Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 24 grudnia 2012
Noel

- Dzisiaj nie jest zwykła noc. Dziś jest noc Bożego Narodzenia.

Po tych słowach i chwili ciszy zakonnik przekazuje sobie gest pokoju z terrorystą, który jeszcze przed chwilą wygrażał mu lufą karabinu maszynowego.

Ta scena z "Ludzi Boga", jednego z najpiękniejszych filmów ostatnich lat (kto nie widział, ten niech nadrobi braki), stanowi jeden z wielu przyczynków do refleksji nad siłą pokoju, która towarzyszy wigilijnej nocy.

Wiele lat przedtem, zanim algierscy trapiści stracili życie z rąk arabskich ekstremistów, przez Europę przetaczała się wyjątkowo krwawa I wojna światowa. W 1914 roku zastała ona żołnierzy armii alianckiej i niemieckiej w okopach w okolicach Ypres. W wigilię Bożego Narodzenia wojska zaczęły jednak wykonywać ruchy mało militarne:

Korzystając z przestoju w wymianie ognia, niemieccy żołnierze postanowili udekorować lampkami teren okalający zajmowane przezeń okopy. W różnym czasie - według relacji, od godzin wieczornych do północy - pozycje zajmowane przez Niemców rozbłysły jaskrawym światłem. Przed okopami ustawiono bożonarodzeniowe choinki przystrojone zapalonymi świeczkami. (...) Ku zdziwieniu Brytyjczyków Niemcy zaczęli głośno śpiewać kolędę "Cicha noc" (niem. Stille Nacht). Po chwili, w rytm tej samej melodii, po angielsku zaśpiewali Brytyjczycy (według jednej z relacji jako pierwsi kolędowali walijscy fizylierzy). Słysząc odzew z naprzeciwka niemieccy żołnierzy zaczęli spontanicznie wychodzić z okopów i kierować się w stronę Brytyjczyków.

Skonsternowani żołnierze brytyjscy, pomimo bezwzględnego zakazu opuszczania pozycji bez rozkazu (co groziło surowymi karami), widząc zbliżających się i śpiewających kolędy Niemców, także zaczęli wychodzić z ukrycia. Atmosfera świąt jako pierwsza udzieliła się Brytyjczykom stacjonującym na odcinku Frelinghien-Houplines na pograniczu belgijsko-francuskim. Do spotkań żołnierzy doszło między nieprzyjacielskimi okopami, na tzw. pasie ziemi niczyjej.

Josef Wenzel z 16. Bawarskiego Rezerwowego Pułku Piechoty, w którym służył wówczas młody Adolf Hitler (przyszły kanclerz III Rzeszy był przeciwny rozejmowi), w liście do rodziny napisał: "Jeden (Brytyjczyk - PAP) podszedł do mnie, od razu uścisnął moją dłoń i przekazał mi kilka papierosów, drugi dał mi pamiętnik, trzeci podpisał się na pocztówce, czwarty zanotował swój adres w moim notesie. Jeden Anglik zagrał na harmonijce ustnej niemieckiego żołnierza, inni tańczyli, jeszcze inni dumnie paradowali w niemieckich hełmach (...). Nie zapomnę tego widoku przez resztę mojego życia".

Żołnierze wymieniali uściski dłoni, składali sobie życzenia świąteczne, a także obdarowywali prezentami. Osobom, których jeszcze dzień wcześniej nie zawahano by się zastrzelić, w wigilijną noc wręczano, oprócz alkoholu, tytoniu i słodyczy, także rzeczy osobiste, jak np. kapelusze. Wielu uczestników rozejmu wznosiło toasty za zdrowie służących w obcych armiach żołnierzy.

Brytyjski kapral John Ferguson tak oto zapamiętał opisywane wydarzenia: "Rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od lat. Staliśmy przed niemieckimi zasiekami z drutu kolczastego; otaczali nas Niemcy (...). Cóż za widok - grupki Niemców i Brytyjczyków utworzyły się na prawie całej długości naszego frontu! Z ciemności mogliśmy usłyszeć śmiech i zobaczyć rozpalone zapałki, gdy jakiś Niemiec podpalał Szkotowi papierosa i na odwrót".

