Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 31 grudnia 2013
Nagrody rozdano

Moment, gdy topniejący w oczach z każdym dniem, kuchenny wyrywany kalendarz, z początkowych rozmiarów kilkuset stronicowego grubasa, jawi nam się teraz jako ledwo trzymający się na nogach jednokartkowy anorektyk, skłania zawsze do pewnych podsumowań okresu, który potężnymi susami nieuchronnie zmierza ku zasłużonemu wypoczynkowi w sejfach historycznej pamięci. Bywały zapewne w przeszłości takie lata (jak choćby 1991, 1997 czy 1999), gdy wybór naszego rodaka, poszturchującego kończynami dolnymi skórzaną kulę najlepiej spośród wszystkich innych, trudniących się tym rzemiosłem, nastręczał znacznie większych trudności. W 2013 nie ma chyba poważniejszych wątpliwości co do faktu, iż najlepiej na świecie kopał piłkę Cristiano Ronaldo, w Polsce zaś Robert Lewandowski.

Chcielibyśmy więc, znikający powoli za rogiem rok 2013, ocalić od zapomnienia w nieco innym aspekcie. Pragniemy dziś bowiem przypomnieć, bez jakichkolwiek zbędnych klasyfikacji, wieńczenia zwycięskich skroni laurami i niepotrzebnego gadania, kilka tekstów naszych blogowych, bliższych lub dalszych Sąsiadów, z szeroko pojętego sportowego światka, których lektura na przestrzeni wspomnianego okresu była dla nas czymś ważnym, inspirującym i cennym. Oczywiście nie zawsze i nie we wszystkim podzielamy opinie Autorów owych tekstów, lecz uważamy, że wszystkie one poruszały niezmiernie ważkie problemy i w sposób istotny potrafiły skłonić ku wartościowej refleksji.

Nie wykluczamy, że gdzieś tam po cyberprzestrzeni grasowały też inne, równie świetne teksty, lecz jako, że niekoniecznie należymy do osób trawiących większość swego żywota pośród wirtualnych lochów, los sprawił, iż spośród wszystkich, na jakie się w mijającym roku natknęliśmy, przytoczone poniżej uznaliśmy za najbardziej godne, by choć spróbować ocalić je od zapomnienia.

Przede wszystkim więc Rafał Stec i jego naprawdę znakomita rzecz o bezcennej, choć znajdującej się niestety obecnie w bardzo głębokim odwrocie - sztuce patrzenia.

Michał Okoński za finezyjną próbę definicji piłkarskiego hipstera.

Radek Nawrot za przenikliwe i celne spojrzenie, którego wielu wówczas zabrakło.

Krzysztof Stanowski za tekst, który odbił się bardzo szerokim echem i rzeczywiście w pełni na to zasłużył.

Marek Wawrzynowski za trzeźwość w przyglądaniu się naszej futbolowej krainie pod bońkowym panowaniem.

Paweł Czado za wspaniałe pożegnanie, wspaniałego piłkarza.

Michał Pol za jego kibiców i klientów.

Nagrody roześlemy pocztą.

Choć właściwie po cóż fatygować pocztę - przyjmijcie, proszę, już teraz, nasze najszczersze gratulacje i wyrazy uznania :)

A nadchodzący, Nowy Rok 2014,  niech obfituje nam wszystkim w prawdziwe Szczęście, nie tylko to sportowe.

R.

sobota, 28 grudnia 2013
Mała historia języka gwizdanego

 

Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem najnowszy tekst cenionego przez nas, blogowego Sąsiada – Pawła Czado, tym bardziej, że dotyczył on kwestii, która nurtuje mnie od dłuższego już czasu. Sprawa wygwizdania przed ponad trzydziestu sześciu laty na Stadionie Śląskim w Chorzowie, kapitana polskiej reprezentacji – Kazimierza Deyny, na nowo przypomniała o sobie przecież całkiem niedawno, w kontekście poczęstowania przez publikę podczas sierpniowej potyczki z Duńczykami na stadionie w Gdańsku, solidną porcją gwizdów, najlepszego napastnika biało-czerwonych, Roberta Lewandowskiego. A przecież historie Deyny i Lewandowskiego to nie jedyne przypadki, gdy podczas meczu polskiej reprezentacji, któryś z naszych graczy zostaje przez własnych kibiców potraktowany w ten sposób.

