Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 31 grudnia 2009
Polska 2000-2009: Jacek Krzynówek i 2:1 reprezentacji z Portugalią

Już po północy cyfra dziesiątek w zapisie roku zmieni się z zera na jedynkę i choć pierwsza dekada XXI wieku minie dopiero za dwanaście miesięcy, niektórzy postanowili pokusić się o podsumowanie lat 2000-2009. No to siup. Najpierw o naszej pięknej ojczyźnie.

NAJLEPSZY PIŁKARZ: JACEK KRZYNÓWEK

Szanowne żury w składzie trzyosobowym, po przeanalizowaniu dokonań reprezentacyjnych i klubowych, punktowało w następujący sposób:

Tak naprawdę, wszystko co chciałbym tu napisać, zostało już napisane. Należy jednak podkreślić z całą stanowczością, że w latach 2000-2009, poczynając od kadencji Engela, a na Beenhakkerze kończąc, nikt przez te dziesięć lat nie zrobił dla kadry tyle co Jacek Krzynówek.

Najbardziej szkoda, że nie wychodziły mu turnieje mistrzowskie. W Korei, choć pamięta mu się głównie zmarnowaną sytuację z początku meczu z gospodarzami, był zdecydowanie najlepszym Polakiem obok Kryszałowicza. W Niemczech i Austrii było już naprawdę źle.

Jednak nim na tych dwóch imprezach zaprezentował się kiepsko, swoją grą w eliminacjach wprowadził na nie Polskę. Bo choć najpierw strzelał gole tylko towarzysko (Szwajcaria, Belgia, Kazachstan, Włochy), to z czasem regularnie zaczął trafiać w kluczowych momentach meczów o punkty. Trzy gole jesienią 2004 (Irlandia Północna, Austria, Walia). Trzy gole z Azerbejdżanem za Leo - jeden w meczu 5:0, ale przede wszystkim dwa, ratujące biało-czerwonym dupska zwycięstwo w Baku. I w końcu, ten z Portugalią.

A że nie samą reprezentacją żyje człowiek, Krzynówek grał z powodzeniem w Bundeslidze. I Lidze Mistrzów, w której zdobył trzy bramki - z Realem, Romą i Liverpoolem. Więcej trafień spośród Polaków ma tylko Krzysztof Warzycha (osiem), tyle samo - Emmanuel Olisadebe. Krzynówek jest jednym z zaledwie dziewiętnastu polskich futbolistów, którzy strzelali w LM. I jednym z sześciu w latach 2000-2009 (poza ww. jeszcze Hajto, Saganowski i Marcin Żewłakow).

Krzynówek to piłkarz, w podzięce za którego umiejętność (i siłę) uderzania piłki lewą nogą (i to w decydujących momentach) powinni zrzucić się na mszę trenerzy, zawodnicy i kibice reprezentacji. Amen.

 

NAJLEPSZY MECZ: POLSKA - PORTUGALIA 2:1 (11.10.2006)

Wojciech Kowalewski, Paweł Golański, Jacek Bąk, Arkadiusz Radomski, Grzegorz Bronowicki, Jakub Błaszczykowski, Mariusz Lewandowski, Radosław Sobolewski, Euzebiusz Smolarek, Maciej Żurawski i Grzegorz Rasiak w podstawowej jedenastce oraz Jacek Krzynówek i Radosław Matusiak, którzy weszli z ławki rezerwowych delegowani przez selekcjonera Leo Beenhakkera. Ci piłkarze stworzyli nie tylko najwspanialszy mecz reprezentacji Polski w ostatnich dziesięciu, ale nawet w ostatnich dwudziestu czy dwudziestu pięciu latach.

Bohater Smolarek, który dopadł futbolówki szybciej niż znajdujący się bliżej niej Nuno Valente a także wykorzystał z zimną krwią (to spojrzenie na asystenta sędziego, czy nie pokazuje spalonego) sytuację sam na sam z Ricardo, aż żal hattricka, bo okazja ku niemu była.

Bohater Lewandowski, który przy pierwszym golu najpierw przerwał kontrę Portugalczyków wślizgiem, a po chwili oddał strzał dobity przez Ebiego.

Bohater Żurawski, który choć bohaterem był pechowym, bo jego uderzenie trafiło w słupek, to on jednak on centrował piłkę w pole karne przy pierwszym golu; no i był kapitanem drużyny.

