Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 22 lutego 2010
Diablo Włodarczyk, Eryk Lubos, trudne uczucie do Wietnamki i "Wojownik" Piotrowski

Nie, to nie gala bokserska gdzieś w Hanoi albo wielka rozróba w którymś z warszawskich sajgon-barów. Kto nie widział, ten nie uwierzy, ale całe to towarzystwo spotkało się... na planie filmowym. Efekty ich aktorskich wysiłków można oglądać w filmie "Moja krew" Marcina Wrony.

Fabuła nie jest szczególnie skomplikowana. Bokser Igor, który dowiaduje się, że nie zostało mu już zbyt wiele życia, postanawia coś po sobie zostawić na świecie. Tym "czymś" ma być syn, którego ma mu urodzić poznana przypadkowo Wietnamka. W zamian on da jej polskie obywatelstwo.

I choć film ma wiele mielizn, to na kilku polach jest świetny. Po pierwsze - Eryk Lubos. To jeden z najbardziej utalentowanych polskich aktorów. Nareszcie wychodzi z cienia, wychodzi z ról drugoplanowych, wychodzi z serialów. W roli Igora, głównego bohatera, czuje się jak we własnej skórze - jest furiatem, nerwusem, miota się nie wiedząc co ze sobą zrobić. Pamiętam go jeszcze z przedstawienia "Made in Poland". Biegał wtedy po scenie z wytatuowanym na czole słowem "fuck". Teraz to słowo miał chyba wytatuowane gdzieś w głowie.

Smaczkiem dla miłośników sportu jest udział w epizodycznych rolach kilku bokserskich gwiazd. Kolegami filmowego Igora są więc Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, Maciej Zegan (on chyba szczególnie dobrze bawił się na planie), Tomasz Bonin, Paweł Kołodziej, Tomasz Hutkowski i Krzysztof Bienias.

Dodatkowo reżyser dwukrotnie popisał się niezwykle subtelną grą z widzem (a może ta gra to właśnie prawdziwe życie). Lekarzem, który mówi Igorowi o jego chorobie i jej nieuchronnym końcu jest Krzysztof Kolberger - aktor, który sam zmaga(ł) się z chorobą nowotworową. Prawdziwym mistrzostwem było jednak obsadzenie w roli trenera Igora Marka Piotrowskiego. Marek Piotrowski to 9-krotny mistrz świata w kick-boxingu i jeden z najlepszych polskich sportowców końca lat osiemdziesiątych. Na skutek urazów odniesionych podczas walk obecnie ma nawet problemu z wysławianiem się. Kilka lat temu Jacek Bławut nakręcił o nim niezwykły dokument pt. "Wojownik" (w całości dostępny na youtubie, tutaj część 8/9).

"Nie możesz walczyć i wiesz o tym" - gdy trener-Piotrowski z wyraźnym trudem mówi te słowa do Igora-Lubosa a ten odpowiada mu "mam tylko boks", czuję gęsią skórkę, bo wiem, że tak naprawdę ta scena mówi o życiu Piotrowskiego.

Przemek Nosal

sobota, 20 lutego 2010
Krok w tył i dwa do przodu. Artur Boruc w Dolcanie Ząbki

Po kolejnych wpadkach znalazł się w cieniu, jaki nie okrywał go od dawien dawna. Na tapecie znalazły się postępy Wojciecha Szczęsnego, rozważania na temat szans Tomasza Kuszczaka przy dobiegającym 50-tki Edwinie Van der Sarze, a ostatnio - wtopy Łukasza Fabiańskiego. O nim - jakieś ciurki w gazetach na temat liczby minut spędzonych na boisku w lidze szkockiej.

Dziś trzydzieści lat końcy Artur Boruc.

I gdy zwyczajowo trochę po północy przeprowadziłem przegląd jubilatów na 90minut.pl, padła mi na twarz dolcanowa adnotacja przy Borucu: jesień 2000. Przyznaję - kompletnie, konkretnie o tym epizodzie Borubara w Ząbkach zapomniałem. No to siup na warsztat.

Wychowanek Pogoni Siedlce przeszedł do rezerw Legii przed sezonem 1999/2000. Droga do pozycji pierwszego bramkarza pierwszego zespołu była jednak na tyle daleka, że choć w lipcu 2000 roku Boruc znalazł się na zdjęciu pierwszego zespołu

to już pod koniec sierpnia wylądował w drugoligowym Dolcanie Ząbki.

Dwa lata później, już po debiucie w ekstraklasie, bramkarz wspominał:

- Był czas, że grał Pan w Dolcanie Ząbki. Czy dla Pana była to degradacja?
- Ja bardzo chciałem zostać wypożyczony do Ząbek. W tym czasie występowałem w trzecioligowych rezerwach Legii i przejście do drugoligowego wtedy Dolcanu nie było wcale degradacją, tylko awansem. Dobrze mi tam szło i sądzę, że to dlatego - gdy Wojtek z kolei odszedł do Groclinu - zostałem w pierwszym zespole Legii rezerwowym. Jako dubler Robakiewicza.
- Niedawno Legia grała w Ząbkach sparing z Dolcanem. Pan zagrał w drugiej połowie, oczywiście już w Legii.
- Było bardzo sympatycznie, spotkałem wielu znajomych. Ja ten klub naprawdę miło wspominam i wygląda na to, że mnie tam też miło wspominają.

