Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 26 lutego 2009
Marek Koźmiński w Udinese - urok debiutanckiego sezonu

Udinese w sezonie 1992/93 było beniaminkiem Serie A. W pierwszej kolejce, z Koźmińskim w składzie pokonało na Friuli sam Inter Mediolan 2:1 (gole z całej kolejki w dość schizowym ujęciu od 7:04). Co strasznie ciekawe, Polak zagrał w debiucie z magicznym numerem 10.
- Wszystko to wydarzyło się jak we śnie - mówi Koźmiński. - Srebrny medal olimpijski, małżeństwo z Joanną, wyjazd do Włoch, powołanie do pierwszej reprezentacji Polski. Będzie musiało minąć sporo czasu, zanim ochłonę i będę w stanie ocenić właściwie te niewiarygodne zmiany w moim życiu. (Gazeta Wyborcza 10/09/1992)

W Krakowie, gdzie mieszkałem, można odbierać stację telewizyjną RAI UNO, która transmituje mecze Serie "A". Od bardzo dawna interesuję się ligą włoską, a moim marzeniem było zagrać wśród najlepszych graczy świata. Nie mogłem jednak przypuszczać, że pragnienie to tak szybko się spełni. Dwa dni przed wyjazdem do Udine ożeniłem się. Do Włoch pojechałem z moją żoną...

Potem Udine zostaje lekko sprowadzony na ziemię (kilka porażek, m.in. baty 5:1 od Juve), ale już w 12. kolejce wywozi remis 1:1 z meczu z wielkim Milanem. Koźmiński odwiedza kolejną ze świątyń futbolu - po Camp Nou, przyszła pora na San Siro.

W 20. kolejce ''Koza'' zdobył swojego pierwszego gola w Serie A i pierwszego polskiego gola na włoskiej ziemi od czasu Zbigniewa Bońka. 7 marca 1993 w 39. minucie meczu Pescara - Udinese Koźmiński przeprowadził indywidualną akcję lewą stroną boiska i zakończył ją celnym strzałem w "długi róg". Po trafieniu srebrnego medalisty z Barcelony Udine prowadziło 2:0 z ostatnią w tabeli Pescarą, ale mecz ostatecznie zakończył się remisem 2:2 (Gazeta Wyborcza 08/03/1993).

W końcówce sezonu Polak łapie niesamowitą formę. W przedostatniej kolejce Koźmiński strzela pięknego gola w wygranym 2:0 meczu z Anconą. Arcyważnym meczu, bo Udine walczy o życie tzn. o utrzymanie w Serie A. ''La Gazzetta dello Sport'' zatytułowała relację: ''Koźmiński wspaniały''. Po takim golu - nie ma co się dziwić!

Ostatecznie zespół z Friuli gromadzi tyle samo punktów co Brescia i oba kluby muszą zagrać dodatkowy mecz o uniknięcie spadku do Serie B. Najpierw dwa piękne gole zdobywają koledzy Polaka, trzecie trafienie pada z rzutu karnego, po tym jak po pięknej akcji Koźmiński został sfaulowany w polu karnym.

Koźmiński dał popis w najważniejszym meczu roku dla Udinese. Tak o spotkaniu opowiadał drugi z Polaków, Piotr Czachowski (Gazeta Wyborcza 14/06/1993):

- Prezes Udinese Gianpaulo Pozzo płakał jak małe dziecko. Razem z nim trenerzy i piłkarze. Takiej radości Włochów nie widziałem nawet po wygranym meczu z Interem w Mediolanie i remisach z Milanem.

Oby po dzisiejszym meczu z Lechem Włosi znów uronili sporo łez - ale już ze smutku.

B.

środa, 25 lutego 2009
Nigeria-ZSRR z 0:4 na 4:4, czyli cud w Dammam 20 lat później

Pisząc trzy miesiące temu notkę o Olegu Salenko wiedziałem, że do tej sprawy, do tego meczu powrócę, że o nim napiszę, bo napisać po prostu MUSZĘ. Takie mecze zdarzają się raz na dziesięć, nie wiem, może dwadzieścia lat. W każdym razie właśnie dwadzieścia lat temu w arabskim mieście Dammam (port na wschodzie nad Zatoką Perską) odbył się mecz, którego ostateczny rezultat należy rozpatrywać w kategoriach cudu. I tak też ów mecz został ochrzony. Oto krótka historia ''Cudu z Dammam''.

