Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 30 listopada 2013
Polskie kanonady na niemieckiej ziemi

Dzisiejszym późnym popołudniem na murawie mogunckiego stadionu Robert Lewandowski wzbogacił swój strzelecki dorobek o kolejne dwa trafienia. Czy robi to jeszcze na nas jakiekolwiek wrażenie? Przyzwyczailiśmy się. W końcu od tego tam jest, żeby strzelać. Poza tym drużyna gra na niego, a w ogóle to mógł załadować więcej i szybciej, a już na pewno efektowniej. Ci bardziej złośliwi sarkną jeszcze, iż to przecież tylko dwie poprawnie wyegzekwowane jedenastki, a temu wszystkiemu niezawodnie towarzyszyć będą nieodłączne gorzkie żale, wylewane nad naszym najukochańszym z futbolowych pytań retorycznych - dlaczego Lewandowski takim chwackim snajperem nie jest już w biało-czerwonym stroju z orzełkiem na piersi? Nie jest, to prawda. A jednak warto czasem, choćby na krótką chwilę ustać w lamentacjach i biadaniach, by zdać sobie sprawę z oczywistego faktu, że pomimo wszystko na naszych oczach rozgrywa się obecnie historia naprawdę unikalna w całych dziejach naszego biało-czerwonego futbolu. Mamy wreszcie piłkarza, pewnie pierwszego od czasów Zbigniewa Bońka, którego zna i ceni cały sportowy świat. Zawodnika, który tworzy historię europejskiego futbolu i którego nazwisko jeszcze przez lata będzie wiele znaczyło choćby w annałach rozgrywek Champions League. Napastnika, który już zapisał się jako najskuteczniejszy strzelec spośród wszystkich naszych graczy w całych dziejach niemieckiej Bundesligi. A dzisiejszego wieczoru po raz szesnasty zaliczył na pierwszoligowych boiskach naszych zachodnich sąsiadów co najmniej dwa trafienia w jednym spotkaniu. Po raz SZESNASTY! Drugi na tej liście Jan Furtok uzbierał ledwie połowę tego co Lewandowski.

Swą kanonadę w ilościach hurtowych rozpoczął Lewandowski 1 października 2011 roku, aż trzykrotnie pokonując w Dortmundzie bramkarza Augsburga - Simona Jentzscha. Gole z 30, 44 i 78 minuty meczu złożyły się na pierwszy efektowny hattrick byłego napastnika poznańskiego Lecha w Bundeslidze.

Na drugiego czekał ponad 2 lata, by całkiem niedawno - 1 listopada 2013 roku, również przed własną publicznością, trzykrotnie skierować piłkę do siatki zespołu VFB Stuttgart. Z całą sprawą Lewandowski uwinął się właściwie w 19 minut, pomiędzy 54 a 73 minutą spotkania.

Pomiędzy hattrickowym wyczynem przeciwko Augsburgowi i Stuttgartowi, na przestrzeni owych dwóch lat, Lewandowski aż trzynastokrotnie serwował w Bundeslidze bramkowe dwupaki golkiperom przeciwnych drużyn (aż czterokrotnie Freiburgowi, dwukrotnie zespołom Mainz, Hannover i HSV, po jednym razie Koeln, Wolfsburgowi, Furth), a w listopadzie 2012 roku przez trzy kolejki pod rząd nie schodził poniżej dwóch trafień na mecz. Dziś natomiast, w pojedynku z Mainz (który w klasyfikacji bramkowych ofiar Lewego depcze po piętach Freiburgowi), po raz pierwszy dzięki dwóm trafieniom z jedenastek, dołożył do kolekcji swój kolejny, szesnasty już, mnogi snajperski łup.

