Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 21 lutego 2013
Słaby Milan też pamiętam

Oglądając wczoraj rossonerrich punktujących Katalończyków uświadomiłem sobie, że fani urodzeni w latach osiemdziesiątych albo dziewięćdziesiątych (czyli np. ja) praktycznie cały czas obcują z Milanem lokującym się w absolutnej europejskiej czołówce. Drużyna z Mediolanu, licząc od 1990 roku do 2012 roku, wywalczyła siedem mistrzostw Włoch, cztery wicemistrzostwa i cztery Puchary Europy (vel triumfy w Lidze Mistrzów). Daje to w sumie całkiem ładnie zapełnioną gablotkę. Nie pamiętamy za to już choćby występów Milanu w Serie B (początek lat 80-tych). Dlatego też, chyba z wrodzonej przekory, podczas wczorajszego spotkania przypomniały mi się dwa najczarniejsze za mojego życia sezony w wykonaniu AC Milan  - 1996/1997 i 1997/1998.

W zasadzie nic nie zwiastowało tragedii. Prowadzeni przez Fabio Capello mediolańczycy zdobywali mistrzostwa w rozgrywkach 1991/92, 1992/93, 1993/94, (1994/1995 - 4. miejsce) i 1995/96. Klub regularnie się wzmacniał i przed rozpoczęciem sezonu 96/97 mógł się pochwalić piękną załogą z takimi tuzami jak Baresi, Costacurta, Desailly, Maldini, Tassotti, Albertini, Ambrosini, Boban, Davids, Savicevic, Baggio, Dugarry, Simeone i Weah. Rok wcześniej siłę rażenia tej ekipy mogło sprawdzić Zagłębie Lubin (0:4 i 1:4). Na papierze wszystko więc się zgadzało, ale rossonerri przestali nagle... grać w piłkę. Najpierw Milan nie zdołał awansować z przeciętnej grupy w LM, kompromitując się zarazem domowymi porażkami z FC Porto (2:3) i Rosenborgiem (1:2) oraz wyjazdową z IFK Goeteborg (1:2). Potem przyszły żenujące występy w Serie A. Mediolańczycy przegrywali z kim popadło, a z niektórymi czynili to w nad wyraz efektowny sposób. Do dziś w Turynie wspomina się wygrany przez Juve aż 6:1 (!) wyjazdowy mecz.

W sumie w 34 meczach piłkarze Milanu uzyskali obezwładniający bilans 11-10-13. W trakcie sezonu poleciała głowa Capello, jego następcy Urugwajczyka Oscara Tabareza (dziś selekcjoner Urusów) i też jego następcy Giorgio Moriniego, a sezon dokończył Arrigo Sacchi. Wszystko to złożyło się na 11. miejsce w tabeli na koniec sezonu. Najniższe w ostatnim ćwierćwieczu. Masakra.

Po rozgrywkach Sacchi spasował, a zastąpił go... Capello. Nowy-stary trener obiecał zmianę i z kopyta wziął się do czystek. Przed rozgrywkami 97/98 karierę zakończył Baresi, odprawiono Baggio, Simone, Dugarrego, Eranio i Davidsa. Przyszli za to nowi - Kluivert, Ziege, Ganz, Maccarone, Leonardo, Maniero, Ba. Efekty jednak nie przyszły. Mediolańczycy pierwsze zwycięstwo odnotowali dopiero w piątej kolejce, a cały sezon zakończony został efektownym bilansem jednego zwycięstwa w dziesięciu ostatnich spotkaniach. Największą klapą okazał się transfer Kluiverta (tylko 6 goli). Holender doczekał się nawet pięknego klipu z serii the best of.

Do tego dochodziły naprawdę spektakularne baty, które milaniści zbierali w niektórych spotkaniach. Znowu były baty od Juventusu (1:4), ale największy blamaż to zdecydowanie porażka 0:5 z AS Roma (polecam skrót, szczególnie bramki nr 1, 3 i 4).

AC Milan zakończył rozgrywki na 10. miejscu. Psychicznie nie wytrzymał tego wszystkiego Capello, nie wytrzymali też jego szefowie i po sezonie trenera pożegnano. Na jego miejsce przyszedł Alberto Zaccheroni i... od razu wywalczył mistrzostwo Włoch. Ale to już inna para kaloszy.

P.

poniedziałek, 18 lutego 2013
Aneks do życia w Izraelu

Ciekawe historie pisze życie, szczególnie jeżeli dotyczy ono Bliskiego Wschodu i... futbolu.