Mistrzostwa świata do lat 20 w 1989 roku odbywały się w Arabii Saudyjskiej. Grupę B z kompletem zwycięstw zakończył Związek Radziecki (przed Kolumbią, Syrią i Kostaryką). Z kolei w grupie A drugie miejsce zajęła Nigeria - po zwycięstwie nad gospodarzami (2:1), porażce z Portugalią (0:2) i decydującym o awansie remisie z Czechosłowacją (1:1). W dodatku w dwóch ostatnich meczach grupowych Nigeryjczycy złapali aż trzy czerwone kartki. Zdecydowanym faworytem ćwierćfinału w Dammam byli więc piłkarze z wielkim czerwonym napisem CCCP na białych koszulkach.

W 30 minucie pierwszy gol dla Sbornej autorstwa Siergieja Kiriakowa (potem przez wiele lat gracz Karlsruher SC; był na Euro '92 i '96). Tuż przed przerwą stan meczu na 2:0 podwyższa Bakia Bakwa Tedejew. Obrońcy Nigerii przez kwadrans w szatni chyba nie przestali kręcić się wokół własnej osi, bo tuż po wyjściu na drugą połowę znów dali się ośmieszyć, z czego skrzętnie skorzystał Oleg Salenko. Czwartego gola dorzucił ten sam, który rozpoczął strzelaninę - Kiriakow.

Była 60 minuta gry, a wynik brzmiał NIGERIA: ZERO, ZSRR: CZTERY. I wtedy właśnie zaczęły się dziać cuda. Ciężko powiedzieć, czy miały na to wpływ zmiany, które zrobił trener Olatunde Nurudeen Disu (w końcu bramkarz wpuszczony po przerwie stracił tyle samo goli, co jego poprzednik w pierwszych 45 minutach). W każdym razie chwilę po drugiej rotacji w składzie (Odiari Chinedu został zawołany słowami ''chodź tu, bo jak czegoś nie zrobisz, to przegramy 0:6''), a także po zejściu najlepszego na placu Kiriakowa, Nigeryjczycy zdobyli pierwszego gola. O ile pierwsze trafienie z wolnego Christophera Ohenhena było niezłe, to drugi gol to już istny cud-miód-i-orzeszki. Nie dziwne, że krótko po mistrzostwach kupił go sam... Real Madryt! Tam jednak nie zagrał ani razu i zamiast legendą ''Królewskich'', Ohen (czyżby później skrócił nazwisko?) jest wspominany co najwyżej w Composteli, gdzie spędził 10 lat i zagrał prawie 200 meczów. Z 0:4 w 15 minut zrobiło się 2:4. Sęk w tym, że i do końca meczu został tylko kwadrans. W 83 minucie Samuel Elijah dość koślawo przyjął piłkę, czym jednak zmylił na 5 metrów radzieckiego obrońcę i w sytuacji sam na sam strzelił na 3:4. Nie mogę znaleźć żadnej informacji o Elijahu, więc niech ma chociaż fotkę:

Wynik 3:4 nie utrzymał sie jednak długo, może jakieś kilkadziesiąt sekund. 84 minuta i wyrównujący gol na 4:4! Nduka Ugbade, po naprawdę pięknej akcji. Nduka Ugbade grał potem krótko w kadrze, a z klubów również w rezerwach Realu (czyli CD Castellon), ale furory nie zrobił, bo karierę kończył w... Malezji! Ugbade wyglądał tak (trochę później tak):

Niemożliwe stało się możliwe. Nigeryjczycy odrobili CZTERY GOLE STRATY, choć pościg rozpoczęli dopiero na pół godziny przed końcem. Potem była dogrywka bez goli i rzuty karne, wygrane przez młode ''Super Orły'' 5-3. ZSRR za burtą!