Rzućmy okiem na prasowe notki (głównie z Gazety Stołecznej) z okresu, gdy Boruc grał w drugiej lidze. I którzy piłkarze pokonywali na zapleczu ekstraklasy bramkarza, który później rządził na mistrzostwach świata i Europy. Zagadką pozostaje dla mnie fakt zmiany brzmienia imienia Boruca z Artura na Marcina.

19/08/2000
Piłka nożna. Przed czwartą kolejką II ligi
W meczach z Zagłębiem bramki stołecznej ekipy strzegł młody Łukasz Kopczyński, który potem stracił miejsce w składzie na rzecz Marcina Wojtasika. Pierwszy bramkarz Dolcanu doznał jednak w ostatnim meczu kontuzji (czeka go operacja) i jutro zastąpi go sprowadzony w trybie awaryjnym Marcin Boruc z Legii.

21/08/2000
Zagłębie Sosnowiec - Dolcan Ząbki 1:0 (1:0). Bramka: Zudin (21.)
Kiedy przed meczem Zagłębia z Dolcanem piłkarze gości wychodzili z szatni, jeden z nich poślizgnął się na posadzce i, ratując się przed upadkiem, odłupał korkami kawałek ściany. - Niezły początek, oby koniec był lepszy - skomentowali koledzy. Nie był. Zagłębie wygrało 1:0.
Bramka dla Zagłębia padła z rzutu wolnego. Piłkę 18 m od bramki ustawił Maciej Zudin. Bramkarz przyjezdnych Artur Boruc, wypożyczony z Legii w ubiegłym tygodniu, spodziewał się, że zawodnik Zagłębia poda do stojącego obok Piotra Stacha. W związku z tym nawet nie zareagował, gdy piłka poszybowała nad murem i wpadła obok słupka do siatki.

28/08/2000
Górnik Łęczna - Dolcan Ząbki 3:1 (1:0). Bramki: Feliksiak (43.), Jarzynka (57.), Wójcik (65.) - Fabisiak (72.). Żółte kartki: Artur Boruc, Jacek Perzyk, Dariusz Unierzyski (wszyscy Dolcan)
Tuż przed przerwą w polu karnym został sfaulowany Tomasz Feliksiak. Arbiter podyktował jedenastkę, którą wprawdzie z trudem, ale wykorzystał sam poszkodowany.
(...) sprytnym strzałem z 16 metrów popisał się Koniarczyk, ale Boruc wybił na róg, po którym potężną "petardę" na bramkę Dolcanu posłał Piotr Jaroszyński, jednak i tym razem golkiper z Ząbek zdołał obronić.
W 57. minucie było już 2:0. Wojciech Jarzynka skutecznie wykończył akcję Feliksiaka. Po kolejnych dziesięciu minutach górnicy strzelili trzeciego gola. Tym razem podającym był Jarzynka, a gola z odległości sześciu metrów zdobył Piotr Wójcik.

04/09/2000
Dolcan Ząbki - Hetman Zamość 1:0 (0:0). Bramka: Buda (85.).
(...) Po dziesięciu minutach akcję przeprowadzili zamościanie, jednak Jacek Ziarnowski [chyba Ziarkowski] skopiował wyczyn kolegi z Ząbek i trafił w golkipera Dolcanu. Po chwili ten sam zawodnik znalazł się przed niemal pustą bramką Dolcanu, ale znów strzelił w bezradnie przyglądającego się mu Marcina Boruca.
Druga część meczu miała podobny przebieg jak pierwsza odsłona. Pół godziny przed końcem spotkania na boisku pojawił się 40-letni Kazimierz Buda. Gra Dolcanu od razu nabrała rumieńców.
Goście nie zamierzali jednak składać broni i przeprowadzili kilka groźnych akcji na bramkę Dolcanu. Jednak najwięcej kłopotów golkiperowi z Ząbek sprawił... jego własny obrońca Łukasz Stasiuk, który strzałem pod poprzeczkę sprawdził umiejętności Marcina Boruca. Bramkarz Dolcanu dosłownie cudem zdołał wybić piłkę nieuchronnie zmierzającą do siatki.
Pięć minut przed końcem meczu gospodarze zdobyli upragnionego gola. Buda wykonywał rzut wolny z odległości 25 metrów od bramki Ziółkowskiego.Piłka po precyzyjnym uderzeniu odbiła się jeszcze od poprzeczki i wpadła w okienko bramki Hetmana.


