Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 15 listopada 2011
Po latach długich i szarych jak spodnie Gabora Kiraly, Węgrzy chcą znów być wielcy

Gabor Kiraly

Reprezentacja Węgier, która we wtorek zagra w Poznaniu z Polską, przegrała trzynaste eliminacje z rzędu i nie zagra na Euro 2012. Ma jednak młodych kandydatów na gwiazdy, którzy we wrześniu pokonali Szwecję w meczu o punkty.


Budapeszt, stoisko z pamiątkami.

- Czy są koszulki reprezentacji Węgier?

- Tak. Bez nazwiska albo z Ferencem Puskasem.

Ferenc Puskas (w czwartek minie piąta rocznica jego śmierci) to symbol Węgier i zdaniem wielu najlepszy gracz w historii futbolu. W 85 meczach reprezentacji zdobył 84 bramki. FIFA przyznaje nagrodę jego imienia za najpiękniejszego gola roku. Turyści mogą kupić jego biografię, film dokumentalny "Puskas Hungary" czy replikę piłki sprzed pół wieku.

Gdy pytam sprzedawcę, czemu nie ma koszulek współczesnych graczy, tylko macha ręką. Nie chce gadać o upadku futbolu w miejscu, gdzie narodziła się drużyna, którą podziwiał cały świat.

Węgier ciągle grał na granicy między życiem i śmiercią; jego historię charakteryzował trudny do uchwycenia fatalizm: jeśli cokolwiek wygrał, zaraz potem przegrywał

By zobrazować, jak spora przepaść dzieliła na początku lat 50. resztę piłkarskiego świata od Węgrów, nie wystarczy chyba przytoczyć obrazu obecnej reprezentacji Hiszpanii czy fenomenalnej FC Barcelona. Nie wystarczą też same wyniki, choć te oszałamiają.

Węgrzy byli niepokonani przez ponad cztery lata i 30 spotkań. Swój triumfalny marsz zaczęli od meczu z Polską, 4 czerwca 1950 roku. Madziarzy niemiłosiernie bili kolejnych rywali, nawet 12:0 czy 8:0. Na drodze chcieli im stanąć dumni Anglicy, którzy do rywalizacji z zespołami z kontynentu zniżali się niechętnie, uważając je z definicji za słabsze. Przez Węgrów doznali pierwszej w historii porażki na Wembley (3:6), spotkanie ochrzczono "meczem stulecia". Anglia domagała się rewanżu, więc poniosła klęskę 1:7, do dziś największą w dziejach kadry.

"Złotej jedenastce" zabrakło zwycięstwa w najważniejszym momencie, w finale mistrzostw świata w Szwajcarii w 1954 roku. Po tym, jak w pierwszej rundzie Węgrzy pokonali Niemców 8:3, do głowy nikomu nie przyszło, że mogą z nimi przegrać finał. Przegrali 2:3.

Władze komunistyczne uznały wicemistrzostwo świata za porażkę. Węgry zostały najlepszą drużyną w historii, która nie wygrała mundialu.

Teraz o samym awansie na mistrzostwa globu czy Europy mogą tylko pomarzyć. Ostatni raz kadra gościła na piłkarskich salonach w Meksyku w 1986 roku.

Jesienią 1997 roku, by wejść do baraży o mundial we Francji, Węgrzy nie mogli przegrać ostatniego meczu w Finlandii. Do remisu doprowadzili w ostatniej minucie. Nadzieja wróciła na krótko, w barażach brutalnie zgasiła ją Jugosławia. Po batach 1:7 w Budapeszcie (rewanż 0:5) węgierska gazeta zatytułowała relację "Jedenastka komediantów".

W przypadku Węgrów pesymizm to stan umysłu. Większość z nich to mistrzowie olimpijscy w pesymizmie, a pozostali zajmują drugie miejsce

Świat przypomniał sobie o węgierskim futbolu w smutnych okolicznościach. W styczniu 2004 roku na boisku upadł, a wkrótce potem zmarł na serce Miklos Feher, piłkarz Benfiki Lizbona, uznawany za największy talent madziarskiego futbolu.