Pomiędzy strzeleckimi osiągnięciami Lewandowskiego a pozostałych naszych piłkarzy na niemieckiej ziemi zionie prawdziwa przepaść. Jan Furtok, który również był ongiś snajperem o wyrobionej marce i niezwykle w Bundeslidze cenionym, uzbierał ledwie połowę tego, co ma już w garści Lewandowski. A nadmienić wypada, że Furtok biegał po pierwszoligowych murawach naszych zachodnich sąsiadów przez siedem sezonów. Lewandowski, póki co, jest w trakcie rozgrywania czwartego. Jan Furtok był naprawdę znakomitym napastnikiem, o czym chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Ośmiokrotnie trafiał seriami do bramki rywala, w tym, podobnie jak Lewandowski, aż dwukrotnie udało mu się ustrzelić klasycznego hattricka. Co więcej, Furtok dokonał swego wyczynu w kilkanaście dni, w kwietniu 1991 roku. Najpierw we Frankfurcie napastnik HSV trzykrotnie pokonuje słynnego Uli Steina, a niespełna dwa tygodnie później na Stadionie Olimpijskim w Berlinie trzy razy dziurawi siatkę miejscowej Herthy. Poza tym były napastnik GKS Katowice zalicza jeszcze pięć bramkowych dwupaków dla HSV (na rozkładzie m.in. Andreas Koepke czy Oliver Kahn) i jednego grając już dla Eintrachtu.

Tuż za Furtokiem w tej klasyfikacji znajdujemy Andrzeja Juskowiaka. Były trener napastników Kolejorza spod którego skrzydeł wyfrunął do wielkiego piłkarskiego świata Robert Lewandowski może z prawdziwym uznaniem przyglądać się poczynaniom byłego podopiecznego. Sam Juskowiak, były król strzelców na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, podczas swej gry na boiskach Bundesligi siedmiokrotnie kazał golkiperom drużyn przeciwnych wyplątywać futbolówkę z sieci co najmniej dwa razy w jednym spotkaniu. W 1997 roku dwukrotnie serwował bramowe duety przywdziewając trykot Borussi Moenchengladbach. Potem pięciokrotnie to samo czynił grając dla Wolfsburga. 19 sierpnia 2000 roku nasz superstrzelec aż trzykrotnie pokonywał bramkarza Kaiserslautern Georga Kocha, kompletując swój jedyny w Bundeslidze hattrick.

Lewandowski, Furtok, Juskowiak - wszyscy ci nasi wspaniali snajperzy w większym lub mniejszym stopniu pozostawili lub wciąż jeszcze są na etapie pozostawiania sporego niedosytu w kontekście ich strzeleckiego dorobku w reprezentacyjnym trykocie. Cóż więc powiedzieć o kolejnym z polskich graczy w tej klasyfikacji? Janusz Turowski, były piłkarz Legii i szczecińskiej Pogoni nigdy nawet nie wdział na siebie reprezentacyjnej koszulki, po prostu nie było mu to dane. Ale o tym piłkarzu, w kontekście orzełka na piersi, będziemy na blogu jeszcze sporo pisali, na razie ograniczymy się więc tylko do suchych faktów. Napastnik Eintrachtu Frankfurt aż pięć razy, co najmniej dwukrotnie w jednym meczu, pokonywał na boiskach Bundesligi bramkarzy rywali. 15 kwietnia 1989 roku przeciwko zespołowi Karlsruher ustrzelił swojego hattricka, a jego główną ofiarą był rodak, były bramkarz zabrzańskiego Górnika Aleksander Famuła.

Po Turowskim pora na Euzebiusza Smolarka i Artura Wichniarka. Obaj czterokrotnie, co najmniej dwa razy w meczu, doprowadzali do przygnębienia bramkarzy drużyn przeciwnych podczas pierwszoligowych rozgrywek w Niemczech. Co ciekawe Wichniarek zawsze owego wyczynu dokonywał przed własną publicznością w Bielefeld. Smolarek sprawiedliwie dzielił swe wielobramkowe popisy, w dwóch przypadkach ich areną uczynił stadion pracodawcy w Dortmundzie, a dwukrotnie przywoził swe snajperskie łupy z boisk rywali. Co więcej, 15 października 2005 roku w Kaiserslautern, piłkarz Borussi Dortmund już w pierwszej części spotkania skompletował efektowny hattrick, aż trzykrotnie pokonując Jurgena Macho.

Marek Leśniak biegając po murawach Bundesligi 'zaledwie' trzykrotnie zmuszał do plątania się w sieciach co najmniej dwa razy na mecz, bramkarzy zespołów przeciwnych, ale za to jego hattrick ustrzelony w barwach Wattenscheid 18 września 1993 roku jest z pewnością osiągnięciem zupełnie wyjątkowym w całej historii polskich występów w lidze niemieckiej. Wspomnianego dnia, na Stadionie Olimpijskim w Monachium, były snajper szczecińskiej Pogoni aż trzykrotnie pokonywał golkipera Bayernu Monachium - Aumanna.