11/09/2000
Tłoki Gorzyce - Dolcan Ząbki 3:1 (2:1). Bramki: Pacuła (13.), Kołaczyk (19.), Konopelski (90.) - Gruba (16.)
Gospodarze od początku meczu mieli przewagę, ale na jej udokumentowanie miejscowa publiczność czekała do 13. min. Piekielnie mocny strzał z rzutu wolnego wykonanego przez Pacułę był zbyt trudny dla Artura Boruca. Gospodarze nie cieszyli się długo z korzystnego wyniku. Trzy minuty później obrońcy Tłoków pogubili się na moment. Wykorzystał to Jacek Gruba, doprowadzając do wyrównania strzałem z 16 m. Trzy minuty później kibice w Gorzycach znów się cieszyli, bo po zamieszaniu po rzucie rożnym największą przytomnością wykazał się Kołaczyk, zdobywając drugiego gola. Jeszcze przed przerwą obie drużyny miały strzeleckie okazje. Boruc zwycięsko wyszedł z pojedynków z Pacułą (25. min) i Tułaczem (42. min). W 90. min kontrę zakończył strzałem Weber i choć piłkę z linii bramkowej wybił obrońca z Ząbek, goście byli bezradni przy dobitce gorzyczan.

14/09/2000
1/32 Pucharu Polski
Dolcan Ząbki - Siarka Tarnobrzeg 1:2 (1:0). Bramki: Petasz (15.) - Dolcan, Antkiewicz (48.), Papiesz (87.) - Siarka.
Trzecioligowiec z Tarnobrzega wygrał z drugoligowcem z Ząbek.
(...) Gracze z Tarnobrzega dopięli swego chwilę po wznowieniu drugiej połowy po tym, jak Marek Antkiewicz przelobował Artura Boruca po dokładnym podaniu ze środka boiska.
Potem wszystko wróciło do normy i kolejne okazje stworzyli znów goście. Boruc obronił kilka trudnych strzałów, wygrał pojedynek sam na sam, ale po uderzeniu Dariusza Papiesza był bezradny. Do końca meczu pozostały sekundy...

18/09/2000
Dolcan Ząbki - GKS Bełchatów 1:1 (0:0). Bramki: Fabisiak (87.) - Dolcan, Nocoń (90.)
Rozpoczęła się właśnie pierwsza z dwóch doliczonych minut, gdy goście wykonywali rzut z autu. Po zamieszaniu na polu karnym do piłki przy linii końcowej boiska dopadł stoper gości Adam Nocoń. Perzyk, który znalazł się przy rywalu, pozwolił mu odwrócić się w stronę bramki i niemal z zerowego kąta strzelić w krótki róg. Artur Boruc był bez szans.

21/09/2000
ŁKS - Dolcan Ząbki 2:0 (2:0). Bramki: Tomar (5), Krysiński (41) - ŁKS.
Już pierwsza groźna akcja gospodarzy zakończyła się golem. Madej przeprowadził akcję lewą stroną, ale przed polem karnym został powstrzymany przez obrońców. Piłka trafiła jednak do Tomara, który zdecydował się na strzał z dystansu. Niezbyt mocno kopnięta piłka odbiła się jeszcze od nogi jednego z rywali, czym zupełnie zmyliła bramkarza Dolcanu.
Spotkanie rozstrzygnęło się w 41 min. Chwilę wcześniej Boruc z trudem wybił piłkę kopniętą przez Julcimara, ale wkrótce był bezradny, kiedy po dośrodkowaniu Osińskiego z rzutu rożnego Krysiński z bliska główkował do siatki.

02/10/2000
Dolcan Ząbki - KSZO Ostrowiec Św. 1:2 (1:2). Bramki: Stasiuk (10.) - Dolcan; Żelazowski (22.), Lasocki (24.) - KSZO.
Dolcanowi nie pomogła zmiana trenera i sprowadzenie Tomasza Cebuli z ŁKS Łódź. Zespół z Ząbek przegrał 1:2 z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski.
Nie udał się Zbigniewowi Lepczykowi debiut w roli trenera Dolcanu. Jego zespół przegrał i spadł już na 18. miejsce w drugoligowej tabeli.
Mecz rozpoczął się dobrze dla gospodarzy. W 10. minucie objęli prowadzenie po indywidualnej akcji Łukasza Stasiuka. Potem jednak bramki strzelali już tylko goście. W 22. min, po podaniu Bogdana Pikuty, obrońcom uciekł Tomasz Żelazowski i zdobył wyrównującego gola. Trzy minuty później Wojciech Małocha dośrodkował z lewej strony do Rafała Lasockiego, który z bliska pokonał Artura Boruca.

16/10/2000
Dolcan Ząbki - Polar Wrocław 0:2. Bramki: Gortowski, Lizak - Polar.
Już po kwadransie goście objęli prowadzenie. W sytuacji sam na sam z Arturem Borucem znalazł się Sztylka. Jego strzał stołecznemu golkiperowi udało się wybronić, ale przy dobitce głową Ireneusza Gortowskiego był bez szans.
W drugiej połowie Lizakowi udało się po akcji Gortowskiego pokonać bramkarza Dolcanu. Ten w całym meczu wygrał jednak kilka pojedynków z piłkarzami Polaru i mimo puszczenia dwóch goli zasługuje na wyróżnienie.

19/10/2000
RKS Radomsko - Dolcan Ząbki 2:0 (1:0). Bramki: Folc (14.), Leszczyński (75.).
Pierwsza bramka padła szybko. W polu karnym Folc okazał się szybszy od Artura Boruca i płaskim strzałem po ziemi pokonał stołecznego golkipera. Po rzucie rożnym Złotka Leszczyński trafił piłką do siatki po strzale głową.