Bohater Błaszyczykowski, który bramkową akcję, wymianą podań z Żurawskim zainicjował, a niedługo potem minął obrońcę portugalskiego, by podać piłkę w pole karne do kapitana.

Bohater Rasiak, który wywalczył piłkę i wyłożył ją na tacy Smolarkowi przy drugim golu.

Bohater Bronowicki, chyba mój ulubiony, który wręcz ośmieszał tego dnia Simao, a to odbierając mu piłkę, a to zakładając mu siatkę.

Bohater Golański, który choć był znalazł się w cieniu wybitnego tego dnia Bronowickiego, również radził sobie dzielnie z Portugalczykami, a o czym mało kto chyba pamięta, po jego uderzeniu piłka uderzyła w słupek - choć od zewnętrznej strony.

Bohater Kowalewski, który został pokonany dopiero w 93. minucie, a wcześniej bronił naprawdę pewnie.

Bohaterowie Bąk, Radomski i Sobolewski, którzy w swej mrówczej pracy w defensywie osiągnęli tego dnia mistrzostwo, jak wszyscy wcześniej wymienieni byli o ułamek sekundy szybsi czy o centymetry dokładniejsi od Portugalczyków.

Złościć może chyba tylko to, że wynikiem właściwie oddającym przewagę naszej drużyny w tym spotkaniu byłoby 3:0 czy 4:0, a nie 2:1. To był tak dobry mecz reprezentacji Polski, że aż boję się, iż lepszego już nigdy nie zobaczę.

B.

RCD Mallorca - Schalke 04 Gelsenkirchen 0:4
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o LKS Nieciecza a boicie się zapytać

1 - tyle mistrzostw Polski mają w sumie na koncie zawodnicy LKS. Jedynym jego posiadaczem w zespole jest Radosław Jacek. Na wiosnę 2005 zagrał on w jednym meczu Wisły Kraków, dzięki czemu również może sobie przypisać mistrzowski tytuł.

2 - w tej lidze gra obecnie LKS Bruk-Bet Nieciecza. Postawa drużyny w tych rozgrywkach jest obecnie jedną z większych sensacji w polskiej piłce.

3 - tyle nazw pojawia się w historii klubu. Od 1946 zespół grał jako LZS Nieciecza, od początku 2004 roku jako LKS Nieciecza a od jesieni 2004 wygospodarował w nazwie miejsce dla sponsora - LKS Bruk-Bet Nieciecza.

4 - tyly braci Wolańskich gra w piłkę. Mateusz występuje właśnie w Niecieczy, bliźniacy Michał i Mariusz kopią w Wisłoce Dębica a najbardziej znany z całej paczki - Janusz - występował w ekstraklasie w Szczakowiance, Łęcznej i Bytomiu, a ostatnio reprezentuje barwy ŁKS.

5 - w tej klasie rozgrywkowej grają rezerwy LKS. Jeśli wezmą przykład z pierwszej ekipy, to długo tam nie zabawią.

6 - tylu w sumie zawodników Niecieczy ma koncie występy w ekstraklasie. Są to Prokop (106, Hutnik Kraków, Radomsko, Górnik Zabrze), Cygnar (18, Zagłębie Sosnowiec), Dzierżanowski (5, Wisła Kraków), Szałęga (3, Wisła Kraków, Górnik Zabrze), Szczoczarz (38, Cracovia) i Jacek (1, Wisła Kraków).

7 - tyle lat potrzebował LKS, żeby awansować z A-klasy do II-ligi. Od sezonu 2001/2002 zespół występował w A-klasie. W sezonie 2004/2005 występował już w okręgówce, w 2006/2007 w V lidze, w 2007/2008 w IV lidze, w 2008/2009 w III lidze a w 2009/2010 gra na poziomie II ligi.

11 - tyle goli strzelił Paweł Smółka, najlepszy strzelec zespołu. Długo terminował w rezerwach Wisły Kraków a potem w II-ligowym Zagłębiu Sosnowiec. Jego przybycie do Niecieczy to było prawdziwe wejście smoka - w swoich pierwszych trzech meczach w Niecieczy (z Unią Tarnów, Granatem Skarżyska Kamienne i Neptunem Końskie) strzelił sześć bramek.