Skończyłem niedawno czytać świetną książkę Pawła Smoleńskiego "Balagan. Alfabet izraelski". Pozycja ta została wydana - co ważne - w 2012 roku, więc autor tworzył ją pewnie z rok, może dwa lata wcześniej. W rozdziale poświęconym miastu Jerozolima pisze:

Jerozolimski Beitar, jeden z najstarszych i najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich w Izraelu, nie zatrudniał nigdy żadnego Araba i nie zamierza tego zrobić, choćby w lidze izraelskiej mieli zbierać baty. Kibole Beitaru to nacjonalistyczna ekstrema, jakiej w Izraelu nigdzie indziej się nie znajdzie.

Choć Arabów w drużynie wciąż nie ma, to kilka dni po tym jak zakończyłem lekturę, pojawili się w niej muzułmanie. Pod koniec stycznia zawodnikami Beitaru została dwójka pochodzących z Czeczeni zawodników -  Zaur Sadajew i Gabriel Kadiew.

Więcej o tych przenosinach można przeczytać tutaj. Pseudokibice pokazali, że naprawdę nie są zadowoleni z tego transferu, więc... podpalili siedzibę klubu. Więcej o tym wydarzeniu można poczytać tutaj.

Władze Beitaru jednak się nie ugięły i zawodnicy zadebiutowali w nowej drużynie - o debiucie tutaj. W sprawę mocno zaangażował się burmistrz Jerozolimy, a apel do kibiców wystosował także premier premier Izraela Beniamin Netanjahu. Jak dalej potoczą się sprawy? Na Bliskim Wschodzie jakiekolwiek przewidywanie przyszłości zupełnie mija się z celem.

Przy okazji - Smoleński jeszcze jeden fragment poświęca piłce nożnej. Jest on niemniej smakowity.

Abbas Suan, były piłkarz arabskiego klubu Bnei Saknin (trenowanego niegdyś przez radykalnego syjonistę Eyala Lahmana, który uznał, że rozbudzone, skrajne uczucia narodowe, w tym wypadku arabskie, są w stanie wykrzesać z zawodników największą siłę; Lahman jest po dzień dzisiejszy bohaterem nacjonalistycznego po arabsku miasta), stał się narodowym herosem Izraela. To Suan w eliminacjach do mistrzostw świata w Niemczech (przegranych w ostatnim momencie) strzelił w 90. minucie meczu z Irlandią decydującą o remisie bramkę.

Suan bił pokłony w stronę Mekki, a stadion wariował ze szczęścia, powiewając flagami z gwiazdami Dawida. Gazety pisały, że Suan zrobił więcej dla żydowsko-arabskiego pojednania niż wszyscy politycy razem wzięci.

Po tym wydarzeniu, jak pisze Smoleński, pojawiające się na izraelskich murach radykalne hasło "No Arabs - no bombs" zamieniane często było w prasie w "No Arabs - no goals". Więcej o sprawie można poczytać - po angielsku - tutaj i tutaj. Cudowne, prawda?

Dziennikarski obowiązek każe mi doświetlić sytuację. Eliminacje do MŚ 2006 były jednymi z najlepszych kwalifikacji Izraela w ostatnim czasie. Rywalami reprezentacji z Bliskiego Wschodu były wówczas Francja, Szwajcaria, Irlandia, Cypr i Wyspy Owcze. Mimo to Izrael nie przegrał w nich żadnego meczu. Osiemnaście punktów nie wystarczyło jednak nawet do baraży - Francuzi uzbierali 20 pkt., a Helweci tyle samo, ale.. mieli lepszy bilans bezpośrednich spotkań (0:0 i 2:2). Jeżeli jednak przypomnimy sobie udział Izraela w barażach do EURO 2000, to może jednak dobrze, że tym razem drużyna się na nie nie załapała.

P.

Czytaj także:

Wciąż nie wiadomo jak zostać mistrzem dwóch kontynentów

wtorek, 12 lutego 2013
Teczki polskiej piłki. "Nieczysta gra. Tajne służby a piłka nożna"

Bura historia PRL-u kryje w sobie wiele czynów, o których woleliby dziś nie pamiętać ich bohaterowie. Szybka kariera, próżność, chęć przypodobania się władzy, trudna sytuacja życiowa, szantaż - te wszystkie czynniki oraz wiele innych sprawiały, że w czasie komuny wiele osób decydowało się na współpracę ze smutnymi ludźmi w długich płaszczach. W tym towarzystwie nie zabrakło także osób związanych z polskim sportem. To przede wszystkim o nich jest książka "Nieczysta gra. Tajne służby a piłka nożna" pod redakcją Sebastiana Ligarskiego i Grzegorza Majchrzaka.