W tę wyjątkową wigilijną noc zabrzmiały takie popularne pieśni świąteczne jak m.in. niemiecka "O Tannenbaum" ("O jodełko") oraz brytyjska "O Come All Ye Faithful" ("Przybądźcie wierni"), będąca anglojęzyczną wersją średniowiecznego hymnu bożonarodzeniowego "Adeste Fideles". (źródło tutaj)

Większość historyków wspomina także o niezwykłym meczu piłkarskim rozegranym przez żołnierzy obu armii. Spotkanie piłkarskie rozegrane na Estadio De Ziemia Niczyja miał zakończyć się wynikiem 3-2 dla Niemców.

Mecz ten obrósł legendą i powstało kilka ciekawych dokumentów na jego temat. Zajawiam tutaj fragment jednego z nich.

Więcej o futbolowej potyczce podczas rozejmu bożonarodzeniowego w 1914 roku można poczytać tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Autorzy Numer10 z okazji świąt Bożego Narodzenia życzą wszystkim czytelnikom uchwycenia siły tej wigilijnej nocy i odpowiedniego jej spożytkowania.

P./B./R.

piątek, 14 grudnia 2012
Święty S.

Różne czasy mają różnych bohaterów. Stają się nimi ludzie będący dla innych symbolami wyższych ideałów i ucieleśnieniem określonych cnót. Dziś dowiedziałem się, że taką ikoną jest także Piotr S., bardziej znany jako Staruch.

 

Przyznam, że drapałem się już mocno po głowie, gdy słyszałem jak przed ostatnimi wyborami wycieczki do Starucha urządzał Zbigniew Romaszewski - człowiek o pięknej karcie opozycyjnej i żywocie, podczas którego wielokrotnie udowadniał, że jak mało kto wie czym jest szacunek dla drugiego człowieka. O czym rozmawiał z S.? O sztuce retoryki?

Teraz z kolei dowiedzieć się można, że Pan S. jest także więźniem politycznym. Takim, jakimi byli Wałęsa, Walentynowicz, Kuroń czy Frasyniuk. Albo może i Mandela albo Havel. Staruch stał się właśnie jednym z nich. Ideowcem walczącym o lepsze jutro. Człowiekiem, który rzucił wyzwanie systemowi i system go za to karze. Więźniem sumienia. Niezwykła nobilitacja.

Jest wielu (tysiące?) kibiców, którzy swoim zachowaniem - zdrowo rozumianym patriotyzmem (nie mylić z rasizmem/nacjonalizmem) zaangażowaniem w akcje charytatywne, przywiązaniem do swoich lokalnych społeczności - udowadniają, że leży im na sercu dobro ludzi żyjących obok nich. Ich ikoną został właśnie zawsze skory do bitki wulgarny zapiewajło podejrzewany o wątpliwe interesy.

P.

czwartek, 13 grudnia 2012
25 lat temu: Józef Młynarczyk i FC Porto najlepsi na świecie

Józef Młynarczyk z Pucharem Europy

Józef Młynarczyk z Pucharem Europy

Zbigniew Boniek grudzień 1985 roku spędzał już jako piłkarz Romy, więc zwycięskie karne Juventusu (z którym pół roku wcześniej wygrał Puchar Europy) z Argentinos Juniors oglądał w telewizji. Polscy bramkarze - Jerzy Dudek w 2005 r. i Tomasz Kuszczak trzy lata później - obserwacje mieli o tyle głębsze, że boje swoich angielskich drużyn w Jokohamie przeprowadzali z ławki rezerwowych (Liverpool przegrał 0:1 z Sao Paulo [skład | skrót], Manchester United pokonał LDU Quito 1:0 [skład | skrót]). Rozdział ''Polacy w walkach o Pucharu Interkontynentalny'' można więc ograniczyć do tego, co działo się dokładnie 25 lat temu, 13 grudnia 1987 roku. Opowiada sam zainteresowany: Józef Młynarczyk (za biografią ''Kochana piłeczko'').

