Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 26 lutego 2019
Lech Poznań w Udine, konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością

 udine_trojkat

Z jednej strony, pewnie bardziej żal mi odpadnięcia Lecha Poznań z Bragą w 2011 roku. W następnej rundzie czekał słynny Liverpool, a skoro rewanż oglądałem na własne oczy na pięknym stadionie wykutym w skale, to i rozgoryczenie doznane wtedy w Portugalii siedzi w człowieku głębiej.

Z drugiej jednak strony, wokół meczu z 26 lutego 2009 roku ze Stadio Friuli, też postawiłem solidny ołtarzyk w swojej pamięci. Lech w Udine zagrał najlepsze 45 minut, jakie w życiu widziałem - tak zapamiętałem tę pierwszą połowę włoskiego rewanżu. Nie dobre, bardzo dobre, czy świetne - najlepsze! Do obejrzenia powtórki tego spotkania, równo po dekadzie, podchodziłem więc ze strachem podobnym do tego, gdy po latach odwiedzamy miejsce kultowe dla nas w młodości albo spotykamy kumpla z dzieciństwa. Ze strachem przed odczarowaniem legendy. Przed rozczarowaniem, że owszem, może i Lech zagrał z wielką pasją z Austrią Wiedeń (tę powtórkę mam za sobą), może i mógł wygrać z Deportivo La Coruna, ale tak naprawdę więcej wokół drużyny Franciszka Smudy jest mitu niż było rzeczywistej jakości.

Teraz wątpliwości nie mam. Jak na warunki polskiej ligi w XXI wieku, Lech Poznań 2008-2009-2010 to była ekipa niemal wybitna. Ta pierwsza połowa z Udine jest specyficzna o tyle, że choć Kolejorz miał mnóstwo szans na gola - za chwilę do nich przejdziemy - to nie były to okazje tak stuprocentowe jak np. te Arboledy i Wilka z Deportivo czy Rudnevsa z Bragą (po niej była jeszcze poprzeczka Wilka). A jednak płynność i tempo, w którym poznaniacy wyprowadzali ataki (i nie były to tylko kontrataki) pokazują, jak świetnie wyszkoleni to byli grajkowie.

Nie chodzi mi tylko o tych, którzy pewnie w pierwszej kolejności kojarzą się z tamtym podbojem Pucharu UEFA - o zaciąg z lata 2008 (Robert Lewandowski, Manuel Arboleda, Semir Stilić; Sławomir Peszko w Udine nie zagrał przez kontuzję) i strzelców kluczowych goli (Rafał Murawski i Hernan Rengifo). Owszem, oni przeciw Udinese zagrali kapitalnie. Nie wiem jednak, czy najlepsi na boisku podczas tej fenomenalnej pierwszej połowy nie byli dwaj inni graczy, pozostający zawsze trochę w cieniu wymienionej grupy gwiazd.

Tomasz Bandrowski w Udine wyczyniał cuda zarówno w odbiorze, jak i w rozegraniu piłki, Grzegorza Wojtkowiaka w ofensywie chwilami było aż za dużo, bo potem brakowało go na prawej obronie. Oglądanie ich gry w meczu Udinese - Lech to wielka przyjemność.

Lech według Franciszka Smudy ten mecz miał zacząć spokojnie i... nie wyszło. Nie minęło sto sekund gry, a już Pasquale wybijał piłkę z bramkę po strzale Stilicia. Nie minęło pięć minut - a strzał Rengifo z pola karnego został zablokowany, a lechici po swoim drugim rzucie rożnym niefartem minęli się z piłką.

Potem była jeszcze ta akcja Bandrowski - Rengifo z Lewandowskim, który nie sięgnął podania. Następna akcja, przejęcie piłki zaraz po wybiciu bramkarza Belardiego - i gol. Też po świetnej akcji. Wymieńmy aktorów tej sceny: Stilić walczy w powietrzu, Rengifo wycofuje piłkę, Murawski zgrywa ją głową, dalej na spokoju Bandrowski, Bosacki, Arboleda i Djurdjević, Bandrowski przyspiesza, Murawski wycofuje do Djurdjevicia, by ten przesunął akcję podaniem do Lewandowskiego, kolejne podanie, szybka wymiana Rengifo - Stilić - Rengifo, po dwunastu podaniach w końcu strzał Peruwiańczyka i gooool! - To jest właśnie Lech Poznań w europejskich pucharach! - krzyknął Maciej Iwański, komentujący mecz w TVP.