Temat teczek, agentów i tajnych współpracowników pojawia się niczym kukułka w polskim dyskursie publicznym. Nazwiska piłkarzy pojawiają się w nim wówczas jednak rzadko. Można byłoby więc pomyśleć, że futbolowe środowisko było czyste jak łzy księżniczki. Tak jednak oczywiście nie było. "Nieczysta gra" już chociażby z tego względu jest pozycją godną uwagi. Wskazuje bowiem, że okolice zielonych boisk były umoczone w brudne relacje z aparatem państwa równie mocno jak i wszystkie inne grupy. Dodatkowo wiele przytoczonych w książce anegdot to historie, które rzadko przedtem trafiały do fanów piłki nożnej. Jacy "bohaterowie" skrywają się więc na kolejnych stronach?

Jednym z nich jest legenda polskiego komentatorstwa - śp. Jan Ciszewski.

Popularny Cis nie tylko genialnie radził sobie za mikrofonem, ale również miał wiele słabości - był nałogowym hazardzistą i często zaglądał do kieliszka. Jego kariera była też wspomagana przez przychylne oko władzy. Ciszewski był wieloletnim kontaktem operacyjnym Służby Bezpieczeństwa ps. "Sprawozdawca" oraz informatorem Milicji Obywatelskiej ps. "Walek". Donosicielską aktywnością komentatora po latach najbardziej zdziwieni byli ci, którzy traktowali go jako bliskiego kolegę - np. wypowiadający się nieraz w książce ówczesny kapitan Górnika Zabrze Stanisław Oślizło.

Niezwykle smakowity jest także tekst o tym, w jaki sposób Roman Kosecki został wyciągnięty z Gwardii i wsadzony do Legii, a nie do... Wisły Kraków. Za wszystkim stała próba sił różnych mundurów, a najmocniejsze karty okazał się mieć gen. Kiszczak. Jakich użył narzędzi do operacji transplantacji Kosy - odsyłam już do książki.

Inne ciekawe historie, o których można poczytać to choćby opis podchodów służb mundurowych pod mecz Górnik - Manchester w marcu 1968 roku (wiadomo - to w końcu marzec '68) oraz o podobnej 'opiece' roztaczanej nad naszą kadrą podczas mundialu w Meksyku w 1986 roku. Kolejny rozdział poświęcony jest także zakulisowym tarciom wokół sprawy "bandy czworga", czyli afery na Okęciu z 1980 roku ze Zbigniewem Bońkiem, Józefem Młynarczykiem, Władysławem Żmudą i Stanisławem Terleckim. Można również dowiedzieć się w jaki sposób MŚ 1982 przeżywali więźniowie polityczni internowani w Białołęce oraz ile kłopotów sprawił on Służbie Bezpieczeństwa - przecież trwał wtedy stan wojenny! Sporo miejsca poświęca się także kibicom Lechii Gdańsk i ich antysystemowemu zaangażowaniu.

Dla mnie największą wartość tej książki stanowi to, że przypomina, że polska piłka nożna w okresie sprzed 1989 roku naszpikowana jest ponurymi typami, którzy w wolnej Polsce wyjątkowo dobrze się ustawili. Przykłady?

Jerzy Gruba - prezes Wisły Kraków w latach 1985-1990 (!), generał brygady MO, o jego działalności - tutaj i tutaj.

Zbigniew Jabłoński - prezes PZPN w latach 1986-1989, funkcjonariusz MSW, komendant wojewódzki MO w Krakowie. Praktycznie do samej śmierci (listopad 2012 roku) był przewodniczącym Klubu Seniora w PZPN.

Zdzisław Kapka - przedstawiać nie trzeba, etat w milicji oraz współpraca z SB. Po 1989 prezes i wiceprezes Wisły Kraków, ŁKS i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski.

Od siebie dorzucę jeszcze dwa inne nazwiska:

Andrzej Placzyński - były porucznik Służby Bezpieczeństwa, zarejestrowany jako por. Andrzej Kafarski. Miał nieoficjalnie pracować dla XIV wydziału I Departamentu MSW. Dziś szara eminencja polskiej piłki i szef polskiego oddziału firmy SportFive. Wiedza o nim do poszerzenia tutaj i tutaj.