23/10/2000
Dolcan Ząbki - Świt Nowy Dwór Maz. 0:0.
Satysfakcjonującym wszystkich prócz kibiców remisem 0:0 zakończyło się derbowe spotkanie Dolcanu Ząbki ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki.
Przez większą część meczu obydwa stołeczne zespoły grały tak, jakby wcale nie chodziło im o strzelenie bramki. Pierwsze nieśmiałe próby podjęli gospodarze, ale okazji nie wykorzystał Tomasz Cebula. W szóstej minucie prowadzić powinni jednak nowodworzanie, ale Ginot Curly, który znalazł się kilka metrów przed pustą niemal bramką Dolcanu, fatalnie przestrzelił.
Na sekundy przed końcem meczu po zamieszaniu na polu karnym i uderzeniu w słupek Mariusza Woronieckiego w poprzeczkę bramki Dolcanu trafił także stoper z Nowego Dworu Marcin Włódarczyk. - Żadnych układów na pewno w tym meczu nie było - zapewnił obrońca Świtu. [ :) ]

30/10/2000
Włókniarz Kietrz - Dolcan Ząbki 0:0. Czerwone kartki: Pilch - Włókniarz; Unierzyski - Dolcan.
Zdobyliśmy dzisiaj punkt i jest to niewątpliwie nasz sukces. Mam nadzieję, że teraz zespół odbije się od dna - powiedział trener Dolcanu Zbigniew Lepczyk po meczu z Włókniarzem. Drużyna z Ząbek wywiozła z Kietrza bezbramkowy remis. Po podaniu Jacka Trzeciaka w dobrej sytuacji znalazł się Jarosław Rak, lecz Artur Boruc zdjął mu piłkę z buta.

06/11/2000
Dolcan Ząbki - KS Myszków 1:1 (1:0). Bramki: Lisiewicz (22.) - Dolcan, Stachera (81.) - Myszków.
Dziewięć minut dzieliło piłkarzy Dolcanu Ząbki od długo oczekiwanego zwycięstwa. W meczu z KS Myszków był jednak remis 1:1.
Spotkanie z Myszkowem było dla Dolcanu jedną z ostatnich szans na odbicie się od dna tabeli. Drużyna z Ząbek nie wygrała od dziesięciu spotkań, a do bramki rywala nie trafiła od ponad 500 minut. W przełamaniu złej passy miał pomóc wypożyczony do końca rundy Kameruńczyk Mouses Molongo. 21-letni napastnik wszedł jednak na boisko dopiero pół godziny przed końcem i udało mu się raz, niecelnie, strzelić z woleja.
Po strzeleniu gola rozpoczęły się najbardziej dramatyczne minuty spotkania. Tuż po wznowieniu goście mogli wyrównać, a nawet objąć prowadzenie. W ciągu kilkudziesięciu sekund Mirosław Wania i Tomasz Stachera uderzali z bliska na bramkę Artura Boruca, który bronił instynktownie.
Po przerwie Dolcan skupił się na obronie, a piłkarze z Myszkowa nie stwarzali groźnych sytuacji. Dziewięć minut przed końcem Stachera wykorzystał jednak podanie... od obrony Dolcanu na polu karnym i doprowadził do wyrównania.


... i z powrotem w Legii.

03/01/2001
Być może także zgodzimy się na wypożyczenie Wojtka Kowalewskiego. Wszystko zależy od tego, czy jego pozycję będzie mógł zająć Artur Boruc. Kowalewski jest jednym z najbardziej utalentowanych polskich bramkarzy. W Legii nie ma jednak szczęścia. Mimo że prezentuje poziom pierwszoligowy, przegrywał rywalizację najpierw z Grzegorzem Szamotulskim, a ostatnio z będącym w rewelacyjnej dyspozycji Zbigniewem Robakiewiczem.

03/01/2001
Do Legii wrócili obrońca Adam Więckowski i bramkarz Artur Boruc, który zastępował kontuzjowanego Marcina Wojtasika.

I tak Boruc żadnej sesji zdjęciowej w Legii w tamtym czasie nie ominął.

B.

sobota, 06 lutego 2010
Andrejs Prohorenkovs - wyrobić sobie nazwisko, przy którym nikt już się nie pomyli

Gdy zaczynałem pisać tę notkę (czyli wczoraj) kończył trzydzieści trzy lata. Zastanawiam się, czy w historii polskiej ligi jest zawodnik, którego imię i nazwisko tak często byłoby zapisywane błędnie. Musiał wyjechać z Polski i zagrać na Euro, by niektórzy wbili sobie do głowy właściwe literki na właściwych miejscach. Andrejs Prohorenkovs. Nie Andrij, nie Andriej, nie Jurij (!), nie Prochalenko, nie Prochorenkow itede itepe. Andrejs Prohorenkovs.