Dwa lata temu o perłach znad Dunaju mówiło się już tylko radośnie. Reprezentacja do lat 20 zdobyła w Egipcie brązowy medal mistrzostw świata. Jej losy to danie przyprawione naprawdę ostro. Drużyna Sandora Egervariego wyszła z grupy, choć pierwszy mecz przegrała 0:3. Włochów ograła po dogrywce, a Czechów i Kostarykę (o brąz) po rzutach karnych. Młodzieżową kadrę witały w Budapeszcie tłumy. Nie byłoby tego medalu, gdyby nie gole pomocnika Vladimira Komana (pięć), napastnika Krisztiana Nemetha (trzy) i obrońcy Zsolta Korcsmara (jeden). Wszyscy trzej zostali powołani do kadry Sandora Egervariego, teraz już selekcjonera kadry seniorów, na spotkanie z Polską. Korcsmar (w norweskim Brann Bergen obserwował go "Kolejorz") i Nemeth (był piłkarzem Liverpoolu) do Poznania nie przyjadą, odnieśli kontuzje w piątkowym meczu z Liechtensteinem 5:0. Będzie za to najlepszy strzelec medalistów z Egiptu, pomocnik Vladimir Koman z Sampdorii Genua. Jego klub spadł w maju z Serie A, ale do tego czasu zaliczył we włoskiej ekstraklasie prawie pół setki meczów.

Węgrzy z utęsknieniem wypatrują czasów, w których będzie im się wiodło, ale ponieważ już tyle razy się zrazili, pozostaje obawa, że ich lepsze jutro nigdy nie nadejdzie

Uznaną marką w Anglii cieszy się za to 29-letni Zoltan Gera. W Premier League strzelał gole takim zespołom jak Chelsea, Manchester United czy Manchester City. Największą furorę zrobił jednak w Lidze Europejskiej. W sezonie 2009/2010 doprowadził Fulham do finału. Strzelił sześć goli, w tym dwa przeciw turyńskiemu Juventusowi i jednego w półfinale, na wagę wyeliminowania Hamburger SV!

Zoltan Gera

Gera to też kapitan i lider reprezentacji Węgier, która niemal do końca eliminacji walczyła w trudnej grupie o awans do Euro 2012. Madziarzy na wyjeździe pokonali Finlandię i Mołdawię, a w spotkaniu z wicemistrzami świata, Holendrami, na kwadrans przed końcem remisowali 3:3 (dwa gole Gery, skończyło się wygraną gospodarzy 5:3). Potężnym sukcesem Węgrów jest jednak przede wszystkim triumf 2:1 nad Szwecją, dwa miesiące temu. Strzelców bramek z tego boju, Imre Szabicsa i Gergely Rudolfa, w Poznaniu zabraknie.

Będzie za to 24-letni pomocnik Balazs Dzsudzsak, kolega klubowy Samuela Eto'o i Roberto Carlosa w Anży Machaczkała, który zamienił PSV Eindhoven na ok. 2,5 mln euro rocznych zarobków w stolicy Dagestanu. Będzie kwartet piłkarzy (Jozsef Varga, Zsolt Varga, Peter Czvitkovics i Robert Feczesin), którzy dwa lata temu grali z Debreczynem w Lidze Mistrzów, drugim węgierskim klubie (po Ferencvarosie Budapeszt w 1995 r.) w elitarnych rozgrywkach.

Do Wielkopolski znów zawita Gabor Kiraly. 35-letni bramkarz w barwach Herthy Berlin grał przeciw Amice Wronki i Groclinowi Dyskobolia Grodzisk Wlkp. Od czasu Meksykanina Jorge Camposa i jego odblaskowych koszulek, Gabor Kiraly to najbardziej charakterystycznie ubrany golkiper na świecie. Długie, szare spodnie dresowe, jak od piżamy - to jego znak rozpoznawczy.

Przeżył w nich pięć lat temu najbardziej wstydliwą klęskę w historii węgierskiego futbolu, porażkę 1:2 z Maltą w el. Euro 2008. Wysłużonych dresów nie porzuca, tak jak nie porzuca kadry. Chciałby z nią awansować na mundial w Brazylii, który odbędzie się 60 lat po przeklętych finałach w Szwajcarii.