Jerzy Kaziów - znany w Poznaniu napastnik Olimpii i Dyskobolii miał dosłużyć się w SB stopnia kapitana, a wcześniej trzy lata być na etacie w MO.

Pewnie można zaraz zacząć narzekać, że po co o tym wszystkim dziś znowu pisać, grzebać się, wykopywać trupy itd. Nie twierdzę, że te persony powinni być izolowane od społeczeństwa (choć np. w przypadku Placzyńskiego i Kapki wszystkim z pewnością wyszłoby to na dobre), ale twierdzę, że warto wiedzieć, kto współtworzył polską piłkę trzy dekady temu, a często współtworzy też ją także dzisiaj.

P.

środa, 06 lutego 2013
Zdziwiony świat patrzy na chłopców Charltona, czyli złote lata zielonej piłki

"Irlandio, nie przeszkadzaj!" - krzyczał błagalnie w dniu meczu, przed ponad dwudziestu laty, niezapomniany tytuł na pierwszej stronie katowickiego 'Sportu'. Do Poznania przyjechał jednak jeden z najlepszych wówczas narodowych zespołów na całym Starym Kontynencie, który do rozmarzonych o szwedzkim Euro biało-czerwonych miał identyczną prośbę: nie przeszkadzajcie nam! Skończyło się na tym, że październikowym wieczorem 1991 roku, murawę w stolicy Wielkopolski obie drużyny opuszczały ze zwieszonymi głowami. Jednak nim to się stało, zespół Boys in Green zdążył już przeżyć najpiękniejszą część swej futbolowej złotej epoki.

O tym, że taka epoka w ogóle kiedykolwiek dla Irlandczyków w przyrodzie zaistnieje, mogli po nocach śnić tylko najbardziej niepoprawni marzyciele. Zespół z Zielonej Wyspy przez całe dziesięciolecia niespecjalnie bywał zagrożony awansem do jakiejkolwiek ważnej piłkarskiej imprezy (choć momentami całkiem dzielnie sobie poczynał, choćby walcząc, nieskutecznie ostatecznie, o przepustki do ME 1976 oraz MŚ 1982). Gdy więc podopiecznym nowego, angielskiego selekcjonera Irish Boys - Jackie Charltona przyszło się mierzyć w eliminacyjnej grupie do Euro ’88 aż z trzema finalistami, dopiero co zakończonego meksykańskiego Mundialu, zapewne w niewielu irlandzkich sercach tlił się choć nikły promyk nadziei na nawiązanie równorzędnej walki z faworyzowanymi rywalami. Jednak już pierwszy i wydawałoby się najtrudniejszy mecz eliminacyjnych zmagań, przyniósł sensacyjny wyjazdowy remis 2:2 na osławionym Heysel ze znakomitą wówczas belgijską drużyną (czwarte miejsce na MŚ Mexico ’86). Dwie niekwestionowane gwiazdy irlandzkiego futbolu: Frank Stapleton (kapitan reprezentacji, wyśmienity piłkarz Arsenalu i Manchesteru United, dla których łącznie uzyskał 135 goli; grał też m.in. w Ajaksie, Blackburn) oraz Liam Brady, swymi ważnymi trafieniami, nie tylko zapewnili własnemu zespołowi bezcenny punkt, ale pokazali swym kolegom, że jako zespół stać ich naprawdę na wiele. Kiedy po golu wieloletniego obrońcy Liverpoolu Marka Lawrensona, chłopcy Charltona niespodziewanie przywieźli ze Szkocji komplet punktów, powoli i nieśmiało do świadomości fanów reprezentacji z zielonej Wyspy zaczynało przemykać podejrzenie, że dzieje się coś naprawdę istotnego w całej historii irlandzkiego futbolu. Irlandczycy jednak bezbramkowo podzielili się punktami z Belgami, co sprawiło że zdecydowanie najkorzystniej, rzec by można wręcz komfortowo, przedstawiała się na finiszu sytuacja Bułgarów, którzy do pełni szczęścia potrzebowali zaledwie punkciku w dwu ostatnich meczach w Wyspiarzami z Irlandii i Szkocji. Podopieczni Jackie Charltona, którzy zwietrzyli swą niepowtarzalną szansę, pokonali w arcyważnym pojedynku w Dublinie Bułgarię 2:0 (bramki: Paul McGrath i Kevin Moran).