Gdy spojrzymy na składy z tamtego meczu, w ZSRR znajdziemy o wiele więcej znajomych nazwisk (Salenko, Kiriakow, Tetradze, Nikiforow, Onopko) niż w Nigerii. Ba, o ile mnie pamięć nie myli, na wielkim turnieju był potem jedynie Mutiu Adepoju, który zagrał na mistrzostwach w USA oraz Francji, a gry w Korei/Japonii oglądał z ławki. Kariera Adepoju jest w imponujący sposób opisana tutaj, proponuję więc tylko rzucić okiem na gola z 1998 roku przeciwko Hiszpanii.

 

 

Na turnieju w Arabii, Nigeryjczycy pokonali w półfinale USA po dogrywce, by w finale znów ulec Portugalii. Olbrzymi potencjał zawodników nie przełożył sie potem na wielkość dorosłej reprezentacji Nigerii ani ich samych indywidualnie.

W zeszłym roku, trener Disu w wywiadzie wspominał, że ten rezultat to ''robota Pana Boga''. Być może, choć myślę, że najważniejsza była wiara Nigeryjczyków w to, że nie wszystko stracone. Oby Lech w Udine pokazał również taką wiarę, a gdy będzie taka potrzeba - by był jak Nigeria. W nagrodę za wynik 4:4 nie musiałby nawet strzelać rzutów karnych.

B.
wtorek, 24 lutego 2009
Futbol wychodzi z cienia Wielkiego Wodza. Piłka w Korei Północnej

Niecałe dwa tygodnie temu, w czasie kiedy zasypialiśmy przed telewizorami przytłoczeni topornością gry Polaków w potyczce z Walijczykami, na kontynencie azjatyckim działy się ciekawe rzeczy. Mianowicie w grupie 2 eliminacji do MŚ 2010 Korea Północna spotkała się z Arabią Saudyjską. I wygrała 1-0, chwilami pokazując futbol wręcz wyrafinowany (asysta przy bramce!).

Postawa Korei Północnej w obecnych eliminacjach to duże zaskoczenie. Zespół po czterech kolejkach jest wiceliderem grupy z 7 punktami na koncie - porażka z Iranem, zwycięstwa z ZEA i Arabią właśnie oraz remis z Koreą Płd. Przy okazji tego ostatniego spotkania doszło do niezwykłej sytuacji. Koreańczycy z północy nie chcieli się bowiem zgodzić, aby podczas meczu na ich terenie odegrany był hymn oraz pojawiła się flaga Korei Południowej, a więc kraju, z którym wciąż pozostają w stanie wojny. Proponowali w zamian odegranie melodii folkowej oraz flagę igrzysk olimpijskich:) Koniec końców stanęło na tym, że mecz odbył się na neutralnym terytorium w Szanghaju.

Piłka nożna w kraju rządzonym twardą ręką przez Kim Dzong Ila przeżywa obecnie swój renesans. Powstała w 1964 roku reprezentacja, po wielu chudych latach, w których to w zależności od humoru aktualnego Wodza raz brała udział w eliminacjach mistrzostw świata (i należy dodać - zwykle nie kwalifikowała się), kiedy indziej znowu nie startowała (Korea Płn. opuściła eliminacje do MŚ 1930–1962, 1970, 1978, 1998, 2002). Jednak w całej tej historii nie można omieszkać faktu, że Korea Płn. zagrała raz w mistrzostwach świata. Cóż to był za turniej! Rok 1966, mundial w Anglii. Koreańczycy pojechali na niego dzięki temu, że z udziału w zawodach zrezygnowały reprezentacje afrykańskie. Debiut wypadł kiepsko - porażka z "zaprzyjaźnionym" ZSRR 0:3 miała pokazać Azjatom ich miejsce w szeregu. Kolejny jednak mecz zremisowali z Chile 1-1. W ostatnim spotkaniu mieli się spotkać z Włochami - przyszłymi mistrzami Europy z 1968. Pewna swego squadra azzura na potyczkę z KRL-D wypuściła drugi garnitur. Jakież zdziwienie musiało dotknąć cały Półwysep Apeniński, gdy Koreańczycy wygrali 1-0 i kosztem Włochów wyszli z grupy!