Warto przypomnieć, że na rodzimych stadionach, podczas występów w narodowej kadrze, gwizdy towarzyszyły również Dariuszowi Dziekanowskiemu. Swe apogeum owo pożałowania godne zjawisko osiągnęło 12 kwietnia 1987 roku w Gdańsku, podczas eliminacyjnego meczu do Euro ’88 przeciwko Cypryjczykom. Sławomir Orzoł, autor biograficznej książki "Dziekan", pisze wręcz o "chamskim zachowaniu publiczności, która każde dojście Dziekanowskiego do piłki kwitowała gwizdami i lawiną wyzwisk". Niemal rok później, piłkarz warszawskiej Legii, ‘przyzwyczajony’ przecież do faktu poniewierania nim przez kibiców na terenie całego kraju, gdy gra w barwach swego stołecznego klubu, w wywiadzie dla "Piłki Nożnej" wciąż mocno przeżywał, że podobne wydarzenia mają miejsce również podczas jego występów dla biało-czerwonych. "Jeśli gram z klubem, mogę różne reakcje zrozumieć. Dotykają natomiast gwizdy na spotkaniach reprezentacji. Dla kogo ja walczę? Do kogo mam podbiec po strzeleniu bramki?".

Czy można znaleźć jakiekolwiek przekonujące, oparte na zdrowym rozumie wytłumaczenie dla tego typu zachowań i czy rzeczywiście warto w ogóle takowego poszukiwać? Przyznam szczerze, że w historii, która dotknęła Kazimierza Deynę na Śląsku frapowało mnie zawsze coś, na co bardzo celnie zwrócił uwagę Paweł Czado. Przecież miesiąc wcześniej, na tym samym Stadionie Śląskim, w eliminacyjnym meczu przeciwko Duńczykom, kapitan biało-czerwonych był wręcz fetowany po strzeleniu bramki na 3:0, a gdy egzekwował stałe fragmenty gry, lub gdy opuszczał w 71 minucie spotkania murawę, zmieniany przez Zbigniewa Bońka, nie dało się słyszeć z trybun choćby szmeru dezaprobaty dla jego osoby, wyrażonej gwizdami. Tymczasem kilka tygodni później, gdy Deyna podchodzi egzekwować rzut rożny, towarzyszy mu potężna porcja gwizdów, która nie milknie nawet wówczas, gdy po mistrzowsku, bezpośrednio z kornera pokonuje portugalskiego bramkarza Bento, a jeszcze wzmaga się niemiłosiernie, gdy kapitan biało-czerwonych opuszcza boisko na pięć minut przed końcem spotkania, zastępowany przez Jana Erlicha.

Cóż więc takiego wydarzyło się pomiędzy 21 września, a 29 października 1977 roku, co diametralnie zmieniło podejście publiki na Śląskim do kapitana polskiej reprezentacji, który swoim trafieniem zapewnił przecież biało-czerwonym udział w argentyńskim mundialu? Zapewne nic. Nie wykluczam oczywiście, że znajdzie się kiedyś ktoś, kto, być może, wytropi jakąś namiastkę przesłanki, która skłaniałaby nas do zweryfikowania poglądu i uznania, że piłkarz warszawskiej Legii we wspomnianym okresie 38 dni zrobił lub powiedział coś, cokolwiek, co w jakikolwiek, choć minimalny sposób, przyczyniło się do wywołania takiej, a nie innej reakcji na jego osobę na chorzowskim obiekcie. Ale nie wykluczam tego raczej na zasadzie, że po prostu żadnej hipotezy wykluczać nie wolno. Tymczasem mamy jednak do czynienia z czysto irracjonalnym i trudnym do wytłumaczenia zdarzeniem (symbolem nie darzonej powszechną miłością Legii nie stał się przecież Deyna w przeciągu miesiąca, nie będąc nim jeszcze we wrześniu ’77, ale już w październiku '77 jak najbardziej), które jest po prostu smutną, czarną plamą w dziejach naszego futbolu.