Poza tym dwukrotnie w jednym spotkaniu Leśniak pokonywał jeszcze golkiperów Schalke (Jens Lehmann) oraz HSV (Golz).

Podobnym bilansem może poszczycić się Mirosław Okoński. Tyle, że on na boiskach Bundesligi spędził znacznie mniej czasu, bo tylko dwa sezony. Choć hattricka na miarę Leśniaka w Niemczech nie ustrzelił, to po dwa razy w jednym spotkaniu lokował piłkę do bramki Borussi Dortmund, Waldhoff Mannheim oraz Kaiserslautern.

Triumwirat posiadaczy trzech wielopaków zamyka Kuba Błaszczykowski, choć mam nadzieję, że kapitan naszej reprezentacji nie powiedział jeszcze w tym względzie ostatniego słowa. Co ciekawe aż dwa ze swoich podwójnych trafień, Błaszczykowski uzyskał w spotkaniach przeciwko HSV i Norymberdze, kiedy to dwukrotnie do siatki rywali strzelał również Lewandowski, mieliśmy więc wówczas aż cztery trafienia Polaków w jednym spotkaniu!

Dwa bramkowe dwupaki są udziałem Andrzeja Buncola dla Bayeru Leverkusen oraz Cezarego Tobollika dla Eintrachtu Frankfurt.

Po jednej podwójnej strzeleckiej szarży zaliczyli na boiskach Bundesligi: Włodzimierz Smolarek (i to już w debiucie!) i Paweł Kryszałowicz dla Eintrachtu Frankfurt, Piotr Nowak dla TSV Monachium, Ryszard Cyroń dla Fortuny Dusseldorf, Tomasz Wałdoch dla Schalke, Henryk Bałuszyński (podobnie jak W.Smolarek - już w debiucie!) i Marcin Mięciel dla Bochum, Jacek Dembiński dla HSV, Sławomir Majak dla Hansy Rostock, Piotr Reiss dla Herthy Berlin i Artur Sobiech dla zespołu Hannover.

Suche liczby już od dawna niosą ze sobą przesłanie bardzo klarowne, szanujmy dokonania Roberta Lewandowskiego i spieszmy się doceniać jego piłkarską klasę, bo następnego gracza tego formatu doczekamy się zapewne nieprędko. I kibicujmy mu, by na jego grze i snajperskich dokonaniach zyskała również polska reprezentacja.

R.

Czytaj także: Biało-czerwone trójpaki w Bundeslidze.

poniedziałek, 25 listopada 2013
Światowy sport rozrywkowy. Rozmowa z prof. Michałem Buchowskim

Przemysław Nosal: Real Madryt płaci za Garetha Bale’a 100 milionów euro. Kluby mają długi sięgające swoją wysokością PKB niejednego państwa, a mimo to w najlepsze występują w swoich ligach. Najlepsi piłkarze zarabiają pieniądze, które dla przeciętnych śmiertelników są nawet trudne do wyobrażenia. Świat piłki staje się coraz bardziej wirtualny/umowny. Czy to czeka również inne sfery – np. rozrywkę?

Michał Buchowski: Ależ dzisiejsza piłka nożna – ta, do której należy Bale – jest rozrywką, tak jak film, estrada, kabarety. Jest częścią sportowego przemysłu rozrywkowego. Rządzi się ona swoimi prawami, lecz nie są one aż tak bardzo różne od innych współczesnych rodzajów dostarczania wrażeń i emocji. To interes, jak każdy inny, oparty na rachunku dochodów i wydatków. Inwestuje się po to, by osiągnąć zyski. Taką inwestycją może być np. Bale. Podejmuje się ryzyko w nadziei na zysk. Są kluby, które nie ryzykują, ale potem np. przegrywają z europejskimi słabeuszami w rozgrywkach kontynentalnych. Tak jak w rozrywce, dochody piłkarzy bywają kosmiczne, wręcz abstrakcyjne dla zwykłych zjadaczy chleba. To jeden z paradoksów współczesnego świata. Inżynierowie ułudy zarabiają na tym krocie, ale nie ma pewności, czy w przewidywalnej przyszłości ta koniunkturalna bańka nie pęknie, tak jak bańka inwestycyjna w 2008 roku. I tutaj ponownie wrócić można do problemu potencjału piłki nożnej i kibicowania, dzięki którym tworzyć się może wspólnota, realizowane mogą być lokalne cele, pielęgnowane wartości i która nie musi kręcić się tylko wokół reklamy, pieniądza i gadżetów. Od klubów i jego kibiców zależy, jakie one będą i czy będą mieć moc jednoczącą, budującą, czy raczej będą dzielić.  