Prohorenkovs jest wychowankiem Skonto Ryga [czy też Interskonto jak podaje 90minut], gdzie w wieku 17 lat, w 20 meczach strzelił jednego gola. W 1995 roku grał w Olimpiji Ryga, a rok później reprezentował Jurnieks Ryga (dwa gole w 25 spotkaniach).

Pierwszy raz na polskiej ziemi zagrał 23 marca 1997 roku. Jego Hutnik Warszawa (III liga) wygrał w Pucharze Polski na szczeblu okręgowym ze Zniczem w Pruszkowie (okręgówka), a - jak pisała Gazeta Stołeczna - ''jedynego gola zdobył potwierdzony dzień przed meczem 19-letni Łotysz Andriej Prochalenko'' [wówczas Prohorenkovs miał już 20 lat]. Łotysz podobno ''cztery razy wystąpił w reprezentacji młodzieżowej'' i choć ''w sparingach nie zachwycał, już w pierwszym oficjalnym spotkaniu strzelił gola''. Kolejnego gola w PP strzelił w meczu z Ożarowianką Ożarów. A z goli ligowych, dokopałem się tylko do pokonania bramkarza Gwardii Warszawa. W kolejnej rundzie ukłuł m.in. z Hetmanem Białystok, rezerwami Legii (z Kowalewskim w bramce) i Tęczą Biskupiec.

To wystarczyło, by wiosną 1998 roku po młodego Łotysza (funkcjonującego pod pisownią Prochorenkow) sięgnął II-ligowy Czuwaj Przemyśl, (tak, tak, choć wówczas II liga była jeszcze w dwóch grupach). Zespół z Przemyśla czuwał wówczas w ogonie tabeli i choć napastnik strzelił podczas jednej rundy sześć goli, to Czuwaj z hukiem zleciał do III ligi. W gronie pokonamych znaleźli się m.in. bramkarze Cracovii, Okocimskiego, Warmii Olsztyn. W maju tego roku Prochorenkow zagrał w meczu Liga Polska - Zagraniczne Gwiazdy, a już latem był zawodnikiem Ceramiki Opoczno.

Tam zaczął z grubej rury, bo w sparingu z Wisłą (już z Czerwcami, Dubickimi, Kałużnymi i Węgrzynami) strzelił dwa gole, a Ceramika wygrała 5:2. W II lidze Łotysz najpierw złapał jakąś czerwoną kartkę za uderzenie rywala, ale winy odkupił w meczu na szczycie (?!) z KSZO (2:1), gdy pokonał Janusza Jojkę. Do końca sezonu dorzucił jednak tylko trzy gole, Ceramika kupiła zdobyła mniej punktów niż Petrochemia i nie weszła do ekstraklasy, a Prohorenkovs został uznany w Opocznie za niepotrzebnego.

Ale na drugim froncie został, bo choć był testowany przez Amikę i Pogoń, to poszedł do Odry Opole (w środku). Tam miał zastąpić Ferdinanda Chifona. Nie zastąpił.

W sezonie 1999/2000, Prohorenkovs strzelił tylko jednego gola - Siarce Tarnobrzeg (choć partnerował mu Andrzej Niedzielan), a jesienią 2000 roku do bramki trafiał, ale... w rezerwach Odry! Tym bardziej transfer do Górnika Zabrze na początku 2001 roku był sporym zaskoczeniem.

Testy w Zabrzu przechodził w tym samym czasie co Sebastian Olszar, a trudno mógł mieć o tyle, że zamiast Andrejsem, niektórzy dziennikarze nazywali go... Jurijem: ''W ataku zespołu z Zabrza wystąpiła nowa para: Łotysz Jurij Prochorenkow i Sebastian Olszar, który przyszedł właśnie z Ceramedu. Z tego duetu zdecydowanie lepiej spisał się ten pierwszy''. W tym samym okienku transferowym na Roosevelta dotarł Dickson Choto. Trenerem był Józef Dankowski, a koordynatorem - Antoni Piechniczek. No to dorzućmy do kominka i obejrzyjmy zdjęcie.


(Prohorenkovs w lewym dolnym rogu, Choto w lewym górnym, Kaondera w prawym dolnym, Koordynator - wiadomo - na środku w niebieskim, obok Michał Probierz z bujną fryzurą ; Jacka Wiśniewskiego wszyscy powinni znaleźć bez problemu...)

Prohorenkovs zaczął w Górniku od gola w Łęcznej w 1/4 finału Pucharu Polski. W półfinale zabrzanie pokonali były klub Łotysza - Odrę Opole, by potem wziąć udział w bardzo zastanawiającej rozgrywce z Polonią Warszawa. Zabrzanie przegrali finał PP, ale za to ku zaskoczeniu wszystkich pokonali zespół z Warszawy w ekstraklasie...

Andrejs strzelił tylko jednego gola w dwunastu meczach ligowych - właśnie z Polonią (0:2 w Warszawie). W innych pojedynkach obrońcy i bramkarze rywali okazywali się lepsi.

W podsumowaniu sezonu, w którym Górnik cudem (tia) się utrzymał, Piotr Płatek z GW Katowice był bezwzględny dla łotewskiego piłkarza (za to wreszcie z poprawną pisownią!): ''Andrej Prohorenkovs - świetnie się kiwa (sam ze sobą) i efektownie strzela (na wiwat). Jedno jest pewne - Łotysz ma naprawdę znakomitego menedżera.''