12 - tyle klubów ma już na koncie 23-letni Adrian Fedoruk. Syn Adama, reprezentanta Polski, początki swej kariery łączył z aktualnym miejscem pobytu swojego ojca (SEMP Ursynów Warszawa - tata w tym czasie w Legii, Amica Wronki, Raków Częstochowa, Polonia Elbląg). Gdy Adam Fedoruk zakończył karierę, Adrian ruszył własną drogą. Po drodze zwiedził rezerwy Legii Warszawa, angielskie Wellingborough Wincanton, Drwęcę Nowe Miasto Lubawskie, Odrę Wodzisław (jeden mecz w PE), znów Polonię Elbląg przetransformowaną już w Olimpię Elbląg, Lechia Gdańsk, Górnik Polkowice i wreszcie LKS Nieciecza.

14 - tyle goli straciła ekipa LKS (tylko Resovia straciła równie mało), a strzeliła 37 (nikt nie strzelił tylu goli).

18 - tyle meczów w reprezentacji Polski rozegrał trener drużyny z Niecieczy Marcin Jałocha. Jałoszkin poza tym wystąpił w ekstraklasie 235 razy (z krótką przerwą na wypad do KSV Waregem) - w barwach Wisły i Legii a na pożegnanie również w Polonii. Z Wojskowymi zdobył dwa razy mistrzostwo kraju oraz dwa razy krajowy puchar. Pamiętany i tak jest głównie z czerwonej kartki w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Panathinaikosem oraz ze srebrnego medalu na Igrzyskach w Barcelonie. Jego ciekawy i dużo bardziej szczegółowo opisany życiorys tutaj.

(Jałocha klęczy pierwszy z lewej)

W LKS występuje również syn Jałochy - Patryk.

33-240 - kod pocztowy. Nieciecza, gmina Żabno, powiat tarnowski, województwo małopolskie. Trafić nie jest łatwo.

37 - tyle lat ostatnio skończył Artur Prokop. Ten nad wyraz solidny defensywnie zorientowany i pewnie wykonujący rzuty karne zawodnik ponad sto razy zagrał na boiskach ekstraklasy. Ja go jednak pamiętam tylko z jednego spotkania. W 2006 roku dołujący Górnik rozbił w pył mającą mocarstwowe ambicje Cracovię. Prokop strzelił dwie piękne bramki.

W Niecieczy występuje już drugą rundę i jest zawodnikiem, wokół którego kręci się gra całego zespołu.

38 - tyle meczów w ekstraklasie zaliczył Łukasz Szczoczarz - drugi po Prokopie pod względem doświadczenia na najwyższym szczeblu rozgrywek (38 meczów). Szczoczarz przez długi czas był postrzegany jako megatalent - był powoływany do reprezentacji młodzieżowych, strzelał w niej bramki, jako młody chłopak został wybrany najlepszym piłkarzem Podkarpacia. Niestety jego kariera nie potoczyła się tak jak trzeba. Szczoczarz nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w Cracovii, przez co tułał się na wypożyczeniach do klubów niższych lig - Okocimskiego Brzesko, Stali Rzeszów (której jest wychowankiem) czy Niecieczy właśnie. W tej rundzie dla LKS strzelił pięć goli i jest drugim strzelcem zespołu. Ma 25 lat - może jeszcze nie jest za późno.

40 - tyle punktów w tabelii grupy wschodniej II ligi ma po rozegraniu dziewiętnastu meczów LKS Nieciecza. Składa się na nie 12 zwycięstw, 4 remisy i 3 porażki. Daje to Niecieczy pierwsze miejsce i tytuł lidera.

182 - tyle centymetrów wzrostu ma Waldemar Dzierżanowski - kapitan zespołu, w przeszłości zawodnik Białej Gwiazdy. Trudno powiedzieć czy wolałby mieć ich więcej czy mniej.

726 - tylu mieszkańców ma wieś Nieciecza. Jak oni zapełniają stadion? Bo przecież stadion...

1500 - tyle jest miejsc na stadionie w Niecieczy (1 200 siedziących). Stadion w pełnej krasie - tutaj.

1710 - tyle minut w obecnym sezonie spędził na boisku Norbert Baran - bramkarz zespołu i jeden z jej najlepszych zawodników. Oznacza to, że zagrał we wszystkich meczach w pełnym wymiarze czasowym. Oprócz niego jeszcze tylko Artur Prokop może pochwalić się takim osiągnięciem.

1922 - rok powstania klubu z Niecieczy. Jego historia opisana została tutaj.