W przypadku gwizdania na Dariusza Dziekanowskiego ‘uzasadnienie’ stanowił fakt, który do dziś pałęta się gdzieś tam jeszcze po kibicowskich forach, przytaczany przez tych, którzy byli uczestnikami tamtego, gdańskiego wydarzenia sprzed ponad ćwierćwiecza, iż na Dziekana ‘gwizdało się, bo był symbolem nielubianej w całym kraju Legii’. Podejrzewam, że mimo wszystko, podobnie niemądre wytłumaczenie leżało gdzieś tam płyciutko u podłoża gwizdania na Deynę. Głupota bowiem zazwyczaj bardzo oszczędnie gospodaruje logiką i zdrowym rozumem. Szukać tu innych wyjaśnień jest po prostu stratą cennego czasu.

Z Robertem Lewandowskim to już zupełnie inna historia. Mamy do czynienia z zawodnikiem, który od wielu sezonów z powodzeniem gra poza granicami naszego kraju, więc jakiekolwiek wewnątrz krajowe wojenki podjazdowe polskich kibiców absolutnie go nie dotyczą. W tym przypadku słyszałem więc, o gwizdaniu, jako o ‘ozdrowieńczym remedium na pyszałkowatość, zadufanie w sobie, pomiatanie kolegami z kadry, brak zaangażowania w grę itp.’, których to rzekomo miał się dopuszczać polski gwiazdor. Ku mojemu zdumieniu potępienie dla sposobu potraktowania Lewandowskiego przez publiczność nie było już tak powszechne, jak to, które dotyczyło wydarzeń sprzed lat na Śląskim w Chorzowie.

A przecież wszystkie te zjawiska gwizdania przez polskich kibiców na własnych reprezentantów, bez względu na to, czy dotknęły one Deynę na Śląsku czy też Dziekanowskiego lub Lewandowskiego na Wybrzeżu, a zapewne jeszcze i kilku innych graczy w dziejach naszego futbolu, zawsze są czymś głęboko zasmucającym i destrukcyjnym. Czymś, czego nie sposób logicznie wytłumaczyć. Oczywiście, kibic nie jest marionetką na cyrkowych występach, lecz wolnym człowiekiem, który w sposób wolny może wyrazić własne poglądy na otaczającą go rzeczywistość. Jest więc dla mnie rzeczą jak najbardziej akceptowalną uzewnętrznienie poczucia głębokiej dezaprobaty dla boiskowych poczynań drużyny w postaci koncertu choćby najbardziej nawet ogłuszających gwizdów – wykonanych po meczu lub w jego przerwie (tak, aby piłkarze schodzący do szatni przy wspomnianym akompaniamencie przemyśleli, co mają przemyśleć). Jednak gwizdania na poszczególnych piłkarzy polskiej reprezentacji, dopóki toczy się gra, dopóki potrzebują oni wsparcia, a nie szyderstwa, dopóki wszystko jeszcze jest możliwe, nie zrozumiem nigdy. Natomiast poniewieranie człowiekiem walczącym na boisku w narodowych barwach, wyłącznie dlatego, że na co dzień przywdziewa barwy takiego, a nie innego klubu, choćby był nawet jego wcielonym symbolem, traktować chyba należy już wyłącznie w kategoriach jednostki chorobowej.

Biało-czerwoni są przecież naszą wspólną drużyną. Naszą i wspólną. Wspólną i naszą.

wtorek, 24 grudnia 2013
Dzięki, Boże!