Stilić - Lewandowski - Rengifo to był trójkąt piłkarzy, którzy dobrze się rozumieli, dysponowali świetną techniką i nie wahali się jej użyć, jednocześnie nie przesadzając z niepotrzebnymi popisami (nawet Bośniak, jak na niego, myślał i zagrywał szybko w Udine). W drugiej połowie, już przy 1:1, ich współpraca doprowadziła Roberta Lewandowskiego do dwóch niezłych sytuacji. Szczerze - w ogóle o nich nie pamiętałem.

Trudno do dziś pojąć, że Lech na koniec kadencji Franciszka Smudy, w ekstraklasie dał się wyprzedzić i Wiśle, i Legii. W tabeli strzelców, było podobnie - Brożek i Chinyama skończyli z 19 golami, Lewandowski z 14, a Rengifo i Stilic - z dziewięcioma.

To oczywiście teza, której prawdziwości nigdy nie sprawdzimy, ale uważam, że gdyby Lech przeskoczył Udinese, to nawet jeśli w kolejnej rundzie by poległ z Zenitem St. Petersburg, na fali pucharowego entuzjazmu, nie wypuściłby prowadzenia w lidze.

Jeśli na kimś nie robi wrażenia skład Udinese Calcio z tamtych gier, z Antonio Di Natale i Fabio Quagliarellą oraz Kwadwo Asamoahem (który po prawie 150 meczach w Juventusie, został podstawowych graczem Interu), to podrzucę jeszcze wyniki Włochów z tamtej edycji Pucharu UEFA: Borussia Dortmund 2:0 i 0:2 (karne 4:3), Tottenham Hotspur 2:0, Spartak Moskwa 2:1, Dinamo Zagrzeb 2:1, NEC Nijmegen 0:2.

UDINEKT21Pewnie, można powiedzieć, że to było tylko pół meczu, że na końcu liczy się wynik, że Lech we Włoszech przegrał i odpadł. Ale popatrzcie jeszcze raz na te akcje, zastanówcie się, jak często polskie drużyny grały tak na tle rywala z top 5 europejskich lig. Dla mnie gra Lecha w Udine znaczy więcej niż np. wygrana z Fiorentiną, którą mogłem podziwiać z trybun we Florencji, ale która, bądźmy szczerzy, była dość szczęśliwa i przypadkowa. 

"Piłkarze Lecha po końcowym gwizdku sędziego z Holandii przykucnęli na trawie podłamani. Za kilka tygodni, miesięcy czy lat, ten okres i ten start będą pewnie wspominać z czułością" - zakończenie relacji Wyborczej z Włoch, piórem Radosława Nawrota i Piotra Leśniowskiego, okazało się prorocze. Od jesieni 2010 roku podbój europejskich pucharów jest w Poznaniu tylko wspomnieniem. Lech od pewnego czasu podaje frekwencję przy Bułgarskiej, z wyszczególnieniem liczby dzieci do lat 13 - na spotkaniu z Legią było ich 1,5 tys. To młode pokolenie fanów, tamtych dni chwały w Europie nie pamięta - zasługuje, by samemu takie mecze przeżyć.

Udinese Calcio - Lech Poznań 2:1 (0:1)

Gole: 0:1 Rengifo (12. minuta), 1:1 Pepe (57.), 2:1 Di Natale (90.)

Udinese: Belardi - Zapata, Coda, Domizzi, Pasquale (77. Luković) - Inler, D'Agostino, Asamoah, Pepe (52. Isla) - Quagliarella (46. Floro Flores), Di Natale.

Lech: Turina - Wojtkowiak (83. Kikut), Bosacki, Arboleda, Djurdjević - Bandrowski, Murawski, Injac (71. Wilk) - Lewandowski, Stilić - Rengifo.

B.