2002 - w tym roku Puchar Polski z Wisłą Kraków zdobył jeden z najlepszych obecnie zawodników LKS - Marcin Szałęga. Był postacią z grona świetnie rokujących młodych piłkarzy Białej Gwiazdy. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, gdy zadebiutował w ekstraklasie w krakowskiej drużynie. Niestety występy na najwyższym szczeblu były zbyt małą adrenaliną dla młodego sportowca, więc wraz z kolegami z zespołu szukał dodatkowej stymulacji.

GW, 18.08.2003

TRAGICZNE SKUTKI ZABAWY GRACZY WISŁY KRAKÓW

Obrońca Wisły Kraków Kamil Kuzera potrącił samochodem kolegę z drużyny i uciekł z miejsca wypadku, nie udzielając mu pomocy. Policja podejrzewa, że był pijany. Kuzerze grozi nawet 10 lat więzienia, a Hubertowi Skrzekowskiemu, który doznał poważnego urazu kolana, koniec kariery

W nocy z czwartku na piątek podchmieleni piłkarze postanowili się pościgać po ulicach Krakowa. Napastnicy drużyny rezerw Marcin Szałęga i Karol Wójcik jechali peugeotem tego pierwszego, zaś Kuzera za nimi sportową wersją renault megane należącego do bramkarza Michała Wróbla. Na ul. Lea, gdzie mieszkają młodzi piłkarze mistrzów Polski, Kuzera stracił panowanie nad pojazdem, uderzył w słup sygnalizacji świetlnej i potrącił stojącego na chodniku Skrzekowskiego. Potem uciekł z miejsca wypadku. Pomoc wezwał anonimowy mężczyzna dzwoniący z telefonu komórkowego.

- Otrzymaliśmy wezwanie o godz. 2.40. Faktycznie, kierowca renault zbiegł z miejsca zdarzenia - potwierdza rzecznik małopolskiej policji podinspektor Dariusz Nowak.

Skrzekowski ze zmiażdżonym kolanem wylądował na dyżurującym wówczas oddziale ortopedii Wojskowej Kliniki Medycznej przy ul. Wrocławskiej. - Rozmawiałem z lekarzem dyżurnym. Hubert ma zerwane więzadła stawu kolanowego prawej nogi - opowiada lekarz Wisły Mariusz Urban. - W poniedziałek podejmiemy decyzje, kiedy piłkarz będzie operowany, bo nie obejdzie się bez rekonstrukcji plastycznej więzadeł. Nasz zawodnik miał też uraz głowy, ale to nic groźnego.

Tymczasem Kuzera wziął jeszcze udział w piątkowym popołudniowym treningu, wyjechał nawet na zgrupowanie przed sobotnim meczem ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki. W tym czasie policja przesłuchiwała już właściciela renault Michała Wróbla. Z naszych źródeł wynika, że Wróbel skłamał, twierdząc, iż samochód mu skradziono. Nie był jednak w stanie wyjaśnić, dlaczego nie powiadomił o tym fakcie policji. W tej sytuacji Wróblowi grozi sprawa karna za składanie fałszywych zeznań. Podobno Henryk Kasperczak zapowiedział mu już, żeby sobie szukał nowego klubu.

Z kolei Kuzerze za potrącenie pieszego i ucieczkę z miejsca wypadku grozi do 10 lat więzienia. Nieoficjalnie wiadomo, że piłkarz już wcześniej stracił prawo jazdy za przekroczenie limitu punktów karnych. Okolicznością łagodzącą dla Kuzery będzie fakt, że w piątek o godz. 20 sam zgłosił się na policję. Namówić miał go do tego Wróbel, mówiąc, że funkcjonariusze "już wszystko wiedzą". Głównym źródłem informacji policji byli kibice, którzy przyszli z najnowszym plakatem drużyny i wskazali uczestników wypadku.

Raczej na pewno Wisła rozwiąże kontrakt z Kuzerą. Wczoraj trener Edward Klejdinst wyrzucił go z młodzieżowej reprezentacji. Do czasu wyjaśnienia sprawy działacze z Krakowa odsunęli od treningów Wróbla, Szałęgę i Wójcika. Z kolei Kuzera i Skrzekowski zostali odsunięci od drużyny "do czasu całkowitego wyjaśnienia zaistniałych wydarzeń".