Poprzedniego dnia na treningu nic nie wskazywało na to, że przyjdzie nam grać w tak trudnych warunkach. W dniu meczu rano zaczął padać deszcz, który potem zamienił się w śnieg, a temperatura spadła poniżej zera. Na boisku leżała około 10-centymetrowa warstwa śniegu, to znaczy na wierzchu śnieg, a pod spodem woda. Ani jeden, ani drugi zespół nie wyszedł na rozgrzewkę, chcąc rozpocząć spotkanie z marszu. Tylko ja, przezornie, wraz z asystentem trenera Octtavio, wyszedłem na boisko. W czasie rozgrzewki zorientowałem się, że warunki są szczególnie ciężkie, jeśli chodzi o tyły i bramkarzy, gdyż łatwo o kiks.

W pierwszej fazie spotkania Penarol miał optyczną przewagę, stwarzał dużo sytuacji. Byłem zmuszony dość często interweniować, często kłaść się w błoto. Było mi potwornie zimno. W pierwszej połowie nie puściłem żadnej bramki, natomiast bramkarz urugwajski puścił jedną, co dało nam 1:0. 

Na drugą połowę wyszliśmy w suchych strojach. Penarol za wszelką cenę chciał wyrównać. Moje coraz częstsze kontakty ze śnieżną breją spowodowały, że z minuty na minutę kostniałem coraz bardziej. Doszło do wyrównania. Byłem już tak zmarznięty i mokry, że po tej bramce odechciało mi się wszystkiego. Myślałem, że już nie zrobię nawet kroku.

[Dogrywka] Zwykle w takich sytuacjach nikt nie schodzi do szatni, ale tym razem sędzia - sam zresztą zmarznięty - pozwolił na zmianę strojów i ogrzanie się w szatni. W dogrywce Penarol nie prezentował już takiej siły przebicia, wiedzieliśmy, że Urugwajczycy czekają na rozstrzygnięcie spotkania karnymi. W drugiej części dogrywki dochodzi do sytuacji, w której stoper wyprowadza piłkę 30 metrów przed własną bramką, wykorzystuje to Madjer, atakując odbiera mu piłkę. Widząc to bramkarz urugwajski wybiega z bramki, by ratować sytuację, Madjer mija go i piłka wolno toczy się do bramki. Mało nam serca nie stanęły, bo zatrzymała się na śniegu, tuż za linią.

Utrzymujemy wynik do końca dogrywki. W naszym zespole radość. Piłkarze Penarolu płaczą jak dzieci.

Prasa portugalska uznała potem, że powinienem dostać ten samochód [Toyotę dostał Madjer]. Ale zanim wybrano najlepszego piłkarza, podjęliśmy decyzję, że jeśli będzie to ktoś z naszego zespołu, to samochód zostanie sprzedany, a pieniądze podzielone.

Niżej skrót oraz cały mecz.





B.

wtorek, 11 grudnia 2012
Medal za mistrzostwo: 1,5 tys. zł. Zrób sobie muzeum Lecha i Legii

medal za mistrzostwo Polski - Lech Poznań 2010

W polskiej piłce przez wiele lat można było kupić wszystko, z mistrzostwem i krajowym pucharem na czele. Teraz - mam nadzieję - tytułami już się nie handluje. Za to trofea - medale i puchary - są w tej chwili w zasięgu ręki każdego. Oto tekst, który tydzień temu poszedł na Poznań.Sport.pl i w GW Poznań.

Medale za piłkarskie mistrzostwo i Puchar Polski oraz puchary za turnieje koszykarskie, wyścigi kolarskie i wygranie ligi przez hokeistów na trawie. Te unikalne pamiątki Lecha Poznań można bez problemów - choć za spore pieniądze - kupić od anonimowych sprzedawców w internecie.

