Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 29 grudnia 2010
Obrigado Portugal: Braga się modli i gra

Uważam, że to zabawne, że życie wyprzedziło moje przeleżałe już nieco wspomnienia z Portugalii. Jednym z punktów odwiedzonych przeze mnie na Krańcu Europy jest bowiem właśnie Braga - miasto najbliższego rywala Lecha Poznań w Lidze Europejskiej. Zaraz po losowaniu popełniłem spory tekst na Zczuba na temat tego miejsca i ulokowanego tam klubu. Tutaj wklejam go w nieco pociętej i zarazem pouzupełnianej wersji, dodatkowo ilustrując go zdjęciami ze zbiorów własnych. Tym samym wyskakujemy na chwilę z Lizbony w okolice Porto, po to, by potem jeszcze w stolicy odwiedzić jeden klub.

Choć Bragę zamieszkuje raptem 175 tysięcy mieszkańców, to praktycznie przez cały rok są oni zalewani przez niezliczone masy turystów. Mieszkańcy są tak oswojeni z tą sytuacją, że gdy tylko ktoś otwiera mapę na ulicy, to już ma wokół siebie trzy osoby doradzające jak najlepiej dostać się do najsłynniejszego ..... [wpisz dowolne słowo] w mieście. Przerobiłem to osobiście jadąc tamtejszym autobusem. Gdy podczas jazdy nim nieopatrznie zdradziłem się, że jestem turystą, to caluteńki autobus zaangażował się w dyskusję, co powinienem obejrzeć. A kiedy autobus zajechał na interesujący mnie przystanek, to kierowca wyłączył silnik, wstał, zamknął swój cockpit, podszedł do mnie i powiedział, że właśnie teraz powinienem wysiąść, po czym... wrócił do kabiny, odpalił bolid i ruszył dalej.

A w Bradze jest co zwiedzać. Zupełnie nie trąci frazesem stwierdzenie, że przeszłość spotyka się tam z teraźniejszością. Jest takie powiedzenie: "Lizbona się bawi, Coimbra studiuje, Braga się modli a Porto pracuje". Coś na rzeczy musi być, bo w samym ścisłym centrum miasta znajduje się... ponad 30 kościołów! W zasadzie wpada się na nie za każdym zakrętem, a niektóre stoją do siebie vis-a-vis. Zdecydowana większość z nich to perełki architektoniczne z XV, XVI czy XVII wieku. Jednak już po piątej wizycie wszystkie one zaczynają się zlewać i tworzą jedno uwspólnione wspomnienie kościołopodobne. Zresztą, żeby dojść który kościół jest który potrzeba umysłu ostrego jak brzytwa Ockhama. Coś co wkurza w szlajaniu się po Bradze, to totalny amok geolokacyjny. Nie sposób znaleźć jakiekolwiek oznaczenia, czy nazwy ulic. Mapę od razu można zalaminować i wsadzić do pamiętniczka lub od - wedle potrzeb - zawinąć w nią śniadanie. Jeżeli ktoś decyduje się na spacer po tym miejscu, decydować też powinien się od razu na gubienie się i tracenie tropu.

Poza klimatyczną starówką Braga ma dwa turystyczne "must see". Nad całym miastem góruje majestatyczne sanktuarium Bom Jesus.

Do okazałej świątyni na szczycie góry prowadzi - bagatela! - sześćset kamiennych schodów. Gdyby na tych schodach ćwiczył Rocky to nie miałby już sił, żeby się cieszyć po wbiegnięciu na górę. Po drodze rzeźby, metafory, symbole i inne atrakcje. Mnie osobiście najbardziej sposobały się kolejne płaskorzeźby-fontanny przedstawiające ludzkie zmysły.

Drugi obowiązkowy punkt programu to klubowy stadion! Trudno się dziwić, bo to prawdziwa atrakcja nie tylko dla amatorów futbolu. Zbudowany specjalnie na EURO 2004 Estadio Municipal AXA tym różni się od innych tego typu przybytków na całym świecie, że za jedną z bramek znajduje się skała. No tak, skała. Nie wszędzie jest skała za bramką, zwykle są trybuny, ale coś mniej skałowatego.

