” - „Każdy z widzów wie, że zwycięstwo Zielonych było za wysokie i to nie wymaga specjalnego dowodzenia, jednak nie było na pewno nikogo, któryby nie uznał tym razem wyższości Warty nad jej przeciwnikiem. Warta jest prawdziwą drużyną niespodzianek. Po szeregu słabych gier i porażek stanęła nagle u szczytu formy.

Wacław Adamowicz w bramce Legii Warszawa

 Wacław Adamowicz - Legia Warszawa

Wacław Adamowicz przed meczem Legii Warszawa z Wisłą w Krakowie (1932 rok), obok Wacław Przeździecki i Henryk Martyna / fot. Ilustrowany Kurier Codzienny

Mimo wpuszczenia ośmiu goli w spotkaniu z Wartą, Kurier Poznański nazywa Wacława Adamowicza bramkarzem „dobrym”, a Dziennik Poznański nawet „doskonałym”!

Co ciekawe, niecały miesiąc później, Wacław Adamowicz wpuścił aż... 11 goli. I tu znów spotykamy się z relacją - przytaczaną przez stronę legionisci.com - której autor staje na wstępie w obronie młodego bramkarza: "(...) Nasz młody bramkarz Adamowicz, który świetnie bronił w wygranym 1-0 z twardą, niemiecką drużyną IFC w Katowicach meczu - otóż ten bramkarz puścił nam w następnym tygodniu we Lwowie z Pogonią jedenaście goli (2-11). Po meczu, w szatni była grobowa cisza. Nikt nie skorzystał z autobusu, który miał odwieźć nas na stację, nikt nie wsiadł do wspólnych zarezerwowanych przedziałów, każdy wolał zaszyć się gdzieś w kącie nawet na stojąco w zatłoczonych wagonach" - wspominał Marian Łańko, uczestnik meczu Legii z Pogonią Lwów.

Warta Poznań - Legia Warszawa i pierwszy taki rzut karny 

Marian Fontowicz podczas meczu Warty Poznań / fot. Ilustracja PoznańskaMarian Fontowicz (pierwszy z prawej) podczas meczu Warty Poznań / fot. Ilustracja Poznańska

Jak to się stało, że Wacław Adamowicz oraz Marian Fontowicz wzięli udział w historycznym dla polskiej ligi rzucie karnym? To była 81., może 82. minuta, już przy stanie 8:1. Jak pisał „Stadjon”, „naskutek mimowolnej ale wyraźnej ręki Śmiglaka, dyktuje sędzia karnego”. „Przegląd Sportowy” uzupełnia: „Legia ma możność zmniejszenia swej porażki. Sędzia dyktuje strzał karny. Po naradach strzela Adamowicz. Ostro, lecz w ręce bramkarza. Legia przegrywa więc 8:1, ponosząc największą porażkę w mistrzostwach Ligi (...) Adamowicz w bramce, pomimo ośmiu goli, zasłużył na pochwałę, gdyż obronił moc strzałów. Wynik - rzecz jasna - jest za wysoki - ale zwycięstwo gospodarzy różnicą kilku bramek było zasłużone”. „Stadjon” interwencję Mariana Fontowicza nazywa „świetną obroną”.

Marian Fontowicz - legendarny bramkarz Warty Poznań uratowany przez Fryderyka Scherfke

Marian Fontowicz

„Waleczny, odważny, jeden z najlepszych w dziejach polskiego futbolu w obronie dolnych strzałów, opuszczał posterunek tylko przez kontuzje” - opisuje Mariana Fontowicza Andrzej Gowarzewski w tomie „Mistrzostwa Polski” i podaje statystyki. Legenda Warty, grając w czternastu kolejnych sezonach o mistrzostwo Polski, był przedwojennym rekordzistą wśród piłkarzy pod względem ligowego stażu. Co kluczowe dla tej historii - w rozgrywkach ligowych przed 1939 r. obronił najwięcej, bo aż 16 strzałów z rzutów karnych (z 42 prób). Jednym z tych obronionych był strzał podczas meczu Warta - Legia.

Marian Fontowicz był opoką zespołu, który w 1929 roku zdobył mistrzostwo Polski. Miał w swojej karierze również przypadki mniej przyjemne - w październiku 1932 roku Warta wygrała 1:0 na boisku Cracovii, w meczu na szczycie ligi. Po spotkaniu na boisko wtargnęło ok. tysiąca kibiców, którzy rzucili się na sędziego. W jego obronie stanęli piłkarze, spośród których najbardziej ucierpiał właśnie Marian Fontowicz. Pobity stracił przytomność, a odzyskał ją dopiero zniesiony do szatni.