B.

Pierwszy cytat to słowa Laszlo Ravasza z opracowania na temat tożsamości Węgrów z 1939 r. Drugi i trzeci pochodzą z książki ''Poradnik ksenofoba. Węgrzy'' Miklosa Vamosa i Matyasa Sarkoziego.

Jak św. Paweł Attylę ujarzmił cz.I

Jak św. Paweł Attylę ujarzmił cz. II. Futbol na Węgrzech   

poniedziałek, 14 listopada 2011
Jak prasa sportowa się sprzedaje, czyli kup pan okładkę

Znowu w temacie ''Wszystko na sprzedaż''. Kolejna granica absurdu i śmieszności została niestety przekroczona. Przegląd Sportowy o skandalicznej sprawie zniknięcia godła ze strojów reprezentacji Polski ledwo napomknął. Teraz wiemy już czemu: oto dzień po meczu z Włochami, zamiast zdjęcia z Wrocławia, PS dał swoim czytelnikom do ręki reklamę Nike. Najzabawniejsze jest to, że abstrahując od porażki, zdjęcie cieszącego się Jakuba Błaszczykowskiego nie byłoby aż tak absolutnie od czapy. Wystarczyło, że strzeliłby karnego (czy wówczas, zgodnie z poleceniem sponsora, miałby wytrenowaną mimikę i ruch ręki pod zdjęcie?). Na szczęście nie strzelił (w tym przypadku) i żenada zaprezentowana została w pełnej krasie.

To zdecydowanie I nagroda żenującego wpychania kibicom reklamy. Ale rywalizacja o miejsce na podium jest naprawdę wyrównana.

Wcześniej Nike promował inny swój wybitny produkt, jakim były obsydianowe koszulki. Zaczynamy kategorię: zdjęcia ustawiane.

Magazyn Futbol 4/2010

Podstawowe wrażenie jest takie, że buty się nosi na rękach...

świeży Magazyn Futbol 2/2011

Piłka Nożna Plus 4/2009

... ewentualnie na ramieniu. Ale to już Adidas.

Magazyn Futbol 8/2011

Półśrodków nie uznaje wydawca serii gier FIFA. Kupuje okładki tylu czasopism (żeby nie było - komputerowych też), że mnogość wariantów każe budzić szacunek: tu gierka w łapci, tu joypady, tu napis na koszulce, a tu po prostu żywcem okładka na okładce.

Piłka Nożna Plus 10/2011

 Piłka Nożna 39/2010

Piłka Nożna Plus 10/2010

Futbol News 75/117/2010


Piłka Nożna Plus 10/2009

Tu ciekawy kolaż: na koszulce trzy paski, w kieszeniach pady do konsoli. No, to już prawie przekaz podprogowy.


Magazyn Futbol 10/2009

Swoje do powiedzenia ma też Pepsi, które od czasu do czasu promuje swoje logo. Ale tu szok, bo żaden piłkarz na okładce nie żłopie z puszki czy butelki z hasłem ''Z Pepsi nasi chłopcy są najlepsi!''.

Magazyn Futbol 5/2010

 Piłka Nożna Plus 6/2009

Piłka Nożna Plus 5/2010

Po Pepsi w wersji light pora na mocniejszą dawkę wpychania kijem reklamy zawiniętej w okładkę. O ile w przypadku gier FIFA na okładkach reklamowych znaleźli się chociaż piłkarze, to po całości pojechał Magazyn Futbol (3/2010) do spółki z Netią. Tu po prostu piłkarza udaje Tomasz Kot. No jak ma nie udawać, skoro jest aktorem? Jak dla mnie, dopiero Nike i Przegląd Sportowy zepchnęły tę okładkę z I miejsca wśród najbardziej żenujących. 