W koszykówce przez wiele lat zespół Harlem Globetrotters – taki koszykarski cyrk. Poza tym organizowane są regularnie konkursy wsadów i rzutów za trzy punkty. W piłce jakoś nie widać podobnych trendów. Dlaczego?

Każdy sport ma swoją specyfikę. Niemniej są przecież formy uprawiania piłki na modłę Globetrotters. Za takie uznać możemy objazdowe mecze najlepszych zespołów w rodzaju Barcelony, Realu czy Manchesteru do Chin, Japonii i… Polski. Faktycznie, w piłce nożnej nie urządza się wśród zawodników konkursów na najlepszy strzał w okienko bramki itp., ale widać nie bardzo organizatorów imprez ten rodzaj atrakcji pociąga.

Można jednak pomyśleć o czymś innym, czymś dla kibiców – oczywiście zależy to też od tego, jakich kibiców chce mieć klub. Do niedawna w przerwach meczów na Bułgarskiej urządzano konkurs rzutów karnych wśród wylosowanych kibiców. Nie wiem, dlaczego ich zaprzestano, bo dla wielu była to wielka frajda. Gdyby na przykład urządzać konkurs na strzał bezpośrednio z rzutu rożnego do bramki lub na trafienie w poprzeczkę z szesnastki, a do tego podnieść stawkę dla zwycięzcy do przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych, to emocji w przerwie byłoby nie mniej niż w trakcie meczu.

Możemy obecnie obserwować bardzo ciekawe zjawisko w światowym futbolu reprezentacyjnym. Z jednej strony, swoje reprezentacje narodowe mają coraz mniejsze kraje i terytoria – ostatnio choćby Gibraltar. Z drugiej strony, na igrzyskach w Londynie nie oglądaliśmy kadry Anglii a zjednoczone zespoły pod szyldem Wielkiej Brytanii. Jednoczymy się w ramach piłki czy wręcz przeciwnie?

To zależy od kontekstu. W różnych momentach do głosu dochodzą odmienne tendencje. Piłka bez wątpienia może pełnić funkcje jednoczące. Wspomniane klubowe rozgrywki europejskie przyczyniają się do wytwarzania wspólnej przestrzeni „Europy”, do europeizacji. Ludzie oglądają mecze drużyn z innych krajów, kibice jeżdżą za swoimi drużynami i odwiedzają inne miasta. Spotykamy osoby z innych krajów i natychmiast wielu z nas znajduje z nimi wspólny temat do rozmowy – to piłka nożna, mecze i piłkarze (choć kibice mają tendencję do przesadzania z powszechnością zainteresowania tymi tematami). W tym sensie piłka bez wątpienia jednoczy. Co zastanawiające, owo ujednolicanie zachodzi dzięki temu, ze jednocześnie kibicujemy różnym drużynom i mamy różne piłkarskie upodobania. W odniesieniu do mnożenia lub redukowania liczby drużyn narodowych to nie ma to specjalnego znaczenia. Wielka Brytania to, iż ma cztery różne federacje i reprezentacje zawdzięcza faktowi, że jest ojczyzną futbolu. Ten układ nie zgadza się z logiką państwa narodowego. Teraz dochodzi do tego Gibraltar. Dlaczego w takim razie swojej reprezentacji nie ma np. federalny land Niemiec Bawaria ze stolicą w Monachium? Myślę, że obecnie liczyłby się on bardziej na mapie piłki niż wiele innych znanych nam reprezentacji narodowych, np. Polski.

Kiedyś piłka nożna była dla wielu chłopców szansą na szybką karierę i wyjście z ubóstwa. Dzisiejsze gwiazdy sportu to zwykle długofalowe inwestycje rodziców, którzy przez wiele lat opłacają najlepszych trenerów, fizjoterapeutów, obozy szkoleniowe i odpowiednie wyżywienia, po to, aby ich pociecha wybiła się z tłumu rówieśników. Sport nie jest już ścieżką szybkiego awansu społecznego? Coś może go w tym kontekście zastąpić?