Miki w chorwacką kratkę

Przy okazji świetnych występów Damiana Kądziora w Dinamie Zagrzeb przypomniała mi się przygoda innej gwiazdy polskiej ekstraklasy w tym chorwackim klubie. Ta przygoda rozpoczęła się dwadzieścia lat temu, choć trudno dzisiaj wskazać dzienną datę. Oto bowiem w lutym 1999 roku zawodnikiem ówczesnej Croatii Zagrzeb został Grażvydas Mikulenas. I nie podbił serc kibiców tego klubu :)

miku__dinamo

W obecnym składzie Dinama znajdziemy cały zastęp twarzy znanych z polskiej ligi: wspomniany już Kądzior, Dilaver, Situm, Bjelica na ławce. Wówczas jednak kierunek obrany przez Litwina był bardzo zaskakujący. Bardzo! Croatia była chorwacką potęgą, ale z polskiej perspektywy potęgą dość egzotyczną. Nigdy nie dotarł tam żaden piłkarz z naszej ligi, żaden futbolista tego klubu nigdy nie grał też nad Wisłą. Czyli zaskoczenie, a jego skala była tym większa, że Croatia była częstym bywalcem Ligi Mistrzów i ekipą o wiele silniejszą niż nasze najlepsze drużyny.

Mikulenas trafił tam po dwóch dobrych latach (wiosna 1997 - jesień 1998) spędzonych w Polonii Warszawa, podczas których uzbierał 62 mecze i 22 gole. Litwin był czołowym napastnikiem polskiej ligi, choć raczej nie jej topową gwiazdą. A tu nagle transfer do uczestnika LM (jesienią Chorwaci toczyli boje z FC Porto, Ajaksem i Olympiakosem). I to podobno za 750 tysięcy euro! Jednak zaskoczenie, jednak mały szok, jednak dobry menedżer :)

Do jakiej drużyny przybył popularny Miki? Oto kadra Croatii wiosną 1999:

Bramkarze: Tomislav Butina, Dražen Ladić, Ivan Turina, Vladimir Vasilj
Obrońcy: Mario Cvitanović, Goran Jurić, Damir Krznar, Tomislav Rukavina, Daniel Šarić, Danijel Štefulj, Mario Tokić, Stjepan Tomas, Goce Sedloski (Macedonia)
Pomocnicy: Mario Bazina, Igor Bišćan, Joško Jeličić, Krunoslav Jurčić, Mihael Mikić, Robert Prosinečki, Edin Mujčin (Bośnia i Herzegowina), Nermin Šabić (Bośnia i Herzegowina)
Napastnicy: Domagoj Abramović, Ardian Kozniku, Josip Šimić, Tomo Šokota, Gražvydas Mikulėnas (Litwa), Kazuyoshi Miura (Japonia)

Czytelnicy, którzy pamiętający drugą połowę lat 90-tych dojrzą w składzie wielkie asy chorwackiej piłki takie jak Prosinecki, Simic czy Ladic, a w ich tle przyszłe gwiazdki, jak Sokota, Saric, Tomas czy Biscan. Dodatkowo Ladic, Juric, Prosinecki, Kozniku, Vasilj, Simic i Jurcic byli brązowymi medalistami MŚ 1998. Mocna ekipa, bez dwóch zdań.

Nigdzie nie udało mi się wyszperać kiedy Mikulenas zadebiutował w nowym zespole, ale najpewniej było to w jeszcze w lutym (być może było to premierowe spotkanie rundy wiosennej z NK Mladost 127. Suhopolje [3:0]). Tym niemniej całościowy dorobek Mikiego wygląda tak:

Wiosna 1999: 11 meczów i 3 gole (mistrzostwo 1999)
Jesień 1999: 4 mecze i 1 gol (mistrzostwo 2000)

Sami widzicie, że szału nie było. Litwin był rezerwowym i nigdy nie miał szans podskoczyć wyżej. W ataku prym wiedli Simic i Sokota. O ile jednak wiosną wchodził w miarę regularnie na boisko i nawet trafiał do siatki, o tyle jesienią, gdy trenerem był słynny Osvaldo Ardilles już rzadko podnosił się z ławki. Jego największym osiągnięciem z pierwszej rundy sezonu 1999/2000 był jedyny w życiu kontakt z fazą grupową Ligi Mistrzów. Litwin siedział na ławce rezerwowych w przegranym domowym meczu Croatii z Olympique Marsylia (1:2).

Wobec braku sukcesów Mikulenas na początku 2000 roku wrócił do Polonii Warszawa i nawet pomógł jej wywalczyć mistrzostwo, choć już tylko w roli jokera.

