Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 29 stycznia 2010
Aleś se chłopie klub znalazł...

Szukając tego i owego w kadrach różnych zespołów nieraz napotykałem się na nazwisko, którego widok rodził dwa pytania, a w zasadzie jedno połączone: "Ty? Tutaj?". No i tak zbierało mi się tych przypadków, zbierało, aż się uzbierało całkiem solidny zastęp. Pora więc się nimi podzielić.

Kiedyś modne było USA, potem Japonia a teraz... Teraz w sumie trudno wskazać ulubiony kierunek piłkarskich emerytów. Na pewno ważną descynacją są kluby arabskie z petrodolarami (choć warto zauważyć, że coraz częściej to szejkowie przenoszą się do Europy a nie europejscy gracze trafiają do emiratów) a w siłę rosną takie kraje jak Uzbekistan (gra już tam Rivaldo a trenował już Zico natomiast obecnie uzbeckie ławki ugniata Scolari), Kazachstan czy Turkemistan. Co jednak ciekawe, coraz bardziej obniża się wiek zawodników, którzy decydują się na przeprowadzkę. Weźmy pod uwagę Katar. Niedawno postanowił tam dorabiać do emerytury Juninho Pernambucano (1975), legenda Lyonu. Ma on już 35 lat, więc to nie dziwi, że chce nałapać trochę grosza w katarskim Al-Gharafa przed zawieszeniem butów na kołku. Co nie zmienia faktu, że uderzenie ma wciąż boskie.

Juninho dołączył do grającego już drugi sezon w Katarze Pascala Feindouno (1981). Kapitan reprezentacji Gwinei i wieloletni zawodnik Girondins Bordeaux (jego barwach mistrz Francji) oraz Saint-Etienne zalicza już swój drugi klub w egoztycznej krainie - najpierw był to Al-Sadd a obecnie występuje ku chwale Al-Ryaan (tak, tak, to ten klub od Jacka Bąka). Al-Sadd stratę Gwinejczyka jednak natychmiast sobie powetowało. Afonso Alves (1981) w barwach Heerenveen strzelał bramki nawet kichając (przez półtora sezonu strzelił 45 goli w... 39 meczach!; zresztą nieźle już mu szło w lidze szwedzkiej - 94 mecze i 52 mecze). Wydawało się, że to napastnik, którego potrzebuje każda drużyna. Niestety wkrótce okazało się, że nie potrzebuje go nawet średnie Middlesbrough. Po przeciętnym roku w Angli i(przeciętnym jak na siebie - 42 mecze i 10 goli; Tadas Labukas oddałby wszystko za taką skuteczność) Brazylijczyk nieoczekiwanie trafił właśnie do Al-Sadd.

Podobnym zaskoczeniem jest transfer do Kataru innego reprezentanta Brazylii - Daniela Carvalho (1983). Zdobywca Pucharu UEFA w barwach CSKA Moskwa (najlepszy gracz finału) postanowił się na początku stycznia 2010 przenieść do Al-Arabi.

A skoro już o Arabii mowa, to w Arabii Saudyjskiej też kopie kilku znanych piłkarzy. Christian Wilhelmsson (1979) jest podporą reprezentacji Szwecji, twarzą Adidasa i byłym zawodnikiem Anderlechtu, Nantes, Romy, Boltonu i Deportivo La Coruna. Byłym, bo od niedawna występuje w Al-Hilal (skądinąd jego trenerem jest tam słynny Belg Eric Gerets). Natomiast w Al-Shabab występuje jedna z gwiazd toczącego się jeszcze Pucharu Afryki - Angolańczyk Flavio (1979).

Z Arabii niedaleko już do Chin. W tamtejszej lidze również ukryło się kilku ciekawych zawodników. O Olisadebe nie ma co pisać, bo wiadomo, że tam gra. Zaciekawiły mnie natomiast trzy inne nazwiska. W klubie Tianjin Teda dojrzałem wieloletniego reprezentanta Włoch, uczestnika MŚ 2002 i jeden z symboli AS Roma - Damiano Tommasiego (1974).

 

Inny uczestnik koreańsko-japońskiego mundialu i zarazem bożyszcze koreańskich kobiet, Ahn Jung-Hwan (1976) gra w barwach Dalian Shide. Dla niego to akurat nie jakieś wielkie halo - ani daleko od domu, ani też pierwszy zagraniczny wojaż (Ahn ma już na koncie Włochy, Francję, Niemcy i Japonię).

W Szanghaj Shenhua znalazł się natomiast młodszy brat Aleksandra Hleba, Wiaczesław (1983). Po nieudanej przygodzie z europejską piłką (rezerwy VfB Stuttgart, HSV i białoruskie MTZ-RIPA Mińsk) najwidoczniej postanowił spróbować czegoś innego. Bardziej egzotycznego.

Kraj Kwitnącej Wiśni nie jest już dla obcych przybyszów tak atrakcyjny jak kiedyś, co nie znaczy, że nikt się nie chce na niego skusić. Przyciągnęła ona np. reprezentanta Brazylii o pseudonimie Franca (1976) - zdobywcę gola w meczu z Anglią (1-1 w 2000) na Wembley (w Polsce miałby już ulicę swojego imienia) oraz byłego zawodnika Aptekarzy z Leverkusen.  Już szósty rok występuje w koszulce Kashiwa Reylos. Podobnym magnesem była ona dla innego eks-Aptekarza Robsona Ponte (1976). Ten Brazylijczyk z włoskimi korzeniami przez moment miał nawet rzekomo stać się reprezentantem Niemiec - ma tamtejsze obywatelstwo, bo w ojczyźnie Goethego spędził sześć lat, biegając po boiskach Bundesligi w koszulkach Bayeru i Wolsfsburga. Od 2005 roku walczy o kolejne bramki w barwach Urawa Reds Diamonds. A o tym, że walczy skutecznie niech świadczy tytuł Piłkarza Roku w Japonii, który otrzymał w 2007 roku.