Koniec końców Kuzera wyleciał z Wisły do Korony, ale jeszcze później do niej wrócił. Dostał równiez karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Proces jego rozmieniania się na drobne wciąż trwa. Reszta ekipy - Szałęga, Wróbel, Skrzekowski i Wójcik - otrzymało kary pieniężne i została cofnięta do rezerw. Hubert Skrzekowski już na dobrą sprawę nie wrócił do sportu. A Szałęga zaczął tułaczkę - przez Zabrze, Polkowice, Gdańsk do Niecieczy - praktycznie wszędzie grając poniżej oczekiwań i prędzej czy później trafiając do rezerw. Może w LKS uda mu się odbić.

P.

czwartek, 24 grudnia 2009
Ale ja się przecież nigdzie nie pcham. Odkrycia 2009

Smutny to był rok dla polskiej piłki, więc nadziei na lepsze jutro należy szukać gdzie tylko się da. Naturalnym odruchem jest spoglądanie w stronę zawodników, którzy jeszcze nie objawili pełni talentu i wkrótce będą w stanie zmieniać nadwiślańską mizerię na lepsze.

Kryterium nie był wiek zawodnika a fakt wypłynięcia na szerokie wody 2009 roku. Przyjąłem również, że odkryciem nie można być dwa razy, tak więc na poniższej liście nie znalazło się żadne nazwisko z minionego notowania.

10. Grzegorz Sandomierski (Jagiellonia Białystok) - rocznik 1989


Umieszczam tutaj Sandomierskiego trochę na zachętę, bo mam wrażenie, że ten młody golkiper ostatnimi czasy został nieco skrzywdzony. Tak jak pojawił się w bramce Jagi w 7. kolejce, tak zachował w niej czyste konto do 13. kolejki i feralnego dla białostoczan meczu z Ruchem (5:2). I choć Sandomierski faktycznie w nim się szczególnie nie popisał, to chyba swoją postawą w poprzednich meczach zasłużył sobie na choćby minimalny kredyt zaufania. Tymczasem Probierz odsunął go od pierwszego składu, kosztem przeciętnego Szamotulskiego i, skądinąd utalentowanego, Gikiewicza. A Sandor bronić potrafi i mam cichą nadzieję, że to jednak on wiosną będzie pierwszym golkiperem ekipy Jagielloni.

9. Jakub Smektała (Piast Gliwice) - rocznik 1987


O pochodzącym z Rawicza napastniku Piasta w mijającym roku było głośno kilkukrotnie - a to strzelił gola Lechowi Poznań, klubowi któremu to kibicuje; a to kapitalnym trafieniem z Odrą zdobywa sobie tytuł bramki kolejki; a to wreszcie w meczu z Polonią Warszawa strzela gola po przebiegnięciu z piłką połowy boiska. Smektała, choć chwilami jeszcze surowy, stanowi materiał na nowocześnie grającego napastnika - dynamicznego, przebojoweo, grającego z pierwszej piłki. Na pewno łatwiej mu będzie się rozwijać, jeśli wkrótce zmieni klub na silniejszy. No i ma jeden poważny feler - mógłby strzelać trochę więcej bramek:)

8. Wojciech Szczęsny (Arsenal Londyn) - rocznik 1989


Z Wojtkiem Szczęsnym przez długi czas było jak z Yetim. Wszyscy słyszeli, że jest w Arsenale, że świetnie tam sobie radzi, że wszyscy go chwalą, tylko jakoś nikt nie potrafił powiedzieć gdzie gra i z kim. Rok 2009 przyniósł w tej materii drobny materiał dowodowy. Wojtek zagościł kilkakrotnie na ławce rezerwowych Kanonierów, zadebiutował w ich barwach w meczu Pucharu Ligi z WBA (2:0) a następnie przeniósł się do trzecioligowego Brendtford FC i zbiera tam świetne noty. Na płaszczyźnie reprezentacyjnej był filarem reprezentacji młodzieżowej a w listopadzie wystąpił w seniorskiej reprezentacji w meczu z Kanadą. Sporo jak na jeden rok.

7. Cezary Wilk (Korona Kielce) - rocznik 1986


Wilk w ekstraklasie debiutował w barwach Korony dobre cztery lata temu. Mimo to dopiero teraz jest w niej znaczącą postacią. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że wraz z Edim stanowi 80% wartości drużyny. Niezwykle waleczny pomocnik, który coraz bardziej odchodzi od jeżdżenia po nogach przeciwników (w sezonie 2007/2008 w Młodej Ekstraklasie w 11 meczach zaliczył 10 żółtych kartek) na cześć rozgrywania piłki oraz... strzelania goli. Jeśli nieco jeszcze nabierze ogłady, w krótkim czasie powinien stać się naturalnym następcą Mariusza Lewandowskiego w kadrze.