W ćwierćfinale przeciwnikami KRL-D była reprezentacja Portugalii. Po kapitalnym meczu Azjaci ulegli 3-5.

Podobno po powrocie do kraju reprezentacja wraz ze sztabem... trafiła do więzienia. Była to kara ze strony Kim Ir Sena za świętowanie sukcesu niegodne obywatela KRL-D. Z czasem jednak cała ekipa wyszła na wolność i stała się narodowym bohaterem.

Obecnie najważniejszą gwiazdą reprezentacji jest Hong Yong-Jo.

Ten filigranowy napastnik jako jeden z nielicznych z kadry występuje w Europie. Po grze w lidze macedońskiej i serbskiej (niezbadane są losy ludzkie...), obecnie biega po murawie w barwach rosyjskiego FK Rostow.

Wspomaga go jak może Jong Tae-Se, atakujący o niezwykłej wręcz skuteczności (13 meczów w kadrze, 11 goli). Wiąże się z nim ciekawa historia. Jest synem Koreańczyków z Południa "drugiego pokolenia" (czyli jego dziadkowie byli Koreańczykami z Północy a rodzice już z Południa), urodził się w Japonii, ale wychowywany był w duchu ideałów północnokoreańskich. Gdy więc zgodnie z wpajanym mu światopoglądem chciał zrzec się obywatelstwa południowokoreańskiego, by występować dla reprezentacji KRL-D, usłyszał w ambasadzie, że... takiego państwa nie ma (Korea Płd. nie uznaje istenienia Korei Płn. i vice versa)! Dopiero po wielu perypetiach otrzymał przyznane przez Chongryon (w wolnym tłumaczeniu - Związek Północnokoreańskich Uchodźców w Japonii; namiastka ambasady KRL-D w Japonii) a uznane przez FIFA północnokoreańskie obywatelstwo.

Jakby tego było mało coraz piękniejsze perspektywy ma przed soba futbol kobiecy. Reprezentacja KRL-D wystąpiła na zeszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Pekinie (zajęła 3 miejsce w swojej grupie zwyciężając z Nigerią oraz tocząc wyrównane boje z Brazylią i Niemcami), zawodniczki U-20 zdobyły srebro MŚ przegrywając w finale z USA a juniorki U-17 zostały mistrzyniami w swojej kategorii wiekowej (nota bene pokonując w finale... USA).

 

W tym miejscu warto też wspomnieć, że w Korei Północnej znajduje się stadion piłkarski o jednej z większych pojemności na świecie. Znajdujący się w Pyongyang obiekt Rungrado May Day Stadium może pomieścić aż 150 000 widzów.

Kiedyś z założenia nie kibicowałem państwom z bloku (bądź też byłego bloku) socjalistycznego (no, poza Polską oczywiście) czy innym reprezentacjom, pod którymi podpinali się tyrani, despoci i inni twardoręcy. Ale teraz kiedy o tym wszystkim myślę, to nie wiem czy na sportowej nędzy niektórych z tych panstw najbardziej nie cierpią obywatele. W tym przypadku - obywatele Korei Północnej. Naród, przywódca którego upaja się masowymi egzekucjami i wystrzeliwaniem rakiet, dzięki piłce może doznać drobnych chwil radości. Ot, choćby, gdy opływające w luksusy reprezentacje ZEA i Arabii wyjeżdżały z KRL-D jak niepyszne. Zawsze jest to jakieś pocieszenie.

P.

czwartek, 19 lutego 2009
Zico - wielki i kłopotliwy numer 10 Udinese

Jaka jest największa gwiazda w historii Udinese? Bierhoff? A kto to był Bierhoff?! ;) Przez dwa sezony kibice ze Stadio Friuli mieli szczęście podziwiać zawodnika naprawdę wybitnego. Na takie określenie zasługuje niewielu, ale jednym z takich piłkarzy z pewnością był Arthur Antunes Coimbra, nazywany „Białym Pele”, wspaniały Brazylijczyk Zico!

