Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 26 lutego 2011
Rozmnażanie królow strzelców

Kilka dni temu zespół Cracovii zasilił Słowak Pavol Masaryk. Na pierwszy rzut oka nie ma w tym ruchu nic specjalnie szokującego - ot, siedemdziesiąty czwarty zagraniczny transfer Pasów tej zimy. Jest jednak cecha, która wyróżnia Masaryka spośród tabunów graczy ściąganych nad Wisłę podczas każdego okienka transferowego. Otóż Słowak w sezonie 2008/2009 wywalczył tytuł króla strzelców swojej rodzimej ligi. Uczynił to w barwach Slovana Bratysława z wynikiem 15 bramek i w dużej mierze to dzięki nim Slovan został mistrzem kraju, a później - nieskutecznie - bił się o Ligę Mistrzów z Olympiakosem Pireus.

Tym samym Masaryk został... jedenastym zagranicznym zawodnikiem w historii naszej ligi, który przybywał do niej z tytułem króla strzelców zdobytym na najwyższym krajowym poziomie. Co ciekawe pięciu tych królów zawitało do Polski w ciągu ostatniego roku. Ale po kolei.

Pierwszą i zarazem chyba najbardziej niepozorną koronowaną głową był Litwin Nerijus Vasiliauskas. Wywalczył on tytuł najlepszego strzelca litewskiej A lyga sezonu 1999/2000 w barwach Żalgirisu Wilno, mimo że grał w on w nim wyłącznie jesienią.

Po 17 jesiennych meczach i 10 zdobytych w nich golach snajper przeniósł się do rosyjskiego Lokomotiwu Nowogród. Nieoczekiwanie jednak dziesięć zdobytych goli wystarczyło do zdobycia strzeleckiej korony. Vasiliauskas do Polski zawitał wiosną 2001 roku, a konkretnie zasilil on Wisłę Płock. Naftowa przygoda okazała się jednak niewypałem i po roku gry Litwina pożegnano. Dziś kopie on piłkę w estońskim Sillamae Kalev.

Kolejni królowie strzelców przybyli w... pakiecie! Otóż przed sezonem 2007/2008 przybyło do polskiej ekstraklasy aż trzech zawodników legitymujących się takim tytułem.

Najbardziej utytułowany z nich był Słowak Martin Fabus, który trafił do Ruchu Chorzów. Koronę dla najlepszego goleadora zdobywał on bowiem dwukrotnie. W sezonie 1998/1999 z 19 golami wywalczył ją samodzielnie w barwach Dukli Trenczyn. Natomiast w sezonie 2002/2003 podzielił się splendorem z Markiem Mintalem - obaj uzbierali po 20 goli (Fabus pół roku grał wówczas w Trenczynie, a pół w MSK Żylina).

W Chorzowie Słowak spędził 2,5 roku i prezentował się solidnie (47 meczów - 8 goli). Obecnie pozostaje bez klubu.

Historia Dudu Omagbemiego, mówiącego o samym sobie goal machine, jest jeszcze ciekawsza. Nigeryjczyk trafił do Wisły Kraków po latach gry w Indiach (ciekawostka: Dudu zailczył także epizod w malezyjskim zespole Penang FA). Do Białej Gwiazdy upchnięto go nieco na siłę, mimo że nie bardzo podobał się on trenerowi Skorży. Przemawiały jednak za nim bramki strzelane w barwach Sporting Clube de Goa, w tym tytuł króla strzelców zdobyty w sezonie 2004/2005.

I trzeba przyznać, że Dudu debiut zaliczył świetny, bo zdobył w nim gola w meczu przeciw Polonii Bytom (5:0).

Potem już było tylko gorzej i po sezonie pożegnano Nigeryjczyka (w sumie 9 meczów i 1 gol). Historia mogłaby tu się urwać, gdyby nie fakt, że niedoceniany gracz dalej prowadził ciekawe futbolowe życie. Z węgierskim Debreczynem wywalczył krajowe mistrzostwo a później awans do Ligi Mistrzów, a ostatnio świetnie radzi sobie w lidze fińskiej - imponował skutecznością w Kuopion PS (10 meczów i 8 goli!), a od kilku tygodni jest już zawodnikiem FC Honka.