 

Rok krócej w Kraju Kwitnącej Wiśni bawi Frode Johnsen (1974). Ten ujmujący skutecznością norweski napastnik (79 goli dla Rosenborga Trondheim) najpierw występował w Nagoya Grampus Eight (gdzie wciąż trenerem jest Dragan Stojkovic) a teraz gra w Shimizu S-Pulse.

Nie chciałbym jednak, żeby ktoś zarzucił mi, że dyskryminuje inne kontynenty. Do RPA - konkretnie do AmaZulu FC - wrócił urodzony w Durbanie a legitymujący się niemieckim obywatelstwem Sean Dundee (1972), w przeszłości napastnik Karlsruher, Liverpoolu i VfB Stuttgart. W afrykańskim słońcu schronienie znalazł także urodzony w Polsce a znany ostatnio głównie z powodu udziału w aferze korupcyjnej Thomas Cichon (1976) - po wybuchu skandalu szybko ulotnił się do Moroka Swallows. A wisienką na południowafrykańskim torcie byłaby osoba trenera Mamelodi Sundowns Hristo Stoiczkowa. Byłaby, gdyby po kilku miesiącach nie został zwolniony.

Do Australii natomiast wybrali się byli zawodnicy Leeds United - Robbie Fowler (1975) do North Queensland Fury i Michael Bridges (1978) do Newcastle United Jets, a były reprezentant Holandii Victor Sikora (1978) zdecydował się na drużynę Perth Glory.

Żeby jednak nie było - egzotycznie może być także w Europie. Przykłady pewnie można mnożyć, ale ja podrzucę tylko trzy, które od dłuższego czasu nie przestają mnie cieszyć.

Jordi Cruyff (1974), syn wielkiego Johana. W swojej karierze poocierał się trochę o wielką piłkę, ale miał może jedną siódmą talentu ojca. Owszem, Jordi wystąpił na EURO 1996 strzelając nawet gola Szwajcarii a jego klubowe CV przyozdabia kilka ciekawych zespołów - m.in. Barcelona, Manchester Utd. i Alaves (tutaj pamiętny finał Pucharu UEFA z Liverpoolem).

W ostatnich latach Cruyff jr dryfował na peryferiach dużego futbolu (Metalurg Donieck), by przybić.... No właśnie, by przybić do wyspy o nazwie Malta i do klubu o nazwie Valetta FC. Jest tam grającym trenerem.

Po drugie, Mustapha Hadji (1971), jeden z idoli mojej młodości, najlepszy piłkarz Afryki 1998, w zasadzie należy mu się osobny tekst. Bajeczny technik, długowłosy i charyzmatyczny - to wystarczyło by podziwiać każde jego dotknięcie piłki.

Podczas MŚ 1998 wkręcał w ziemię Norwegów, Szkotów a nawet Brazylijczyków. Na niwie klubowej reprezentował przede wszystkim Nancy, Deportivo La Coruna, Aston Villa i Coventry. Potem się błąkał tam i tu, bo osiąść wreszcie... w Luksemburgu. Trzeci rok już jego miejscem zatrudnienia jest Fola Esch.

A kwintesencją różnych nieoczekiwanych wojaży - to po trzecie - jest dla mnie kariera zawodnika, którego stosunek wzorstu do wagi wypadał zawsze zdecydowanie na korzyść wagi:) Brazylijczyk Ailton (1973), bo o nim mowa, był swego czasu jednym z lepszych napastników w Bundeslidze. Choć ruszał się z prędkością dźwigu, to nie przeszkadzało mu to jednak w seryjnym strzelaniu bramek. Szczyt osiągnął w roku 2004, gdy w barwach Werderu został królem strzelców i najlepszym zawodnikiem Bundesligi. Po tym sukcesie przeszedł do Schalke a potem do tureckiego Besiktasu. I od tego momentu zaczyna się impreza. Ailton w każdym kolejnym klubie wytrzymał najwyżej pół roku. A były to: niemiecki HSV, serbska Crvena Zvezda, szwajcarski Grasshoppers, niemiecki Duisburg, ukraiński Metalurg Donieck, austriacki SCR Altach, chiński Chongqing Lifan i niemiecki Uerdingen (uff).

Podejrzewam, że wkrótce znów się nazbiera trochę ciekawych lokalizacji znanych piłkarzy i będzie trzeba zrobić update. Jeśli Wam też przychodzą inne przypadki - piszcie.

P.

środa, 27 stycznia 2010
W oczekiwaniu na półfinały PNA 2010: moje Puchary Afryki

GHANA/NIGERIA 2000

Mój pierwszy oglądany Puchar Narodów Afryki. Mimo że już dobrze wiedziałem co się dzieje w światowej piłce, to niektóre ekipy pachniały dla mnie taką egzotyką, że hej (DR Konga, Kongo, Gabon, hmmm). Ciekawostek zresztą było więcej. W grupie A (Kamerun, Ghana, WKS, Togo) wszystkie drużyny zdobyły po 4 pkt, w związku z czym decydował bilans bramek (poleciało WKS i Togo) a z pozostałych grup wyłonili się RPA, Algieria, Egipt (komplet zwycięstw), Senegal, Nigeria i Tunezja.

W dalszej części turnieju Kamerun spokojnie pokonuje Algierię (2:1) i Tunezję (3:0) a Nigeria - po dramatycznym meczu Senegal (2:1 po dogrywce) i RPA (2:0). Ci ostatni jednak mogli się cieszyć z brązowych medali - po karnych pokonali Tunezję (2:2 i 4:3, chybia bohater tunezyjski Zitouni). Z RPA rekrutował się też król strzelców - Shuan Bartlett.