Wydarzenie nad wydarzeniami, sensacja nad sensacjami! W 1983 roku Udine obiegła najważniejsza dla tego miasteczka wiadomość XX wieku: w biało-czarnej koszulce zagra słynny Zico. Euforia kibiców z powodu przyjścia gracza, który wcześniej dla Flamengo Rio de Janeiro strzelił 309 goli w 470 meczach (!), trwała jednak krótko. 9 czerwca 1983 FIGC (federacja włoskiej piłki nożnej) podjęła bowiem decyzję o zakazie transferów zagranicznych piłkarzy! Federacja uzasadniła to motywami ekonomicznymi i... troską o Udinese: „koszt 6 miliardów lirów mógłby zrujnować klub” (w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że zwariowali; w drugiej - czy przy okazji niedoszłego transferu Kaki nie mówiono o podobnych ograczeniach?). W Udine zawrzało. Wściekły tłum wyległ na główny plac miasta z okrzykami ''Albo Zico albo Austria!'', sugerując tym samym... przeniesienie klubu do bliskiego, sąsiedniego kraju. Udinese apelowało do kogo się dało - do trybunału przy włoskim komitecie olimpijskim, a nawet do samego prezydenta Włoch! Nieoczekiwanie, drugie z tych działań okazało się skuteczne. Prezydent Republiki Sandro Pertini powiedział: „chciałbym zobaczyć Zico grającego we Włoszech”, a krótko potem włoski komitet olimpijski nominował trzech prawników, którzy w kilka dni zezwolili na ściągnięcie Brazylijczyka do Włoch. Kontrakt nabrał mocy prawnej, a Zico wreszcie mógł założyć koszulkę z magicznym numerem 10.

7 listopada 1983 na Friuli odbywa się mecz Udinese - Roma. W debiucie Zico gra genialnie. Po podaniu włoskiego mistrza świata Franco Causio zdobywa gola. Tłum szaleje. Udinese stało się dzięki niemu drużyną niezwykłą. Niesamowity mecz z Milanem na San Siro kończy się remisem 3:3, a Brazylijczyk jednego z dwóch goli zdobywa przepiękną przewrotką.

Kibice ze Stadio Friuli wykupili wówczas 29 tysięcy karnetów, co nie zdarzyło się nigdy więcej w historii klubu! „Zebry” ukończyły sezon na 9 miejscu, tylko 2 punkty od prawa gry w Pucharze UEFA. Zico w pierwszym roku we Włoszech strzelił 19 bramek. O jednego gola mniej niż król strzelców Michel Platini, który w barwach Juventusu zagrał jednak aż sześć meczów więcej.

Ciężko wybrać najpiękniejszego z goli. Może ten?

Pomimo odejścia wielu zawodników (a jednak - problemy z kasą), m.in. partnera z ataku Pietro Paolo Virdisa (króla strzelców w barwach Milanu trzy lata później), Zico postanawia zostać na kolejny rok w Udine. Sezon 1984/85 zaczął się dla biało-czarnych w miarę dobrze, ale z czasem drużynie szło coraz gorzej. Sam Zico również nie prezentował się już tak błyskotliwie (w całym sezonie strzelił tylko 3 gole), a jego występy dla Udinese skończyły się na meczu przeciwko Napoli. Brazylijczyk ostro skrytykował arbitra, który przeoczył, że Maradona strzelił gola... ręką (widać przed mundialem '86 Argentyńczyk czynił stosowne próby).

Zico: Myślę, że wyniki Udinese są przesądzane przez sędziów; widzimy wszyscy, że to był już kolejny raz. To staje się bezsensowne: pocić sie cały tydzień, pracować, wkładać duży wysiłek i tak aż do niedzieli. I wtedy przychodzi ktoś ułomny, niezdolny i odbiera ci nie tylko 2 punkty, odbiera też coś więcej. To coś strasznego.

Po tych słowach „Biały Pele” został zdyskwalifikowany na tydzień, jednak w oficjalnym meczu Udine już nigdy nie zagrał - również dlatego, że z powodu kłopotów (prawdopodobnie rodzinnych) musiał wrócić do Brazylii. Udinese pozostało jedyną europejską drużyną, w której występował Zico – zdobywca 66 goli w 88 meczach dla reprezentacji Brazylii i zdaniem FIFA jeden ze 100 najlepszych piłkarzy w historii.

