Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 28 listopada 2018
Litwin jak swój - Donatas Vencevicius

To jeden z tych niezbyt licznych obcokrajowców w historii naszej ekstraklasy, którzy po zakończeniu piłkarskiej kariery także trenowali polskiej kluby. Donatas Vencevicius (ur. 1973), bo o nim mowa, obchodzi dziś 45. urodziny.

vence

Spędzając w tym roku wakacje na Suwalszczyźnie kilkukrotnie mijałem wielki billboard na którym Donatas Vencevicius (!) reklamował piwo (bodaj Browar Północny) po litewsku (!!). Pomyślałem wówczas, że musi to być jednak postać dość znacząca z obu stron granicy, skoro tapetują nim przyuliczne powierzchnie reklamowe. I chyba faktycznie tak jest.

Ciekawie prezentuje się jego kariera piłkarska. Najpierw wygrał co mógł wygrać w ojczyźnie, w barwach Żalgirisu Wilno (dwa mistrzostwa, cztery puchary). Przed sezonem 1997/1998 silną już wówczas Polonię Warszawę (wicemistrzostwo) i był jej pewnym punktem (26 meczów i 1 gol).

polonia_1998

W kolejnych rozgrywkach było już jednak gorzej, do tego stopnia, że po kiepskiej jesieni (6-1) wypożyczono go do Górnika Łęczna. Po powrocie z wypożyczenia zaliczył jeszcze jeden mecz w pierwszej kolejce sezonu 1999/2000 (dzięki niemu może się tytułować Mistrzem Polski 2000!) i wyjechał do Danii. Tam spędził świetne 2,5 roku w FC Kopenhaga (1999-2001; mistrzostwo Danii 2001), zdecydowanie najlepsze w swojej karierze.

A potem już podróże - rok w Norwegii (IK Start), pół roku na Litwie (Sviesa Wilno), rok na Malcie (Marsaxlokk FC, wicemistrzostwo), znowu pół roku na Litwie (FC Vilnus), rok w Szwecji (GIF Sundsvall) i znowu ojczyzna (Vetra WIlno). W międzyczasie występował w reprezentacji Litwy. W latach 1995-2005 zaliczył 33 mecze i 2 gole (jednego strzelił Wyspom Owczym w el. EURO 2004, jednego w towarzyskim meczu z Portugalią w 2004 roku).

Vetra Wilno była jego ostatnim profesjonalnym klubem. Właśnie tam w 2007 roku zawiesił buty na kołku... Zaraz jednak wziął się za jej trenowanie (2007-2008; on też prowadził Vetrę podczas pamiętnego meczu z Legią Warszawa). Potem szybki powrót do Polski i trwająca trzy dni (24 - 27 kwietnia 2009 roku) robota trenera Stomilu Olsztyn. Po tej przygodzie była posada asystenta trenera reprezentacji Litwy, a później Sūduva Mariampol (2010-2011). Wreszcie po Venceviciusa sięgnęły Wigry Suwałki. I tak zaczęła się historia pięknej przyjaźni.

Litwin z przerwami trenuje suwalską ekipę przez pięć lat. Dwukrotnie był pierwszym trenerem (05/2011-04/2014 oraz 09/2015-03/2016) i dwukrotnie asystentem pierwszego trenera (04/2014-09/2015 przy Zbigniewie Kaczmarku oraz od 5 listopada 2018 przy Arielu Jakubowskim). W międzyczasie zaś prowadził także litewskie FK Jonava (01/2017-08/2017) i Dainava Alytaus (01/2018 - 11/2018). Pewnie kwestią czasu jest to, kiedy znowu zostanie pierwszym trenerem Wigier.

No miłość, po prostu prawdziwa miłość do Suwałk!

Z okazji urodzin pozostaje zatem życzyć Venceviciusowi wielu wspaniałych lat w stolicy polskiego mrozu!

P.