Co się tyczy samego klubu Sporting Braga, to przez wiele lat był on typowym średniakiem. Twardo okupowali miejsca w środku tabeli ligi portugalskiej. Jeżeli zdarzyło im się spaść, to chwilę potem meldowali się z powrotem w najwyższej klasie rozgrywkowej. Trochę jak Joe Pesci w "Kasynie" (wyjątkiem tutaj jest okres 1970-1975, kiedy to zespół nie mógł się dźwignąć z drugiej ligi). I tak sobie Sporting żył bez większych wzlotów i upadków. Dość powiedzieć, że największe sukcesy klubu w XX wieku to zdobycie Pucharu Portugalii (1965) oraz trzykrotny udział w PZP (1966/1967, 1982/1983, 1998/1999) i w Pucharze UEFA (1978/1979, 1984/1985, 1997/1998) oraz czterokrotne zajęcie czwartego miejsca w lidze. Wraz z przyjściem XXI wieku Sporting zaczął odważniej krążyć w okolicach podium. Pięciokrotnie lokował się tuż za nim, a w zeszłym sezonie (2009/2010) został wicemistrzem kraju. Ambicje ma coraz większe, ale ostatnio trudno mu pogodzić występy w europejskich pucharach z krajowym podwórkiem. Efektem ósme obecnie miejsce w ligowej tabeli. Czy my to skądś znamy?

Jeżeli rozpatrywać Bragę pod kątem statystycznej rywalizacji w europejskich pucharach, to Kolejorz zupełnie nie ma się czego bać. Statystycznie Portugalczycy odpadają w II rundzie europejskich rozgrywek. Sprawa jest jednak dość myląca. W XX wieku bowiem brażanie (ładnie brzmi) odpadali z pucharów niemal od razu, często dostając łomot od potęg z Węgier czy Walii. Ostatnie lata to jednak spore sukcesy, z awansami do 1/8 LE włącznie (sezon 2006/2007 i 2008/2009). W tym sezonie również Braga radziła sobie dzielnie w Lidze Mistrzów. W drodze do niej odprawiła Celtic Glasgow i Sevillę, a w fazie grupowej pokonała 2:0 Arsenal Londyn (nieważne, że w pierwszym meczu dostała 0:6). Dokładnie można oczytać sprawę u źródła. Tam również znaleźć można prezentację umiejętności największych gwiazd Bragi czyli Matheusa, Moisesa i Limy.

Poświęcanie im jednak większej ilości czasu, ponieważ w przerwie zimowej... najprawdopodobniej wszyscy odejdą:) Zobaczymy kto się pojawi na ich miejsce.

Warto natomiast poświęcić chwilę Polakom mającym za sobą występy w Bradze. Było ich bowiem trzech. Andrzej Woźniak trafił tam po nieudanym podboju FC Porto (15 meczów w sezonie 1997/1998). Marcin Chmiest zabawił w portugalskim Rzymie przez pół roku (wiosna 2007; 10 meczów), a Paweł Kieszek rozkokosił się w klubie najsolidniej z całego tercetu. Obecny golkiper FC Porto przebywał w Sportingu - z krótkimi przerwami - niemal trzy lata (2007-2010). Rozegrał w tym czasie 11 meczów a także zaliczył debiut w Lidze Europejskiej (0:1 z Werderem Brema). Stamtąd trafił do Setubal, potem na chwilę do Bragi by od bieżącego sezonu być zawodnikiem Smoków.

Jednocześnie warto również dojrzeć dwóch zagranicznych zawodników, którzy mają na koncie występy w Sportingu i w lidze polskiej. Jednym z nich jest były wiślak Jean Paulista (sześć meczów w Bradze jesienią 1999) a drugim ekslegionista Elton (sześć meczów ligowych jesienią 2010 oraz jeden występ w LM przeciw Arsenalowi [2:0]).

Braga to ciekawe miejsce, a Sporting to ciekawy przeciwnik. Ten drugi co ze mną bloguje wybiera się naocznie sprawdzić obie te tezy, więc z czasem będzie mógł się wypowiedzieć na ile są one prawdziwe.