Tu dotykamy istoty sprawy. Z jednej strony sport to demokratyczna dziedzina, w której każdy może awansować dzięki swym indywidualnym talentom i pracowitości. W tym sensie to ideał indywidualistycznego społeczeństwa kapitalistycznego, ponieważ każdy, wykorzystując swe zdolności, może się wybić. Zarazem wiemy, że aby być najlepszym sam talent dziś już nie starcza. Trzeba inwestować, by w wyścigu talentów prześcignąć innych równie zdolnych, trzeba też mieć po prostu sporo szczęścia. Lubimy historie karier „od pucybuta do milionera”, ale chyba nawet w Ameryce początku XX wieku były one raczej wyjątkiem, niż regułą; w dzisiejszych czasach wcale nie jest łatwiej pokonywać bariery klasowe i środowiskowe. Ideał równości szans, którym nadal karmią nas media, zaczyna się chwiać. Ale nadal twierdziłbym, że, zwłaszcza ze względu na swą masowość, piłka nożna pozostaje wciąż względnie demokratyczna. Nadal na szczyty potrafią wypływać chłopcy z faveli w Sao Paulo, z afrykańskich wsi, przedmieść Neapolu, z Zenicy czy z Sarajewa w Bośni, z Bonaventury w Kolumbii, z Szolnoku na Węgrzech, z Wildy czy z Dębca. Mogą to być dzieci artystów, jak van Persie, czy kucharki i ogrodnika, jak Ronaldo. Oczywiście, na każdą taką historię mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu przypada kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy historii porażek, często bardzo dramatycznych, niemniej jednak, zwłaszcza gdy wiemy, o jakich stawkach i zarobkach rozmawiamy, nadal łatwiej jest chłopcu z afrykańskiej wioski dorobić się na grze w piłkę, niż na grze na giełdzie.

Profesor dr hab. Michał Buchowski, antropolog społeczny, dyrektor poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Koordynuje w Polsce międzynarodowy projekt „FREE: Football Project in an Enlarged Europe”. Jego głównym celem jest naukowa analiza fenomenu piłki nożnej jako potencjalnego źródła tożsamości europejskiej, przede wszystkim w ujęciu socjologicznym, historycznym, politycznym i antropologicznym. Strona internetowa projektu: http://free-project.eu/Pages/Welcome.aspx

P.

Czytaj także:

Imperium kontratakuje

Kochać gwiazdy

czwartek, 21 listopada 2013
Strzały w Saknin

Trzy były wielkie, wspaniałe i szczęśliwe dni w historii miasteczka Saknin. Jeśli dodamy do tego trzy dni kolejne, tylko wspaniałe i szczęśliwe, okaże się, że nad Saknin świeci dobra gwiazda. Inne miasta w Galilei, choćby takie Um El Fahm, dwa razy bardziej ludne i nieco zasobniejsze, więc zdałoby się - co najmniej dwa razy ciekawsze, mogą poszczycić się tylko dniami zapadającymi w pamięć. Tymczasem mieścinka Saknin doświadczyła fartu i ma tego świadomość.

Tak zaczyna się kapitalny tekst-reportaż Pawła Smoleńskiego z książki "Arab strzela, Żyd się cieszy", który to niedawno miałem przyjemność przeczytać. Bardzo sobie cenię to, co i w jaki sposób pisze Smoleński o Izraelu. W małych wydarzeniach i drobnych ludzkich sprawach potrafi oddać on złożoność codzienności w tym niezwykłym państwie. Tekst, o którym tutaj wspominam, to jeden z rozdziałów tej książki, od którego wziął się zresztą jej tytuł (co ciekawe sam tekst funkcjonuje w zbioru jako "Saknin"), a także, jak się dowiedziałem, opublikowany kiedyś w "Dużym Formacie" reportaż (można go przeczytać za płatną ścianą tutaj). Cóż to jednak za niezwykłe dni?

Wielki Dzień Pierwszy - rok 2002. Zbieg okoliczności, przypadków i fartu sprawia, że Ittihad Abna Sakhnin (po hebrajsku Ihud Bnei Sakhnin) - klub piłkarski Zjednoczeni Synowie Sakninu awansuje do izraelskiej pierwszej ligi.