Finałowa potyczka między Nigerią a Kamerunem zakończyła się remisem 2:2 a o końcowym zwycięstwie Lwów Nieposkromionych zadecydowały kontrowersyjne karne (3:4), podczas których nie uznano prawidłowego uderzenia Ikpeby.

Turniej był popisem afrykańskich mocarzy - błyszczeli przede wszystkim turniejowi finaliści. Eto'o i Mboma, Wome, Song, Olembe i Foe z Kamerunu oraz Okocha, Aghahowa, Kanu, Babangida i Ikpeba z Nigerii a także długowieczny Hossan Hassan (Egipt).

Co ciekawe, bramkę dla Togo strzelił jej kapitan i zarazem przyszły zawodnik Białej Gwiazdy Lantame Ouadja.

MALI 2002

Turniej w Mali to dla mnie trzy główne wątki. Po pierwsze, Kamerun i Senegal. Lwy Nieposkromione w koszulkach bez rękawków.

A i tak grali świetnie. Z siłą spychacza niszyli wszystko co mu stanęło na drodze. Senegal natomiast popisywał się wyrachowaniem - strzelał dokładnie tyle, ile trzeba było, aby zainkasować punkty. W fazie pucharowej Kamerun konsekwentnie miażdżył (1:0 Egipt i 3:0 Mali) a Senegal pokonał DR Kongo (2:0) i Nigerię po dogrywce (2:1). W super nudnym finale Lwy pokonały Senegalczyków po karnych 3:2 (w meczu bylo 0:0).

Po drugie - Mali. O nim już tutaj było sporo, więc nie będę się powtarzał. Dla porządku wspomnę tylko, że prowadzeni przez Kasperczaka Malijczycy sensacyjnie wywalczyli 4. miejsce.

Po trzecie - niespodzianki i dramaty. Typowani na faworytów Tunezja, Maroko i WKS nawet nie wychodzą z grupy. Do tego świetna postawa DR Konga i jeszcze dramat Liberii - walczącej do ostatniej chwili o awans do ćwierćfinałów, a gdy akcja ta zakończyła się fiaskiem - prezydent rozwiązał reprezentację. Jednocześnie jednak turniej nie objawił światu żadnych nowych gwiazd, raczej potwierdził ustanowiony porządek - Afryka składa się z Kamerunu i drużyn, które chcą go dogonić. Na horyzoncie zamajaczyła też sylwetka reprezentacji Senegalu, która kilka miesięcy później świetnie pokaże się na MŚ 2002.

TUNEZJA 2004

Chyba najpilniej śledzony przeze mnie Puchar Afryki. Styczeń. Zima. Pierwsza sesja. Wiadomo, że zamiast się uczyć lepiej oglądać mecze. Tak też sumiennie czyniłem.

Impreza była dla mnie wyjątkowo ciekawa, ponieważ startowało w niej kilka drużyn, które dość trudno oglądać na naszej szerokości geograficznej - Rwanda (żaden z jej ówczesnych zawodników nie urodził się w ojczyźnie!), Kenia czy Benin. Poza tym większość meczów stanowiła kwintesencję tego co tygrysy lubią najbardziej - ofensywa/ atak/ gole + zapomnij o obronie/ bramkarz się nie liczy/ defensywa sucks! W konsekwencji tunezyjskie boiska gościły fenomenalne mecze i wiele indywidualności.

Kapitalnie grało Maroko - kreatywnie, wysublimowanie i wyjątkowo technicznie. Swoją silną pozycję w Afryce potwierdziło Mali przebijając się aż do półfinałów a w Gwinei błyszczał Pascal Feindouno. Swoje oczywiście wziął także Kamerun a o wyjście z jego grupy piękny bój stoczyły także Egipt i Algieria (górą byli ci drudzy).

Kameruńczycy jednak już w ćwierćfinale pożegnali się z turniejem po świetnym meczu z Nigerią (porażka 1:2 po dogrywce) a w innym kapitalnym spotkaniu tego samego etapu Maroko pokonało Algierię 3:1 (Maroko wyrównuje w doliczonym czasie gry, a potem dokłada dwa trafienia w dogrywce).

W półfinale Marokańczycy jeszcze bardziej radykalnie-diametralnie skarcili Mali (aż 4-0!).

Aż w końcu natknęli się w finale na Tunezję. No właśnie, Tunezja. Ekipa gospodarzy radziła sobie świetnie, choć grała dość nierówno. W grupie odprawiała kolejnych petentów i w zasadzie nie zaliczyła porządnego sprawdzianu swoich możliwości - 2:1 na inaugurację z Rwandą, 3:0 z DR Kongo i 1:1 z Gwineą. W fazie pucharowej już tak lekko jednak nie było. Najpierw piłkarze z gwiazdą i półksiężycem we fladze namęczyli się z Senegalem (1:0) a potem w półfinale z Nigerią (1:1 i awans po karnych). W finale Tunezyjczycy jednak stanęli na wysokości zadania i pokonali po niezłym meczu Marokańczyków 2:1.

Gwiazdami mistrzostw byli naturalizowany Tunezyjczyk Fraucileudo dos Santos i Selim Ben Achour oraz marokańskie młode strzelby - Chamakh, Youssouf Hadji i Mokhtari. Swoje pokazał oczywiście także Jay-Jay Okocha, ale niewiedzieć czemu ja zapamiętałem szarpiącego w skazanej na porażkę Kenii Dennisa Oliecha (wtedy Al Arabi, obecnie Auxerre).