Na koniec okładka, która stanowi dla mnie zagadkę na miarę trójkąta bermudzkiego czy myśli taktycznej Stefana Majewskiego. To będą moje domniemania, ale trudno mi w jakikolwiek inny sposób wytłumaczyć ten pseudokamuflaż tygodnika Piłka Nożna (21/2011) i telewizji n. Wygląda to tak, jakby na okładce, obok reklamy niepodpisanej słowem ''reklama'', nie mogły się znaleźć oryginalne herby Man United i Barcelony. No to są takie dwie tarcze, rodem z gier, które nie mają licencji na wykorzystywanie nazwisk piłkarzy czy nazw klubów. To też, nie bójmy się powiedzieć, zwyczajnie brzydka okładka.

Tak jak wkurzyło mnie przehandlowanie godła na strojach, tak wkurza mnie sprzedawanie się prasy reklamodawcom do tak skrajnego stopnia. I tak, jak nie obchodzi mnie, co na koszulkach mają inne reprezentacje, tak mam w poważaniu, co na okładki wsadzają czasopisma z innych branż (tyczy się również tego przypadku). Za te wyżej pokazane egzemplarze prasy sportowej zapłaciłem, więc nie rozumiem, czemu wydawcy tak bardzo gardzą mną i pozostałą garstką czytelników. Ulotek reklamowych naprawdę mam wystarczająco w skrzynce.

B.

PS Nie jestem na bieżąco / nie mogę znaleźć okładek dodatków sportowych Faktu i Super Expressu. Nie przypominam sobie, by sprzedażą pierwszej strony Gazety Sport wykazała się Wyborcza. Często reklamową hucpę okładkową uprawia polska edycja Four Four Two. W najnowszym numerze aż trzy okładki z koszulkami kadry PZPN do wyboru i raport ''Zjednoczona reprezentacja'', wow!

PS 2 Być może byłbym jakoś w stanie przełknąć deal wywiad z gwiazdą światowej piłki, do której nie ma innej możliwości dotarcia, za taką okładkę. Ale z wyżej pokazanych (chyba) dotyczy to tylko Cristiano Ronaldo w PN Plus.

wtorek, 08 listopada 2011
Gdzie PZPN ma polskie godło, czyli orzełkowym skrytożercom mówimy nie!

Nie ma takiej rzeczy, której PZPN nie byłby w stanie zepsuć. Oto nie oszczędzono nawet polskiego godła na strojach reprezentacji kraju. Biały orzeł z godła był na nich - z krótką przerwą - od pierwszego meczu kadry w historii (18 grudnia 1921 roku, z Węgrami 0:1) aż do teraz. Był, bo PZPN od tradycji woli swoje zastrzeżone logo. Czyli woli pieniądze.

Wina za obsydianowe stroje była chyba przede wszystkim po stronie firmy Nike, która chciała na siłę wcisnąć swoją innowację. Czego jak czego, ale kibice piłkarscy to grupa wręcz skrajnie konserwatywna, więc po ich głośnych protestach (i nagłośnieniu sprawy przez media), ''nowe zestawienie kolorystyczne'' na szczęście zostało wycofane. Skończyło się na obciachu tylko podczas meczu z Bułgarią.

Teraz sprawa jest poważniejsza, bo gra idzie o większe pieniądze, ze sprzedaży produktów przed największą imprezą sportową w historii Polski. A pieniądze - jak doskonale wiadomo (patrz: ''klub kibica'') - PZPN bardzo lubi.

Przegląd Sportowy piórem Piotra Wierzbickiego już w grudniu pisał:

- Inną istotną kwestią dyskutowaną podczas ostatniego zarządu była ewentualna zmiana logotypu - mówi nasz informator. Można się domyślać, że to również wynik ankiety: „86 proc. badanych kibiców nie jest zainteresowana nabywaniem gadżetów, na których znajdzie się logo PZPN" - czytamy w raporcie.

Zmiana wiąże się z próbą przejęcia przez PZPN kontroli nad sprzedażą pamiątek i gadżetów dotyczących reprezentacji. Z nowego loga zniknąć ma orzełek, który - jako dobro narodowe - nie może być znakiem zastrzeżonym.