Paradoksalnie najlepszy zawodnik w tym rzucie i ten, który zrobił największą karierę przychodził do Polski jako król strzelców... połowiczny. Hernan Rengifo przed przywdzianiem koszulki Lecha Poznań zwyciężył on z peruwiańskim CD Universidad San Martin de Porres w turnieju otwarcia (Apertura) i w nim też okazał się najlepszym strzelcem (z 14 golami).

Co prawda to tylko pół sezonu, ale w tamtej części świata często akcentuje się odrębność rozgrywek otwarcia i zamknięcia (Clauras) podkreślając ich mistrzów i królów strzelców. W Lechu Renifer grał świetnie (59 - 24) i straszna szkoda, że odszedł w bardzo głupich okolicznościach do bardzo przeciętnego klubu (Omonia Nikozja).

Litwin Povilas Luksys, podobnie jak Fabus, królem strzelców ligi litewskiej był dwukrotnie - w sezonie 2003/2004 i 2006/2007, zawsze w barwach Ekranasu Poniewieże.

Jego pobyt w Polonii Bytom (jesień 2009) to dla mnie prawdziwa zagadka. Luksys w ojczyźnie trafiał seriami, tonami, pasjami. Dość powiedzieć, że przed grą w Polsce zdobył łącznie na Litwie... 153 gole! W Bytomiu zupełnie jednak mu nie wyszło i po rozegraniu dwóch meczów został pożegnany. Co zabawne, zaraz po powrocie do ojczyzny został... królem strzelców w barwach Suduva Marijampole.

Potem już szło warto, ale równie kiepsko. Wiosną 2010 Wisłę Kraków zasilił Bułgar Georgi Christow (jego interesująca historia tutaj) - najlepszy strzelec ligi bułgarskiej 2007/2008 w koszulce Botewu Płowdiw (19 goli).

Podwawelskie powietrze zupełnie mu nie służyło - Christow zagrał tylko w dwóch meczach. Po odejściu z Krakowa wrócił do Lewskiego Sofia a obecnie gra w Slawiji Sofia.

W tym samym czasie (wiosna 2010) szeregi Jagiellonii Białystok zasilił Maycon (bardzo ciekawy wywiad z nim tutaj). Brazylijczyk grając w FK Homel był najlepszym strzelcem ligi białoruskiej w 2009 roku (15 goli).

Maycon w Białymstoku jednak zupełnie się nie sprawdził (8 meczów bez gola) i dziś całkiem nieźle gra w I-ligowym Piaście Gliwice.

Kolejni królowie strzelców to już obecny sezon. Sytuacja Argentyńczyka Cristiana Omara Diaza jest jeszcze bardziej skomplikowana niż Hernana Rengifo. Diaz grając w boliwijskim San Jose Oruro został najlepszym strzelcem Clausura 2009 (z 9 golami i dwoma innymi zawodnikami) oraz Aperatura 2010 (z 18 golami).

W Śląsku Wrocław radził sobie nieźle, aż nabawił się ciężkiej kontuzji. Nie powiedział jednak jeszcze ostatniego słowa.

Wreszcie najnowsze nabytki. Cwetan Genkow tytuł króla strzelców ligi bułgarskiej wywalczył w sezonie 2006/2007 dzięki 26 golom strzelonym dla Lokomotiwu Sofia.

Natomiast młodziutki Łotysz Deniss Rakels jako jedyny w tym towarzystwie jest wciąż aktualnym królem. Tytuł wywalczył bowiem w 2010 roku trafiając osiemnastokrotnie dla Metalurgsu Lipawa.

Do tego zestawu można jeszcze dołączyć króla strzelców... mistrzostw świata 1994, czyli Rosjanina Olega Salenkę. Jego pobyt w Pogoni Szczecin (jesień 2000) to jednak jedna wielka kpina (1 mecz).