EGIPT 2006

Rozgrywane pod piramidami mistrzostwa z 2006 roku zapoczątkowały okres kontynentalnej dominacji Faraonów. Już w grupie odprawili oni z kwitkiem swojego późniejszego finałowego rywala - WKS (3-1). Egipcjanie grali konsekwentnie, strzelali dużo bramek (4-1 z DR Konga w ćwierćfinale) i niewiele ich tracili (zaledwie trzy w całym turnieju). Po fazie grupowej wydawało się, że ekipami, która mogą im zagrozić są Kamerun - komplet zwycięstw w grupie, bilans 7-1 i Eto'o strzelający bramki z każdej pozycji (pięć goli w trzech meczach grupowych), świetnie prezentująca się Nigeria oraz - uwaga! - Gwinea (komplet zwycięstw grupowych i ciekawy tercet Feindouno - Diawara - S. Bangoura).

Ćwierćfinały odsiały jednak tych pierwszych (0-0 po 90 minutach konforntacji z WKS, 1-1 po 120 i porażka 11-12 w karnych!) i ostatnich (porażka 2-3 po świetnym meczu z Senegalem). Przez półfinały natomiast zwycięską ręka przeszli gospodarze (2-1 z Senegalem) i WKS (1-0 z Nigerią).

Finałowa rozgrywka między Egiptem a WKS była nudna jak "Nad Niemnem". Po bezbramkowych 120 minutach rozstrzygnięcie przyniosły dopiero rzuty karne, które lepiej wykonywali Faraonowie (4-2; pudło Drogby!).

Tytuł najlepszego piłkarza trafił do rąk Ahmeda Hassana (tak, tak, to ten od tego gola, co go nie było), a najlepszego bramkarza - do Essama Hadarego.

Nigeria zdobyła brązowy medal po jednobramkowym zwycięstwie z Senegalem) a najbardziej obiecującym zawodnikiem mistrzostw wybrano wchodzącego dopiero w dorosłą piłkę Johna Obi Mikela (jeszcze reprezentującego barwy Lyn Oslo). A tutaj najpiękniejsze gole turnieju.

Z ciekawostek przyrodniczych warto odnotować także udział w turnieju Libii w składzie z synem dyktatora Muammara Kaddafiego - Al Saadim oraz Zimbabwe ze znanym z Górnika  Zabrze (ewentualnie pasjonatom Rakowa, w którym nie zagrał ani chwili) Shingi Kawonderą.

GHANA 2008

Faworyci byli z góry znani - Ghana, WKS, Egipt, Kamerun i oni też od początku realizowali swoją politykę zwycięstw (dwie pierwsze ekipy zaliczyły komplet zwycięstw, Egipt zarobił siedem oczek a Kamerun sześć). Jednak, że czynili to zgodnie z zasadą lepiej stracić jedną i strzelić pięć niż nic nie stracić a ukąsić ledwie raz. Dzięki temu można było oglądać na tym etapie tak epickie spotkania jak WKS - Benin 4:1; WKS - Mali 3:0; Egipt - Kamerun 4:2; Kamerun - Zambia 5:1. W ogóle w turnieju padła nieziemska liczba bramek - 99 goli w 32 meczach (3.09 gola na mecz).

Niejasności w kwestii awansu do ćwierćfinałów pojawiły tylko w przypadku wyrównanej grupy D, z której koniec końców wyszła Tunezja z Angolą.

Etap pucharowy pokazał w jak wielkim gazie jest WKS (5:0 z Gwineą!) i jak wyrównana jest reszta stawki (Ghana wygrała z Nigerią 2:1, podobnie Egipt z Angolą a Kamerun dopiero po dogrywce pokonał Tunezję 3:2). Tym większe był więc zaskoczenie, gdy w półfinale Słonie zostały upokorzone przez Egipcjan (4:1). Wybrzeże szarpało i kąsało a Egipt niczym wytrwany bokser punktował je raz za razem. W drugim półfinale Kamerun zwyciężył gospodarzy (1:0), którzy potem zdobyli brąz (4:2 w meczu o trzecie miejsce z WKS).

Rozgrywka finałowa znów była raczej z tych nudnych - Kamerun bał się podzielić los Słoni dlatego uważał, Egipt chciał powielić numer z półfinału więc się czaił i raz po raz organizował wypady pod bramkę Kameniego. Koniec końców zwyciężyła koncepcja Faraonów, gdy jedna z takich akcji zakończyła się golem Aboutreiki.

Egipcanie trochę jednak nieoczekiwanie bronią tytułu najlepszej drużyny w Afryce. Imponująco przede wszystkim prezentuje się ich moc ofensywna - aż trzech zawodników zaliczyło po cztery trafienia (Aboutreika, Zaki i Hosni). Co jest jednak ciekawe, sukces nie wpływa na ich chęć pokazania się na Starym Kontynencie - albo nigdy tam się nie wybrali albo zabawili bardzo krótki i praktycznie w komplecie wciąż grają oni na Czarnym Lądzie. Może to recepta na sukces?

P.

piątek, 22 stycznia 2010
Zambia przed i po katastrofie (1993). Cz. I: IO w Seulu 1988 i Puchar Narodów Afryki 1990-1994

Dawno, dawno temu, w czasach, których sam nie pamiętam, w każdym razie w czasach, gdy Nigerii i Kamerunowi nie śniły się olimpijskie złota, była sobie reprezentacja Zambii. Owa zambijska kadra, miała w swoich szeregach kilku naprawdę utalentowanych grajków, ba - można chyba mówić o zdolnym pokoleniu.

Pierwsi przekonali się o tym Włosi, z Tassottim, Carnevale, Virdisem czy Ferrarą w składzie. Bach, bach, bach i jeszcze raz bach i sensacja podczas olimpijskiego turnieju w Seulu w 1988 roku stała się faktem. Jedno nazwisko Bwalya (choć zawodnicy dwaj - Kalusha autorem trzech goli, Jonson jednego): Zambia CZTERY, Włochy ZERO!