P.

wtorek, 21 grudnia 2010
Janusz Wójcik ma kiepską pamięć, czyli jak Legia (nie) gromiła w sezonie 1992/1993

''Sukcesów jest wiele. Więcej niż porażek, a o porażkach niech mówią ci, którzy są ich autorami. Tak samo jak o problemach. Ja tutaj mogę powiedzieć jedno - nie będę się wypowiadał''. Ta myśl z Księgi Cytatów Janusza Wójcika przytaczana jest rzadko. Pewnie dlatego, że były selekcjoner i były poseł zawsze mówił chętnie. A że ostatnio z jego zdrowiem jest już lepiej, znów przemówił. Tym razem w programie telewizyjnym Romana Kołtonia.

Wójcik na pytania o swój udział w korupcji oczywiście zaprzeczał, wyparł się m.in. kultowego stwierdzenia ''Tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić''. To zweryfikować może dopiero sąd. Twierdzenia o wynikach sportowych przytaczanych przez trenera sprawdzić można jednak błyskawicznie. Lekko mówiąc, Wójcik nagina fakty, no mija się z prawdą. Szkoda, że red. Kołtoń w ogóle nie zareagował, gdy po swoim pytaniu (- Czy 20 czerwca 1993 roku, to też był wymiar tego systemu, o którym mówisz? Czyli tej strzelaniny na telefon między Legią a ŁKS), usłyszał taką odpowiedź (na wideo od 11:52):

 

Tylko przypomnieć chcę jedno. Legia prowadziła przed tym meczem [w tabeli]. Legia była zdecydowanie - według dziennikarzy i wszystkich obserwatorów - najlepszą drużyną wtedy w lidze. Zaproponowałem przecież razem z działaczami Legii: zagrajmy mecz z ŁKS. Niech nie pokazuje liga [kto ma być mistrzem], czy wygramy z Wisłą 3:0 czy 5:0.

Mieliśmy lepszą różnicę bramek, bo mieliśmy trzy bramki do przodu. Ale ja wiedziałem o tym, że ŁKS kręci różne dziwne rzeczy przeciwko Legii, że chcą koniecznie zdobyć tytuł mistrza Polski. Ja powiedziałem: "o nie, panowie - niech wygra lepsza drużyna". A lepszą drużyną była wtedy Legia. Powiedziałem, że możemy grać z ŁKS o każdej godzinie dnia i nocy, czy nad ranem - kiedy nas obudzicie, drużyna wyjdzie i ogra was. Ale nie słuchano, dlatego takie jakieś wyniki dziwne... dziwne...

Chcę przypomnieć, że Legia wygrywała wtedy nie tylko z Wisłą wysoko, bo i kilka innych drużyn poległo u siebie w domu po 5, po 4. Już nie mówię o Łazienkowskiej, bo tam regularnie, praktycznie każdy dostawał baty.

 

Spójrzmy, jakie to drużyny ''poległy u siebie w domu po 5, po 4'' i kto na Łazienkowskiej dostawał baty. Oto komplet wyników Legii z sezonu 1992/1993 za 90minut.pl (pogrubiono mecze, w których Legia strzeliła cztery gole i więcej):

Łódzki KS 1-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 2-0 Siarka Tarnobrzeg
Jagiellonia Białystok 3-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 2-1 Zagłębie Lubin
Olimpia Poznań 1-3 Legia Warszawa
Górnik Zabrze 0-3 Legia Warszawa
Legia Warszawa 1-0 Stal Mielec
Ruch Chorzów 2-0 Legia Warszawa
Legia Warszawa 2-0 Hutnik Kraków
Widzew Łódź 2-0 Legia Warszawa
Legia Warszawa 1-0 Śląsk Wrocław
GKS Katowice 1-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 1-1 Lech Poznań
Szombierki Bytom 1-2 Legia Warszawa
Legia Warszawa 5-1 Zawisza Bydgoszcz
Pogoń Szczecin 1-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 1-1 Wisła Kraków
Legia Warszawa 2-0 Łódzki KS
Siarka Tarnobrzeg 1-2 Legia Warszawa
Legia Warszawa 1-0 Jagiellonia Białystok
Zagłębie Lubin 3-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 2-0 Olimpia Poznań
Legia Warszawa 1-0 Górnik Zabrze
Stal Mielec 0-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 0-0 Ruch Chorzów
Hutnik Kraków 1-0 Legia Warszawa
Legia Warszawa 2-1 Widzew Łódź
Śląsk Wrocław 1-0 Legia Warszawa
Legia Warszawa 3-1 GKS Katowice
Lech Poznań 2-2 Legia Warszawa
Legia Warszawa 4-0 Szombierki Bytom
Zawisza Bydgoszcz 0-1 Legia Warszawa
Legia Warszawa 1-0 Pogoń Szczecin
Wisła Kraków - Legia Warszawa (na boisku 0-6, mecz anulowany)