Jak widać dotychczasowy bilans królów strzelców wypada zdecydowanie na minus. Świetnie zaprezentował się Rengifo, nieźle Fabus, trzech dopiero wchodzi do gry a cała reszta to piach. Mając to na uwadze może i dobrze, że tak rzadko się ich ściąga do Polski:)

P.

wtorek, 22 lutego 2011
Kadafi? Nie, nie pamiętamy

Cały świat podszczypuje Włochów, że dopiero, gdy w Libii urządza się regularne pacyfikacje demonstracji, Półwysep Apeniński po cichutku szepce, że ten Muammar Kadafi to tak nie do końca w porządku gość. Przedtem nikomu nie przeszkadzała jego dyktatorska ręka i czyny przy jej użyciu popełnione, bo ropa, bo po co płacić drożej jak można taniej, a kumpel przystopuje jeszcze nielegalnych imigrantów. Ba, Kadafiego można nawet zaprosić na rzymski uniwersytet La Sapienza, żeby powiedział to i owo o zarządzaniu krajem. Tylko teraz jakoś głupio to wspominać.

Tak rumienić powinni się politycy, tak też kolorów na policzkach powinni przybrać również działacze sportowi. Oni z kolei postanowili skorzystać z faktu, że piłkę nożną umiłował sobie syn Muammara - Al-Saadi Kadafi. A jeśli lubi piłkę, to na pewno też lubi Serie A, a jeśli ją lubi, to na pewno można na tym zrobić jakiś biznes. I tym sposobem Książe, który w libijskim Al-Ittihad Trypolis był panem i władcą trafił do Włoch.

Rękę po jego pieniądze niego wyciągnęła AC Perugia i jej zakręcony prezes Luciano Gaucci. Tym sposobem Libijczyk stał się zawodnikiem tego klubu przed sezonem 2003/2004.

To że Kadafi jr nie potrafi za bardzo grać w piłkę okazało się dość szybko. Gdyby jednak nie pojawił się na boisku ani razu, to zarówno on jak i jego familia i jej pieniążki mogliby się gniewać. I tak w 32. kolejce sezonu Książe pojawił się na boisku kwadrans przed zakończeniem meczu z Juventusem. Co zabawne w tym samym czasie Libijczyk.... był udziałowcem Starej Damy. Znajomości z tego meczu pielęgnuje do dziś.

 

Perugia spadła jednak z Serie A, a u Kadafiego wykryto obecność środków dopingowych. Kara związana z tym wydarzeniem oraz ogólna kiepskość Libijczyka sprawiły, że już w Serie B nie wystąpił już ani razu.

Nieoczekiwanie jednak po odbyciu kary przeniósł się do... grającego w Lidze Mistrzów Udinese Calcio.

Motywacje kierownictwa klubu chyba były dość czytelne (money, money, money). Jeszcze wyraźniejszych kształtów nabierają one, gdy zdamy sobie sprawę jaka była rola Kadafiego w drużynie. A była taka:

Tym razem syn dyktatora na boisku pojawił się dopiero w przedostatniej kolejce sezonu 2005/2006 i zagrał "aż" 10 minut (Udinese - Calgiari 2:0). Po zakończeniu rozgrywek musiał opuścić biało-czarny pokład.

Przez pół roku nie grał w piłkę w ogóle, aż tu nagle... zgłosiła się po niego Sampdoria Genua! Libijczyk zastrzygł uszami i ochoczo zasił ten zespół zimą 2007 roku.

W Genui nie okazano mu już tyle piłkarskiego miłosierdzia i nie pozwolonu mu zagrać ani minuty w oficjalnym meczu. Po zakończeniu sezonu Kadafi senior wkurza się, że młody marnotrawi swój czas, każe mu pakować manatki i wracać do ojczyzny. I tym dyktatorskim sposobem piłkarska kariera Al-Saadiego dobiegła końca.

Trzy klubu, dwa mecze, dwadzieścia pięć minut, a wstyd dla Włochów pozostał na lata.