6. Tomasz Brzyski (Ruch Chorzów) - rocznik 1982


Najstarszy okaz w zestawieniu, ale grzechem byłoby nie podkreślenie jego świetnej postawy w mijających dwunastu miesiącach. Już rok 2008 był dobry dla Brzytwy - po nieudanej przygodzie w Koronie odnalazł się w defensywie chorzowskiego klubu. Cały czas jednak był trochę zalękniony i niepewny. Dopiero w 2009 pokazał na co go stać. Bardzo ofensywna gra, dośrodkowania w pełnym biegu, kapitalne bramki z rzutów wolnych (taka i taka), skłonność do niekonwencjonalnych zagrań, no i operowanie lewą nogą - to wszystko czyni go oryginałem wśród polskich ligowców.

5. Jakub Tosik (GKS Bełchatów) - rocznik 1987

Moim zdaniem jeden z głównych architektów świetnej passy bełchatowian na jesieni. Choć na pierwszy rzut oka przypomina Frodo Bagginsa,

to jestem pewien, że sympatyczny hobbit nie potrafiłby równie dobrze odnaleźć się zarówno na boku jak i na środku, zarówno obrony jak i pomocy. Tosik może nie błyszczy techniką, może nie drybluje po trzech rywali na raz, ale jest bardzo precyzyjny, zdyscyplinowany i waleczny. No i do tego zaskakująco dobrze jak na hobbita gra głową.

4. Kamil Glik (Piast Gliwice) - rocznik 1988


Spekulacje dotyczące przenosin Glika do Lecha Poznań są jakimś wyznacznikiem oceny jego występów w mijającym roku. Stoperów ci u nas brak, a dobrych stoperów to już w ogóle. Na razie wszystko w karierze Glika sprawia wrażenie dobrze poukładanego - trafna decyzja o wyjeździe po piłkarskie szlify do Hiszpanii, powrót do Polski i przemyślany wybór klubu (Piast jest chyba w sam raz na początek). Teraz trzeba na stałe wprowadzić się do reprezentacji i zmienić klub na silniejszy.

3. Mateusz Cetnarski (GKS Bełchatów) - rocznik 1988

Cetnarski pada ofiarą "syndromu pamiętania końca wystąpienia". Na wiosnę grał wybornie - z łatwością zastąpił kontuzjowanego Gargułę, dzielił i rządził w drugiej linii GKS-u, podawał, dryblował, strzelał. Jesień, podobnie jak cała ekipa, zaczął kiepsko i gdy już wychodził na prostą złapał kontuzję w meczu z Koroną. Dochodził po niej trochę do siebie, z czasem zaliczał końcówki spotkań a w ostatnim meczu rundy z Jagiellonią zagrał już pełne 90 minut. Pamiętać jednak należy, że Cetnarski, to obecnie jeden z ciekawszych ligowych playmakerów i "10" młodzieżowej reprezentacji.

2. Maciej Sadlok (Ruch Chorzów) - rocznik 1989


Trudno dziś wyobrazić sobie defensywę Niebieskich bez Sadloka. Grający twardo i zdecydowanie (Seweryn Garncarczyk może nawet uważać, że nazbyt twardo) obrońca od dłuższego czasu był już podporą młodzieżowej reprezentacji, teraz chyba powoli pora na pierwszę drużynę. Żeby jednak nie było, że Sadloka tylko chwalę - zdecydowanie brak mu aktywności na polu karnym przeciwnika. Z jego skocznością śmiało mógłby coś ustrzelić, co jeszcze mu się nie zdarzyło.

1. Artur Sobiech (Ruch Chorzów) - rocznik 1990

Dla mnie to właśnie młody napastnik Ruchu jest prawdziwym odkryciem. W minionym roku ośmiokrotnie trafiał do bramki rywala. Wiosną był jeszcze rezerwowym, ale już jesień należy do niego. Świetnie uzupełnia się z Niedzielanem. Wtorek jest szybki, ruchliwy i bierze na siebie ciężar rozegrania piłki pod bramką przeciwnika a Sobiech obdarzony jest prawdziwym instynktem strzeleckim - kapitalnie orientuje się pod bramką przeciwnika, wie kiedy dostawić głowę, kiedy nogę a kiedy zmylić obrońcę balansem ciała (druga bramka z Jagiellonią!). Jeśli będzie się dalej tak ładnie rozwijał, to - wobec mizerii polskiego napadu - może na stałe trafić do kadry.