Pomogli więc swym marzeniom o Euro na tyle, na ile było ich stać. Teraz mogli już tylko liczyć na cud, czyli na to, że Bułgarzy stojący już właściwe jedną nogą na niemieckim turnieju, 11 listopada 1987 roku na swym gorącym terenie, doznają porażki ze Szkotami, którzy z kolei o nic już przecież nie walczyli. Mecz w Sofii sprawiał wrażenie potyczki towarzyskiej, której wszyscy uczestnicy zaznajomili się jeszcze przed spektaklem ze scenariuszem oraz rolami jakie mają w nim do odegrania. Spotkanie to wydawało się być jedynie drobną, choć konieczną niestety przystawką do wspaniałej fiesty z okazji fetowania bułgarskiego awansu, która za kilkadziesiąt minut niechybnie miała nastąpić. Cudownie ogląda się ostatnie, leniwe minuty tej sofijskiej potyczki, gdy futbolówka chodzi od nogi do nogi bułgarskich piłkarzy, a wokół boiska nabuzowane entuzjazmem i przygotowane do radosnego wtargnięcia na murawę po końcowym gwizdku sędziego kilkadziesiąt tysięcy bułgarskich kibiców. Wielu irlandzkich piłkarzy ponoć powyłączało w domach telewizory w końcówce spotkania. Nie chcieli uczestniczyć w tym ponurym dla nich spektaklu. I nagle jakieś przypadkowe dalekie wybicie od szkockiego bramkarza Leightona, jakiś brutalny wślizg bułgarskiego obrońcy, ale piłka jest już w polu karnym i nieznany szerzej światu ni przedtem, ni potem, młodzieniaszek z Hearts - Gary Mackay strzela na trzy minuty przed końcem spotkania swą jedyną w reprezentacji bramkę (zagra w niej zresztą łącznie zaledwie czterokrotnie), zasiewając przerażającą ciszę w całej Sofii oraz psując wspaniałe święto całej Bułgarii, by podarować je jeszcze wspanialsze - uszczęśliwionej Zielonej Wyspie.

Bułgarzy płaczą, są zdruzgotani. Jest wśród nich na boisku Michajłow, są młodziutcy Penew i Stoiczkow. Za 6 lat futbolowa historia spektakularnie im to wynagrodzi, a oni, teraz tak boleśnie ograbieni z udziału w wielkim turnieju, uczynią potem to samo Francuzom, w ostatnich sekundach meczu drąc w strzępy ich marzenia o amerykańskim Mundialu. Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzą, są załamani. Irlandia natomiast szaleje z radości.

Irish Boys zupełnie niespodziewanie dołączają więc do ścisłej futbolowej elity ośmiu najlepszych reprezentacji Starego Kontynentu. Trafiają do grupy z Anglikami, ZSRR oraz Holandią i niemal zgodnie są skazywani przez fachowców na pożarcie przez każdą z tych ekip. Tym bardziej, że na niemiecki turniej nie dane było pojechać najwspanialszej ówczesnej wizytówce irlandzkiego futbolu, znakomitemu graczowi m.in. Arsenalu, Juventusu, Sampdorii i Interu, strzelcowi decydującego gola podczas towarzyskiego acz historycznego, dublińskiego zwycięstwa nad Brazylią (1:0) - Liamowi Brady. Jednak już pierwszy mecz reprezentantów Zielonej Wyspy, przekonał wszystkich, że choć powszechnie lekceważeni przez potentatów, to jednak na Euro nie znaleźli się oni przypadkiem. Zwycięstwo 1:0 odniesione na stuttgarckim Neckarstadionie nad odwiecznym angielskim rywalem było ogromną sensacją. Wielu irlandzkich fanów do dziś opowiada, że tamten czerwcowy dzień, tamten moment, gdy Ray Houghton w 6 min. spotkania, strzałem głową ulokował piłkę w bramce Shiltona, to najpiękniejsze chwile w całym ich życiu. Jakże wymowny i niesamowity jest obrazek, gdy Jackie Charlton, tuż po golu, który daje jego zespołowi sensacyjne prowadzenie w meczu z jego własnymi rodakami, niemal z niedowierzaniem łapie się za głowę i odwraca się z uśmiechem w kierunku irlandzkich kibiców.