O Wigrach czytaj też na blogu: Willer, barwne wspomnienie z Wigier

sobota, 24 listopada 2018
Boca - River w rozmowie pisarza i filozofa, czyli komu kibicuje Freud

bocariver11Pisarz Martin Kohan (plecami) i profesor literatury i filozofii Americo Cristofalo rozmawiają o Superclasico - kadr z filmu 

Z wielu filmów dokumentalnych o sporcie, lubię wracać do tego o Superclasico z 2005 roku, który w Polsce pokazywał wspaniały kanał ESPN Classic Sport. Rywalizacja Boca Juniors i River Plate jest tu pokazana z perspektywy dwóch przedstawicieli inteligencji, którzy żywią dokładnie te same uczucia, jak każdy inny kibic w Buenos Aires, tylko rozmawiają o nich w niezwykły sposób.Pisarz Martin Kohan to kibic Boca. Profesor filozofii i literaturoznawca Americo Cristofalo trzyma za River. Spotykają się co poniedziałek w kawiarni, przy kawie i papierosach. Odprawiają rytuał, który w Argentynie powtarza się w każdym biurze, barze i na każdej ulicy. Nastrój jest uzależniony od weekendowego wyniku ukochanej drużyny. Możliwość szydzenia z przegranych oznacza tydzień relaksu dla zwycięzców.

Słuchamy ich rozmów tydzień przed meczem River - Boca i dzień po spotkaniu, zakończonym wygraną 2:0 dla „milionerów”. Oto moje ulubione fragmenty tych rozmów.

bocariver21Americo Cristofalo (kibic River Plate): Z metaforycznego punktu widzenia, Boca - River to jak relacja kata i ofiary. Tylko role się zmieniają - raz jest się katem, raz ofiarą. Nigdy nie wiadomo, kto kim będzie. Można też o tym myśleć jak o Kainie i Ablu, dwóch braciach, którzy się mordują. Jest w tym też element poświęcenia - ktoś musi zostać poświęcony. Po co? Dla przyjemności drugiej strony.

(...)

Martin Kohan (kibic Boca): Gdy idę na stadion River, od razu zaczynam czuć pogardę dla eleganckich willi w tej dzielnicy, gdy widzę te ogródki, ładne domki, to delektuję się tą swoją pogardą dla ich bogactwa.

Americo Cristofalo: Piszesz raport z niedzielnego meczu?

Martin Kohan: Nie, mam ważne sprawy.

Americo Cristofalo: Rozumiem, już zapomniałeś, kiepska pamięć. Zajmujesz się ważnymi sprawami...

Martin Kohan: Tak, robota. Adorno, niemiecki filozof.

Americo Cristofalo: Adorno? Adorno jest tym, czego ci trzeba. On, mówi, że zdarzenia takie jak niedziela, są tylko ulotnymi wspomnieniami. 

Martin Kohan: Walter Benjamin jest bardziej stosowny do tego meczu: "jeden raz - tak jakby go nie było".

Americo Cristofalo: Benjamin jest lepszy, ale nie wiem, czy to działa, gdy przegrywasz. Skończyliście pokonani i sfrustrowani.

Martin Kohan: Nie, Americo. Pokonani tak, ale sfrustrowani nie. My umiemy przegrywać. Śpiewaliśmy dla Boca. Czy wygrywamy, czy przegrywamy, zawsze jestem końskim łajnem. Zawsze będę, bo kocham Boca.

Americo Cristofalo: To miłosny akt, przeciwieństwo rozgoryczenia. Lojalność? Chyba masz na myśli ślepotę. Drużyna źle gra, a ty nadal ich dopingujesz.

Martin Kohan: Nie, Americo, nie.

Americo Cristofalo: To czemu dopingujesz?

Martin Kohan: Bo to moja drużyna.

Americo Cristofalo: Mit. Boca to nic więcej niż mit. Drużyna źle gra, a ty nie śmiesz tego przyznać. To kompletny brak zdania.