W Zabrzu uznano podobnie i napastnikowi podziękowano. I raczej pożałowano.

Prohorenkovs wyjechał do Izraela. Tam grał w Maccabi Kiryat-Gan (2001/02 - bilans 26 meczów i siedem goli), przez trzy sezony w Maccabi Tel Awiw

(2002/03 - 30-10 i mistrzostwo kraju! ; 2003/04 - 15-4 ; wiosna 2005 - 16-2 ; latem 2003 był z Maccabi w Poznaniu na Lech Cup), z krótką przerwą jesienią 2004 (cztery mecze) i jesienią 2005 (jeden mecz) na Dinamo Moskwa.

Rok 2006 nasz bohater zaczął od gry dla łotewskiego FK Jurmela, gdzie (prawdopodobnie) strzelił takiego pięknego gola

a wiosną pomógł hiszpańskiemu Racingowi Ferrol awansować z Segunda Division B do Segunda Division A. Choć w piętnastu meczach w koszulce z napisem "Andrejs P." gola nie strzelił.

Ze słonecznej Hiszpanii udał się do równie słonecznej Grecji, gdzie w Ionikosie ukąsił trzy razy w 15 meczach (sezon 2007/2008).

Po tych wojażach wrócił do ojczyzny, gdzie od jesieni 2008 broni barw Metalurgsa Lipawa.

Jak dobrze wiemy, to wszystko tak naprawdę ma małe znaczenie wobec faktu, że Andrejs Prohorenkovs, razem z Łotwą, wykolegował Polskę z udziału w Euro 2004. A w Portugalii Łotysze zaprezentowali się całkiem całkiem. Bo przecież po pięknej kontrze, podaniu Prohorenkovsa i strzale Verpakovsisa, prowadzili z Czechami.

Bo po dobrym meczu zremisowali 0:0 z Niemcami. I do ostatniej kolejki mieli nawet szanse na awans, ale przegrali 0:3 z Holandią. Prohorenkovs grał kolejno: 72 min, 67 min i 74 min.

Będzie co dzieciom opowiadać.

B.

czwartek, 04 lutego 2010
Pan Kryształ

Obchodzi dziś 32. urodziny. Od maja 2004, a więc przez niecałe sześć lat, rozegrał w lidze 17 meczów. Zaliczył natomiast 13 operacji, w tym cztery razy zrywał więzadła w kolanach. Tomasz Dawidowski to Pan Kryształ, jeden z najbardziej podatnych na kontuzje zawodników ostatnich lat.

A miało być tak pięknie. Debiutował w ekstraklasie krótko po osiagnięciu pełnoletności. W barwach cudacznego tworu pod nazwą Lechia/Olimpia Gdańsk zdołał 14 razy pojawić się na pierwszoligowych murawach. Potem był spadek i dwuletnia hibernacja aż przyszedł transfer do Amiki Wronki. Tam się zaczęło wszystko to, co dobre w karierze "Dawida". Sześć sezonów, dwa puchary Polski, ponad setka rozegranych meczów i piękne bramki strzelane najsilniejszym zespołom. Dawidowski był szybki a przy tym silny jak tur. Świetnie sobie radził zarówno na boku pomocy jak i na skrzydle.

W efekcie towarzyszyła mu opinia jednego ze zdolniejszych młodych polskich zawodników, co rychło zaowocowało awansem do seniorskiej reprezentacji Polski. Dawidowski zagrał w niej w sumie dziesięciokrotnie. Wypróbował go Engel, chciał na niego stawiać Boniek zanim zdezerterował, bardzo w niego wierzył Janas na początku swej kadencji. Ostatni jego występ w kadrze to smutne 0:3 ze Szwecją na wyjeździe (VI 2003). I to w sumie tyle fajnego w karierze Dawidowskiego.

Bo rok potem przeszedł do Wisły. I się zaczęło. A w zasadzie skończyło. Trafił już tam nie do końca zdrowy, ale "rehabilitacja" pod Wawelem tylko pogorszyła sytuację. Fatalna opieka lekarska, pech i ciągle odnawiające się urazy - to przyczyny dorobku Dawidowskiego przy Reymonta (czternaście meczów bez gola). Pojawił się jednak promyk nadziei - były reprezentant trafił jesienią 2009 do Lechii Gdańsk i zdążył już zdobyć w jej barwach bramkę. Po sześciu latach posuchy musiała mu ona wyjątkowo smakować.

Coż więc życzyć dziś Dawidowskiemu? To oczywiste - zdrowia.