Po meczu w Stuttgarcie cała piłkarska Europa zastyga w zdumieniu nad zjawiskiem nowej, zielonej siły na futbolowej mapie Starego Kontynentu. Kilka dni później podopieczni Charltona ponownie potwierdzają swą klasę w meczu z ZSRR. Irish Boys znów obejmują sensacyjne prowadzenie po fenomenalnym golu Ronnie Whelana, jednak czerwonej piłkarskiej potędze udaje się uratować remis.

 

Irlandczykom, którzy jeszcze do niedawna traktowani byli w kategoriach dostarczyciela punktów, wystarczy teraz remis w pojedynku z Holendrami do medalu Mistrzostw Europy! Jednak tym razem futbolowe szczęście zdecydowanie sprzyja pomarańczowym. Zdobywają oni w samej końcówce spotkania dość kuriozalną bramkę, po przedziwnej rotacji jakiej nadał futbolówce strzał rezerwowego Wima Kiefta, a Irlandczycy z poczuciem niedosytu, ale i ogromnie szczęśliwi z powodu wspaniałej turniejowej przygody, jaką przeżyli - wracają do domu. Obok Holendrów są jednak zespołem o którym mówi się po tym Euro najwięcej. Tak niewiele zabrakło im przecież do turniejowego kruszcu, zaledwie kilku minut i odrobiny szczęścia. A warto przypomnieć, że w swej grupie na Euro podopieczni Charltona dali się wyprzedzić jedynie późniejszym mistrzom (Holandia) oraz wicemistrzom Europy (ZSRR). Podczas niemieckiego turnieju, piłkarska Irlandia pokazała się jednak całemu futbolowemu światu w swej pełnej krasie, a świat się nią zachwycił i się w niej zakochał.

Charlton wprowadził więc swych chłopców na salony i wspólnie postanowili, że tak szybko nie dadzą się już teraz z nich wygonić. Boys in Green idą za ciosem, wywalczając również przepustkę do swego pierwszego, historycznego Mundialu. Na dzień dobry turniej Italia ’90 częstuje Irlandczyków znów potyczką z Anglikami. Już bez Stapletona, którego w funkcji kapitana zastąpił znakomity obrońca Mick Mc Carthy (grał m.in. w Manchesterze City, Celtiku oraz Lyon), ale za to z kilkoma ciekawymi, nowymi twarzami w podstawowej jedenastce jak Steve Staunton czy Andy Townsend, stanęli Irish Boys naprzeciw dumnych synów Albionu w gorący czerwcowy wieczór w Cagliari. Na Sardynii tym razem odwieczni rywale podzielili się punktami. A na bramkę Gary Linekera z pierwszych minut spotkania odpowiedział wspaniałym trafieniem w 72 min., znakomity pomocnik Evertonu - Kevin Sheedy.

Niespodziewany bezbramkowy remis z Egiptem popsuł nieco nastroje fantastycznym kibicom z Zielonej Wyspy, ale już kolejny podział punktów z aktualnymi Mistrzami Europy - Holendrami, który uratował dla Irish Boys Niall Quinn w końcowej fazie meczu - zapewnił chłopcom Jackiego Charltona upragniony awans z grupy. A potem prawdziwa batalia z Rumunią, zwieńczona kolejnym, czwartym już z rzędu na włoskim Il Mondiale remisem Irlandczyków oraz znakomitą paradą Bonnera w serii jedenastek, który broniąc strzał z wapna Daniela Timofte, zapewnił swym kolegom przepustkę do ćwierćfinału (decydującą bramkę z 11 metrów uzyskuje David O’Leary).

Pat Bonner płaczący ze szczęścia na murawie stadionu w Genui, po zwycięskich karnych z Rumunią, bo oto spełniają się rzeczy, o których jeszcze kilka lat temu nawet nie śmiałby pomarzyć, to najkrótszy, najpiękniejszy i najwymowniejszy zarazem obrazkowy komentarz do tej niezwykłej historii irlandzkiego piłkarskiego kopciuszka, z którego Jackie Charlton uczynił wspaniałą księżniczkę na najważniejszym futbolowym balu. Boys in Green są więc teraz w gronie ośmiu największych potęg świata! 30 czerwca 1990 roku, na rzymskiej arenie Stadio Olimpico, wspierani własnymi ścianami gospodarze turnieju, dzięki akcji tercetu Baggio-Giannini-Donadoni oraz trafieniu niezawodnego na Il Mondiale Toto Schillaciego, wyszarpują zwycięstwo nad chłopcami Charltona. Ale Irish Boys na Italia ’90 potwierdzają swą ogromną klasę. Teraz są już zespołem, który szanować muszą nawet największe tuzy światowego futbolu. Należą do prawdziwej futbolowej elity globu.