Martin Kohan: To nie tylko mit, to aż mit. Mit to wyrażenie określające siłę.

Americo Cristofalo: Nie potrafisz krytykować Boca, to by naruszało twoją wiarę. Nie chcesz głosić herezji, nie jesteś w stanie wyprzeć się tego, bo Boca cię zniewala. To przypadek totalnego oddania, jak zdefiniował to Freud w „Zaborczym ojcu”. Zaborczy ojciec, który nie pozwala ci się wyzwolić. Freud musiał być fanem HSV. On cię dusi.

Martin Kohan: Znowu sprowadzasz wszystko do Freuda.

piątek, 23 listopada 2018
Tango-kat z Romanem. Wasiluk ma czterdzieści lat

Choć nie był piłkarzem wybitnym, to w galerii postrachów polskiej reprezentacji stoi ramię w ramię z Garym Linekerem i Pedro Pauletą. Roman Wasiluk - tak, to o nim mowa - świętuje dzisiaj czterdzieste urodziny. Czy Mariusz Kukiełka "lubi to"? :)

Wasiluk jest jednym z najlepszych napastników w historii ligi białoruskiej. Dwukrotnie był tam królem strzelców (2000, 2007), dwukrotnie mistrzem kraju (2000, 2012), czterokrotnie sięgał po puchar. Umówmy się jednak, że to nie czyni go The Special One. Poza ojczyzną próbował szczęścia w Spartaku Moskwa (łącznie 7 meczów i 2 gole) i izraelskim Hapoelu Tel Awiw (9 meczów i 1 gol). Zero splendoru, sorry. W reprezentacji Białorusi grał w latach 2000-2008, zaliczył 24 mecze i 10 goli. Pięć razy trafił w el. MŚ, raz el. EURO 2004 i raz w el. EURO 2008. Żaden szał, absolutnie żaden. Nikt w Polsce nie straszyłby nim dzieci, gdyby nie wieczór 5 września 2001, kiedy to w meczu eliminacji do mundialu 2002 Pan Roman załadował biało-czerwonym 4 bramki, ośmieszając przy tym Mariusza Kukiełkę i Tomasza Kłosa.

Rok 2001 to w ogóle szczyt kariery Wasiluka. Najpierw trafiał seryjnie w Sławiji Mozyrz, potem przeniósł się do Spartaka. Wiele sobie po nim obiecywano, mówiono, że jest wielkim talentem. Niestety nic z tego nie wyszło. Choć potem zaliczał jeszcze dobre okresy w Dynamie Brześć i FK Homel, to było już wiadomo, że jego najpiękniejszym wspomnieniem będzie kręcenie polskimi obrońcami. No i tych kilka ładnych bramek z ligi białoruskiej.

Swoją drogą po latach Polacy dokonali jednak symbolicznej zemsty na Wasiluku. W 2008 roku pojawił się temat jego transferu do Jagiellonii Białystok, ale okazał się za drogi na białostocką kiesę. Natomiast latem 2015 roku natomiast był on testowany w I-ligowej Pogoni Siedlce, ale władze klubu nie zdecydowały się na transfer leciwego już wówczas zawodnika. Ot, taki pstryczek w nos :)

Na zakończenie warto wspomnieć, że Wasiluk okazał się długowiecznym typem - jeszcze w czerwcu 2018 grywał dla Dynama Brześć. Sto lat chłopie!

P.

 

wtorek, 20 listopada 2018
Polska - Holandia 1:3 (1993). Popis Bergkampa w smutnym pożegnaniu eliminacji w Poznaniu

 bilet1

Polska - Holandia w Poznaniu, z listopada 1993 roku, to mecz niepowtarzalny w historii naszej reprezentacji, w historii polskiego futbolu. Przegrane dużo wcześniej eliminacje, kończone w żałosnym stylu z tymczasowym selekcjonerem - to przerabialiśmy też później podczas spotkania Polska - Słowacja, w 2009 roku. Tu jednak dochodzi niebywała dominacja kibiców gości na trybunach (15 tys. Holendrów, przy 2-3 tys. Polaków!) - nigdy wcześniej i nigdy później nie zdarzyło się, by polscy fani byli w zdecydowanej mniejszości na meczu reprezentacji rozgrywanym w Polsce.

