Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 29 grudnia 2008
Tetteh i Aziz: bracia-różne-nazwiska i pierwsi czarnoskórzy w Legii i Polonii

To zaś wszystko wydarzyło się, aby się wypełniły słowa wypowiedziane przez Pana ustami proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna i nadadzą Mu imię EMMANUEL, a imię to znaczy Z-NAMI-BÓG (Mt 1,21-23)

Istota imienia Emmanuel ukazana podczas Bożego Narodzenia, gdy Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Emmanuel oznacza "Bóg jest z nami". W krajach chrześcijańskich (przede wszystkim Afryki, ale nie tylko) imię to jest często nadawane chłopcom. Nie wiem, czy szczególnie często w okresie bożonarodzeniowym, ale faktem jest, że 20 grudnia urodziny obchodził Emmanuel Olisadebe, a w pierwszy dzień Bożego Narodzenia rocznicę przyjścia na świat świętował inny przybysz z Czarnego Lądu związany z Polską - Emmanuel Tetteh.

Nie wiem jakie są szczegóły perypetii interesującej nas rodziny, w każdym razie jest tak, że dwaj bracia urodzeni w ciągu jednego jednego roku (1974) w stolicy Ghany, Akrze, noszą dwa różne nazwiska. Starszy o jedenaście i pół miesiąca Joseph Annor ma w paszporcie Aziz, a Emmanuel to już Tetteh.

Pierwszy do kraju nad Wisłą zawitał Józek (u nas znany pod drugim imieniem Annor), a było to na początku 1995 roku. 21-letni wówczas Aziz polskiej zimy specjalnie się nie zląkł, bo już w swoim debiucie przeciwko Pomeranii Malbork strzelił gola, a do końca rundy dorzucił jeszcze dwie bramki przeciwko Błękitnym Kielce. Dorobek trzech trafień w II lidze nie wydaje się zbyt okazały, ale w przypadku Aziza to wystarczyło, by strój Polonii i pojedynki np. z Szombierkami Bytom

zamienić na trykot mistrzowskiej (ba, uczestniczącej w Lidze Mistrzów!) Legii. Tam zadebiutował w Ekstraklasie w pierwszym meczu jesieni 1995 - z Zagłębiem Lubin przy Łazienkowskie, ale bez udziału publiczości. Potem Paweł Janas wpuszczał go z ławki jeszcze w dwóch meczach ligowych, zagrał też całe spotkanie o Superpuchar Polski z GKS Katowice (0:1 w... Rzeszowie), ale to wszystko. Aziza z zespołu ówczesnych mistrzów Polski szybko odesłano (jeszcze tej samej jesieni - przepisy na to wówczas pozwalały), ale nie zmienia to faktu, że był pierwszym czarnoskórym i afrykańskim zawodnikiem Legii.

Aziz jesienią '95 w Gdańsku zagrał zaledwie dwa mecze, ale najciekawsze jest to, że w Lechii/Olimpii, czekał już na niego... brat Emmanuel. Tetteh w tym dziwnym tworze pofuzyjnym był - jakkolwiek to zabrzmi - jednym z nielicznych jasnych punktów.

Tetteh w 30 meczach (w dwóch grał z bratem w zielonych barwach) strzelił dziewięć goli, z czego dwa ŁKS-owi

 

 

co jednak nie uchroniło jego zespołu przed spadkiem. Co było zrobić - Tetteh razem z całą gdańską ferajną przeniósł się do warszawskiej Polonii, gdzie... już na niego czekał brat Annor. Zważając na to, że wówczas w składzie Czarnych Koszul (tu niestety okropna wariacja strojów) były też bliźniaki-Żewłaki, zdjęcie sprzed sezonu spokojnie można nazwać rodzinnym :) Na lewym fragmencie A.A., na prawym E.T.