Krzysztof Kieślowski, o którego filmowej twórczości miałem niegdyś niewątpliwą, intelektualną przyjemność, płodzić me magisterskie, za przeproszeniem, dzieło, wpadł w dawnych, słusznie minionych latach, na arcyciekawy pomysł, by ukazać kawałek tego, co najistotniejsze, za pomocą tak zwanych "Gadających głów". Owe gadające głowy, czyli ludzie przychodzący przed kamerę z różnych miejsc i pokoleń, z różną historią życiowych doświadczeń, odpowiadali na kilka tych samych, krótkich acz podstawowych pytań, dotyczących kwestii zasadniczych dla ludzkiej egzystencji. Jak fascynujący obraz może z tego powstać, nie trzeba chyba dodawać.

Na finiszu ubiegłego, dwudziestego wieku, włoski dziennikarz Giampaolo Mattei, postanowił podążyć podobną drogą. Aż trzykrotnie próbował przebić się i nieco zanurzyć pod powierzchnię skorupy skrywającej mikroświatek tzw. show biznesu. W opublikowanych później w formie książki rozmowach z gwiazdami kina, muzyki i futbolu, postarał się dotknąć najintymniejszych i najistotniejszych sfer ludzkiego ducha, zadając pytania najprostsze i najtrudniejsze zarazem. Zamykająca cały tryptyk, osnuta na bazie refleksji czołowych postaci włoskiej Serie A, a przez to nierzadko i całego światowego futbolu, wydana w 1999 roku książka "Grazie, Dio", to piękny sposób, by dzisiejszego, szczególnego wieczoru, w towarzystwie sławnym a zacnym, zadumać się nad sprawami naprawdę ważnymi. W ramach deseru, kilka myśli wyjętych, z rok młodszej od włoskiej siostry, polskiej książki "Boży doping", a także z biografii reprezentanta Włoch, Nicola Legrottaglie „Złożyłem obietnicę” oraz Brazylii, Ze Roberto, "Wymarzone podanie od życia", które wpadły mi w ręce w ostatnich dniach. Pośród tych świątecznych chwil warto chyba wsłuchać się w tę jaśniejszą stronę futbolowego świata, bo ma nam on nieraz do powiedzenia rzeczy naprawdę ciekawe i ważne.

Carlo Ancelotti: W czasie mojej piłkarskiej kariery miałem cztery poważne wypadki. W tych ciężkich chwilach na nowo odkryłem wartość wiary chrześcijańskiej i siłę modlitwy. Są to wartości, które ujawniają się szczególnie w trudnych momentach ludzkiego życia. Są więc podstawowymi wartościami, bez których nie można się obejść.

Georges Grun: W 1992 roku zmarła moja córeczka. Wewnętrznie przeżyłem niewiarygodną tragedię. W wierze odnalazłem jednak siłę, odwagę i nadzieję, by nie tracić ducha. To w Bogu odnalazłem sens życia. Bo nasze ludzkie życie nie kończy się tutaj, na ziemi. Ta pewność dała mi odwagę, by trwać dalej i z ufnością patrzeć w przyszłość.

Javier Zanetti: Głęboko wierzę w Boga. Doświadczam Jego istnienia i Jego Miłości. W każdej sekundzie czuję obecność Boga w moim życiu. To On mnie prowadzi i wskazuje mi drogę, po której mam kroczyć. To związek, który stale karmię modlitwą, modlitwą, która jest głównie dziękczynieniem. Wielką radością napełnia mnie fakt, iż otrzymałem dar wiary w Niego. Wiara jest zawsze ogromną pomocą w życiu. Mieć obok siebie Jezusa – znaczy po prostu być szczęśliwym człowiekiem