To bardzo wzmacnia obraz degrengolady polskiego futbolu w pierwszej połowie lat 90. Rok 1993 chyba możemy uznać za kwintesencję tego upadku, to przecież też niedziela cudów w polskiej lidze, baty 1:5, jakie Lech Poznań zebrał w eliminacjach Ligi Mistrzów od Spartaka Moskwa, a po rezygnacji Andrzeja Strejlaua - depresyjne porażki z Norwegią oraz Turcją. I w końcu - z Holandią. Wszystkie trzy - w Poznaniu. Aż odechciewało się oglądać futbolu.

Paweł Zarzeczny i Dariusz Szpakowski po Polska - Holandia i polskiej piłce

polska_holandia_1993_policja_kamera

„Za pierwsze 45 minut można naszej drużynie podziękować, za drugie - zganić (...) Jedno jest pewne - gorzej już być nie może, może być tylko lepiej, tym się pocieszmy. Z tą nadzieją zapadamy w zimowy, piłkarski sen. (...) Kiedyś Kazimierz Górski, po powrocie z Grecji, powiedział - trzeba wziąć kanister z benzyną, wszystko oblać, podpalić i zacząć od początku. Panie Kazimierzu - nic nie stoi przeciwko temu” - to Dariusz Szpakowski, w swoim tradycyjnym w tamtym czasie podsumowaniu na antenie TVP.

„Darujmy sobie teraz drobiazgowe analizy gry Polaków. Warto jednak po tym przegranym meczu, po pięciu przegranych meczach jesienią i po przegranych eliminacjach powiedzieć sobie coś takiego - reprezentacja po długiej agonii zginęła śmiercią tragiczną. Póki ciało jeszcze ciepłe - można wyjąć z niego parę zdrowych organów i przeszczepić w inne miejsce, być może z pożytkiem dla kogoś innego. Takimi zdrowymi organami w chorej reprezentacji, elementami na których można mimo wszystko budować przyszłość, są: Matysek, Wałdoch, Koźmiński, Adamczuk, Jałocha, Michalski, Kowalczyk, Brzęczek, Lewandowski... Dla reszty ciała, chorego, trzeba niestety odprawić nabożeństwo i... do piachu. I bardzo prosimy - ciszej nad tą trumną...” - to z kolei słowa Pawła Zarzecznego w tygodniku Piłka Nożna.

Faktycznie, szczegółową analizę meczu Polska - Holandia sobie oszczędzimy, ale skoro już przebrnąłem przez cały mecz z odtworzenia, to parę spraw warto przypomnieć.

przeglad

Ruud Gullit i Dick Advocaat - trudne sprawy

Holendrzy przyjechali do Poznania bez trzech wielkich gwiazd: Ruuda Gullita, Marco van Bastena (kontuzja) i Franka Rijkaarda (pauza za kartki). Ruud Gullit w trakcie eliminacji do World Cup 1994 pokłócił się z Dickiem Advocaatem, poszło głównie o to, że wiosną 1993 selekcjoner zdjął go z boiska podczas meczu w Anglii (2:2). Bez Gullita Holendrzy zdobyli awans na mundial, pieczętując go w Poznaniu. Dla Advocaata, mecz przy Bułgarskiej, miał być ostatnim w roli selekcjonera, co otwierało drogę powrotu Gullita do kadry. Advocaat po meczu w Poznaniu powiedział: - Odchodzę. W finałach mistrzostw świata reprezentację Holandii poprowadzi Johan Cruyff. Dwa lata temu umówiłem się z nim, że po eliminacjach zrezygnuję.