Zbliżamy się do kolejnego punktu programu pt. "Który z braci był pierwszy?", więc - jak uczyła pani w szkole - rozpiszmy to sobie ładnie na punkty, by łatwiej pod czachą się poukładało:
1) pierwszym polonistą o czarnej skórze w II lidze był Aziz
2) pierwszym legionistą o czarnej skórze był również Aziz
3) pierwszym czarnoskórym polonistą w I lidze był jednak Tetteh - w meczu I kolejki z Odrą zagrał od początku (Aziz wszedł z ławki)
4) za to Aziz po wejściu strzelił gola, więc on jest pierwszym czarnoskórym strzelcem bramki dla Polonii w Ekstraklasie ufff :)

Dla Aziza był to jednak pierwszy i ostatni gol dla Polonii, a ostatni gol w ogóle na polskiej ziemi. Z Warszawy wyjechał do... Sportingu Cristal Lima (?! - w każdym razie Quinterosa ani Zegarry tam nie spotkał...), by potem na kilka lat zakotwiczyć w Niemczech. Po jednym sezonie spędził w Stuttgarter Kickers (bilans 15-2) i FC Augsburg (16-2), a przez trzy sezony grał w Eintrachcie Trier.

Jego dorobek w tym ostatnim zespole nie jest zły, ale nie powala - w dwóch sezonach Regionalligi Sud - 16 goli w 50 meczach oraz 2 gole w dwunastu spotkaniach 2. Bundesligi. Ślad kariery (tudzież przygody z piłką) Aziza urywa się jesienią 2006, gdzie kopał piłkę dla holenderskiego SC Oranje Arnhem. Kończąc wątek samego Annora - angielska Wikipedia podaje, że zagrał 12 razy dla Ghany, strzelając przy tym aż 7 goli, ale ta sama Wiki podaje też, że był obrońcą, więc podchodzę do tego z pewną taką nieśmiałością.

Nim powrócę do przygód drugiego z braci, mały przerywnik. Jak już wspomniałem, po spadku Lechii/Olimpii, większość piłkarzy - pośród nich Tetteh - przeniosła się z Gdańska na Konwiktorską (miało to związek z Januszem Romanowskim - ówczesnym sponsorem, z tego co pamiętam). Tak się złożyło, że los skojarzył Lechię z Polonią w Pucharze Polski, a gdańscy kibice zgotowali swoim niedawnym pupilom naprawdę piękne powitanie. Fragmenty artykułu Artura Gajka "Kwiaty i kamienie":

Jest ostatnia niedziela września 1996 roku. Piłkarze II-ligowej Lechii, spadkowicza z ekstraklasy, zajmują ostatnie miejsce w tabeli. Przegrali dotychczas 8 z 10 spotkań! Na domiar złego w 1/16 rozgrywek o krajowy puchar, rozstawieni z uwagi na grę w ubiegłym sezonie w I lidze, lechiści wylosowali najlepszy zespół spośród teoretycznie słabszych - beniaminka ekstraklasy: warszawską Polonię. Takim obrotem sprawy nie zmartwili się gdańscy fani. Pojawiła się okazja ponownego zobaczenia przy Traugutta wielu piłkarzy, którzy jeszcze trzy miesiące temu byli ulubieńcami gdańskiej publiczności. Traf bowiem chciał, iż większość graczy zdegradowanej do II ligi Lechii/Olimpii przeniosła się właśnie do stołecznego beniaminka. W kadrze Polonii znajdowało się wówczas 13 byłych lechistów: Mariusz Pawlak, Marcin Janus, Rafał Ruta, Tomasz Unton, Jacek Dąbrowski, Karol Sobczak, Piotr Burlikowski, Grzegorz Pawłuszek, Emanuel Tetteh, Sławomir Matuk, Krzysztof Sadzawicki, Piotr Wojdyga oraz Annor Aziz. Z tych piłkarzy jedynie Sobczak i Pawłuszek nie grali sezon wcześniej w fuzyjnym zespole, a lechistami byli kilka lat wcześniej, gdy zespół z Wrzeszcza prowadził Bogusław Kaczmarek.