W opisach aukcji internetowych często roi się od wykrzykników takich jak ''Okazja!'' czy ''Rarytas!''. Określenia ''unikalny'' i ''oryginalny'' nie są przesadzone w stosunku do przedmiotów, które można było kupić na Allegro jeszcze kilka dni temu. Chodzi o trofea różnych sekcji Lecha Poznań z ostatnich 50 lat.

Użytkownik z Małopolski wystawił na aukcje następujące siedem pucharów i dwa medale (w nawiasach cena, jaką trzeba było podać, by włączyć się do licytacji):

- medal za mistrzostwo Polski piłkarzy w sezonie 2009/2010 (1499 zł),

- medal za Puchar Polski piłkarzy w sezonie 2003/2004 (1499 zł),

Medal za Puchar Polski 2004 - Lech Poznań

- puchar od PZPN (199 zł),

Puchar od PZPN na 60-lecie Lecha Poznań

- puchar za ''I miejsce w turnieju koszykówki kobiet o puchar Prezesa GKS Olimpia Poznań'' z 1986 r. (199 zł),

- puchar z turnieju koszykarskiego z 2-7 IV 1976 (199 zł),

- puchar za zwycięstwo hokeistów na trawie w turnieju we włoskim Reggio w 1976 r. (199 zł),

- puchar zdobyty przez hokeistów na trawie w turnieju juniorów w Poznaniu w 1977 r. (199 zł),

- puchar za mistrzostwo Polski w hokeju na trawie w sezonie 1977/1978 (199 zł),

- puchar za ''I miejsce w wyścigu kolarskim z okazji święta 22 lipca'' zdobyty w 1962 r. (99 zł).

(wszystkie zdjęcia tutaj)

O autentyczności pamiątek może świadczyć choćby klubowa pieczątka umieszczona pod jednym z pucharów. Sprzedawca, spytany w prywatnej korespondencji o pochodzenie trofeów odpisał, że ''pamiątki są z różnych aukcji, głównie charytatywnych'', a sprzedaje je, bo ''potrzebuje pieniędzy''. Dwa lata temu z tego samego konta sprzedawane były gadżety Wisły Kraków (w tym koszulki z podpisami piłkarzy), ale dochód z nich był przeznaczony na leczenie chorej dziewczynki.

Puchary należały wcześniej do sekcji Kolejorza, które w większości przestały istnieć w latach 90. A kto mógł być właścicielem medali zdobytych nie tak dawno przez piłkarzy? - Ekstraklasa SA po zdobyciu przez nas mistrzostwa Polski najpierw przekazała ok. 30 medali, a potem klub mógł zamówić dodatkowe sztuki. Skorzystaliśmy z tej możliwości, a medale trafiły m.in. do sponsorów - tłumaczy rzecznik Lecha Joanna Dzios.

O aukcjach (skończyły się i przedmioty nie zostały kupione, więc w każdej chwili właściciel może wystawić je ponownie) poinformowaliśmy Lecha Poznań. Na razie nie ma decyzji, czy kupi trofea od prywatnego kolekcjonera (i w podobnych przypadkach w przyszłości), by umieścić je w powstającym na stadionie klubowym muzeum.

W komentarzu apelowaliśmy do Lecha, by odwoływał się do tradycji nie tylko wtedy, gdy jest mu to na rękę i by pamiątki sprowadził (kupił do muzeum). Odpowiedzi jak nie było tak nie ma, za to trofea znów są aukcjach. Medal za mistrzostwo Polski (fakt, że w tym gronie akurat najmłodszy i najmniej unikalny) już znalazł nabywcę, co widać na obrazku na początku notki. Jeśli będzie tak też z pozostałymi pucharami, mam tylko jedną prośbę do poznańskiego klubu: by nie żalił się wszem i wobec, że w kwestii starszych pamiątek i tych po zamkniętych sekcjach miał związane ręce.