Problem w tym, że wielki Johan może i był umówiony na prowadzenie kadry od 1994 roku, ale nie był za to umówiony (a raczej - nie był „podpisany”) - na kasę z federacją. KNVB - podobno - nie zgodziła się zresztą nie tylko na wygórowaną pensję dla ówczesnego trenera Barcelony, ale też na zmianę sponsora technicznego kadry, bo Cruyff chciał, by Lotto zostało zmienione na producenta, z którym on miał umowę.

Selekcjonerem pozostał więc Advocaat, który dał się namówić na powołanie Gullita do reprezentacji Holandii, krótko przed mundialem, w maju 1994. Mało tego, obiecał publicznie, że zrobi Gullita kapitanem Holendrów na mundialu w Stanach. Gullit jednak zagrał jeszcze towarzysko ze Szkocją, po czym... opuścił zgrupowanie. Może czuł, że z Advocaatem nie jest się w stanie dogadać, a może - że kadra pod jego wodzą nie ma szans na sukces. Najzabawniejszy jest kontrast między zdjęciami obu panów z 1994 roku i z 2017, gdy Gullit został włączony do sztabu Advocaata.

gullitadvocaatGullit, czyli pierwszy piłkarz, który przebił się do mojej świadomości we wczesnym dzieciństwie (może na Italia ’90, a może na Euro 1992) nie wystąpił więc w Poznaniu, nad czym ubolewam. A nad jego brakiem w kadrze na World Cup 1994, tak sądzę, ostatecznie ubolewali holenderscy kibice. Owszem, reprezentacja Holandii miała wtedy jednego genialnego napastnika. Ale tylko jednego. Dennis Bergkamp stanowił o sile ofensywy Pomarańczowych w USA, był też jej motorem napędowym w Poznaniu.

Magik Dennis Bergkamp czarował w meczu Polska - Holandia

Na jego tle, nie czarujmy się, polscy piłkarze wyglądali jak ludzie uprawiający inną dyscyplinę sportu. Ok, Marek Leśniak zrobił to, czego nie dokonał wcześniej podczas meczu z Anglią („ajezusmaria!”) i po błędzie obrony (konkretnie Ronalda Koemana!) zdobył gola, ale tylko tyle dobrego na temat jego występu w Poznaniu można napisać. Jedyna naprawdę ciekawa kombinacyjna akcja Polaków podczas meczu z Holandią została zepsuta właśnie przez niego, gdy po wymianie kilku zagrań bez przyjęcia piłki, on posłał podanie (to ostatnie podanie) pod nogi Holendrów. To był początek drugiej połowy, jeszcze przy 1:1. W następnej akcji Bergkamp strzelił drugiego gola dla Holandii.

Polska beznadzieja: solidny tylko Adam Matysek, przebłyski Grzegorza Lewandowskiego

Wojciech Kowalczyk prawie nie miał piłki - w pierwszej połowie w dobrej sytuacji strzelił głową nad poprzeczką i to tyle. Najwięcej szumu robił zaczynający grę w kadrze Grzegorz Lewandowski. Zupełnie bez ikry zagrał Robert Warzycha, Marcin Jałocha i Radosław Michalski może i się starali, ale nie umieli (Michalski indywidualnie miał opiekować się Bergkampem...). Dramatycznie wyglądała gra w obronie, gdzie z prawej strony Dariusz Adamczuk co i rusz był wolniejszy niż Bryan Roy. Adamczuka czekała potem bardzo długa przerwa w grze z orłem na piersi, bo ponownie powoływał go dopiero Janusz Wójcik w 1999 roku. Występ Juliusza Kruszankina można traktować w kategoriach dowcipu, podobnie jak fryzurę Tomasza Wałdocha. Pochwalić, poza Lewandowskim, można było za ten mecz tylko Adama Matyska, którego i tak przed stratą czwartego gola, już w ostatnich sekundach, uratowała poprzeczka po strzale Ronalda de Boera.