Natomiast jego koledzy z drużyny przybyli do grodu nad Motławą koło południa. Podróż odbyli koleją. Na dworcu "Gdańsk Główny" powitało ich kwiatami blisko 200 kibiców Lechii! Ożyły wspomnienia sprzed kilku miesięcy. Wątpliwe jest, aby w całej historii naszego klubu gdańscy kibice zgotowali piłkarzom gości tak gorące powitanie jak tego dnia. Co ciekawe, a dla wielu kibiców dziś wręcz niewyobrażalne, wyjątkowo miło powitano piłkarza rodem z Afryki - Emanuela Tetteha. Nie dziwi to do dziś tych, którzy widzieli jak grał w biało-zielonych barwach zawodnik rodem z Ghany. Natomiast tym, którym nigdy nie było dane zobaczyć go w akcji, może dać wyobrażenie, jakiej klasy był napastnikiem skoro przekonał do siebie całą gdańska publiczność.

Tetteh w Polonii strzelił 4 gole w 18 meczach - podobnie jak w Gdańsku nie zawodził. Grał częściej niż brat, a chwile, gdy razem wygrzewali ławę były naprawdę rzadkie.

Pierwszy Emmanuel w barwach Polonii pokazał się na tyle, że kupił go szwedzki IFK Goeteborg.

A tam - fiu fiu - Puchar UEFA przeciwko Romie

a nawet występy w Lidze Mistrzów! Tetteh zaliczył dwa epizody, ale jak to się mówi - mała rólka, ale zawsze.

Na Parc de Princes wszedł w 57 minucie, by z bliska patrzeć, jak Rai i spółka urządzają szwedzki klub "trójką". Z kolei w Monachium, wystąp rozpoczął w 82 minucie, za to mógł świętować zwycięstwo nad Bayernem 1:0 - fakt, że w meczu o nic, ale pokonanie zespołu z Kahnem, Matthausem czy Schollem w składzie też ma swoja wymowę.

Właśnie jako gracz IFK nasz bohater pojechał na Puchar Narodów Afryki w Burkina Faso w 1998 roku. Tam zagrał trzy pełne mecze w ataku u boku samego Abediego Pele

 

 

ale nie były to udane mistrzostwa dla Ghany. Ghana wyprzedziła w grupie tylko Togo, a awans do ćwierćfinałów uzyskały DR Konga i Tunezja.

Po udanym pobycie w Goeteborgu (w sumie 15 goli w 49 meczach ligowych) Tetteh przeniósł się do Turcji, a przy okazji - jak to w transakcjach z Turkami - wyniknęła draka w kwestii zapłaty. Nie wgłębiając się w szczegóły - Vanspor nie chciał zabulić, IFK napuściło na nich UEFA, a Tetteh szybko się stamtąd odmeldował. Po Vansporze (jeden mecz), był Trabzon (3 spotkania), Bursaspor (11-3) i w końcu spokojniejsza przystań w Rizesporze: 4 sezony i 30 goli w 99 meczach. Ostatnim klubem Tetteha był macierzysty Hearts of Oak i to byłby już koniec tej historii, gdyby nie fakt, że po wyjeździe z Warszawy, Emmanuel kopał piłkę w Polsce jeszcze co najmniej raz. Działo się to w Poznaniu, przy okazji meczu z Lechem w Pucharze UEFA (1:2), a ja dokopałem się do wywiadu z napastnikiem sprzed tego spotkania.

Tytuł w Aftonbladet: "Podziękować Bogu za sukces". Ghańczyk był wtedy w strasznym gazie, strzelił cztery gole w sześciu meczach poprzedzających pojedynek z Lechem, ale... przeciw poznańskiemu zespołowi nie trafił. Tetteh opowiadał o wierze (modlę się pięć razy dziennie, a w piątek chodzę do meczetu ; Bóg dał mi tę szansę, że mogę grać dla IFK), ale co dla nas powinno być najciekawsze - również o Polsce: Nie było łatwo tam żyć, zdarzało się, że zaczepiano mnie ze względu na kolor skóry. Ale Lech ma czarnoskórych graczy, więc liczę, że nie będzie z tym problemów w Poznaniu.