W muzeum Legii, pomimo paru wizyt na nowym stadionie przy Łazienkowskiej, jeszcze niestety nie byłem, więc jego zbiorów nie znam. Gdyby ktoś chciał zrobić sobie własną legijną izbę pamięci, to też ma do tego niepowtarzalną okazję. Na aukcjach (innego użytkownika, ale mam wrażenie, że to - hm - ta sama ''parafia'') są w tej chwili:

- medal za wygranie Pucharu Polski 1980 po słynnym finale z Lechem (5:0) poprzedzonym niespotykanym w naszym kraju mordobiciu (1 999 zł),

Medal za Puchar Polski 1980 - Legia Warszawa - Lech Poznań

- medal za mistrzostwo Polski 2006 (1999 zł),
- medal za Puchar Polski 2008 (1999 zł),
- medal za Superpuchar Polski 2008 (1999 zł)
- medal za udział (porażkę) w finale Pucharu Polski 2004 (1499 zł),
- brązowy medal za trzecie miejsce w ekstraklasie 2005 (999 zł).

A to wszystko jeszcze... nic. Puchar za mistrzostwo Polski Skry Bełchatów? Proszę bardzo. Pamiątki z jej udziału w Final Four? Żaden problem. Złote medale mistrzostw Europy Tomasza Sikory (4999 zł) i Agaty Wróbel (3999 zł)? Oczywiście.

Są rzeczy na aukcjach internetowych, o których nie śniło się kolekcjonerom.

B.

PS Nie linkuję, bo nie o to tu chodzi - kto chce, znajdzie te pamiątki bez problemu.

piątek, 07 grudnia 2012
Mister Świat

Odgrażałem się już tutaj wielokrotnie, że o nim napiszę. Tak się złożyło, że dziś obchodzi on 35. urodziny, więc ucieczki od obietnicy już nie ma. Panie i Panowie, Miodrag Andjelkovic - jeden z największych piłkarskich obieżyświatów, którzy zagrali w polskiej lidze.

Nasz bohater przyszedł na świat w 1971 roku Kosowie, dokładnie w Kosovskiej Mitrovicy. Od dziecka jednak nie miał wątpliwości co do swojej serbskiej tożsamości. Być może to początkowe miejscowo-etniczne wrażenie niepełnego dopasowania sprawiło, że Andjelkovic później już nieustannie podróżował po świecie w poszukiwaniu własnego miejsca.

W piłkę zaczął grać jeszcze w dzisiejszym Kosowie, w klubie Trepca Mitrovice. Następnie trafić do OFK Belgrad, a więc stołecznego klubu dzisiejszej Serbii. Tam jako osiemnastolatek zagrał w 13 meczach i strzelił jednego gola. Zaprezentował się na tyle dobrze, że otrzymał ofertę z Hiszpanii od Espanyolu Barcelona. Oczywiście skorzystał i w sezonie 1995/1996 bawił już na Półwyspie Iberyjskim.

W stolicy Katalonii jednak mu nie szło. Zagrał tylko w trzech spotkaniach Primera Division (bez gola) i został wypożyczony do Almerii. Tam też obeszło się jednak bez sukcesów (4 mecze bez gola).

Przyszła więc pora pożegnać się ze słoneczną Hiszpanią. Jesień 1997 Andjelkovic spędził w Niemczech w Greuther Furth (2-0, 2.Bundesliga), a wiosnę 1998 w Izraelu w Hapoelu Petach Tikwa (11-0). Wobec skuteczności godnej przejechanego jeża kariera Serba znalazła się na zakręcie. W tych okolicznościach Andjelkovic wrócił do ojczyzny. W Serbii nasz napadzior odżył. Spędził świetny rok w OFK Belgrad (27-11) i pół roku w FK Sardit (10-7). Ciągnęło jednak chłopaka w świat...

Wybór padł na Turcję. W Antalayspor Kulubu Serb bawił jesienią 2000 (12-3). Potem skoczył aż do Brazylii! Wiosna 2001 to słynne Fluminense (13-3), jesień 2001 to chwilunia w OFK Belgrad (1-0), a potem z powrotem do Brazylii na wiosnę 2002, ale tym razem już do Coritiba FC.