Przy okazji pomyślałem sobie o innych zawodnikach, którzy nie mogli lub nie mogą rozwinąć w pełni skrzydeł ze względu na częste kontuzje. Wielkim talentem był gracz Zagłębia Lubin Dariusz Dziarmaga. Miał wielkie umiejętności techniczne, ale co tylko dłużej zabawił na murawie zaraz byl z niej znoszony. Kontuzje ograniczyły również rozwój dwóch - i tak spełnionych jak na polskie warunki - białostoczan. Uraz najpierw wykluczył Marka Citkę z gry na ponad rok (1997/1998) a i potem dawał się we znaki (2002), natomiast Mariusz Piekarski kontuzję w Legii łapał z dokładnością szwajcarskiego zegarka - co pół roku. Zresztą też w związku z kłopotami zdrowotnymi zakończył przedwcześnie karierę.

Kto wie jaka byłaby dziś przynależność klubowa Arkadiusz Głowackiego, gdyby nie kontuzje, które na dziesięć lat spędzonych przez niego pod Wawelem, w sumie zabrały jakieś trzy. Natomiast ciurkiem niemal dwa lata stracił dobrze zapowiadający się defensor Grzegorz Fonfara. Cały rok 2009 na straty może spisać Bartłomiej Grzelak, ale w jego przypadku niebezpieczeństwo kontuzji pojawia się nawet podczas otwierania puszki z konserwą. Mistrzem drobnych urazów jest także Dawid Nowak, któremu w związku z tym przepada średnio jakieś dziesięć meczów w sezonie oraz kolejne zgrupowania kadry.

O naprawdę wielkim pechu może natomiast mówić dwójka legionistów - Sebastian Szałachowski i Tomasz Jarzębowski. Były gracz Górnika Łęczna świetnie wprowadził się na Łazienkowską. W debiutanckim sezonie 2005/2006 zdobył mistrzostwo, strzelał sporo bramek. W listopadzie 2006 złamał kość piszczelową i pauzował aż do lutego 2008. Zdążył wrócić do wysokiej dyspozycji i dobrze zainaugurować sezon 2008/2009 po czym... znów złamał nogę. Przerwa ponownie trwała niemal rok. Od początku obecnego sezonu Szałachowski jest zdrowy i prezentuje się dobrze. Odpukać. Zaś do Tomasza Jarzębowskiego kontuzje przychodzą tylko wtedy, gdy ten bawi na Łazienkowskiej. Gdy tylko przeniosł się do Bełchatowa, z miejsca odżył. A jako, że obecnie gra w Legii, to i urazy mu towarzyszą. Cała historia jego zmagań ze zdrowiem tutaj.

A słyszeliście, że Woodgate ostatnio złapał kontuzję? I Kirkland też. Szok.

P.

Trzy pierwsze rzuty karne reprezentacji Polski: Klotz, Batsch, Steuermann

Polska reprezentacja w arcyprestiżowym spotkaniu z Singapurem, pierwszy raz w historii wykonywała podczas 90 minut oficjalnego meczu trzy rzuty karne. Najpierw chciałem sprawdzić, czy była to sytuacja bez precedensu, ale szczęśliwie wyręczył mnie serwis 90minut.pl (tak, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło). Potem do łba strzelił mi pomysł z tych mniej rozsądnych, by zrobić wypis wszystkich rzutów karnych w historii kadry, ale - póki co - porzucam tę ideę, gdyż zbyt długo mógłbym się z tego nie wygrzebać. Oto więc historie trzech pierwszych rzutów karnych w historii reprezentacji Polski. Narracja prasowa z lat 20. ubiegłego wieku - to lubię, rzekłem, to lubię.

1) JÓZEF KLOTZ (ur. 1900, Jutrzenka Kraków)
Szwecja - Polska 1:2, na 0:1, 27 min, 28.05.1922, Sztokholm, Stadion Olimpijski

PIERWSZY GOL W HISTORII REPREZENTACJI POLSKI

Dla Klotza był to drugi i ostatni występ w reprezentacji. Ale do historii przeszedł.

Józef Garbień, reprezentant Polski, tak opisywał sytuację na łamach "Sportu":
"sędzia Meisl dyktuje karny rzut przeciwko Szwedom za złapanie centry Sperlinga ręką. Strzelił Klotz bardzo ładnie i siedzi bramka. Pierwsza połowa 1:0 dla nas".

"Przegląd Sportowy" nie tylko meczowi, ale też całej wyprawie do Szwecji poświęcił tekst ''Tryumf polskiego footballu w Szwecji''.


Polecam przeczytanie wszystkich sześciu stron, tu rzucę tylko jeden smakowity fragment:
Wielką konsternację wywołał fakt, że nikt nie zabrał nieodzownej dla każdej podróżującej drużyny rzeczy: kart do gry. Dr. Lustgarten proponował, by zakupić na koszt PZPN karty i wciągnąć je do stałego inwentarza PZPN. Wiśniewski jednak nie myśląc czekać, aż ta ważna uchwała zapadnie na najbliższem posiedzeniu Zarządu PZPN zakrzątnął się między kolejarzami i zdobył talję kart. Humor zaraz się poprawił. Odezwanie się Reymana do Kaczora: "ale masz hyclu święto", przejęte później w Sztokholmie przez Cikowskiego, stało się mottem, któremu wszyscy się "strzelali" przy każdem ważniejszem wydarzeniu (sutej wyżerce, w czasie jazdy automobilem, statkiem itd.)
(...) O godzinie 6 rano wyzyskaliśmy półgodzinny postój na umycie się i wypicie szumnie zwanej "mokki" poznańskiej (...).