Ufam, że dziś Tetteh miałby pewność co do tego, że z przyjęciem w stolicy Wielkopolski nie byłoby problemów. A w ogóle, to trochę szkoda, że obaj z Azizem byli w Polsce tak krótko.

B.

sobota, 27 grudnia 2008
Odkrycia 2008, czyli nowa dostawa młodych smoków

Rok 2008 nie obrodził szczególnie w talenty. Reprezentacja młodzieżowa szybciutko została praktycznie zepchnięta w niebyt a różnej maści żółtordzioby nad wyraz nieśmiało dobijały się do drzwi Ekstraklasy. W odmętach nijakości można wyłowić jednak kilka ciekawych rybek, parę solidnych okazów i jednego prawdziwego szczupaka.

10. Tadeusz Socha (Śląsk Wrocław) - rocznik 1988

Mój cichy faworyt - boczny obrońca jakich nam potrzeba. Wysoki, opanowany, precyzyjny. Do tego nie stroniący od akcji zaczepnych. Wyjątkowo ciekawy klocek układanki Tarasiewicza.

9. Janusz Gancarczyk (Śląsk Wrocław) - rocznik 1984

Najstarszy - wraz z Boguskim - w zestawieniu. 24 lata to niezbyt wcześnie jak na szturm Ekstraklasy, ale jak widać po występach chłopaka z Oławy, lepiej późno niż wcale. No i ci wszyscy jego bracia, co to mają talent jeszcze większy od niego - lepiej więc dmuchać na zimne:) Ja osobiście głębokiej myśli w występach tego lewego pomocnika nie dostrzegam, ale trzeba mu oddać, że jest piekielnie szybki i ma instynkt strzelecki. Gdy ma swój dzień to gra na nosie najlepszym w kraju obrońcom (vide mecz z Lechem w Poznaniu). No i ładnie kropnąć potrafi.

8. Janusz Gol (GKS Bełchatów) - rocznik 1985

Wiem, że nazwiska się nie wybiera, ale uwielbiam tego chłopaka głównie za to jak się nazywa:) Okrzyk "Janusz Gol!" to niemal językowa transgresja, której zaledwie dalekim - i jakże nienaturalnym echem - jest ksywka "Czesław Śpiewa".

Tym niemniej Gol piłkarzem już jest niezłym, a ma szanse stać się jeszcze lepszym. Świetny przegląd pola, dokładne podanie a przy tym wzorowa gra w defensywie - słowem, nowoczesny środkowy pomocnik.

7. Maciej Rybus (Legia Warszawa) - rocznik 1989

Niewysoki, niebarczysty, na razie bez ostro wyznaczonej pozycji, a mimo to coraz częściej wystawiany przez Jana Urbana do gry w pierwszej jedenastce. Dobry zmysł taktyczny, umiejętność rozegrania. To w dużej mierze dzięki niemu i jeszcze młodemu Arielowi Borysiukowi stołeczna ekipa tak dobrze finiszowała w sezonie 2007/2008.

6. Michał Janota (Feyenoord Rotterdam) - rocznik 1990

Choć tak naprawdę kończący się rok, to dopiero sygnał o wielkich możliwościach chłopaka z Gubina (powiedzmy, takie małe demo), to nie sposób nie docenić, że 18-latek z Polski coraz częściej wystepuje w pierwszym zespole uznanej europejskiej firmy jaką jest Feyenoord, ba, nawet zdażył tam już parokrotnie ukąsić. W rodzimej lidze pewnie jeszcze jakieś 5 lat grałby w Młodej Ekstraklasie, potem zacząłby być "młodym-zdolnym", wpuszczanym na końcówki. W końcu przeszedłby do Łęcznej, potem gdzieś na Cypr. Czy ktoś jeszcze dziś pamieta Łukasza Madeja? No właśnie.