To był drugi mecz fazy grupowej. Wcześniej Zambijczycy zremisowali 2:2 z Irakiem, wynik z meczu z Italią powtórzyli z Gwatemalą, by w ćwierćfinale dostać czwórkę od bezwględnych Niemców (hat trick Klinsmanna). Największymi gwiazdami ekipy byli Kalusha Bwalya (6 goli) i Derby Mankinka (2 gole). Świat dowiedział się, że jest sobie taka reprezentacja Zambii i to nie jest ich ostatnie słowo.

Ba, na Pucharze Afryki 1990 w Algierii, Zambijczycy znów dali do pieca.

Grupę B, w której w sumie w sześciu meczach padło zaledwie sześć goli, Zambijczycę wygrali pewnie - niespodzianką była skucha Kamerunu. W półfinale lepsza okazała się jednak Nigeria, która potem w finale przegrała z Algierią. Zambii, na pocieszenie, zostało III miejsce po wygraniu z Senegalem. A sukces był tym większy, że nie zagrał Kalusha Bwalya.

Zambia - Kamerun 1:0 Chikabala
Senegal - Kenia 0:0
Zambia - Kenia 1:0 Mkawaza
Senegal - Kamerun 2:0 Diallo, Ndao
Zambia - Senegal 0:0
Kamerun - Kenia 2:0 Mabaong

1.ZAMBIA 5 p. 2:0
2.SENEGAL 4 p. 2:0
3.Kamerun 2 p. 2:0
4.Kenia 1 p. 0:3

Półfinały
Zambia - Nigeria 0:2 [Okechukwu 18, Yekini 77]
Algieria - Senegal 2:1 [Menad 4, Amani 62; Serrar (og) 20]

Mecz o III miejsce
Zambia - Senegal 1:0 [Chikabala 73]

Finał
Algieria - Nigeria 1:0 [Oudjani 38]

Na mistrzostwa świata Italia '90 Chipolopo (Miedziane Kule) jednak nie pojechali. A po świetnym starcie w grupie eliminacyjnej, wystarczyło niewiele - zwycięstwo w przedostatnim meczu w Zairze (porażka 0:1) lub remis w Tunezji (znów 0:1). Z grupy do ostatecznego boju o awans wyszła Tunezja (by polec z Kamerunem, który potem pokonał argentyńskich mistrzów świata).

Puchar Afryki 1992 wyróżnił się nie tylko zabawnym logo i wstawką telewizyjną.

Przede wszystkim był to bowiem Turniej Strzelania Goli W Ostatnich Sekundach. Pani Izo, slajd proszę. I wszyscy razem liczymy ile goli na finiszu padło w 20 meczach... Tak tak, wychodzi, że w co drugim!

Grupa A
1) Nigeria 2-1 (1-1) Senegal [Siasia 13', Keshi 89' ; Bocande 36']                                
2) Nigeria 2-1 (2-0) Kenia   [Yekini 7' i 15' ; Weche 89' k.]
3) Senegal 3-0 (0-0) Kenia [Sane 46', Bocande 68', Diagne 89']
Grupa B
4 & 5) Maroko 1-1 (0-0) Zair [Rokbi 89' (1-1); Kona (0-1) 89']
Grupa C
6) Wybrzeże Kości Słoniowej 3-0 (2-0) Algieria [A. Traoré 14', Fofana 25', Tiéhi 89']
Group D
7) Ghana 1-0 (0-0) Egipt [Yeboah 89']
Ćwierćfinały
8) Kamerun 1-0 (0-0) Senegal [Ebongue 89']
Półfinały
9 & 10) Nigeria 2-1 (2-1) Kamerun [Ekpo 75', Yekini 88'; Maboang 85']

Zambia, tym razem już z Bwalyą, oprócz 1:1 z Zairem, przegrała w grupie z Ghaną po golu Abediego Pele, a w ćwierćfinale uległa Wybrzeżu po dogrywce i golu Sie w 94 min. WKS wygrał zresztą całą imprezę po bezbramkowym finale i wygranych 11:10 karnych z Ghaną. A bramkarz Alain Gouamene, w pięciu meczach, z czego trzy były przedłużone o dogrywkę (czyli przez 540 minut) nie przepuścił ani jednego gola (nie licząc konkursów rzutów karnych).

Nie udało się polecieć do Italii, ale miało udać się awansować na mundial w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku. W eliminacjach Zambijczycy najpierw byli lepsi od Madagaskaru i Namibii, by potem trafić do grupy z Senegalem i Marokiem. 25 kwietnia 1993 po hattricku Kelvina Mutale wygrali mecz eliminacji Pucharu Narodów Afryki z Mauritiusem w Porto Louis.

Z Mauritiusu Zambijczycy lecieli na pierwszy mecz drugiej fazy eliminacji MŚ 1994 do Senegalu. To była noc z 27 na 28 kwietnia 1993 roku.

Podróż samolotem lotnictwa wojskowego typu Buffalo CT 15 wymagała dwóch tankowań. Już na pierwszym przystanku w Kongo odnotowano problemy z silnikiem. Mimo to, lot kontynuowano i kilka minut po starcie z drugiego międzylądowania w Libreville, w Gabonie, jeden z silników zapalił się. Pilot, który był zmęczony po wcześniejszym locie tego samego dnia, zauważył awarię, ale wyłączył nie ten silnik, który się zapalił. Wskutek tego samolot podczas wznoszenia się z lotniska Libreville stracił moc i o godzinie 23.44 miejscowego czasu, maszyna runęła w fale Atlantyku u wybrzeży Gabonu. Zginęła niemal cała kadra i sztab reprezentacji Zambii, razem z załogą - 30 osób:

* Efford Chabala (bramkarz)
* John Soko (obrońca)
* Whiteson Changwe (obrońca)
* Robert Watiyakeni (obrońca)
* Eston Mulenga (pomocnik)
* Derby Mankinka (pomocnik)
* Moses Chikwalakwala (pomocnik)
* Wisdom Mumba Chansa (pomocnik)
* Kelvin "Malaza" Mutale (napastnik)
* Timothy Mwitwa (napastnik)
* Numba Mwila (pomocnik)
* Richard Mwanza (bramkarz)
* Samuel Chomba (obrońca)
* Moses Masuwa (napastnik)
* Kenan Simambe (obrońca)
* Godfrey Kangwa (pomocnik)
* Winter Mumba (obrońca)
* Patrick "Bomber" Banda (napastnik)
* oraz Godfrey "Ucar" Chitalu i Alex Chola (trenerzy).