Słownie: dwa. Dwa razy Legii zdarzyło się przed ostatnią kolejką rozgromić rywali. Poza tym legioniści przegrali sześć meczów, siedem zremisowali, a spośród pozostałych 18 wygranych:

- 11 zwycięstw było różnicą jednego gola

- 6 zwycięstw różnicą dwóch goli

- i tylko jedno różnicą trzech goli.

Tyle.

B.

PS Aha, gdyby ktoś nie miał dosyć: gol Śliwowskiego w ostatniej kolejne (na filmie 1:50) to jednak prawdziwa perełka, aż pięciu wiślaków zwaliło z nóg w jednej akcji!

 

czwartek, 16 grudnia 2010
Polacy w SV Austria (Casino) Salzburg: Roman Szewczyk, Andrzej Lesiak i... Jarosław Studzizba

Dziś Lech gra w Salzburgu z klubem od napoju, który ma dodawać skrzydeł. Red Bull (tudzież FC - jak nakazuje UEFA w swoich rozgrywkach) kupił miejsce w austriackiej Bundeslidze od starej, zasłużonej SV Austrii (swego czasu Casino) Salzburg. Uczciwie (?) odciął się od jego historii i tradycji, ale nie zmienia to faktu, że kibice w Salzburgu stracili swój fioletowo-biały klub w najwyższej klasie rozgrywkowej. SV Austria, głównie za sprawą kibiców, dalej istnieje i gra w Regionalliga West. Polaków, którzy grali w Austrii z Salzburga nie ma co prawda tylu, co w Austrii z Wiednia, ale i tak są to na tyle ciekawe postacie, że warto się ich dokonaniom w mieście Mozarta przyjrzeć.

 

Roman Szewczyk

1996/1997, 33-3 (mistrzostwo Austrii, gole: Austria W., Linz, Ried)
1997/1998, 29-0 (4. miejsce)
1998/1999, 22-1 (4. miejsce, gol: Sturm Graz; przegrany finał Pucharu Intertoto z Valencią, R. Sz. nie grał; wcześniej gol z Twente Enschede)
1999/2000, 27-0 (6. miejsce, czerwona kartka w finale Pucharu Austrii)
2000/2001, 30-0 (6. miejsce)
2001/2002, 33-1 (6. miejsce, gol: Sturm Graz)
2002/2003, 28-1 (3. miejsce, gol: SW Bregenz)
2003/2004, 14-0 (7. miejsce)

Choć Szewczyk przeszedł z Sochaux do Austrii w wieku 31 lat, to spędził tam aż osiem sezonów, z czego aż w siedmiu był podstawowym obrońcą. 216 meczów w austriackiej Bundeslidze - o 25 mniej niż Radosław Gilewicz. Szewczyk tak jak on stu goli nie strzelił, ale od czasu do czasu coś wpadło, przede wszystkim z rzutu wolnego. Wiadomo, jak to Roman. Majstra zdobył tylko raz, w debiutanckim sezonie. Zamiast jednak roztkliwiać się nad tym, warum potem już tak dobrze nie było, lepiej rzucić okiem, na jakie ciekawe persony Szewczyk natknął się w klubie.

W sezonie 1996/97 gole dla Salzburga strzelał... późniejszy trener Zagłębia Lubin... Drażen Besek! (obecnie Shanghai Shenhua - czyżby z polecenia Andrzeja Strejlaua? :)

O miejsce w bramce walczyli reprezentant Szabolcs Szafar oraz... Ukrainiec Oleg Susłow, który co prawda nie zatrzymał strzału Michalczuka, ale dziesiątki innych prób widzewiaków w pojedynku z Czernomorcem Odessa - już tak. W środku rządzili Rene Aufhauser (trzy razy przeciwko Polsce w reprezentacji - dwa razy w el. MŚ 2006 i raz na EURO 2008) i Węgier Peter Lipscei, a z przodu przez moment grali Litwin Valdas Ivanauskas i Słowak Tibor Jancula (ten od gola w ''słynnym'' meczu biało-czerwonych w Bratysławie w 1995 r.).