5. Daniel Mąka (Polonia Warszawa) - rocznik 1988

Jako żywo młody Wojtuś Kowalczyk:) Co prawda skala talentu jeszcze nie ta, ale Mąka, to chłopak bez respektu dla żadnego przeciwnika. Zamyka oczy, ciągnie na bramkę, nie drży mu noga, gdy jest sam na sam z bramkarzem w ostatniej minucie meczu. Niski wzrost nadrabia dobrym wyszkoleniem technicznym. W II lidze już solidnie dziurawił siatki, a po powrocie do Ekstraklasy zaliczył arcyważne trafienie w derbach z Legią, no i hattrick z Polonią Bytom. Kiedyś w Warszawie też był taki młody chlopak co szybko ustrzelił 3 gole w meczu z Odrą a potem było już tylko gorzej - rozbijał się samochodami i grywał we włocławskiej jaskini korupcji. Nazywał się Marcin Klatt. Mąko, nie idź tą drogą:)

4. Tomasz Jodłowiec (Polonia Warszawa) - rocznik 1985

Na najwyższym krajowym poziomie gra już kilka lat, ale dopiero gdy zaczął sięgnać po niego Leo, większość obserwatorów przejrzała na oczy. Wysoki, skoczny, nieustępliwy, dobrze odbierający piłkę a przy tym niezwykle elegancki. Podobno interesowało się nim Napoli - ile w tym prawdy nie wiadomo, faktem natomiast jest, że Jodłowiec może stać się następcą Jacka Bąka.

3. Patryk Małecki (Wisła Kraków) - rocznik 1988

Choć grał już na MŚ U-20 w zeszłym roku w Kanadzie, to dopiero ten sezon pokazał jak wiele potrafi. Po powrocie z wypożyeczenia do Sosnowca okrzepł i zmężniał, przestał się wreszcie wykłócać o miejsce w ataku. To głównie za jego sprawką coraz więcej czasu na ławce spędza (eks)reprezentant Łobodziński. Krępy, mocno trzymający się na nogach, nieźle dryblujący. Uparty, zadziorny, wyjątkowo mocna psychika - gdy trzeba było w meczu z Lechią strzelać karnego to jemu jednemu nie ugięły się nogi. Ciekawsza wersja Mąki:)

2. Rafał Boguski (Wisła Kraków) - rocznik 1984

Co prawda już w zeszłym roku dawał czadu w Bełchatowie, to dopiero rok 2008 pokazał, że stać go na wiele. Nezwykle dynamiczny, myślący i dobrze grający kombinacyjnie skrzydłowy. Leo coraz mocniej na niego stawia, a wkrótce może stać się on realną altrenatywą dla przedniej formacji kadry. Gdyby tylko wykorzystywał chociaż połowę wypracowywanych okazji, to jedną nogą już byłby we Francji albo Niemczech.

1. Robert Lewandowski (Lech Poznań) - rocznik 1988

Roberta rozpoznaje już chyba każdy piłkarski kibic w Polsce...

oj, pomyłka, to nie on. To jest Robert:)

Nie ma co się powtarzać. Tyle razy o nim tutaj pisałem (np. tu i tu), że kolejna miseczka pochlebstw na pewno nie zrobi na nikim wrażenia. Materiał na świetnego grajka, oby tylko rozwijał się wciąż tak dynamicznie jak robił to do teraz (pod rozwagę - grudzień już był słabszy w wykonaniu Lewego).

P.

wtorek, 16 grudnia 2008
Polska liga potrafi! Najpiękniejsze ligowe bramki jesieni.

Cudze chwalicie swego nie znacie - wszyscy pieją z zachwytu nad bramkami w innych ligach, a tegoroczna jesień w rodzimej ekstraklasie przyniosła nam prawdziwy deszcze efektownych trafień. Zbieram więc je wszystkie do kupy, wybieram najurodziwsze i serwuje w tradycyjnej - niczym "mała czarna" - formie czyli TOP 10.