Wielki Dzień Drugi - rok 2004. Na stadionie narodowym w Ramat Gan Ittihad Abna Sakhnin zdobywają puchar Izraela, gromiąc Hapoel Hajfa (4:1). Silniejsze drużyny opadły w eliminacjach, jak to w pucharach bywa. Synowie Sakninu uzyskali awans do Pucharu UEFA jako pierwsza arabska drużyna w historii piłki nożnej.

Wielki Dzień Trzeci - rok 2006, mecz narodowej reprezentacji Izraela przeciwko Irlandii w eliminacjach do mistrzostw świata. Dziewięćdziesiąta minuta, klęska zagląda w oczy, lecz wystarczyła sekunda, by Abbas Suan, pomocnik Abna (dla Żydów - Bnei) Sakhnin strzelił bramkę. Suan wali czołem w murawę, twarzą zwrócony w stronę Mekki. Stadion w Ramat Gan szaleje ze szczęścia, kibice przed telewizorami wariują, a całe Saknin przez kilka dni zachowuje się jak nadpobudliwy czubek odstawiony do proszków uspokajających.

Zostawmy Wielki Dzień Pierwszy - materiałów filmowych brak, wierzymy więc reporterowi na słowo. O Wielkim Dniu Trzecim pisałem już na blogu tutaj. Skupmy się na Dniu numer 2.

Klub, który powstał raptem w 1992 roku, po 10 latach swojego działania awansuje do ekstraklasy Izraela. Miasteczko liczące nieco ponad 25 000 mieszkańców szaleje:

- To było coś... coś takiego, że nie wiem. Nasz ostatni mecz w drugiej lidze oglądali wszyscy, daję ci słowo honoru. Mama, tata, bracia, siostry; wszyscy ściskali kciuki, choć to był mecz o nic, bez szczęścia byłby zupełnie nieważny, ślepiliśmy zupełnie bez sensu w te telewizory. Nie mogliśmy już nic zrobić, potrzebna była wola niebios. Spełniło się. Nie wierzyłem szczęściu. Tak, nasze miasteczko Saknin stało się sławne w całym Izraelu. Dostaliśmy szansę, żeby pokazać, że jesteśmy równi Żydom; w pierwszej lidze był wcześniej tylko jeden arabski klub.

Abna (Bnei) to w ogóle był zespół niezwykły. Mimo że arabski, to grało w niej wielu Żydów, często bardziej lojalnych wobec drużyny niż Arabowie. Nie odchodzą na lepsze kontrakty, jak bramkarz Meir Cohen. Trenerem tej ekipy jest natomiast... żydowski nacjonalista! Eyal Lahman to jeden z najtwardszych syjonistów, jakich widziałem. Facet zdeterminowany. Jeśli zobaczy cel, poświęci mu wszystkie inne, pionier, kibucnik i nacjonalista w jednym. Jak mu się udało z bardzo przeciętną drużyną odnosić takie sukcesy? Pokazał arabskim chłopakom z Sakninu, że muszą walczyć. Mecz to nie jest mecz, lecz bitwa o honor i o życie. Jest syjonistą, więc wierzy, że nacjonalizm wyzwala niewiarygodne wręcz siły. Mówił swoim zawodnikom: to nie tylko futbol, lecz przede wszystkim realizacja waszej arabskiej dumy. Musicie nie tylko grać, lecz naprawdę walczyć. I rzeczywiście - chłopcy z Abna Sakhnin wychodzili na boisko, jakby chcieli zabić. Nie żałowali własnych kości, nie mówiąc o kościach rywali. Kiepscy technicznie, surowi, piłkarsko raczej marni, lecz w kluczowych meczach potrafili dać z siebie więcej niż wszystko. Lahman, syjonista, uczył ich, że muszą pokazać swoją arabskość, gdy grają z Żydami.

Tak nastrojona drużyna nie błyszczy specjalnie w lidze. Sezon 2003/2004 - 10. miejsce. Sezon 2004/2005 - 10. miejsce. Sezon 2005/2006 - 12. miejsce (ostatnie) i spadek. Prawdziwa przygoda czeka jednak na Synów Sakninu w Pucharze Izraela. To jego bohaterami i zarazem zdobywcami zostają w 2004 roku. W finale wygrywają z silnym Hapoelem Hajfa (4:1).