Niemal cała kadra, bo niektórzy zawodnicy - jak Kalusha Bwalya - lecieli na mecz z Europy.

(najdoskonalej opisuje całą sprawę w swoim reportażu Sports Illustrated)

Opowiada Kalusha Bwalya:

"Właśnie wychodziłem z domu by pobiegać, byłem już przebrany w dres. Było około północy. Zadzwonił telefon. Ponieważ grałem w Holandii, miałem dolecieć do Senegalu i dołączyć do drużyny następnego dnia. Dzwoniącym był księgowy z naszego związku piłkarskiego w Lusace. Zdziwiłem się, bo zawsze dzwoniła sekretarka z federacji, ale pomyślałem, że chodzi o jakąś sprawę związaną z moją podróżą.

Księgowy miał dziwny głos. Spytał mnie: ''wszystko w porządku?''. Odpowiedziałem, że w porządku. ''Na pewno?''. Przytaknąłem. Ciągnął rozmowę w ten sposób. Nie umiał powiedzieć mi, co się stało. W końcu stwierdził, że moja podróż musi zostać przełożona. ''Dlaczego, co się stało?'' - spytałem. I wtedy powiedział mi, że chłopcy z drużyny nie dotarli do Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie mieli mieć nocleg. ''Nie dotarli? Jak to możliwe?''. Odpowiedział, że coś było nie tak z samolotem. I że już potwierdzona informacja mówi, że była katastrofa i wszyscy zginęli.

Nie mogłem w to uwierzyć. Powiedziałem, że to nie może być prawda. Włączyłem BBC i CNN. Katastrofa samolotu. Nikt nie przeżył.''

Po przybyciu na pogrzeb kolegów, Bwalya powiedział: ''Musimy walczyć dalej. Nie wiem, jak długo zajmie nam budowanie drużyny, ale nie możemy się poddać''.

Zambijczycy dostali dwa i pół miesiąca na zebranie niemal w całości nowej kadry. Selekcjonerem został młody Zambijczyk Mwila, wówczas trener Botswany. W tak wyjątkowej sytuacji pozwolono mu jednak na objęcie reprezentacji ojczyzny. Pomoc nadchodziła z wielu stron. Sąsiednie Malawi zorganizowało trzy sparingi z odnowioną drużyną, a Duńczycy zaprosili Zambijczyków na miesięczny obóz. Tak, by mogli się w końcu oderwać od dramatu katastrofy. W końcu angielska federacja zaproponowała Zambijczykom włączenie do sztabu szkoleniowego Iana Porterfielda i opłacanie mu pensji (11 września 2007 zmarł jako selekcjoner Armenii). Afrykanie zgodzili się, Porterfield został selekcjonerem, a Mwila jego asystentem.

O nowej kadrze Bwalya powiedział potem tak: "Nie znałem 3/4 z nowych piłkarzy. Gdy oni dorastali piłkarsko, ja grałem już w Europie''.

O pierwszym meczu, 4 lipca z Marokiem i legendach związanych z tym spotkaniem, opowiadał Sports Illustrated kibic Gwebente:

"W Afryce większość z nas jest chrześcijanami, ale wierzymy też w duchy. Maroko strzeliło nam gola w pierwszej połowie. Ludzie zgromadzeni u podnóża stadionu, blisko grobów zmarłych piłkarzy, odwrócili się ku nim. Kibice zaczęli krzyczeć, wzywać imiona zmarłych, prosić ich o pomoc. ''Gdzie jesteście, gdy was potrzebujemy? Co zamierzacie teraz zrobić? Potrzebujemy teraz waszej pomocy!''. Krzyczałem tak razem z innymi. I wtedy Kalusha strzałem z rzutu wolnego doprowadził do remisu, a potem strzeliliśmy jeszcze raz... Nie wiem czy to sprawka duchów. Tylko opowiadam jak było.''

Wygrana 2:1 z Marokiem była sensacją, ale też zapowiedzią kolejnych udanych spotkań. Potem nadeszło zwycięstwo 4:0 i remis 0:0 z Senegalem. Po obozach we Francji i Holandii i zapewnieniu sobie przepustki na PNA (3:0 z RPA i 1:1 z Zimbabwe), o awansie na mundial miał zadecydować ostatni mecz z Maroko, 10 października w Casablanse. Chipolopo wystarczał remis, ale nie udało się go osiągnąć. W 50. min gola dla gospodarzy strzelił Abdel Salem Laghrissi. Gola, który pozbawił Zambijczyków i wielu ich kibiców na całym świecie radości z niesamowitego zakończenia całej historii.

Bwalya: ''Zrobiliśmy co w naszej mocy. Wypadliśmy lepiej, niż mógłbym przypuszczać. Nie byliśmy tak zaawansowani technicznie, ale graliśmy z sercem''.

Mwila: ''Być może widziałem lepsze drużyny niż nasza, ale na pewno nigdy nie widziałem zespołu, który grałby z taką determinacją''.

W ataku grali Kalusha i Gibby Mbasela, który występował w Niemczech. Odkryciem był bramkarz James Phiri: ''Być może też byłbym w samolocie, ale moja matka zmarła na malarię. Gdy usłyszałem wiadomość o katastrofie, byłem na jej pogrzebie...''.