10. Łukasz Garguła (GKS BEŁCHATÓW)

9. Krzysztof OSTROWSKI (Śląsk WROCŁAW)

8. Stanisław Wróbel (Piast GLIWICE)

7. Jakbu Wilk (Lech POZNAŃ)

6. Grzegorz Bonin (Górnik ZABRZE)

5. Rafał Grzyb (Polonia BYTOM)

4. Tomasz Brzyski (Ruch CHORZÓW)

3. Tomasz Jarzębowski (GKS BEŁCHATÓW)

2. Marcin Komorowski (Polonia BYTOM)

 
1. Robert Lewandowski (Lech POZNAŃ)
 

P.

niedziela, 14 grudnia 2008
Grudniowe pierniki czyli zagadkowe sparingi kadry na koniec roku

Praktycznie coroczną grudniową tradycją stały sie sparingi kady z "ciekawymi" drużynami w "ciekawym" składzie. Testujemy wówczas młodzież, oglądamy kandydatów do gry na MŚ 2026, dajemy szansę tym, co grali mniej w eliminacjach itd itp. Oczywiście mówię, to pół żartem, pół serio, bo uważam, że te zimowe zwarcia są potrzebne - jeśli kiedyś eksperymentować, to tylko w takich spotkaniach. Że cierpi na tym coś co można nazwać prestiżem reprezentanta kraju? (cóż za artefakt kulturowy!) - co zrobić, takie czasy. Ja jestem osobiście, żeby takie gierki tytułować mianem meczów nieoficjalnych albo spotkań kadry B, ale nie będę grymasił, bo nie w tym rzecz. Rzecz w tym, czy te sparingi faktycznie dają kadrze jakiś nowych grajków. Spójrzmy na poprzednie dwie grudniowe gry:

XII 2006: ZEA - Polska 2:5 (Bartłomiej Grzelak (8), Marcin Wasilewski (17), Subait Khater Fayel Al-Mekhaini (26), Bartłomiej Grzelak (50), Mohammed Rashid Salem Srour (86), Paweł Magdoń (87), Radosław Matusiak (90))

1. Fabiański Łukasz (do 45)
3. Magdoń Paweł
5. Kokoszka Adam
4. Dudka Dariusz
13. Wasilewski Marcin
9. Grzelak Bartłomiej (do 64)
2. Wawrzyniak Jakub
8. Giza Piotr (do 45)
7. Murawski Rafał
17. Garguła Łukasz (do 45)
19. Budka Adrian (do 45)

12. Pawełek Mariusz (od 45)
6. Iwański Maciej (od 45)
21. Łobodziński Wojciech (od 45)
18. Kolendowicz Robert (od 45)
11. Matusiak Radosław (od 64)

XII 2007: Polska - Bośnia i Hercegowina 1:0 (Goliński 42)

1. Pawełek Mariusz
8. Bartczak Grzegorz (do 46)
18. Wawrzyniak Jakub (do 82)
7. Lisowski Tomasz
5. Kokoszka Adam
20. Kuś Marcin
13. Goliński Michał (do 69)
6. Pazdan Michał (do 69)
14. Pawłowski Szymon (do 46)
17. Zahorski Tomasz
24. Brożek Paweł (do 69)

4. Pawelec Mariusz (od 46)
11. Kuklis Piotr (od 69)
9. Majewski Radosław (od 69)
19. Madejski Piotr (od 82)
16. Boguski Rafał (od 46)
21. Grzelak Bartłomiej (od 69)

Jakie nasuwają się wnioski? Ano takie, że tego typu sparingi raczej nie dostarczają zbyt wielu "gotowych" kandydatów do gry w kadrze w poważanych meczach. Zasadniczo uczestnicy takich sparingów dzielą się na 4 grupy:

1/ ci, którzy w reprezentacji i tak grają

Wasilewski, Dudka, Matusiak, Łobodziński, Garguła, Brożek, Fabiański

2/ ci, ktorzy grają tylko w tego typu sparingach

Pawełek (3A), Lisowski (3A), Pawelec (2A), Grzelak (4A), Kuś (u Beenhakera - 2A), Iwański (3A - tu jeszcze bardziej serio mecz z Rosją), Pawłowski (2A), Kuklis (2A)

3/ ci, którzy kończą przygode z kadrą po sparingu

Giza (u Beenhakera - 1A), Magdoń (1A), Madejski (1A), Bartczak (2A), Kolendowicz (1A), Budka (1A)