P.

poniedziałek, 21 lutego 2011
Album z obrazkami. "Kibicowanie jako uniwersalny język"

Książka "Kibicowanie jako uniwersalny język" pojawiła się na rynku wydawniczym już pół roku temu, ale nie było jeszcze okazji wspomnieć o tej pozycji. W zasadzie nie jest to książka a raczej książkoalbum. Ma on ukazywać uniwersalny wymiar kibicowania - czynności łączącej ludzi z różnych części świata, sprawiającej, że w swym oddaniu ukochanemu klubowi indonezyjski włóczęga staje się równy angielskiemu biznesmenowi. Co ważne, przedstawiony w książce obraz kibicowania skupia się przede wszystkim na tym co dobre - na solidarności, wspólnotowości, poświęceniu, czy zaangażowaniu, a mniej jest przemocy i bijatyk (choć i one się tu pojawiają) - o nich wystarczająco dużo jest już w gazetach codziennych.

Pomysł na takie mówienie o kibicowaniu realizowany jest w dwojaki sposób - słowem oraz obrazem. Czyli - za pomocą tekstów (artykułów, notatek, komentarzy, uwag) oraz zdjęć z różnych części świata. Idea moim zdaniem świetna - mało kto fotografuje bowiem kibiców, w czasie gdy wspierają oni swoją drużynę a nie palą flagi czy biją się między sobą. Idea więc ze wszech miar słuszna. Niestety "Kibicowanie..." rozczarowało mnie na jednym i na drugim polu.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że redaktor Michał Karaś nie miał pomysłu na rozegranie części tekstowej książki. W konsekwencji mamy tu prawdziwy groch z kapustą - jest  stricte naukowy tekst Dominika Antonowicza i Łukasza Wrzesińskiego o kibicowaniu jako uniwersalnej religii (świetny zresztą, publikowany wcześniej w "Studiach Socjologicznych"), są fragmenty raportu o ultrasach we Włoszech, jest kilka historyjek o kibicach, są wreszcie luźne impresje fotografów, których zdjęcia zaprezentowano w albumie. Jest więc sporo rzeczy. Nie ma niestety ładu i składu. A szkoda, bo można było zebrać trochę ciekawych tekstów na temat kibicowania od przedstawicieli różnych środowisk - dziennikarzy, naukowców w popularnonaukowym wydaniu (politologów, antropologów, socjologów, geografów itd.), być może przedstawicieli najciekawszych mediów społecznościowych, blogerów, samych kibiców. Na pewno sfera tekstowa byłaby wtedy o wiele ciekawsze.

W moim odczuciu zawodzą również zdjęcia. Większość z nich prezentuje wytarte już sposoby pokazywania kibiców - szerokie kadry, nacisk na masowość, nachalne podkreślanie atrybutów kibicowskich (flagi, szaliki itp.). Spodobały mi się zaledwie prace kilku fotografów: Mario Orellana, Andibachtiara Yusufa, Irawana Yani Putro, Marco Fiebera oraz Andersa Hviida. Wszystkie z dala od pompatycznego Highbury czy Old Trafford, wszystkie skupione na cichych historiach prostych ludzi.

Ale, ale, ale. To wszystko oczywiście nie znaczy, że książka jest zupełnie na straty i nie warto po nią sięgnąć. Wprost przeciwnie, można się z niej dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy. Przedtem bowiem nigdy nie słyszałem o latynoamerykańskich pionierach kibicowania soccerowi w USA - grupie Barra Brava wspierającej DC United; nie słyszałem o liverpoolskich kontekstach FC Tokio; nie słyszałem o fanatyzmie indonezyjskich kibiców; nie słyszałem wreszcie też o  kulturze "Kutten" - własnoręcznego przyozdabiania kamizelek przez niemieckich fanów.

Tak więc coś nowego się dowiedziałem, ale kilka anegdotek i zaledwie kilka fajnych zdjęć to dla mnie trochę mało. Podsumowując, brawo za inicjatywę, szkoda, że - w moim odczuciu - nie do końca przedsięwzięcie się udało, ale liczę, że być może kolejne odsłony tego projektu będą jeszcze lepsze.

Strona projektu - tutaj.