Jednak przed zielonym zespołem stoi już kolejne wyzwanie. Awansować znów do grona ośmiu najlepszych drużyn Starego Kontynentu i powtórzyć na szwedzkiej ziemi, piękną przygodę z niemieckiego Euro - byłoby z pewnością czymś wspaniałym. Irlandczycy nie zamierzają tracić czasu, więc na dobry początek efektownie gromią Turków w Dublinie 5:0. Potem czeka ich kolejna już odsłona batalii irlandzko-angielskich. Dwukrotnie pada remis 1:1, najpierw na Zielonej Wyspie Tony Cascarino wyrównuje w 79 min., a potem na Wembley Niall Quinn ustala wynik po pół godzinie gry. O wszystkim zadecydować miały więc spotkania z Polakami, którzy również nie zamierzali oddawać pola w walce o przepustki do Szwecji. W przeciwieństwie do Anglików, podopieczni Charltona nie potrafili uzyskać kompletu punktów na własnym terenie w pojedynku z biało-czerwonymi. 1 maja 1991 roku na dublińskim Lansdowne Road po zażartej walce padł bezbramkowy remis.

16 października 1991 r. na stadionie w Poznaniu obie drużyny potrzebowały zatem kompletu punktów. W zespole Charltona wystąpiło tego dnia sześciu graczy, którzy posmakowali gry zarówno na Euro ’88, jak i Italia ’90 (Bonner, Moran, Morris, Sheedy, Mc Grath i Cascarino), ale zagrał też młodziutki, wchodzący dopiero do zespołu Roy Keane. To był dziwny, emocjonujący, momentami porywający, chwilami irytujący, niezapomniany mecz. Choć Polacy strzelili Irlandczykom aż 3 gole (do tamtego wieczora, sztuka taka za kadencji Charltona nie udała się nikomu, a przecież Irish Boys grali przez te lata z najlepszymi drużynami na świecie), to mimo wszystko nie zdołali wygrać tego spotkania. Nie zdołali, bo tego dnia koszmarnie zagrała biało-czerwona defensywa. Osłabiona brakiem Romana Szewczyka, a dyrygowana przez Dariusza Wdowczyka grała wręcz zadziwiająco katastrofalnie. Dariuszowie - Wdowczyk i Kubicki, dotąd filary reprezentacyjnego zespołu zdawali się być istną piątą kolumną Boys in Green. Byli tacy, którzy nieśmiało i jak najbardziej anonimowo już wtedy wskazywali na fakt, iż liczne żałosne wręcz kiksy naszych eksportowych defensorów, nieudane zagrania, czy nieudaczne pułapki ofsajdowe zastawiane na swych klubowych kolegów z ligi szkockiej i angielskiej (Bonner, Morris i Cascarino dzielili w Glasgow szatnię z jednym z dzielnych Dariuszów, zaś Mc Grath i Staunton w Birmingham z drugim z nich) miały niejedno dno. Gdy dziś po latach, raz jeszcze oglądam, jak pewien ówczesny obrońca Celtiku w biało-czerwonej koszulce, próbuje łapać na spalonego ówczesnego napastnika Celtiku, podczas której to zasadzki, napastnik ów spokojnie zdobywa bramkę na 3:1 dla swego zespołu, to stać mnie wyłącznie na to, żeby tylko gorzko uśmiechnąć się pod nosem. Nie do śmiechu było za to na pewno polskiemu selekcjonerowi. Andrzej Strejlau zdjął Kubickiego już w 33 min. spotkania (potem oficjalnie tłumaczył, że obrońca Aston Villa grał z urazem, o którym nie poinformował trenera), Wdowczyk dograł mecz do końca, ale nigdy więcej nie dostał już żadnej poważnej szansy od Strejlaua (choć do tej pory był prawdziwą ostoją w jego drużynie). Meczem w Poznaniu z polską kadrą pożegnał się również jej kapitan - Ryszard Tarasiewicz. W odstawkę poszedł też Wandzik, któremu Strejlau przestał ufać, stawiając od tej pory na Jarosława Bako. Ale wracając do samego spotkania. Prowadzenie dla Irish Boys uzyskał już w 12 min. nie pilnowany przez nikogo Paul Mc Grath. Wyrównał, krótko po przerwie, rozgrywający fantastyczne spotkanie Piotr Czachowski, którego po tym spotkaniu zapragnęła mieć w swych szeregach m.in. londyńska Chelsea. Potem kabaretowe występy naszej defensywy umożliwiają Irlandczykom uzyskanie dwóch trafień w przeciągu zaledwie siedmiu minut (Townsend i Cascarino). Polacy próbują odrabiać straty. Kontaktową bramkę zdobywa Jan Furtok. Strejlau ściąga z boiska ospałego Tarasiewicza i wprowadza ożywiającego poczynania biało-czerwonych, grającego na własnych śmieciach Dariusza Skrzypczaka. Na 4 minuty przed końcem spotkania Czachowski fantastycznie zagrywa do Jana Urbana, a ten pokonuje załamanego Bonnera. Polacy jeszcze rzucają się do ataku na zamroczonego rywala, który wypuścił z rąk niemal pewne zwycięstwo, ale wynik nie ulega już zmianie. Ten remis jest porażką dla obu ekip.