PZPN ma nowe logo już jakiś czas, godło ze strojów wyrzucił dopiero teraz - przy wprowadzeniu nowych strojów Abstrahując od samego złamania wieloletniej tradycji, to głupota również z praktycznego punktu widzenia. Załóżmy nawet przez moment, że PZPN chce przede wszystkim walczyć z podróbkami - ok. Tyle, że teraz te podróbki będą miały element dużo ważniejszy niż hiper-super-mega-wypasiony materiał koszulek. Będą miały godło.

Nike próbuje zatuszować oczywistą grandę odwoływaniem się do flagi.

Jak powiedział członek zespołu projektantów firmy Nike Florent Dumont, nowa koszulka zainspirowana została polska flagą, "która jest najbardziej uniwersalnym i najważniejszym symbolem narodowym''.

W uzasadnianiu absurdu firma ma już przecież spore doświadczenie:

W celu podkreślenia narodowych barw Polski obecnych na rękawkach koszulki, wprowadzono dodatkowy, dominujący kolor obsydian (ciemny granat).

Tak jak wtedy kibice nie dali sobie wcisnąć kitu, tak i teraz nie powinni.

Piłkarze reprezentacji wobec braku godła na strojach nie protestują (można zrozumieć, że nie odtrąca się ręki, która cię karmi, ale jednak szkoda), choć Kuba Błaszczykowski ewidentnie ma ze sprawą problem.

Na koniec krótko o poprzednim niechlubnym epizodzie (miejmy nadzieję, że teraz też będzie to epizod) z logiem PZPN na koszulkach. Rok 1992 i stroje firmy Admiral. Kadra zagrała w nich m.in. przeciw Turcji w Poznaniu.

Stefan Szczepłek pisze o nich tak w 12. tomie Encyklopedii Piłkarskiej FUJI:

W styczniu 1992 PZPN podpisał umowę z angielską firmą Admiral, rezygnując tym samym z trwającej 18 lat współpracy z Adidasem. Firma była słaba, o czym wiedzieli fachowcy, ale PZPN ich o zdanie nie pytał. Na przełomie lat 70/80 ubierała reprezentację Anglii, ale trwało to krótko. Ponieważ zerwanie z Adidasem z dnia na dzień nie było możliwe, korzystano czasami i z jego sprzętu. Tym bardziej, że Admiral nie wywiązywał się ze zobowiązań.

Na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie Admiral uszył koszulki, w których pomylił pozycje zawodników. Wojciech Kowalczyk otrzymał wprawdzie koszulkę ze swoim nazwiskiem i numerem 20, ale była to koszulka... bramkarska. Z kolei rezerwowy bramkarz - Arkadiusz Onyszko, dostał koszulkę gracza z pola z numerem 12. Ponieważ działo się to już w czasie igrzysk, Polacy skorzystali znów z Adidasa, który dziwnym trafem był na taką ewentualność przygotowany.

Pozycja Admirala spadła, a rozbrat nastąpił wiosną 1993 roku. (...)

Admiral zapisał się niechlubnie w pamięci jeszcze jednym zdarzeniem. Na jego koszulkach pojawił się inny, nowy emblemat. Zamiast godła narodowego była tam odznaka PZPN, wzorowana na francuskiej federacji. Orzeł trzyma w szponach piłkę, na której umieszczono napis PZPN. Orzeł nie jest jednak biały, a brązowy. Odleciał wraz z Admiralem.

Nawet, gdy Admiral zawalał sprawę, a PZPN nie umiał wyegzekwować porządnych strojów i musiał ściągać awaryjne, godło na koszulkach było. Zdarzało się, że było przyszywane w noc przed meczem. Tak było, gdy jesienią 1998 roku kadra Janusza Wójcika grała na czarno z Luksemburgiem, którzy przywieźli czerwone stroje z białymi rękawami i sędzia kazał Polakom wytrzasnąć inny zestaw. Tak też było w 1993 r. (Gazeta Wyborcza, zapowiedź meczu Polska - San Marino, Jarosław Bińczyk, Jerzy Walczyk):

Polacy wybiegną na boisko w nowych strojach łódzkiej firmy Dorbill (cena - 340 tys. zł za komplet). Angielski Admiral nie przysłał na czas nowego sprzętu i kierownictwo polskiej reprezentacji postanowiło skorzystać właśnie z oferty Dorbilla. Wczoraj do późnych godzin nocnych Jolanta Krzesiak z firmy Młynarczyka przyszywała na koszulkach emblematy z orłem.