P.

wtorek, 01 lutego 2011
Wciąż nie wiadomo jak zostać mistrzem dwóch kontynentów

W sobotę zakończył się Puchar Azji 2011. Sporo o nim pisałem na ZCzuba (można tam znaleźć tekst po fazie grupowej, po ćwierćfinałach, po półfinałach i po finale). Teraz na marginesie tego turnieju jeszcze jedna zauważka.

Otóż, gdyby Australia nie poległa w finałowym pojedynku, to stałaby się pierwszą w historii piłki nożnej drużyną, która zwyciężałaby w mistrzostwach dwóch różnych kontynentów! Socceroos mają bowiem na koncie cztery zwycięstwa w Pucharze Narodów Oceanii (1980, 1996, 2000, 2004), a więc turnieju, którego zwycięzca traktowany jest jako najlepsza reprezentacja tegoż kontynentu. Japończyk (a w zasadzie Koreańczyko-Japończyk) Lee wybił jednak Australijczykom ten misterny plan z głowy i władania Oceanii z Azją połączyć się nie udało.

Być może - jeszcze nie udało. Puchar Azji 2015 odbędzie się bowiem właśnie w krainie kangurów i gospodarze na pewno będą ich murowanym faworytem.

No dobrze, ale gdyby Australia wygrała w tym turnieju, to byłaby to sytuacja bez precedensu. Ale że zdobyła drugie miejsce, to sprawa bez precedensu już nie jest. Jakkolwiek by się jednak nie zżymać na takie transkontynentalne akcje, to nie jest to w futbolu nowość.

Najlepszym przykładem tutaj jest Meksyk. Zwyciężał on ośmiokrotnie w mistrzostwach Ameryki Północnej i Środkowej (najpierw CONCACAF Championship a później od 1989 roku Gold Cup - 1965, 1971, 1977, 1993, 1996, 1998, 2003, 2009). Jakby było mu tego mało, to starał się również o podbicie Ameryki Południowej. Bardzo chętnie bowiem korzystał z zaproszeń na turniej Copa America - pojawiał się na nim aż siedmiokrotnie (wszystkie turnieje od 1993 roku, w tym roku też się pojawi). Do tego zachowywał się bardzo nieelegancko, ponieważ jako gość kilka razy przetrzepał reprezentantów Ameryki Południowej. Dość powiedzieć, że w latach 1993 oraz 2001 zdobywał srebrny medal a w latach 1997, 1999 i 2007 - brązowy.

Podobnie sprawa ma się z USA. Stany Zjednoczone na swoim kontynencie najlepsze były czterokrotnie - w edycjach 1991, 2002, 2005 i 2007. Drugą z Ameryk próbowały natomiast podbić w latach 1993, 1995 i 2007. Szczególnie drugie podejście było dość groźne, ponieważ poskutkowało czwartym miejscem w turnieju.

Z bardziej uznanych piłkarsko państw przykład czasem chciały brać i te mniejsze państewka. Kostaryka (mistrz CONCACAF w latach 1963, 1969 i 1989) zagrała w Copie trzykrotnie (mistrz CONCACAF 1997, 2001 i 2004) a Honduras (taki maluśki, a triumfował na kontynencie w 1981 roku) wystąpił raz w 2001 roku (w miejsce rezygnującej z udziału w kolumbijskim turnieju Argentyny), ale za to od razu ukręcił brązowy medal.

Chrapkę na zawojowanie południowoamerykańskiego kontynentu miał nawet... mistrz Azji - Japonia. W 1999 roku Błękitni Samurajowie z jednym tytułem najlepszej ekipy swojego fyrtla (1992) wyruszyli na podbój Paragwaju i okolic. Trip skończył się fiaskiem, ale... nic straconego. Już za kilka miesięcy futboliści z Kraju Kwitnącej Wiśni, już czterokrotni mistrzowie Azji (1992, 2000, 2004, 2011),  będą mogli znów spróbować łapę na drogocennym tytule.