Mikulenas nie podbił Zagrzebia, bo zwyczajnie chyba nie był w stanie tego zrobić. Piłkarsko odstawał od bardziej utytułowanych kolegów. Zaliczył jednak fajną przygodą i na pewno nie ma na co narzekać.

Pewnym pocieszeniem dla niego może być fakt, że jego kompanem i zarazem rywalem do występów w chorwackim ataku był legendarny Japończyk Kazuyoshi Miura (dzisiaj ma urodziny!).

miku__miura

I tenże Miura wiosną 1999 zaliczył 12 meczów bez żadnego gola! Obaj panowie - w dowód "zasług" - figurują w zestawieniach fatalnych transferów Croatii z tamtego okresu. Chyba nie o takie zapisanie się w historii Dinama chodziło, ale życie nie zawsze układa się tak jak się planuje. Koniec końców pozostają tylko dobre wspomnienia, a i miłe życie w Chorwacji i solidne pieniądze z tego pobytu na pewno do takich należą.

P.

Czytaj także:

Donatas Vencevicius - inny znany i lubiany Litwin w Polsce

czwartek, 14 lutego 2019
Albańczyk słodszy niż Beckenbauer

Przeczytałem właśnie książkę Małgorzaty Rejmer "Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii".

boto

To poruszająca i napisana z dużą wrażliwością lektura. Autorka oddaje w niej głos ofiarom reżimu Envera Hodży. Ukazuje kulturę donosów i absurdalność reżimowych wyroków. Jedna z przywoływanych historii dotyczy... futbolu.

Mój kuzyn dostał dwa lata więzienia, bo podczas meczu Albania - RFN powiedział: "Ten Beckenbauer to jest znakomity gracz!". Siedział w domu kultury w grupie kilkudziesięciu osób, chwilę później ktoś gwizdnął, ktoś zawołał, ktoś się poderwał, "goool!". Niby nic się nie stało. Wyrok, uzasadniał sędzia, jest odpowiednio surowy. W końcu wychwalając niemieckiego piłkarza, skazany znieważył piłkarzy albańskich, podeptał ich godność, co wymiar sprawiedliwości wycenił na dwa lata. (s. 143-144).

Pomijając się oczywiście wszystkie inne kwestie związane z tą opowieścią zacząłem zastanawiać się o jakim meczu opowiada Rejmer jej rozmówca. Poszperałem i okazało się, że za czasów Hodży odbyły się trzy spotkania Albańczyków z Niemcami, w których grał Beckenbauer: RFN - Albania 6:0, 1967, Albania - RFN 0:1, 1971 oraz RFN - Albania 2:0, 1971 (przy okazji - mecze z 1971 roku toczone były w ramach eliminacji do EURO 1972, a pozostałymi rywalami w grupie były Turcja i Polska).

A tak w ogóle to obie nacje mierzyły się czternastokrotnie (ostatnio w ramach el. MŚ 2002). Bilans spotkań nie pozostawia złudzeń - 13 zwycięstw Niemców i jeden remis (0:0 w 1967 roku; może dlatego, że nie grał wtedy Beckenbauer?). Co ważne jednak Albańczycy zwykle nad wyraz dzielnie wojowali z naszymi zachodnimi sąsiadami. Tylko dwukrotnie przegrali więcej niż dwoma golami (jak popuszczali cugle to solidnie - 0:6 w 1967 i 0:8 w 1981), najczęściej były to jednobramkowe porażki (ośmiokrotnie).

Ja osobiście zapamiętałem sobie dwa spotkania z 1997 roku (el. MŚ 1998) podczas których Albańczycy napędzili sporo strachu Niemcom. U siebie polegli oni po ładnym boju 2:3 (oglądałem ten mecz, a przynajmniej jego fragmenty, w telewizji, bodaj SAT1; sam nie wiem dlaczego; do dzisiaj pamiętam te albańskie lufy z karnych!). Skrót tutaj. W drugim zaś, po fantastycznym spotkaniu, przegrali 3:4, tracąc gola w 91. minucie. Skrót tutaj.

Choć Albańczycy ciągle znajdują się w trudnej sytuacji i wciąż w ich głowach tkwi reżim "dobrego wujaszka Envera", to są już wolni. To trudna wolność, ale pozwala ona choćby doceniać grę Beckenbauera.