B.

środa, 18 lutego 2009
Pierwsza bramka nowej Białej Gwiazdy

Tak mi się jakoś dzisiaj przypomniała ta historia.

Młodsi kibice już mogą tego czasu nie pamietać, ale jeszcze nie tak znowu dawno Wisła Kraków była klubem biednym jak mysz kościelna i żyjącym głównie z własnych wychowanków (nota bene, całkiem niezłych). I tak Biała Gwiazda ciułała punkt za punktem, trochę w pierwszej a trochę w drugiej lidze, marząc jednocześnie, że może kiedyś zagra w Pucharze Intertoto.

Nagle jak grom z jasnego nieba, u zmierzchu roku 1997, zjawiła się pod Wawelem firma Tele-Fonika wraz z górą pieniędzy. Wtedy to futbolowa rzeczywistość krakowskiego klubu zmieniła się niemal o 180 stopni (dlaczego "niemal" - o tym zaraz) - zawodnicy, pensje, premie, warunki treningowe, słowem wszystko. Do rundy wiosennej Wisła szykowała się więc niczym polska Chelsea - choć budowana naprędce, to za duże pieniądze i w oparciu o wartościowych piłkarzy. Co tu dużo mówić, z brzydkiego kaczątka błyskawicznie wyrósł dorodny łabędź.

Jeśli porównać składy z ostatniego meczu rundy jesiennej sezonu 1997/1998 i pierwszego rundy wiosennej, to zbyt wiele nazwisk sie nie powtórzy:

Wisła - Amica 1:1

Sarnat - P. Adamczyk, M. Zając, Matyja - Pater, Surma (Giszka), Pasionek (Weinar), Kulawik, P. Nowak (Sydorenko) - R. Wójcik, Koniarek

Wisła - GKS Katowice 2:0

Sarnat - B. Zając, Kałużny, M. Zając (Pater), Matyja, Węgrzyn - Bukalski, Czerwiec (Dubicki), Kulawik - Niciński, Kaliciak

W sumie, w przerwie zimowej trafiło do Białej Gwiazdy aż dziesięciu nowych zawodników (Kałużny, Węgrzyn, Bukalski, Czeriwec, Dubicki, Niciński, Kaliciak, Sunday, Pukelevicius [kiedyś jeszcze o nim napiszę!:)], Łatka [z juniorów]).

Co jednak zabawne, w pierwszej potyczke "nowej Wisły" premierową bramkę zdobył zawodnik zupełnie nienowy - obchodzący dziś 39. urodziny Jacek Matyja. To właśnie jego uderzenie głową otworzyło nowy rozdział w dziejach krakowskiej drużyny (skąd inąnd drugie trafienie dorzucił również "stary" Kulawik).

Rosły obrońca dzielnie trzymał się w gwiazdorskiej ekipie (jeszcze 11 meczów w rundzie jesiennej mistrzowskiego sezonu 1998/1999), ale wkrótce i on stał się ofiarą postępu i po pod Wawelem podziękowano mu za grę. Od tego czasu występował w Wodzisławiu (3,5 roku)

Ruchu Chorzów (jeden sezon)

oraz w niższych ligach (Pogoń Staszów, Garbarnia Kraków, Skawinka Skawina). W tym ostatnim klubie jest obecnie trenerem.

Wejście Tele-Foniki do Wisly wywróciło większości ówczesnych zawodników świat do góry nogami. Zdecydowana większość w krótkim czasie musiała szukac sobie nowych pracodawców. Jacek Matyja jeszcze i tak wyszedł na tych ruchach nie najgorzej (wszak zagrał w sumie ponad 200 meczów w Ekstraklasie). Faktem - i to dość przykrym - jest natomiast, że część utalentowanej młodzieży rezydującej wówczas przy Reymonta praktycznie zniknęło z piłkarskiej mapy Polski. Czy komuś dziś mówią coś nazwiska Pasionka, Rafała Wójcika czy Grzegorza Kazimierskiego?

P.

 
1 , 2 , 3