Żeby jednak nie było, że Ameryka Południowa taka biedna i obcy chcą jej grać na nosie, to teraz spójrzmy na pozakontynentalne popisy reprezentacji z tego kontynentu. Prym wiedzie oczywiście Brazylia - ośmiokrotny zwycięzca Copa America (1919, 1922, 1949, 1989, 1997, 1999, 2004, 2007). Canarinhos mieli trzy razy chrapkę na tytuł najlepszej drużyny Gold Cup, ale choć kręcili się wokół najwyżego stopnia podium, to nigdy na niego nie weszli (srebro w 1996 i 2003 roku, brąz w 1998 roku). W tych rozgrywkach grała również Kolumbia (mistrz Ameryki Południowej w 2001 roku), Peru (królujący na swoim kontynencie w 1939 i 1875 roku) oraz Ekwador. Kolumbijczycy w trzech grach (2000, 2003 i 2005) ugrali srebro  (2000) i 3-4. miejsce (2005), a Peruwiańczycy w swym jedynym występie zajęli 3-4. miejsce (2000).

Żeby było jeszcze ciekawiej, Amerykę Północną i Środkową próbowały podbić również reprezentacje z Azji i Afryki! Ci pierwsi to mistrzowie Azji 1956 i 1960, południowi Koreańczycy (dwa starty w edycjach 2000 i 2002; w tym drugim turnieju wywalczyli czwarte miejsce), ci drudzy to mistrzowie Afryki 1996 z Republiki Południowej Afryki (udział w Gold Cup 2005 roku). Na szczęście w CONCACAF ktoś poszedł po rozum do głowy i od 2007 roku zamiast spraszać zespoły z całego świata, do turnieju po prostu kwalifikuje się więcej ekip z kontynentu. Swoją drogą - najbliższy Gold Cup już w czerwcu, będzie ciekawie.

Natomiast na plus Azji, Afryce, Europie oraz Australii i Oceanii (czy tak to się teraz nazywa?) można poczytać to, że te kontynenty nigdy nie spraszały obcych na swoje wewnętrzne boje.

OK, ale ktoś powie, ale to troche inne sytuacje. To, o czym gościu piszę, to występy gościnne, a Australia po prostu zmieniła sobie kontynent! Fakt, Australijczycy w 2006 roku "zmienili sobie kontynent", a dokładnie kontynentalną federację. Czy z takimi migracjami piłkarsko-kontynentalnymi mieliśmy już może do czynienia. Odpowiedź brzmi: prawie tak, ale nie do końca.

Równie wyjątkowa w tym wymiarze (a w zasadzie jeszcze bardziej wyjątkowa) jest bowiem sytuacja Izraela. Do 1972 roku należał on do federacji azjatyckiej i regularnie startował w Pucharze Azji. Ba, raz w nim nawet zwyciężył (1964), dwa razy był drugi (1956, 1960) a raz trzeci (1968). Później na skutek różnych politycznych czynników, które ze sportem nie mają nic wspólnego Izrael zawieszony był w próżni, później należał do... federacji Oceanii, potem do... federacji afrykańskiej, a następnie do... południowoamerykańskiej!!! Dopiero w 1994 roku Izrael został członkiem UEFA. I choć w finałowym turnieju mistrzostw Europy nigdy nie zagrał, to szansa na podbicie dwóch kontynentów - Azji i Europy - stoi przed nim otworem.

Szansy takiej nie będzie mieć natomiast Kazachstan. Po upadku ZSRR długo zwierał on piłkarskie szeregi. Wreszcie przystąpił do azjatyckiej federacji piłkarski i był jej członkiem w latach 1996 - 2002. W tym czasie odbyły się dwa turnieje finałowe Pucharu Azji, ale do żadnego z nich Kazachom nie udało się zakwalifikować. Nie dziwne więc, że orientalne towarzystwo szybko im zbrzydło i z nieznaych mi powodów od 2002 roku Kazachstan jest członkiem UEFA. Jednak i droga na piłkarskie EURO okazała się dla niego jak na razie zbyt wyboista.

Jak więc widać w dzisiejszym świecie nie ma rzeczy niemożliwych. Jak ktoś chce to może być mistrzem dwóch różnych kontynentów. Tylko jak na razie nikt jeszcze nie wie jak to zrobić.

P.