P.

wtorek, 12 lutego 2019
Turcja - polska i zaskakująca

1200px-S%C3%BCper_Lig_logo.svg

W miniony weekend Michał Pazdan zadebiutował w MKE Ankaragucu. Przy okazji jego transferu uwagę, chyba nie tylko moją, na kilka chwil przyciągnął futbol znad Bosforu. Pogrzebałem trochę w tamtejszej piłce i trafiłem na kilka ciekawych historii.

Nadchodzi Basaksehir

Fascynująco rozwija się historia Instanbul Basaksehir FK. Ta anonimowa przez długi czas ekipa (powstała w 1990 roku) dopiero w 2015 roku wywalczyła awans do SuperLig. Jednak już w rozgrywkach 2015/2016 i 2016/2017 zajęła 4. miejsce (el. LM), a w poprzednim sezonie do końca walczyła o mistrzostwo Turcji, ostatecznie zajmując 2. miejsce.

Wydaje się jednak, że w obecnym sezonie nic nie powinno już stanąć na drodze klubu po krajowy czempionat. Teraz zespół ma sześć punktów przewagi nad drugą Galatą.

Fascynuje skład Basaksehiru. Zasobna kiesa i polityczna sympatia Erdogana sprawiły, że ekipa naszpikowana jest gwiazdami. W składzie znaleźć można takie asy jak Robinho, Emmanuel Adebayor, Demba Ba, Arda Turan, Gael Clichy, Eljero Elia, Emre Belozoglu, Gokhan Inler czy Serdar Tasci. Na ławce Abdullah Avci, były selekcjoner reprezentacji Turcji. Aż się zmęczyłem wymieniając!

Mnie jednak najbardziej ucieszył widok byłego zawodnika naszej ekstraklast. Pamiętacie Stefano Napoleoniego? Lata 2006-2008 spędził w Widzewie Łódź. Potem z sukcesami występował w Grecji (Levadiakos i Atromitos), a od początku 2016 roku jest piłkarzem Basaksehiru.Choć pełni zwykle rolę rezerwowego, to i tak pojawia się na boisku w co drugim spotkaniu.

Do poczytania bardzo ciekawe teksty o Basaksehir - po polsku tutaj (Leszek Milewski rules) i tutaj, po angielsku tutaj (Guardian) i tutaj (These Football Times)

Sadajew, Nakoulma i spółka

W poszukiwaniu byłych zawodników naszej ekstraklasy warto pochylić się nad klubowymi kadrami. W MKE Ankaragucu obok Pazdana znajdziemy Zaura Sadajewa (nie udał mu się powrót do Groznego - 42 mecze i 10 goli w ciągu 3,5 roku) i Thibaulta Moulina (jemu jeszcze bardziej nie udał się pobyt w PAOK Saloniki - wiosną 2018 zaliczył tam raptem dwa mecze). FC Nantes na Rizespor (obecnie w strefie spadkowej) zamienił Prejuce Nakoulma (dotychczas 4 mecze i 1 gol). Do gry w Konyasporze po personalno-zdrowotnych problemach wrócił także Abdou Razack Traore. Wreszcie włoskie Benevento na turecki Maltayspor zamienił - w ramach wypożyczenia do końca sezonu - Guilherme. Jak na razie radzi tam sobie świetnie (18-4), a jego zespół walczy o grę w europejskich pucharach.

Danijel Aleksic. Kto?

No właśnie, Maltayspor. Jednym z głównych architektów jego sukcesów jest Danijel Aleksic. Nie kojarzycie? Nie dziwię się. Piłkarz jak meteor przeleciał przez Lechię Gdańsk. Jesienią 2014 zaliczył w niej trzy spotkania, do tego mecze w rezerwach. Potem trafił do szwajcarskiego Sankt Gallen. Przez 3,5 roku spisywał się tam na tyle dobrze, że transfer zaproponował mu właśnie Maltayspor. Serb z miejsca stał się gwiazdą drużyny. W trwającym sezonie ma już 9 goli (do tego trzy w pucharze). Jest na trzecim miejscu w klasyfikacji najlepszych strzelców Superlig (ex aequo m.in. z Robinho).

Ekstraklasowe zaplecze

Ciekawe - z polskiej perspektywy - rzeczy dzieją się na zapleczu ekstraklasy, czyli w tamtejszej 1. Lig. Liderem klasyfikacji strzelców jest Marco Paixao (16 goli w 21 kolejkach), ale jego Altay Izmir dołuje (11. miejsce).