Abel Balbo: Moja relacja z Bogiem jest całościowa. W każdą niedzielę idę na Mszę Św. Modlę się stale, codziennie. Całe życie powinno być modlitwą. Podczas codziennej lektury Biblii zdaję sobie sprawę, jak śmieszne są ‘problemy’ piłki nożnej w porównaniu z realnym życiem człowieka. Moje życie toczy się wokół mojej miłości do Boga, do Matki Bożej. Słyszę, jak niektórzy mówią, że wierzą w Boga, ale nie w Kościół, a przecież to kompletnie bezsensowne stwierdzenie. Od czasu do czasu ktoś kpi ze mnie z powodu mojej wiary. Ale to nie mój problem, raczej jest to problem tego, kto ze mnie kpi. Środowisko piłkarskie nie jest łatwe: ten sport daje ci wszystko, pieniądze i sławę. Widziałem jak wielu piłkarzy straciło głowę albo popadło rozpacz, kończąc karierę. W tym środowisku nie jest łatwo o wartości. Z pewnością wiara pomaga, by nie przewróciło mi się w głowie, abym pozostał sobą. Każdy ma swoją własną historię wiary.

Nwankwo Kanu: W 1996 roku, po wspaniałym sukcesie na igrzyskach w Atlancie, stwierdzono u mnie wadę serca. Poważnie zagrożone było moje życie, a moją piłkarską karierę uznano za zakończoną. To było straszne doświadczenie. Myślałem, że straciłem wszystko. Wtedy dziękowałem Bogu za dar wiary. Nie możesz oprzeć twego życia o piłkę nożną, sukces albo o coś ludzkiego, bo kiedy się nie powiedzie, jesteś stracony. Tylko Bóg jest niezmierzony. W chwilach bólu wręcz namacalnie czułem siłę, jaka płynęła od tych, którzy modlili się za mnie do Boga. Wierzę w ogromną wartość modlitwy. Wiara jest dla mnie życiem. Wszystko, co robię, robię z powodu wiary.

Claudio Taffarel: Przede wszystkim jestem chrześcijaninem. Dopiero potem jestem piłkarzem, który wygrał mistrzostwa świata. To wiara w Jezusa się liczy. Gdybym musiał zrezygnować z mojej kariery sportowej, żeby ocalić wiarę, nie wahałbym się ani sekundy. Nie ma zwycięstwa i nie ma pieniędzy, na które wymieniłbym moją duszę.

Milienko Kovacic: W listopadzie 1998 roku postanowiłem porzucić zawodowe piłkarstwo, by bardziej poświęcić się Bogu, przestałem grać dla Brescii i wróciłem do Chorwacji. Uznałem za właściwe dokonać zwrotu w moim życiu, gdyż na mojej skali wartości wiara w Boga znajduje się na pierwszym miejscu. Styl życia, jakiego oczekuje się od zawodowych piłkarzy, daleki jest od tego, więc powiedziałem: basta. Grając dla Brescii niczego mi nie brakowało, ale nie byłem spokojny. Nie chciałem rozmieniać mojej wiary w Boga na rzeczy ulotne i krótkotrwałe, choć luksusowe. Postanowiłem zrezygnować i powrócić w okolice Zagrzebia, by ponownie zająć się uprawą roli. W futbolu zobaczyłem zbyt wiele podłości. Liczą się tylko zwycięstwa, za wszelką cenę. Piłka nożna niesie ze sobą tyle pokus. Nie straciłem pasji do piłki, ale model życia, jaki podsuwa ci świat piłki nożnej nie jest ewangeliczny. Bardziej od piłki interesuje mnie Pan Bóg. Wybrałem Boga. Postanowiłem dać Mu miejsce w swoim życiu. Znalazłem szczęście większe niż to, które mógł mi dać futbol.

Damiano Tommasi: Głęboko poruszyła mnie decyzja Kovacica, który porzucił piłkarstwo, by poświęcić więcej czasu Bogu. Kovacic przypomniał nam wszystkim, że są sprawy ważniejsze od futbolu. My, piłkarze, żyjemy w jakimś wyidealizowanym świecie, a on miał odwagę z niego wyjść. Jeśli zorientowałbym się, że tracę samego siebie, nie wahałbym się pójść jego śladem. Nie jesteśmy przecież chrześcijanami przez dwie godziny dziennie, albo w wolnych chwilach. Jesteśmy nimi przez całą dobę, zawsze.