Ale wróćmy do karnego, o którym PS donosił następująco:
"W 27 minucie Sperling kończy bieg centrą. Hemming nie atakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki był Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął. W ten sposób reprezentacja uzyskała w meczach międzypaństwowych pierwszą bramkę".


2) MIECZYSŁAW BATSCH (ur. 1900, Pogoń Lwów)
Polska - Finlandia 7:1, na 2:0, 33 min, 8.08.1926, Poznań, stadion Warty

PS raczej lakonicznie:
''W 32 min. Sperling objeżdża obrońcę i chce centrować tuż na polu bramkowym, obrońca fauluje go - Cejnar dyktuje rzut karny i Bacz nieuchronnie posyła piłkę w róg.''

Za to sam strzelec gola zdaje się być postacią nadto ciekawą. Dwanaście meczów w kadrze i dziewięć goli. W tym właśnie spotkaniu z Finlandią - CZTERY GOLE. Prasa pisała o Batschu jako o ''najlepszym tanku naszego futbolu'', że ''robił to pozornie bez wysiłku, choć często z niezwykłą siłą, ale jak - tego nikt nie potrafił wyjaśnić''. Poniżej na zdjęciu Pogoni Lwów Mieczysław Batsch klęczy prawym dolnym rogu. Cosik naburmuszony.



3) ZYGMUNT STEUERMANN (ur. 1899, Hasmonea Lwów ; zginął w 1941 r. rozstrzelany przez hitlerowców)
Polska - USA 3:3, na 3:3, 89 min, 10.06.1928, Warszawa, Agrykola


Red. Mieczysław Szymkowiak (za EP FUJI, t. 2, Biało-czerwoni):
"Ale jeden moment widzę jak dziś. Ostatnie minuty spotkania. Goście prowadzą 3:2. Rzut karny dla naszej drużyny. Zamieszanie w biało-czerwonych szeregach. Nikt nie chce strzelać. Nerwy. Emocje. Trwa to, zdaje się, bardzo długo. Cisza na trybunach. Wreszcie do piłki podchodzi Zygmunt Steuermann z lwowskiej Hasmonei. Trudno było o lepszy wybór, bo to wówczas najlepszy nasz specjalista od rzutów wolnych i karnych. Wolno podchodzi do piłki. Potężny zamach nogi. Bramkarz wyczuwa kierunek jej lotu. Na próżno. Z niesamowitą siłą uderzona piłka wpada do siatki. Już nie przegrywamy, jest remis. Westchnienie ulgi i radości tak na boisku, jak i wokół niego".

I o samym Steuermannie: ''istotnie uchodził za mistrza uderzania stojącej piłki, choć jako środkowy napastnik uważany był za nazbyt chimerycznego, często ociężałego i ślamazarnego gracza. Dziennikarze byli wobec niego nadzwyczaj surowi, o czym świadczy cytat z PS z kwietnia 1928: Steuermann, jak zwykle leniwy, strzelił trzy bramki.''


(Stuermann na zdjęciu Hasmonei pierwszy z lewej, kawał dryblasa)

Ale relacja w Przeglądzie to dopiero prawdziwa perła:
''PS: ''Nadzieja choćby na uzyskanie wyniku remisowego, zda się, jest zaprzepaszczona bezpowrotnie. Tymczasem wyjście z niej znajduje sędzia, który w 42-minucie dyktuje za ręką rzut karny przeciw Ameryce. Sytuacja była tak nieskomplikowana i mało niebezpieczna, że mogła być mowa niemal wyłącznie o ręce nastrzelonej, na którą arbiter w myśl przepisó nie ma prawa reagować. To też U.S.A. protestuje energicznie, choć bezskutecznie.
Na nieodpowiednio obstawione przez porządkowych boisko wdziera się tłum z galerji. Po terenie walki biega i spaceruje czarna masa podnieconej publiczności. W atmosferze zawodów czuć burzę. Widać wyraźnie, że o jej przebiegu zadecyduje wynik egzekucji rzutu karnego. Wreszcie tłum jest usunięty, chociaż za linię autową. Na czarnym jego tle rysuje się groteskowa, chuda sylweta dwumetrowego Coopera, wpatrzonego w jasny punkt piłki. Rzut karny egzekwuje Steuermann. Nastaje cisza, jak makiem siał. Strzelił, czy nie strzeli? Wreszcie gwizd sędziego rozdziera powietrze - Cooper łamie się jak ostrze scyzoryka naciśnięte niewidzialną ręką demona piłki nożnej - piłka zgrzyta po ręce i... trzepocze w siatce. 3:3, mecz skończony. Tłum zalewa boisko, a na jego barkach wykwitują maki koszulek Kuchara i Steuermanna.''

 

Czwartego karnego, w meczu z Węgrami (5:1, 2.06.1929, Poznań) przestrzelił Karol Kossok. Później jednak spotkanie to uznano za nieoficjalne. Czyli za takie, jakimi powinny być w komplecie uznane kopaniny w Tajlandii :)

B.