Zimą 2000 roku do zespołu dołączył słynny Toni Polster, ale przytłoczony 36 wiosnami i furą siwych włosów, pograł tylko jeden sezon. W sezonie 2001/2002 grę Szewczyka z ławki rezerwowych oglądał Branko Radovanović, późniejszy niewypał transferowy Wisły Kraków.

Na ostatni sezon w swojej karierze (2003/2004) do miasta soli zawitał wspaniały niemiecki rozgrywający, mistrz świata '90 i mistrz Europy '96, Thomas Haessler. W austriackiej lidze zagrał 19 razy, strzelił jednego gola. Za to w pucharach, pomógł niespodziewanie wyeliminować włoskie Udinese (przegrana 0:1 w Salzburgu i sensacyjna wygrana 2:1 na Stadio Friuli z golem Niemca; potem zemściła się Parma - 9:0 w dwumeczu).

Szewczyk pożegnał się z publicznością w Salzburgu 20 maja 2005 roku podczas meczu z Rapidem Wiedeń.

Andrzej Lesiak

1997/1998, 13-1 (4. miejsce, gol: SV Ried)

Andrzej Lesiak (ur. 1966, rok młodszy od Szewczyka) spędził w Salzburgu tylko jeden sezon z 11 spędzonych na grze na ojczyźnie (Tirol Innsbruck, Dynamo Drezno [zdjęcie z lewej], SV Ried [zdjęcie z prawej], Austria Salzburg, Rapid Wiedeń, znowu Ried, SV Pasching i znowu Ried). Jedynego gola ligowego dla Austrii Salzburg strzelił SV Ried - klubowi, do którego przenosił się aż trzy razy.

W fioletowo-białych barwach grał rzadko, jakby zapomniano, że w 1996 roku tenże Lesiak w barwach Rapidu Wiedeń strzelił gola Juventusowi :)

Z Salzburgiem, czy raczej z Drażenem Beskiem łączy go też nieudana przygoda trenerska z Zagłębiem Lubin.

Jarosław Studzizba

1984/1985, 27-6 (15. miejsce, spadek)
1985/1986, ?-1 (druga liga)

Najbardziej zagadkowa postać z tego grona (nie tylko dlatego, że jego nazwisko jest różnie podawane: Studziżba / Studzizba). Piłkarz nieco już zapomniany. O jego występach w Austrii nie wiadomo nic poza statystyki. A co wiadomo w ogóle? Za EP Fuji, tom o Górniku Zabrze:

Pomocnik, rozgrywający. Stal Nysa (1969-73), Metal Kluczbork (73-74), Odra Opole (74, liga), Górnik Zabrze (74-77), Polonia Bytom (77-78, liga), Lechia Gdańsk (78-81), niemiecki Eintracht Brunszwik (81-84), austriackie SV Salzburg (84-86), belgijskie Winterslag (86-87), RC Genk (87-88) i RC Hasselt (88-89).

Uważany za wielki talent, ale mimo sporych umiejętności nie umiał na dłużej zabłyszczeć, choć potrafił wiele i bez trudu znajdował pracodawców.

Fragment rozmowy ze strony o historii Odry Opole:

- Odra spadła do II ligi, a mnie od pewnego czasu namawiano aby przejść do Zabrza. Do grania w Górniku przekonał mnie trener Teodor Wieczorek. W Zabrzu jednak nie zagrzałem zbyt długo miejsca, gdyż tam – jak wszędzie – panowała ''przyjacielska polityka''. Kadrę pierwszego zespołu stanowiła stara paczka piłkarzy, do której trudno było się przebić. Kierownictwo klubu chciało tego, ale o wszystkim decydowali sami gracze. Jak się z nimi piło gorzałę i grało w karty to była szansa na awans, a jak nie, to nie dopuszczali do drużyny. (...) Gdyby wówczas taki Mirek Klose [Studzizba grał w Odrze Opole razem z ojcem Miroslava, Józefem - dop.] wybił się, to nie wiem czy grałby w pierwszej drużynie swojego klubu. W latach siedemdziesiątych panowało w Polsce powiedzenie: jesteś jeszcze młody i masz czas. Wielu takich jak ja siedziało na ławce rezerwowych i marnowało swój talent.