Oczywiście ranking jest subiektywny i można się kłócić dlaczego ktoś jest na siódmym a nie na szóstym miejscu. Jednak rzecz, która mnie uderza, to fakt, że żaden z zawodników nie zatrząsł jeszcze solidnie rzeczwistością ligową (nie wspominając już nawet o reprezentacyjnej) - ot, jakby chociaż Lewandowski w zeszłym roku. Nikt z nich nie rwie się do grania pierwszych skrzypiec, wszyscy stoją spokojnie i czekają na swoją kolejkę.

A kto się do zestawienia nie załapał? Najbliżej listy był Mateusz Kowalski z Piasta a obecnie Wisły. Niewiele zabrakło również Siebertowi i Budzińskiemu z Arki, bardzo dobrze rokują też Kiełb z Korony i Klich z Cracovii. Kilka razy błysnęli Jędrzejczyk (Legia), Możdżeń (Lech) i Maciejak (Piast). Życiową chyba formę w mijającym roku złapali niemłodzi już bramkarze - Sapela (Bełchatów) i Pilarz (Ruch). No i cieszy, że coraz częściej na miarę swojego talentu gra Sacha - jeden z lepszych zawodników reprezentacji Polski na ME 2006 U-19 w Wielkopolsce.

A jak w minionych dwunastu miesiącach prezentowały się odkrycia zeszłego roku? Socha  i Janusz Garncarczyk przygaśli jak i cały Śląsk, ale wciąż są podstawowymi zawodnikami drużyny. Janota wykonał mały krok do tyłu (przejście klasę niżej z Feyenoordu do Excelsioru), ale chyba po to, żeby wkrótce zrobić dwa do przodu. Rybus i Gol harmonijnie się rozwijają - ten pierwszy zdążył już zadebiutować w reprezentacji (a nawet strzelić w niej gola), ten drugi lada chwila to zrobi. Jodłowiec, gdy tylko nie był kontuzjowany, stanowił najsilniejszy punkt Czarnych Koszul i Leo regularnie powoływał go do kadry. O Lewandowskim i Małeckim nie co się rozpisywać, obecnie  to niekwestionowane gwiazdy ligowo-kadrowe. Boguski praktycznie całą jesień się leczył, ale przedtem zaliczył dwa gole z San Marino i mistrzostwo z Wisłą. Jedynym zawodnikiem, który rok 2009 może zaliczyć totalnie na straty to Daniel Mąka. Z czasem coraz rzadziej grał w Polonii a obecnie musi szukać sobie nowego klubu.

Oby rok 2010 obrodził porządnie w talenty i nie kończył się tak marnie jak obecny.

P.

niedziela, 20 grudnia 2009
Siedem grzechów głównych polskiej piłki, czyli rzecz o najgorszym roku odkąd jestem na tym świecie