Dzięki temu Bnei Sakhnin startuje w Pucharze UEFA 2004/2005. W pierwszej rundzie czekają na nich Albańczycy z Partizanu Tirana. Arabowie radzą sobie z nimi wyjątkowo wdzięcznie - wygrywają oba mecze, 3:0 i 3:1. Ludzie tańczą na ulicach, jest dobrze.

W kolejnej rundzie prawdziwa gratka - Newcastle United. Anglicy zakończyli piękny sen izraelskiej ekipy. Wygrali u siebie 2:0 (dwa gole Kluiverta),

a na wyjeździe aż 5:1 (hat-trick Shearera, dwa gole Kluivertra). Ale... Strzelali nam bramki, ale ja czułem, że to nic, no, prawie nic. Ja - Arab - jestem w środku wielkiego piłkarskiego świata. My - Arabowie z małego Sakninu - gramy z klubem z ojczyzny futbolu.

Cała ta historia natchnęła dokumentalistę Christophera Browna do nakręcenia dokumentu "After the Cup: Sons of Sakhnin United".

Paweł Smoleński z kolei pyta pod koniec swojego tekstu: Gdyby w Sakninie nie zdarzyły się Trzy Dni Wielkie oraz trzy tylko szczęśliwe, co można by było powiedzieć o tym mieście?

Choć pytanie to dotyczy miejsca wyjątkowego, to można je zadać w kontekście wielu innych miejscowości - Hoffenheim czy Grodzisk Wielkopolski. Choćby dlatego, a może przede wszystkim dlatego, warto grać w piłkę.

P.

To tylko jedna z niezwykłych opowieści, jakie snujemy na profilu Numer10 na facebooku i naszym twitterze. 

wtorek, 19 listopada 2013
Islandia o mundial: sześć godzin w lodowatej wodzie

- Jak to zrobiłeś? Jak to w ogóle jest możliwe?!

Guðlaugur Friðþórsson nie bardzo wiedział co powiedzieć. Dokonał czegoś niebywałego, trudno się z tym nie zgodzić, ale wymaganie od niego jeszcze wytłumaczenia to już przesada.

Gulli to islandzki bohater narodowy z Vestmannaeyjar.

Właśnie z tamtejszym IBV grały polskie drużyny w europejskich pucharach - Wisła Kraków pół roku po wyczynie Gulliego, a Lech Poznań półtora roku przed.

W 1984 roku u wybrzeży wysp Vestmannaeyjar zatonęła łódź rybacka. Gulli musiał patrzeć jak umierają jego kolejni koledzy.

Płynął ku lądowi, na przemian modląc się i wspominając dzieciństwo (a może to już było takie przewijanie filmu przed zejściem?), głównie ewakuację wyspy po wybuchu wulkanu 11 lat wcześniej.

Płynął, choć woda była lodowata, miała w końcu ledwie 5 stopni Celsjusza.

Płynął, choć musiał odganiać majaki, choć wydawało mu się, że już nie może, że już nie daje rady.

Ale dał radę.

Nim dotarł do lądu płynął przez sześć godzin. Uratował się. Nikt długo nie był w stanie pojąć jak mu się udało, bo chłop ani nie był zbyt wysportowany, ani z drugiej strony sadło go przesadnie nie grzało. Pomogła mu specyficzna budowa ciała (o ile dobrze pamiętam naukowcy porównali ją do... wieloryba - ale może chodziło o inne zwierzę, wytwarzające sporo ciepła podczas ruchu). Gulli został zwycięzcą, został bohaterem. Tę niesamowitą walkę pokazuje uznany za najlepszy islandzki obraz roku i wystawiony do boju o Oscara film Głębia (The Deep), który latem obejrzałem na poznańskim festiwalu Transatlantyk.

Czy 30 lat po wyczynie Gulliego reprezentacja Islandii pierwszy raz zagra na mistrzostwach świata? Jeśli uznamy, że musi się w tych eliminacjach nacierpieć tyle co Gulli, to zostaje jej właśnie 1,5 h rewanżowego meczu z Chorwacją.

Pierwsza część cierpień, ale i bohaterstwa, to oczywiście powrót stulecia, czyli remis 4:4 ze Szwajcarią, wyciągnięty z 1:4 i opiewany już na tym blogu.

Druga - mecz w Oslo z Norwegią, gdzie Islandczycy musieli zremisować, by być spokojnymi o baraże. Drżeli o to 1:1, które utrzymywało się od 30. minuty, a ja drżałem razem z nimi. Udało się. 