Ale nowa drużyna, choć nie awansowała na finały do USA i tak osiągnęła wielki sukces. Na przełomie marca i kwietnia 1994 roku, Zambia zagrała na Pucharze Narodów Afryki w Tunezji. I to jak!

U góry: Kalusha, ''Bubble'' Malitoli, Joel Bwalya, Happy Sichikolo, Elijah Litana, James Phiri.
U dołu: Gibby Mbasela, Aggrey Chiyangi, Harison Chongo, Emmanuel Munaile and John Lungu

W grupie pokonali iworyjskich :) obrońców tytułu, w ćwierćfinale byli o jednego gola lepsi od Senegalu, a w półfinale rozjechali 4:0 Mali! Pierwszego gola stracili dopiero w finale z Nigerią. Emmanuel Amunike odpowiedział na gola Litany aż dwa razy i to Nigeryjczycy mogli cieszyć się z tytułu. Ale dla wszystkich prawdziwymi bohaterami byli Zambijczycy.

Grupa C

27.03.94 Wybrzeże Kości Słoniowej - Sierra Leone 4:0 [Tiéhi 9, 67, 75, Guel 34 // Guel był w 2005 roku testowany przez Legię]
29.03.94 Zambia - Sierra Leone 0:0     
31.03.94 Zambia - Wybrzeże Kości Słoniowej 1:0 [K.Malitoli 80]

1. ZAMBIA 3 pkt 1-0
2. WKS 2 pkt 4-1
3. Sierra Leone 1 pkt 0-4

Ćwierćfinał

3.04.94 Zambia - Senegal 1:0 [Sakala 39]

Półfinał

6.04.94 Zambia - Mali 4:0 [Litana 8, Saileti 31, K.Bwalya 47, K.Malitoli 71]

Finał

10/04/1994, Tunis, Stade Olympique d'El Mensah, 25.000
NIGERIA 2-1 ZAMBIA [1-1]
0:1 Elijah LITANA 3', 1:1 Emmanuel AMUNIKE 5', 2:1 Emmanuel AMUNIKE 47'

Nigeria: Peter RUFAI, Augustine EGUAVOEN [c], Ben IROHA, Uche OKECHUKWU, Uchenna OKAFOR, Sunday OLISEH, Finidi GEORGE (41' Samson SIASIA), Austin 'Jay-Jay' OKOCHA (73' Nduka UGBADE), Daniel AMOKACHI, Emmanuel AMUNIKE, Rashidi YEKINI // Trener: Clemens WESTERHOFF

Zambia: James PHIRI, Harrison CHONGO, Elijah LITANA, Mordon MALITOLI, Aggrey CHIYANGI, Kapambwe MULENGA (60' Linos MAKWAZA), Evans SAKALA, Joel BWALYA (70' Johnson BWALYA), Kalusha BWALYA [c], Kenneth MALITOLI, Zeddy SAILETI // Trener: Ian PORTERFIELD

[szczegóły całego turnieju na RSSSF]

B.

Zambia przed i po katastrofie 1993 roku. Cz. II: Derby Mankinka.

wtorek, 19 stycznia 2010
Ostatni gol Kazimierza Deyny

W Danii w dniach 23-30 lipca 1989 roku rozegrano piłkarskie I Mistrzostwa Europy ''over 34'' (pierwsze i chyba też ostatnie). Wzięło w nich udział 8 drużyn podzielonych na dwie grupy. W pierwszej grupie wystąpiły Anglia, Holandia, Szwecja i Dania, a w drugiej ZSRR, RFN, Włochy i Polska.

W pierwszym meczu Polacy przegrali 2:4 z ZSRR. Bramki dla Polski zdobyli Andrzej Szarmach i Kazimierz Deyna.

Deyna trafił do siatki również w meczu z Włochami. I to był jego ostatni gol w życiu.

(filmik zamieszczony przez doskonałego VolleyPretoriana)

Nawet kiedy pojechał w lipcu do Danii na europejskie mistrzostwa oldboyów i spotkał się z kolegami sprzed lat, nie mówił nikomu o swoich problemach. Jak dawniej, jak zawsze. Wspólnie pity Carlsberg, teraz już w ilościach znacznie większych niż dawniej, też nie rozwiązał języka. A po ''polskiej'' nocy wychodził na boisko znów jako kapitan drużyny i znów, jak przed laty, grał na nich pierwsze skrzypce. Chłopcy mówili mu - ''Kaka'', masz godzinę lotu do Warszawy. Wsiadaj z nami. Nie byłeś w Polsce dziesięć lat.

Odpowiedział tylko - nie mogę. Może nie miał pieniędzy, może były jakieś inne powody.

Już się nie dowiemy.

(Stefan Szczepłek, Deyna)

czwartek, 14 stycznia 2010
Cztery mecze Rasiaka z Liverpoolem, czyli gdzie są ci prześmiewcy?

Reading właśnie wyeliminował z Pucharu Anglii Liverpool, a Grzegorz Rasiak choć nie strzelił gola i w obu meczach tych rozgrywek był zmieniany (64 min i 76 min), to może kolejny raz sobie powiedzieć, że nie tylko od kilku lat gra przeciwko bardzo dobrym, czy najlepszym piłkarzom świata (Torres, Gerrard...), ale też czasem ich pokonuje. Ilu Polaków to jeszcze dotyczy? Wcześniej był Dudek, potem kilka niedobitków w Lidze Mistrzów (Boruc, Lewandowski, Żewłakow), przez chwilę Smolarek... Jeleń? Błaszczykowski? Dla mnie Ligue 1 i Bundesliga to jednak półka niżej niż Premier League (nawet jeśl Liverpool właśnie dostał od Lyonu). Tak, teza jest taka, że zwłaszcza jak na nasze liche warunki, Rasiaka z tłumu wyróżnić trzeba. Bo w klubie grywa z najlepszymi. Czasami, ale grywa. Te kilka meczów w sezonie. Ale czy z tych meczów nie uczy się więcej niż np. Paweł Brożek, który strzela n-tego gola zespołowi ekstraklasowej szarzyzny?