Gaetano Scirea, który zginął tragicznie w Polsce w 1989 roku, wspominany przez żonę Mariellę: Gaetano jako chrześcijanin pozostawił po sobie wspaniałe świadectwo życia. Po jego śmierci otrzymałam siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów. Osiemdziesiąt z tych listów wydałam w książce "Drogi Gaetano...". Nikt w tych listach nie zwraca się do mnie, wszystkie są zaadresowane do niego tak, jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. To świadectwa osób, które pamiętają go jako skromnego, dobrego człowieka. Bardzo mocno wierzę w Niebo, gdzie się odnajdziemy. Gaetano co wieczór dziękował Bogu za wszystko, co od Niego otrzymał. Kiedy był w domu modliliśmy się wspólnie. Nie rozgłaszał tego, co czynił dla najbiedniejszych, wolał robić to po kryjomu. Dopiero po jego śmierci odkryłam, że wspierał finansowo kilka biednych rodzin i kilka instytutów. Często wciągał w to kolegów z drużyny.

Lorenzo Minotti: Jezus Chrystus jest centrum mojego życia. Wszystko to, co robię, moje wybory, muszą się na Nim wzorować. Jestem pewien, że On mi zawsze pomaga, podtrzymuje mnie, zwłaszcza w chwilach, gdy życie przynosi trudności. W moim życiu Bóg jest na pierwszym miejscu. W ostatnich latach przeszedłem wspaniały szlak zbliżenia się do Pana Boga, poznałem wartość modlitwy, codziennego uczestniczenia we Mszy Św., znaczenie i piękno sakramentów. Tę drogę rozpocząłem w Parmie wraz z kilkoma kolegami z klubu i reprezentacji, m.in. z Apollonim i Buccim, i teraz z entuzjazmem nią wędruję. Nie można twierdzić, że się wierzy w Boga, a potem nie chcieć przyjmować Go w komunii św., nie chcieć spotykać się z Nim i Jego Miłosierdziem w sakramencie spowiedzi, nie prowadzić z Nim przyjacielskiego dialogu, modląc się każdego dnia – to przecież nielogiczne. Ważne też, by widzieć w drugim człowieku, bliźniego, brata, który jest dzieckiem tego samego Boga, co ty, by mu pomagać, gdy takiej pomocy potrzebuje. To właśnie wiara skłoniła mnie do bezpośredniego zaangażowania się w dzieło dawców szpiku kostnego. Później zrozumiałem, że to coś nadzwyczajnego: twoje niewielkie wyrzeczenie ratuje komuś życie, najczęściej dziecku. Przywracasz życie temu dziecku, jego rodzicom, rodzinie, wspólnocie, która żyje wokół. Jedynie człowiek, który doznał cierpienia, potrafi zrozumieć sens powrotu do życia. W świecie piłki nożnej można się zgubić wśród wartości materialnych: krążą tu wielkie pieniądze, można pędzić wygodne i lekkie życie, czyha wiele pokus. Nie wszyscy piłkarze potrafią rozpoznać wartości różnych spraw. W naszym środowisku łatwo zatracić poczucie równowagi. Z postaci wychwalanej przez kibiców i dziennikarzy stajesz się kimś zapomnianym i wypalonym. Doświadczyłem tego osobiście i gdybym nie uznawał pewnych wartości i nie miał stałych punktów oparcia, niewiele by trzeba, bym się kompletnie załamał. Kiedyś żyć wiarą znaczyło dla mnie chodzić na Mszę co niedzielę i pomodlić się wieczorem. Zrozumiałem jednak, że kontakt z Bogiem musi być ciągły, przeżywany chwila za chwilą, właśnie dlatego, że On jest stale z nami. Poprzez Niego, za pośrednictwem Matki Bożej, możemy wszystkiego dokonać.