- Niech będzie pochwalony.
- Na wieki wieków, amen. Wyznaj swoje grzechy.
- Grzechy? Jakie tam zaraz grzechy. Święta idą, to do księdza wpadłem po opłatek i pogadać o kończącym się roku. Żadnych grzechów nie pamiętam.
- Zbyt wysokie mniemanie o sobie to jeden z siedmiu grzechów głównych. A zdaje mi się, że wszystkie cię dotyczą, synu.
- Absurd! Fakty są takie, że ostatnie 35 lat to sześć mundiali i dwa trzecie miejsca. Na pierwszych igrzyskach po wojnie my, kraje demokracji ludowej, urządziliśmy festiwal hymnów. Dzięki naszym trenerom, dzięki polskiej myśli szkoleniowej!
- Gdzieś to już słyszałem. Wzrok mam za to gorszy, bo kadry nie widzę na mundialu, a drużyn w pucharach. Pychę odhaczamy.
- Ale teraz też mamy świetnych trenerów! Ot, choćby Maciej Skorża.
- A tak, czytałem z nim wywiad. Że Unirea Urziceni czy BATE w Lidze Mistrzów to dla niego "bardziej sprawa przypadku, łatwiejszego losowania niż trwale budowanej pozycji". Jeśli mówi to trener, którego zespół nie umiał pokonać mistrza Estonii, a tak opowiada o BATE, które pokonało Anderlecht i Levski, by potem zremisować z Juventusem i Zenitem, czy o Unirei, która właśnie w LM miała osiem punktów, to możemy mówić tylko o zazdrości.
- To tylko słowa. Liczą się czyny! A tych nam przecież nie brakuje.
- Chyba byłem tak zajęty robotą, że nie zauważyłem.
- Ksiądz zarzuca lenistwo? A okrągły stół, który jest szalenie ważny?
- To też tylko słowa.
- Ale najpierw trzeba było się zebrać, usiąść do stołu.
- Ze stołem wiązałbym raczej nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. I nie mówię tu tylko o zjazdach PZPN, ale i o piłkarzach, którzy zamiast być wartością dodaną dla drużyny, wolą wartości kaloryczne. Jak Maciej "Brzuch" Iwański czy Grzegorz Kasprzik, który w ostatnim czasie przybrał dziesięć kilo.
- No co, musiał się wkurzyć, że go jakiś bośniacki młokos wygryzł.
- Właśnie, nie zapominajmy o gniewie. Kłótnie wszystkich ze wszystkimi. PZPN, mediów, kibiców, klubów... I jeszcze piłkarzem roku wybierają tego lekkoducha Lewandowskiego, który czy z chciwości, czy po prostu z głupoty mówi o „motywacji ze strony Słoweńców”, którzy mieli według niego złożyć ofertę federacji. Wymiotować się chce.
- Lepiej nie, ksiądz by tylko zrobił niezły burdel, siostrom.
- O nieczystości, a zwłaszcza tej korupcyjnej, to ja nawet nie będę zaczynał. Bo kolejka do konfesjonału mi się zrobi dłuższa niż ławka rezerwowych w Arsenalu. Żałuj za grzechy.
- Jakie grzechy?

B.

piątek, 18 grudnia 2009
Czapka Grzegorza Laty

Nie wiem czemu, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien detal. Łożący niemałe sumy na poprawę swojego wizerunku prezes PZPN ostentacyjnie paraduje w garniturze oraz... głupkowatej bejsbolówce (mimo mrozu!). Jako, że Lato jawi mi się jako osobnik równie skomplikowany co budowa daszka z rzeczonej czapki, to pomyślałem, że takie nakrycie głowy po prostu mu się podoba. Kiedy jednak zauważyłem na kilkunastu kolejnych zdjęciach, że pan prezes łączy różne krawaty zawsze z tą samą czapeczką z tym samym logiem, to zrozumiałem, że on zwyczajnie potraktował swój czerep jako przestrzeń reklamową! Zarabiający około 50 tysięcy złotych miesięcznie Grzegorz Lato robi z siebie kompletnego idiotę, żeby dorobić na boku kilka złotych!

Przede wszystkim pojawia się kwestia tego co wypada prezesowi PZPN-u? Pewnie można by zacytować św. Pawła i powiedzieć, że wszystko wolno, ale nie wszystko wypada. I chyba paradowanie na oficjalne spotkania w durnej czapeczce zwyczajnie mu nie wypada. Poza tym, jeśli Lato reklamuję już firmę Klose (bo o niej mówimy), to dlaczego o tym nie poinformuje opinii publicznej, tylko uprawia żenujący product placement? Uczciwiej byłoby powiedzieć, że teraz przez rok będę nosił produkty z logo tej firmy (o ile oczywiście nie ma ku temu żadnych prawnych przeciwskazań), więc wybaczcie/ zrozumcie/ naskoczcie mi. Tymczasem informacja taka nie pojawiła się nigdzie (nawet na stronie firmy), co oczywiście rodzi niezdrową atmosferę i pewnie za chwilę będzie obracanie kota ogonem, że czapeczka Lacie się zwyczajnie podoba, bo lubi białe litery na czarnym tle.

Być może drugie dno tej sprawy jest takie, że Lato doszedł do wniosku, że jedyne co może ludziom zaoferować w kontekście swojej głowy, to tylko miejsce, na którym można nakleić logo:)

Prezes PZPN-u po raz kolejny potwierdza więc, że sam jest jak taka czapeczka - prosty i bez gustu.

P.

 
1 , 2 , 3