Trudno więc się dziwić, że gdy Andjelkovic przed rozpoczęciem sezonu 2002/2003 zawitał do Polski, konkretnie do łódzkiego Widzewa, to witany był jak Marco Polo. Słuszne warunki fizyczne i barwne CV kazały widzieć w nim - w i tak wesołym przecież wówczas Widzewie (Darci, Beaud, Giuliano, Terlecki, Włodarczyk, Węgrzyn i inni) - potencjalną gwiazdę drużyny. Dla drużyny rozegrał jednak tylko 18 meczów ligowych i strzelił raptem jednego gola (drugiego dorzucił w pucharowym spotkaniu z Polarem Wrocław). Stało się to w przegranym 2:4 meczu z Wisłą Kraków (to w tym meczu Hermes strzelił chyba najpiękniejszą bramkę w swojej karierze). Serb podczas swojego pobytu w Łodzi mocno rozczarowywał, a wiosną 2003 zmagał się z urazami, w efekcie których dopiero pod koniec sezonu wrócił do składu. Dodatkowo klub w pewnym momencie przestał mu płacić, więc temat jego dłuższej gry dla Widzewa w ogóle się nie pojawił.

W takiej sytuacji Andjelkovic tradycyjnie wrócił do Serbii. Jesień 2003 to OFK Belgrad (7-2). Ale za to potem rozpoczęła się najbardziej spektakularna wycieczka naszego bohatera. Wiosna 2004 to... Korea Południowa! W Incheon United zaliczył on 11 meczów i 4 gole. Te występy okazały się trampoliną do Japonii i Cerezo Osaka (jesień 2004, 4-1). Kolejny przystanek - Kazachstan, Irtysz Pawłodar (wiosna 2005, 6-1). Następny - Ukraina, Metalurg Zaporoże (jesień 2005, 10-2). Potem pół roku przerwy (dlaczego!:)) i wreszcie wisienka - Al-Ahli z Arabii Saudyjskiej (jesień 2006). Słowem, trzy lata prawdziwego road tripu, po pół roku na miejscówkę.

Po takim rozbracie nastąpił tradycyjny wlot do OFK Belgrad (wiosna 2007, 9-0), a potem dalsze zwiedzanie. Swoimi wdziękami Serba skusiły tym razem... Chiny. W Dalian Shide spędził on jesień 2007 (2 gole), a w Yantai Yiteng wiosnę 2008 (7 goli). Po tym wojażu chyba przeszła mu nieco ochota na dalekie peregrynacje. Nie oznacza to jednak, że przekreślił te bliższe. Wybór padł na niedaleką Rumunię. Obieżyświata zapragnął mieć w swym składzie zespół Pandurii Targu Jiu (wiosna 2009, 5-0), a później International Curtea de Arges (jesień 2009, 1-0). Nasz napadzior nigdzie szału nie zrobił, więc spakował plecak i dawaj do... Kanady!

Tam przytulił go Brantford Galaxy z Canadian Soccer League. Serb w Kraju Klonowego Liścia spędził rok, rozegrał 15 meczów i strzelił 8 goli. Wystarczająco, aby zapracować na transfer.. do Malty! Skorzystał on bowiem z oferty Valletta FC. Co ciekawe, ten ruch owiany jest mgiełką tajemnicy, bo jedne źródła informują o tej przeprowadzce, a inne milczą w jej temacie. Faktem jest, że nie znalazłem nigdzie bilansu rzeczonego pobytu Serba na wyspie św. Pawła, więc należy przy nim postawić znak zapytania. Pewność mamy natomiast tylko, że Andjelkovica w profesjonalnej piłce widziano po raz ostatni jesienią 2011 roku, gdy zagrał 13 meczów (bez gola) w serbskim OFK Mladenovac.Prawdopodobnie zakończył swoją karierę i... oddał się podróżom?:)

Podsumowując, jeden zawodnik, 17 lat kariery, 23 kluby z 17 (lub 16) krajów z 4 kontynentów (!!!). A wszystko tylko po to, żeby ukryć, że nie umie się strzelać goli.

P.

 
1 , 2