 

Małomówny Lesław Ćmikiewicz, rozgadany Wojciech Kowaczyk

Polaków, prowadzonych przez Lesława Ćmikiewicza i Władysława Żmudę I, trudno tak naprawdę nazwać zespołem, to była raczej dość przypadkowa grupa, w której zresztą specjalnej ochoty nie miał się wówczas znaleźć m.in. Roman Kosecki. Dużo więcej do powiedzenia od tymczasowego selekcjonera miał Wojciech Kowalczyk (niżej zapis z Przeglądu Sportowego), który stwierdził, że reprezentacja Polski w Poznaniu nie powinna grać, skoro nikt przy Bułgarskiej jej nie chce oglądać. Tak się złożyło, że był to ostatni mecz reprezentacji Polski o punkty na tym stadionie (a i na mecz towarzyski trzeba było czekać aż do 2000 roku).

cmikiewicz_zmuda

cmikiewicz_kowalOczywiście, w meczu z listopada 1993 roku, tak specyficznym, pełne było obrazków dziś w futbolu niespotykanych. Advocaat już po trzecim golu, tym de Boera, jeszcze przed zakończeniem spotkania przez sędziego, udzielał wywiadów holenderskim mediom, w tym telewizji.
polska_holandia_1993_advocaat_wywiad

Holendrzy, którzy na stadionie czuli się jak u siebie, transparenty pozawieszali na wszystkich możliwych płotach, ale też i pokładli je za bramką. Polscy kibice ostatecznie siedzieli tylko na jednym sektorze, na który i tak zgodzili się wpuścić niemieszczących się już gdzie indziej Holendrów.
polska_holandia_1993_kibice_flagi_bez_tvp

Goście mieli ze sobą - oprócz wszystkich możliwych instrumentów muzycznych (z trąbkami, puzonami i bębnami na czele) - całe mnóstwo akcesoriów odnoszących się do wyjazdu ze Stanów. Były więc maski i czapki a’la Statua Wolności, były amerykańskie flagi.

Gdy taką flagę USA otrzymał od jednego z kibiców Marc Overmars, w zamian ofiarował mu swoją koszulkę. Zazdroszczę, bo ja swoją koszulkę Overmarsa, oczywiście podrabianą, dorwałem dopiero w 1998 roku w sklepie niedaleko rynku w Wąbrzeźnie.

Polska - Holandia 1:3 (1:1)

Gole:

0:1 Dennis Bergkamp (10. minuta),

1:1 Marek Leśniak (13. minuta),

1:2 Dennis Bergkamp (68. minuta),

1:3 Ronald de Boer (88. minuta)

POLSKA: 1. Adam Matysek, 2. Radosław Michalski, 3. Marek Koźmiński, 4. Juliusz Kruszankin, 5. Tomasz Wałdoch, 6. Marcin Jałocha, 7. Grzegorz Lewandowski, 8. Dariusz Adamczuk, 9. Robert Warzycha, 10. Wojciech Kowalczyk, 11. Marek Leśniak

Rezerwowi: 12. Janusz Jojko, 13. Tomasz Łapiński, 14. Ryszard Czerwiec, 15. Tomasz Cebula, 16. Jerzy Brzęczek

Ustawienie: Matysek - Jałocha, Kruszankin, Michalski, Wałdoch - Adamczuk, Warzycha, Lewandowski, Koźmiński - Leśniak, Kowalczyk.

Zmiany: 65. minuta - Cebula za Warzychę; 78. minuta - Czerwiec za Jałochę

HOLANDIA: 1. Ed de Goey, 2. Ulrich van Gobbel, 3. Frank de Boer, 4. Ronald Koeman, 5. Erwin Koeman, 6. Jan Wouters, 7. Marc Overmars, 8. Aron Winter, 9. Ronald de Boer, 10. Dennis Bergkamp, 11. Bryan Roy

Rezerwowi: 12. John Bosman, 13. Wim Jonk, 14. John de Wolf, 15. Arthur Numan, 16. Theo Snelders

B.

czwartek, 08 listopada 2018
Moshtagh Yaghoubi, Afgańczyk w Finlandii

Ciekawy piłkarz świętuje dzisiaj urodziny, dostarczając swoją osobą kolejnych dowodów, że świat się dziś kurczy, tożsamość narodowa to rzecz płynna, warto pomagać, a wiele dróg i tak prowadzi do Finlandii. Bohater tym jest Moshtagh Yaghoubi (ur. 8.11.1994).