Wacław Adamowicz nie przeżył drugiej wojny światowej. Jak podaje księga stulecia Legii (książki wydawnictwa GiA zresztą też), zginął podczas kończącej kampanię wrześniową bitwy pod Kockiem, 2 października 1939 r. (choć niektóre źródła podają, że zginął dopiero po łapance w 1942 r.). Marian Fontowicz miał więcej szczęścia. Gdy razem z innymi polskimi jeńcami jechał pociągiem w stronę Rzeszy, na stacji w Poznaniu drzwi się otworzyły i stanął w nich człowiek w szarym mundurze Wehrmachtu. Odszukał Mariana Fontowicza. - Jesteś w Posen. Nie chcesz iść do domu? - zapytał i bramkarz wysiadł. Człowiekiem w mundurze był jego kolega z boiska, z Warty i z reprezentacji Polski - Fryderyk Scherfke. Więcej o tej historii przeczytać w książce "Czarny orzeł, biały orzeł" Thomasa Urbana.

Co ciekawe, Marian Fontowicz miał tuż po wojnie do czynienia z dwoma wybitnymi postaciami polskiego sportu. Jak pisał Mariusz Rabenda w Gazecie Wyborczej Szczecin, to właśnie Fontowiczowi być może swój pierwszy dziennikarski tekst w życiu poświęcił śp. Bohdan Tomaszewski (działo się to przy okazji meczu w Koszalinie,

- Ja tam przyjechałem w dziurawych portkach po tej strasznej zawierusze powstańczej, znalazłem się w zupełnie nowym świecie. Może i dobrze. Ale nie miałem nic i nagle pozwolono mi robić sport w Koszalinie. I wychodziła tam gazeta. "Wiadomości Koszalińskie", taka skromna. Redaktor naczelny powiedział mi, jak już ten sport robisz, to napisz o nim też coś - wspominał Bohdan Tomaszewski.

Wiadomości Koszalińskie z piątku 14 września 1945 r. i w tekście podpisanym „B. Tomaszewski” możemy przeczytać: „Jeszcze o świecie - ciekawostki z za * kulis". Pisze o swej rozmowie z Fontowiczem, bramkarzem z Poznania, dawnym "asem naszej reprezentacji państwowej". "Bardzo oryginalny zwyczaj wprowadzono na zawodach w Koszalinie. Spotkałem to po raz pierwszy, mimo że byłem na nie jednym* meczu - mówił Fontowicz Tomaszewskiemu. - Otóż po każdej strzelonej bramce orkiestra, znajdująca się na trybunie, wita to wydarzenie gorącym tuszem: trzeba przyznać, że kapelmistrz zdobył się na objektywność*, gdyż również i bramki strzelone drużynom wojskowym i reprezentacji Koszalina jednakowo były podkreślane przez sympatyczną orkiestrę"..

W 1949 r. Marian Fontowicz trenował zespół z podpoznańskiej Mosiny. Piłkę kopał w nim chłopak, który po dwóch rozegranych meczach usłyszał od Mariana Fontowicza: - Chłopcze, jesteś szybki, idź do lekkoatletyki, bo w piłce nożnej się zmarnujesz.

Zajął się więc lekkoatletyką, najpierw sam ją trenował, potem wziął się za szkolenie innych. Czesław Cybulski, bo o nim mowa, wychował Szymona Ziółkowskiego i Anitę Włodarczyk, mistrzów olimpijskich w rzucie młotem.

Ostatnie wykorzystane rzuty karne strzelane przez bramkarzy w ekstraklasie

Marian Kelemen strzela gola w meczu Śląsk Wrocław - Arka Gdynia 5:0 (2011 rok),

Artur Boruc strzela gola w meczu Legia Warszawa - Widzew Łódź 6:0 (2004 rok),

Józef Młynarczyk strzela gola swojemu przyszłemu pracodawcy w spotkaniu Odra Opole - Widzew Łódź (1977) - na zdjęciu Panini / fragment relacji z Dziennika Łódzkiego (wtedy Dziennika Popularnego),

Józef Młynarczyk dla Odry Opole w meczu z Widzewem Łódź strzelił gola z rzutu karnego - obok fragment relacji z Dziennika Łódzkiego

Jan Tomaszewski strzela gola krótko przed Wembley, w spotkaniu ŁKS - Odra Opole (1973) - wg Dziennika Łódzkiego chytrym zwodem nie dał szans bramkarzowi rywali.

Jan Tomaszewski dla ŁKS strzelił gola z rzutu karnego przeciw Odrze Opole - nagłówek z Dziennika Łódzkiego

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 160