Może przed EURO 2012 sami zawodnicy się złamią i godło przyszyją? Całować logo PZPN po golu na najważniejszym turnieju w życiu? Ble.

Jedyna nadzieja w kibicach i mediach. Może jeśli pojawią się protesty na facebooku, które zbiorą ileś tysięcy osób, a o sprawie będzie huczało nie tylko w internecie, ale i w gazetach i telewizji, ktoś się opamięta.

To wszystko każe nam

powiedzieć mocno i stanowczo...

orzełkowym

skrytożercom

mówimy

NIE!

B.

PS Wojciech Szczęsny to bardzo sympatyczny gość, ale gdy mówi, że ''Poszliśmy wzorem innych reprezentacji europejskich, więc myślę, że doganiamy pod tym względem Europę'', to nie mogę się z nim zgodzić. Jeśli inne kadry wolą reprezentować przede wszystkim swoją federację, a nie swój kraj, to już ich sprawa.

poniedziałek, 07 listopada 2011
Znajomki z Le Havre

Obserwując jak Tomasz Wieszczycki w sobotę z każdą kolejną bramką dla Ruchu stawał się coraz bardziej bladozielony przypomniałem sobie jak jeszcze niedawno hasał dziarsko po piłkarskich murawach. O ironio, najbardziej skupiłem się na odtwarzaniu jego jednorocznego pobytu we Francji.

Wieszczu po tym jak w 1996 roku Legia straciła mistrzostwo na rzecz Widzewa spakował walizki i przeniósł się do Le Havre AC. Nie oszukujmy się zespół ten był wówczas francuskim średniakiem. W sezonie 1995/1996 zajął 13. miejsce w Ligue 1. Mimo jednak, że nowy zespół Polaka nie był wielkim teamem, to i tak Pan "99" spotkał tam kilku ciekawych zawodników.

Bramkarze i kapitanem załogi był Christoph Revault - późniejszy uczestnik LM z PSG i wieloletni zawodnik Toulouse (na zdjęciu stoi pierwszy z lewej).

W pomocy Wieszczu miał stworzyć duet ze świetnym Dżonim Novakiem. To reprezentant Jugosławii, a później Słowenii, z tą drugą kadrą grał zresztą na EURO 2000 i MŚ 2002 (skądinąd z Jugosławią na EURO 1992 też się dostał, ale z wiadomych przyczyn już tam nie zagrał). Novak był szpilmacherem pełną gębą, nie od parady występował w takich ligach jak Ligue 1 czy Bundesliga a także w takich zespołach jak Olympiakos Pireus czy Fenerbahce (klęczy pierwszy z lewej).

 

Nieoczekiwanie podczas pobytu TW w Le Havre na szerokie wody wypłynął niedoszły następca Zidana we francuskiej kadrze - Vikash Dhorasoo. Zawodnik ten występował później w PSG, Bordeaux, Lyonie i Milanie, ale nigdzie nie potrafił grać na takim poziomie, na jaki pozwalał mu talent (klęczy pierwszy z prawej).



W ataku francuskiej drużyny brylował natomiast Roger Boli. Dziś większość kibiców może już go nie kojarzyć, ale to król strzelców Ligue 1 z sezonu 1993/1994. Koroną co prawda musiał podzielić się z Djorkaeffem (Monaco) i Ouedekiem (Nantes), ale i tak wpis w CV ma mocny jak zaraza (stoi pierwszy z prawej). No i Roger umiał robić tak:



Cały ten jednak wesoły team prządł tak sobie i w efekcie sezon 1996/1997 zakończył na 14. miejscu w tabeli. Co prawda kolejne rozgrywki Wieszcz zaczął jeszcze jako gracz Le Havre, ale szybko - o ile mnie pamięć nie myli - popadł w konflikt z trenerem, wyleciał z kadry i wiosną 1998 roku zameldował się z powrotem w Polsce. Po to, by pomóc ŁKS wywalczyć mistrzostwo.