Z Zabrza trafił do Bytomia, skąd pojechał na Wybrzeże. Za lechia.gda.pl:

Wiosną 1979 r., razem ze Zbigniewem Kruszyńskim, w II – ligowej Lechii występował Jarosław Studzizba. 23 – letni napastnik trafił na Traugutta z bytomskiej Polonii. Zdobył w tym okresie 1 bramkę. Zdecydowanie poprawił się jesienią (4 gole), ale kolejna wiosna ponownie mu nie wyszła – zaledwie 1 trafienie. Również w kolejnym sezonie (1980/81) nie zachwycił skutecznością. Mimo tego, że trener Wojciech Przybylski zdecydowanie na niego stawiał, udało mu się zaledwie 3 razy trafić do siatki rywali. Z gdańskim klubem rozstał się latem 1981, gdy włodarze Lechii postanowili odmłodzić zespół. Korzystając z trwającego karnawału ''Solidarności'' wyemigrował do RFN, gdzie kontynuował piłkarską przygodę w barwach grającego wówczas w Bundeslidze Eintrachtu Braunschweig. W najwyższej klasie rozgrywkowej Niemiec zdobył 9 bramek w 51 meczach.

To właśnie z Niemiec trafił na dwa sezony do Salzburga. Grać w piłkę skończył w Belgii, gdzie zamieszkał na stałe i szkolił młodzież.

Ktoś wie coś więcej o Jarosławie Studzizbie?

B.

środa, 15 grudnia 2010
Co śpiewają kibice Malatyasporu, czyli Agca bohaterem

Mam nadzieję, że wkrótce będzię okazja, żeby wrzucić tutaj kilka tekstów, które od dłuższego czasu leżą i pączkują. Na razie jednak mała ciekawostka, którą złapałem podczas lektury świetnej książki Witolda Szablewskiego "Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji".

Jeden z rozdziałów poświęca on Alemu Agcy - niedoszłemu zabójcy Jana Pawła II.

Agca urodził się i wychował w tureckim mieście Malatya. Według autora jest to zapadła dziura, w której mieszka 400 tysięcy osób, ale nie oferuje się nim nic, poza drzewami ciężkimi od owoców moreli oraz... klubu piłkarskiego. Tamtejszy Malatayspor stanowi jedyną rozrywkę dla mas. Boisko ma sztuczną murawę i świeżo odremontowane trybuny, ale w parze z infrastrukturą nie idzie poziom sportowy. Piłkarze z Malatyi występują bowiem raptem w III lidze. Ich degrengolada jest imponująca. W I lidze występowali jeszcze w latach 2001-2006, potem trzy sezony spędzili na niższym szczeblu, by wreszcie spaść i z niej w 2009 roku. Przez skład popularnych Tygrysów przewinęło się w ostatnich latach kilku ciekawych zawodników - mundialowicz '98 z RPA Helman Mkhalele, Milan Osterc (reprezentant Słowenii na EURO 2000 i MŚ 2002), Albańczyk Klodian Duro oraz Polak Jacek Ziarkowski.

Co jest ciekawe, to przywiązanie klubowych kibiców do... postaci Alego Agcy! Gdy zespół wybiega na murawę oni śpiewają: "Nie żyje Malatya, niech żyje papież, kochamy cię... Ali Agco!". Zresztą inne lewicowo-wywrotowo-rewolucyjne postacie są im również bardzo bliski.

Żeby było jeszcze weselej, to prezesem klubu przez całe lata był Oral Celik.

Celik był organizatorem, koordynatorem i wsparciem z ramienia Szarych Wilków dla Agcy podczas zamachu na placy św. Piotra. On również miał pociągnąć za spust pistoletu w razie niepowodzenia zamachu. Czy zrobił to, czy nie - nie wiadomo ("rozmowa" z nim, skądinąd przeprowadzona również przed laty przez Szablewskiego, tutaj). Wiadomo, że zamach się nie udał. Faktem jest również, że Celik jeszcze niedawno prezesował Malatyasporowi.

Fascynujący kraj, bardzo ciekawa książka.

P.