 

Nadzieje na Euro ’92 odżyją na chwilę jeszcze miesiąc później, zarówno dla jednych (Polacy, prowadząc z Anglikami do przerwy, mogą czuć się finalistami, gdyż w tym samym czasie Irlandia zaledwie remisowała z Turkami; gdy Boys in Green po trafieniach Cascarino i Byrne wychodzą na prowadzenie w Turcji, a Anglicy wciąż przegrywają w Wielkopolsce, to podopieczni Charltona są jedną nogą w turnieju), ale wyleczy ich z nich boleśnie wyrównujące trafienie niezawodnego Gary Linekera w Poznaniu.

Turniejowy post piłkarzy z Zielonej Wyspy nie trwa jednak długo. Jackie Charlton znów wprowadza swych chłopców na Mundial ’94. Tam niezawodny Ray Houghton raz jeszcze (podobnie jak w 1988 r. w meczu z Anglią) przechodzi do historii irlandzkiej piłki, znów strzelając bramkę w pierwszym zwycięskim meczu swej drużyny na mistrzostwach świata (na Il Mondiale ’90 Irish Boys nie wygrali żadnego spotkania). Sensacyjna wiktoria nad Włochami jest pięknym rewanżem za ćwierćfinałową porażkę sprzed 4 lat, a zarazem stawia Irlandczyków w znakomitej pozycji wyjściowej do dalszych grupowych zmagań.

Potem tak różowo już nie będzie. Porażka z Meksykiem 1:2 (honorowe trafienie uzyskał John Aldridge) i remis z Norwegią (0:0) promują Boys in Green do następnej fazy rozgrywek, ale tam trzeba już uznać wyższość Holendrów (0:2).

Ci sami Holendrzy, którzy zatrzymali piękną zieloną przygodę na niemieckim Euro ’88 oraz wyrzucili Irish Boys z amerykańskiego World Cup ’94, zagrodzili również drogę podopiecznym Jackie Charltona do udziału w angielskim Euro ’96. Po przegranym barażu z pomarańczowymi (0:2) w Liverpoolu 13 grudnia 1995 roku, po niespełna 10 latach i 94 spotkaniach spędzonych na selekcjonerskim zielonym stołku, zakończył swą fascynującą współpracę z reprezentacją Irlandii twórca jej największych sukcesów - Sir Jack Charlton. W tym czasie z bardzo przeciętnego zespołu uczynił drużynę, która była zaledwie o krok zarówno od medalu Mistrzostw Europy, jak i świata. Wprowadził swych zielonych chłopców na trzy wielkie turnieje, choć przedtem przez całe dziesięciolecia nie udało im się posmakować tego typu imprezy ani razu. Pat Bonner, Paul Mc Grath, Ray Houghton, Ronnie Whelan, John Aldridge i Tony Cascarino to zawodnicy, którzy biegali po murawie podczas każdego ze wspomnianych trzech turniejów, na których udział umożliwił im trenerski geniusz Charltona. Później Boys in Green jeszcze dwukrotnie zawitali na wielkie piłkarskie imprezy (Mundial 2002 i Euro 2012), ale to piękna epoka wspaniałej drużyny Jackie Charltona pozostanie zapewne jeszcze na długie lata punktem odniesienia dla wszelkich irlandzkich marzeń i snów o futbolowej zielonej potędze.

jch88

R.