P.

piątek, 04 listopada 2011
Nędzna kopia Almeydy

Każda drużyna chciałaby mieć w swoich zastępach takiego gracza jak Matias Almeyda. Ten świetny argentyński defensywny pomocnik odznaczał się zmysłem taktycznym, walecznością, ale i boiskową elegancją. Lech na Almeydę pozwolić sobie nie mógł, więc postanowił sprowadzić innego argentyńskiego Matiasa – Favano. Gdy jednak okazało się, że nowy nabytek przypomina piłkarza Lazio, Parmy i Interu wyłącznie godłem na paszporcie, to szybko oddano go dzisiejszemu rywalowi Lecha – Polonii Warszawa.

 

Już samo CV Argentyńczyka powinno dać włodarzom Lecha do myślenia. Zawodnik w swojej ojczyźnie występował bowiem w dwóch klubach, z których piłkarze już trafiali do Polski i - mówiąc delikatnie – nie były to transferowe strzały w dziesiątkę. Urodzony w 1980 roku Favano zaczynał swoją karierę w klubie CA Platense, mającego siedzibę w mieście Vicente Lopez, leżącym na obrzeżach Buenos Aires. Z tego właśnie klubu wiosną 1991 roku nad Wisłę przybył Guillermo Mario Coppola - pierwszy Argentyńczyk w polskiej lidze. Zawodnik podpisał kontrakt z GKS Katowice. Ówczesny trener Orest Lenczyk osobiście poleciał do Ameryki Południowej, aby dopilnować transferu. Mikry Coppola (171 cm wzrostu) okazał się jednak zupełnym niewypałem – rośli obrońcy przesadzali go jak roślinę doniczkową, a sam futbolista wyjątkowo źle reagował na polskie mrozy. Po kilku miesiącach wyleciał z Katowic. Obecnie podobno... prowadzi sklep spożywczy w Buenos Aires. Natomiast z następnego argentyńskiego klubu Favano, czyli stołecznego CD Deportivo Espanol, do Polski trafiło dwóch zawodników. Jesienią 1991 roku w Wiśle Kraków mignął napastnik Jorge Garcia, ale za to pół roku wcześniej argentyński meteoryt uderzył w sam Poznań! Oto bowiem wiosną 1991 Lech sprowadził z Deportivo Espanol pomocnika Germana Dario Rodrigueza. Był on pierwszym zagranicznym piłkarzem w barwach Kolejorza i wiele sobie po nim obiecywano. Niestety przy Skrzypczaku, Bayerze czy Moskalu wypadał blado jak pielęgniarski fartuch - choć dysponował niezłymi umiejętnościami technicznymi to równocześnie poruszał się po boisku w bardzo zwolnionym tempie. Po pół roku nie było już po nim śladu na Bułgarskiej. Tak więc patrząc na kluby, w których grał Favano, włodarzom Lecha powinna się zapalić czerwona lampka. Tymczasem stało się inaczej (więcej o Argentyńczykach w polskiej lidze tutaj).

Po występach w ojczyźnie, a także w Chile (z CD Universidad de Concepcion zawodnik występował nawet w Copa Libertadores) i Urugwaju, Argentyńczyk postanowił spróbować szczęścia w Europie. W 2005 roku udało mu się załatwić testy w greckim Arisie Saloniki. Nie wypadł jednak na nich zbyt dobrze i klub z portowego miasta zrezygnował z jego usług. Traf chciał, że zawodnikiem tego zespołu był wówczas eks-lechita Maciej Murawski. To on zachęcił Favano, by spróbował szczęścia w Polsce. Tym sposobem piłkarz udał się na testy do Cracovii. Tam początkowo bardzo chwalił go trener Wojciech Stawowy – że ma dobry przegląd pola, że zdyscyplinowany taktycznie, że chętnie uczy się polskiego. Argentyńczyk nawet wyjechał z Pasami na zagraniczny obóz, ale zaraz po jego powrocie szkoleniowiec wydał krótki komunikat: „bardzo słaby taktycznie”, po czym podziękował mu za współpracę. Skołowany zawodnik postanowił spróbować więc szczęścia w innym polskim klubie – w Lechu Poznań.