4/ ci, którym się udało

Kokoszka, Wawrzyniak, Pazdan, Boguski? + tu w sumie też Murawski i Zahorski (choć grali w meczu eliminacyjnym przed sparingami, to zaistnieli na dobre właśnie dzięki nim)

Wnioski - wielu zawodników to wyłącznie "sparingowcy" - grają tylko w meczach towarzyskich "krajowym składem" albo kończą przygodę z reprezentacją już w samolocie powrotnym. Plus - większość ze "sparingowców" to młode chłopaki, które jeszcze kiedyś coś mogą pokazać w Europie (no, może z wyjątkiem Pawełka;)). Zawsze trafi się też kilku stałych kadrowowiczów, którzy mają wspomóc młodzież (choć z grudnia na grudzień jest ich coraz mniej, co znaczy mniej więcej tyle, że składy kolejnych grudniowych potyczek są coraz bardziej eksperymentalne). Jest też wreszcie grono, które w sparingach właśnie przekonało do siebie Beenhakera - Kokoszka, Wawrzyniak, Pazdan, Murawski, Zahorski - oni wypłynęli na sparingach, a kilka miesięcy później pojechali na EURO (choć w przypadku Pazdana do teraz nie wiem czemu). Wydaje mi się, że tym tropem może pójść także Boguski, na ktorego coraz częściej Leo stawia. Jak widać z zyskiem.

Kto wie, może niedługo doczekamy się jeszcze jednej kategorii zawodników w tego typu meczach - powołanych, żeby uniemożliwić im w przyszłości grę dla innej reprezentacji (vide Tyrała):))

P.

wtorek, 09 grudnia 2008
Spowiedź frajera

Choć ta myśl chodzi mi po głowie już od początku afery korupcyjnej, to dziś ponownie uderzyła z wielką siłą. A to za sprawą tego pana,

znanego obecnie raczej jako Grzegorz G. - rezydent pomieszczeń wrocławskiej prokuratury, a nie jako Grzegorz Gilewski - Jedyny Polski Zawodowy Sędzia. Otóż myśl, która kłębi mi się pod sklepieniem czaszki jest następująca: jeżeli nasz najlepszy arbiter sprzedawał mecze - oczywiście jeśli zarzuty dla G. okażą się prawdziwe - czy oznacza to, że faktycznie na przełomie XX i XXI wieku w polskiej lidze kupczył każdy? Czy każdy jeden mecz był sprzedany? Czy każdy karny był reżyserowany? Każde zwycięstwo "podpierane"?

W latach 90-tych jako nastolatek zasiadałem w poniedziałek przed telewizorem i z wypiekami na twarzy oglądałem - siermiężny z perspektywy czasu - magazyn ligowy "Gol".

Chłonąłem każdy mecz, podziwiałem nawet toporne zagrania piłkarzy z Tarnobrzegu czy Mielca, odnotowywałem w zeszycie który gol mi się podobał, który nie.

Dziś mając tę wiedzę, którą mam na temat korupcji w polskiej piłce, mogę stwierdzić, że byłem zwykłym frajerem. Że zachwycałem się przedstawieniem, którego zakończenie zna większość zainteresowanych osób. Że efektowne kopnięcia, to zręczne sztuczki a wywiady pomeczowe o trudnych warunkach jakie postawił rywal to festiwal obłudy. W tym momencie także pod znakiem zapytania stają najbardziej dramatyczne spotkania z tamtego okresu.

Odsłuchawane dziś opinie o dyskusyjnym rzucie karnym są jak splunięcie w twarz. "Niejasne podejrzenia" co do formy niektórych zawodników stają sie jakby bardziej jasne,

a superprzypadkowe zachowania niektórych fachowców mniej przypadkowe.

Więc jeszcze raz - czy całe lata 90-te to pic? Kiedy słyszę o kolejnych zatrzymaniach sędziów, trenerów i zawodników, w których patrzyłem kiedyś jak w obrazek (Andrzej Woźniak, po co ci to było chłopie?...), to czuję się jakby ktoś bezcześcił kawałek mojego dzieciństwa. Oby winni zczeźli.

P.

 
1 , 2