Bardziej szokujący wydaje się jednak czwarty (ex aequo z trzema innymi zawodnikami) snajper zaplecza. To Nadir Cifti, który jeszcze niedawno nie potrafił przebić się do składu Pogoni Szczecin (8 meczów w lidze, 2 w PP). W tym sezonie zanotował już osiem trafień dla Genclerbirligi.

Natomiast dwa gole dla Ümraniyespor Kulübü zaliczył Boubacar Dialiba (kiedyś Cracovia). Inny były zawodnik Pasów - Matic Fink gra w Bolusporze.

Natomiast jedyny polski gol na zapleczu w tym sezonie pozostaje dziełem Jakuba Koseckiego (Adana Demirspor, 9. miejsce). Lepiej od niego radzi sobie bramkarz Adam Stachowiak - jest podstawowym golkiperem lidera tabeli Denizlisporu.

Turkish Delight!

Przy okazji Turcji poczytajcie też wywiady z polskim alfą i omegą w zakresie futbolu w tym kraju, Filipem Cieślińskim - tutaj, tutaj oraz tutaj (1) /tutaj (2). Tak, to autor cudownej, dostępnej za darmo w sieci, książki "Turkish Delight. Przewodnik po tureckim futbolu".

P.

czwartek, 07 lutego 2019
Emiliano Sala i czarne łabędzie

BlackSwan900

Historię świata budują przede wszystkim procesy linowe, kumulatywne, narastające, rozwijające się stopniowo, nawet jeśli czynią to w szybkim tempie. Kiedyś znajdują się w fazie zalążkowej, później rozbudowanej, wreszcie schyłkowej. Kapitalizm, technologie, państwa, media itd. W tych kategoriach możemy opisywać otaczającą nasz rzeczywistość.

Czarne łabędzie

Jednocześnie nie możemy pominąć zjawisk niespodziewanych i zaskakujących, które swoim nagłym pojawieniem się stawiają świat na głowie. Trzęsienia ziemi, krachy, katastrofy. Nassim Taleb określa takie wydarzenia mianem "czarnych łabędzi" - wydarzeń niezwykle rzadkich, znajdujących się na samym krańcu ogona rozkładu prawdopodobieństwa, ale wywierających olbrzymi wpływ na otoczenie i świat.

Emiliano Sala i czarne łabędzie

Dla mnie przykładem takiej sytuacji jest tragiczna historia Emiliano Sali, którą futbolowy świat żyje od kilkunastu dni. Piłkarz zginął w katastrofie lotniczej podczas lotu do swojego nowego klubu - Cardiff City. Do poczytania o sprawie choćby tutaj.

Sytuacja tragiczna, kompletnie szokująca i zaskakująca. Nikt nie pomyślał, że może dojść do takiego dramatu. Piłkarz zmierzał od starego pracodawcy do nowego. Ale nie dotarł. Wielki smutek i żal.

Dalej już jednak kończy się empatia, a zaczynają twarde rachunki. Władze Nantes domagają się pieniędzy za transfer swojego zawodnika. Wszak go, pardon za określenie, wydały. Władze Cardiff City z kolei nie kwapią się do zapłaty. Wszak, jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, zawodnika nie mają. Więcej do poczytania o tym sporze tutaj.

Czy prawo przewiduje takie sytuacje? Jak je rozstrzygać? Czy w kolejnych kontraktach znajdą się klauzule regulujące takie okoliczności? Jakieś formy ubezpieczenia? Czy piłkarze podczas zmian klubów będą mieli zakaz latania prywatnymi samolotami? A w jaki będą mogli docierać do nowego pracodawcy?

Gdy w lutym 2013 roku deszcz meteorytów spustoszył rosyjski Czelabińsk wszyscy byli w szoku. Dzisiaj firmy ubezpieczeniowe w Rosji oferują polisy na wypadek takich wydarzeń w przyszłości (podciągnęły go pod takie wydarzenia jak burze czy grad).

Świat zmienia się nie tylko przez mrówcze budowanie, ale również przez tragedie i katastrofy.

Jeśli kogoś interesują piłkarskie "czarne łabędzie" oraz ich rola w budowaniu tożsamości kibiców, to odsyłam do tekstu, który kiedyś popełniłem wraz z kol. Radkiem Kossakowskim. Polecam lekturę tutaj.

P.

 
1 , 2