600px-AUT_U-21_vs._FIN_U-21_2015-11-13_%28180%29

Piłkarz ten urodził się w Kabulu w rodzinie Hazarów, czyli ludu częściowo pochodzenia mongolskiego, istotnej, bo liczącej ok. 5 mln osób (2011) i ok. 18% ogółu ludności, grupy etnicznej Afganistanu. Hazarowie są zwykle szyitami, co czyni z nich ofiary prześladowań ze strony Talibów. To właśnie ten fakt odcisnął krwawe piętno na rodzinie Moshtagha. Gdy chłopak miał bowiem 5 lat, to na podwórku przed domem Talibowie zabili jego ojca (piłkarz nosi na ręce tatuaż z jego imieniem i nazwiskiem). Po tym zajściu rodzina natychmiast zdecydowała się na ucieczkę z ojczyzny. Najpierw udała się do Teheranu, a po siedmiu latach życia tam poprosiła o azyl w Finlandii.

Gdy familia osiadła już w Helsinkach, to Moshtagh wziął się na poważnie za kopanie piłki. Od 2007 roku terminował jako junior w różnych klubach ze stolicy oraz jej okolic, a w 2011 roku podpisał profesjonalny kontrakt z FC Honka. W barwach tej drużyny wyrobił sobie solidną marką, a zagrał w niej w LE, w dwumeczu... z Lechem Poznań w 2013 roku [1:3, 1:2]. Później były kolejne kluby: Pallohonka, łotewski Spartaks Jurmala, nieudane wypożyczenie do Dynamo Moskwa, powrót do fińskiego RoPS, znowu łotewski Spartaks Jurmala, wypożyczenie do kazachskiego Szachtiora Karaganda i w 2017 roku zameldowanie w HJK Helsinki.

Właśnie lata 2017-2018 spędzone w HJK to najlepszy na razie czas w jego karierze. Ze stołecznym zespołem regularnie gra w europejskich pucharach, a w tegorocznych eliminacjach LM strzelił nawet dwa gole - z Vikingurem i BATE Borysow. Silny jak tur i ostro dopakowany pomocnik zwraca uwagę walecznością i dobrym uderzeniem.

Yaghoubi jako przysposobiony Fin zaliczył również juniorskie reprezentacje kraju (U-15, U-19, U-20, U-21, w tej ostatniej był wieloletnim kapitanem), aż wreszcie w 2017 roku zadebiutował w dorosłej kadrze. Zanim to się stało zaliczył jednak ciekawy falstart, bo pierwszy jego występ z seniorami przypadł na mecz, który... ostatecznie okazał się nieoficjalny (wyjazdowe spotkanie z Meksykiem w 2013 roku [2:4]). Jednak, co się odwlecze, to nie uciecze - prawdziwy debiut przyszedł w marcu 2017 w meczu el. EURO 2018 z Turcją (0:2). Od tego czasu Yaghoubi uzbierał sześć spotkań, a w ostatnim, czerwcowej potyczce z Białorusią (2:0), strzelił debiutanckiego gola.

Krzepiący to obrazek, gdy uciekając z domowego piekła można napotkać na pomocną dłoń wyciągniętą przez państwo z drugiej części świata. Moshtagh futbolowo się rozwija, to jasne. Ale co najważniejsze - żyje.

P.

Czytaj także:

Nikolai Alho - pierwszy ciemnoskóry reprezentant Finlandii

Alphonso Davies - uchodźcza gwiazda reprezentacji Kanady