Ale do konkretów, czyli do statystyk. Z kim to nasz dzielny Greg sobie poczynał, od czasu wyjazdu do Anglii? W sukurs :) przychodzi mi strona ESPN.

2004/2005 - Derby County

W Championship (wtedy 1st Division): 36 meczów i 16 goli.

Przeciwko najlepszym drużynom: Sunderland (I miejsce) - dwa mecze, Wigan (II miejsce) - dwa mecze i jeden gol, West Ham (VI miejsce i awans z play-off) - dwa mecze i dwa gole.

W Pucharze Anglii: 2 mecze (1:1 i 2:4) i jeden gol przeciwko Fulham, strzelony van der Sarowi.

2005/2006 - Derby County, Tottenham Hotspur, Southampton

W Championship dla Derby: 6 meczów i 2 gole (z czołówki tylko przeciwko... Reading).

W Premier League dla Tottenhamu. 8 meczów, 0 goli. W Pucharze Anglii jeden mecz bez gola.

31.01.2006 A- Fulham Premier League L 1 - 0 do 69 min
21.01.2006 H- Aston Villa Premier League D 0 - 0 od 75
8.01.2006 A- Leicester City FA Cup L 3 - 2 90 min
4.01.2006 A- Manchester City Premier League W 0 - 2 od 88
28.12.2005 A- West Bromwich Premier League L 2 - 0 do 69 min
26.12.2005 H- Birmingham Premier League W 2 - 0 cały mecz ława
18.12.2005 A- Middlesbrough Premier League D 3 - 3 od 81
20.11.2005 H- West Ham United Premier League D 1 - 1 cały mecz ława
1.10.2005 A- Charlton Athletic Premier League W 2 - 3 cały mecz ława
26.09.2005 H- Fulham Premier League W 1 - 0 od 88
17.09.2005 A- Aston Villa Premier League D 1 - 1 90 min
10.09.2005 H- Liverpool Premier League D 0 - 0 do 81 min

A gdyby uznali mu gola w debiucie z Liverpoolem, Rasiak biało-granatowe wdzianko nosiłby dłużej.


(gol w 0:26)

A tak, fru z powrotem ligę niżej. W Championship dla Southampton: 13 meczów i 4 gole.

2006/2007 - Southampton

W Pucharze Anglii: mecz z Manchesterem City (1:3).

W Championship (razem z play-off): 41 meczów i 19 goli - absolutne rządzenie. Dwa mecze z Sunderlandem, jeden z Birmingham i cztery z Derby. Z tymi ostatnimi, w rewanżu play-off, piękny gol dający Southampton dogrywkę (potem przegrane karne). Pamiętam, oglądałem (tu od 1:53).

2007/2008 - Southampton, Bolton

Dla Southampton w Pucharze Anglii: 2 mecze (Leicester, Bury) i gol z Bury. Niesamowity, jedyny w swoim rodzaju gol z Bury. To tak, żeby nie zrobić z Grega absolutnego Ibrahimovicia.


Dla Southampton w Championship: 23 mecze i 6 goli. Z czołówką: Stoke (jeden mecz i gol), Hull (jeden mecz). I transfer do Boltonu. Niestety słusznie wieszczyły boltońskie dzienniki - to nie był top-transfer. Ale co sobie znowu pochodził w koszulce zespołu Premiership, co sobie pobiegał za najlepszymi (dziesięć minutek z Arsenalem, godzina z Liverpoolem), to jego.

3.05.2008 H- Sunderland Premier League W 2 - 0 cały mecz ława
26.04.2008 A- Tottenham Hotspur Premier League D 1 - 1 do 45 min
19.04.2008 A- Middlesbrough Premier League W 0 - 1 do 55 min
12.04.2008 H- West Ham United Premier League W 1 - 0 cały mecz ława
29.03.2008 H- Arsenal Premier League L 2 - 3 od 80
22.03.2008 H- Manchester City Premier League D 0 - 0 cały mecz ława
19.03.2008 A- Manchester United Premier League L 2 - 0 cały mecz ława
16.03.2008 A- Wigan Athletic Premier League L 1 - 0 do 41
2.03.2008 H- Liverpool Premier League L 1 - 3 od 41
24.02.2008 A- Blackburn Rovers Premier League L 4 - 1 od 45
9.02.2008 H- Portsmouth Premier League L 0 - 1 od 60
2.02.2008 A- Reading Premier League W 0 - 2 cały mecz ława

W Premier League: 7 meczów i zero goli. Szkoda, na przykład poprzeczki z Middlesbrough.

Albo spalonego w meczu z Blackburn.

Niestety, palindrom od Bolton to Notlob, a nie Ipswich, a Rasiak to świetny gość na Championship, ale na Premier League już niekoniecznie.

2008/2009 Watford

Dziesiątka. Dumnie. A w Championship: 21 meczów i 8 goli. Dwa mecze z Wolves (jeden gol), jedno spotkanie z Birmingham, jeden mecz i dwa gole z Derby.

W FA Cup: gol ze Scunthorpe (zwycięski), gol z Crystal Palace

i w końcu mecz z Chelsea i 66 minut Rasiaka.

 

Sezon 2009/2010 wciąż trwa, tak jak przygoda Reading w Pucharze Anglii. Po wyeliminowaniu Liverpoolu, Rasiak może znów zagrać przeciwko Chealsea czy Arsenalowi lub swoim ex - Boltonowi lub Tottenhamowi. W tej sytuacji szkoda, że Manchester Utd. odpadł. Z ''wielkiej czwórki'' Polak nie zmierzył się tylko z MU.

B.

 
1 , 2