Trzecie 90 minut z palpitacjami to pierwszy bój z Chorwacją, grany przez długie minuty w osłabieniu po czerwonej kartce Skulasona.

W Reykjaviku Islandia pokonać się jednak nie dała, teraz musi tylko/aż nie przegrać w Zagrzebiu. Przy bezbramkowym wyniku będą karne, przy remisie z golami Islandię czeka eksplozja radości podobna do nagłego wystrzału wody przez gejzer Strokkur (przy którym 'pra-gejzer' Geysir to już mało ekspresyjny staruszek). Czego jej i sobie z całego serca życzę.

B.

PS

Gdy na twitterze Numer 10 pisałem, że kibicowałem Islandii zanim zaczęło to być modne, nie chciałem uwiarygodnić świadectwa futbolowego hipsterstwa danego przez Michała Okońskiego, po prostu mam świadków na to, że od czasu wizyty na Wyspie Gejzerów trzy lata temu, na punkcie tego kraju szaleję. Jeśli awansuje dam temu na blogu jeszcze większy wyraz.

I na Facebooku Numer 10 też.

sobota, 16 listopada 2013
Manolis żre

Manolis, czyli po grecku prorok. Za takiego od jakiegoś już czasu uchodzi we własnej ojczyźnie Konstantinos Mitroglou.

Wczoraj strzelając dwie bramki w barażu z Rumunią (3:1) ostatecznie potwierdził fanom Hellady swój nadprzyrodzony charakter.

Wszyscy wiemy, co się mówi o Grekach. Że nudni, że defensywni, że gole strzelają tylko po rogach, a większą kreatywność w grze wykazują nawet koty bawiące się motkiem wełny. Czarny PR ciągnie się za nimi oczywiście od czasu zwycięskiego EURO 2004 i w tej kwestii nic się nie zmienia, tym bardziej, że te łachudry jak na ironię awansowali na kolejne imprezy: EURO 2008, MŚ 2010 i EURO 2012. Gdy nawet pojawiała się na horyzoncie jakaś gwiazdka w stylu Ninisa, to w kluczowym momencie i tak swoją nogę musiał wetknąć jakiś Karagounis albo inny Gekkas. Do czasu.

Rok 2013 to bowiem rok Mitroglou. Zaryzykuję twierdzenie, że od czasu Saravakosa Grecy nie mieli drugiego równie utalentowanego ofensywnego grajka. Nawet jeśli ktoś błysnął na krajowym podwórku, to na arenie międzynarodowej nie istniał. Tymczasem Mitroglou w kończącym się roku:

Liga grecka: 22 mecze - 20 goli
Liga Mistrzów: 4 mecze - 3 gole (hat-trick z Anderlechtem)
Reprezentacja: 7 meczów - 5 goli
W sumie: 33 mecze - 28 goli

Cóż, na dodatek nasz Kostek strzela bardzo nielicho.

Talent Mitroglou nie objawił się jednak nagle, stopniowo dojrzewał wśród greckich winorośli. Już w zeszłym roku został on wybrany najlepszym piłkarzem swojego kraju. Dla Olympiakosu, w rodzimej lidze i Lidze Mistrzów, występował już jako 19-latek. Ekipę z Pireusu reprezentuje już więc - z 1,5-roczną przerwą na występy w Panioniosie i Atromitosie - szósty rok. Co ciekawe, juniorskie szlify pobierał w Niemczech - w MSV Duisburg i Borussii Moenchengladbach. Może tam nasiąknął taką dziką skutecznością spod znaku Gerda Mullera :)

W reprezentacji natomiast zadebiutował w 2009 roku jako 21-latek. Zagrał m.in. w barażu o MŚ 2010, eliminacjach do EURO 2012, samym EURO (20 minut w meczu z Czechami) i trwających jeszcze dla Grecji eliminacji MŚ 2014. Występów jednak nie uzbierał szczególnie dużo, bo w chwili obecnej jego bilans to 27 meczów i 7 goli. Niektóre z trafień też nie od macochy.

Cóż, jeśli Grecy awansują na MŚ 2014 to jest więc szansa, że nie będziemy przysypiali na jej meczach.

EURO 2004: Róg.... Charisteas... gol.... róg.... Charisteas... gol... hrrrr.

P.

 
1 , 2