W stolicy Wielkopolski szansę pokazania postanowił dać mu Czesław Michniewicz. Twierdził on, że tak silny fizycznie zawodnik jak Favano (188 cm i 80 kg) mógłby w środku pola odciążyć z destrukcji Macieja Scherfchena. Argentyńczyk już podczas pierwszego treningu zaszokował kolegów z zespołu, bo na kilkunastostopniowy mróz wybiegł w krótkich spodenkach. Z czasem przekonał do siebie trenera, który chwalił go za przytomność umysłu na boisku, precyzyjne podanie i umiejętność uderzenia z dystansu. Favano w lutym 2005 podpisał więc roczną umowę z opcją przedłużenia jej o kolejne trzy lata, jeśli tylko będzie dobrze grał. Wydawało się, że Kolejorz zyskał cennego zawodnika.

Liga jednak boleśnie zweryfikowała atuty Argentyńczyka. Najpierw na jego pozycji grali Scherfchen i Świerczewski. Kiedy jednak ci zawodnicy połapali kartki i nabawili się urazów Michniewicz wciąż nie posyłał Favano na boisko. Wówczas okazało się, że barierą jest język - pomimo kilku miesięcy spędzonych w Polsce piłkarz wciąż potrafił wydukać tylko kilka podstawowych zwrotów. W konsekwencji jego debiut w Lechu miał miejsce dopiero w maju 2005 roku podczas wyjazdowego meczu z Legią. Argentyńczyk już w 9. minucie popełnił fatalny błąd, który zakończył się bramką dla warszawiaków. Kolejorz przegrał całe spotkanie 3-0 a Favano był jednym z głównych winowajców kiepskiego rezultatu. Potem już w składzie Kolejorza pojawił się tylko trzykrotnie – dwa razy w lidze (w meczach z Dyskobolią i... Polonią Warszawa) oraz w Pucharze Intertoto (w spotkaniu z Karvanem Jewłach). Po sezonie Michniewicz postanowił zrezygnować z jego usług, tym bardziej, że klub borykał się z problemami finansowymi. Po gracza zgłosiła się warszawska Polonia.

Przeżywała ona wówczas potężny kryzys (zakończony zresztą spadkiem z ekstraklasy) i przygarniała wszystkich chętnych zawodników – wraz z Argentyńczykiem trafił tam na wypożyczenie lechita Łukasz Paulewicz. Favano przeniósł się więc do stolicy licząc, że w słabszym klubie poradzi sobie dużo lepiej. Znów się jednak rozczarował. Już na początku pobytu przy Konwiktorskiej nabawił się kontuzji kolana. Gdy ją wyleczył trener Kubicki postawił na niego w bardzo ważnym dla Czarnych Koszul spotkaniu z Górnikiem Łęczna. Defensywny pomocnik zagrał w nim jednak fatalnie i już w przerwie wściekły trener ściągnął go z boiska. Po meczu Kubicki natomiast stwierdził, że nie chce już widzieć Argentyńczyka w pierwszej drużynie. To był koniec jego przygody z polską ligą. Jak mu się z tych czterech występów udało zmontować niemal 9-minutowy filmik? Oto prawdziwa zagadka.



Po opuszczeniu stolicy tułał się on przez kilka lat po włoskiej Serie D i tamtejszych niższych ligach. Gdy wydawało się, że zakończył już piłkarską karierę, dość nieoczekiwanie odnalazł się niedawno w pierwszoligowym boliwijskim zespole Universitario Sucre. Może jeszcze będzie kiedyś grał jak Almeyda?

Artykuł pochodzi z programu meczowego Lecha Poznań "Heej Lech"

numeru 169 (2010) z meczu z Polonią Warszawa

P.

 
1 , 2