Astutillo Malgioglio: Jeszcze jako osiemnastolatek zetknąłem się ze światem niepełnosprawnych. Z tymi, których nazywamy ‘nieszczęśliwymi’, a którzy tak naprawdę są często o wiele bogatsi od nas, uważających się za ‘normalnych’. Jeszcze grając w Serie A otworzyłem więc siłownię dla niepełnosprawnych. Była to decyzja wynikająca z mojej katolickiej wiary, z zainteresowania tym, kto cierpi, komu trzeba pomóc. Zostałem więc lekarzem i wraz z żoną założyliśmy ośrodek rehabilitacyjny. W piłce nożnej nie odnajdziesz sensu życia. Powinni to pojąć wszyscy bezpośrednio zainteresowani.

Arrigo Sacchi: Wiara w przeogromnym stopniu wpływa na moje życie, bo przecież nie można być chrześcijaninem tylko czasami, a potem już nie. Jestem człowiekiem, który wiele się modli, to dla mnie bezcenne chwile. Niewątpliwie świat piłki nożnej to egoistyczne i przepełnione indywidualizmem środowisko. Dla chrześcijanina życie w nim oznacza konieczność nieustannego przywracania właściwego porządku rzeczom. Niektórzy zawodnicy, chociaż są bardzo dobrzy, nie osiągają prawdziwej wielkości, bo nie dojrzeli jako ludzie, nie chcą być uczciwi, brak im pokory. A pokora jest decydującą cnotą, gdyż pozwala nam poznać nasze ograniczenia, ta zaś świadomość leży u podstaw sukcesu, zarówno w życiu, jak i w sporcie.

Giovanni Trapattoni: Moja siostra jest zakonnicą, ale również dla mnie troska o to, by mieć prawdziwą i coraz mocniejszą wiarę w Boga jest podstawowym celem w życiu. Modlitwa daje nam siły na każdy dzień. Z doświadczenia widzę, że jeśli drużyna chodzi na Mszę, staje się bardziej zżyta, tworzy się wewnątrz niej pogodniejsza atmosfera. Wspólne wyznawanie tej samej wiary, dzielenie poglądów na życie, pozwala innym, mniej obłąkańczym wzrokiem spojrzeć zarówno na futbol, jak i na życiowe problemy. Można przecież przegrać mecz, nie przegrywając jednak tego, co ma naprawdę znaczenie w życiu.

Franco Baresi: Jestem praktykującym katolikiem i zazdrośnie strzegę wiary w Boga, której mnie nauczono. Głęboko wierzę w wartość modlitwy.

Luigi Di Biagio: Ilekroć idę na Mszę Św., czuję się po prostu bliżej Boga. Mam też ogromne nabożeństwo do ojca Pio.

Antonio Careca: Nie jestem doskonały, ale dzięki mojej wierze usiłuję być lepszy. Matce Bożej zawdzięczam też cudowne uzdrowienie z przewlekłej, wieloletniej choroby.

Gianluca Festa: Doskonale wiem z doświadczenia, że drogą grzechu idzie się prosto i łatwo. Ta droga nęci. Chrześcijaństwo stawia wymagania, a ludzką rzeczą jest grzeszyć. Jednak Jezus Chrystus jest miłosierny i nam przebacza, po to przecież istnieje ten piękny i niesamowity sakrament spowiedzi.

Giuseppe Signori: Należę do ludzi cudownie uratowanych przez ojca Pio. W 1991 roku miałem straszny wypadek samochodowy i wyszedłem z niego nietknięty. Samochód został doszczętnie zniszczony. Tego dnia miałem na sobie koszulkę pobłogosławiona przez ojca Pio i to jego pośrednictwu przypisałem fakt ocalenia życia. Postać i życie tego świętego kapucyna ogromnie mnie porusza.

Carlo Mazzone: Jezus Chrystus jest punktem odniesienia dla mojego życia. Zawsze nim był. Wiara w Jezusa daje mi siłę. Miałem niełatwe dzieciństwo, pełne problemów, ale dzięki Bogu je pokonałem. Wiara była podstawą, nie tylko w trudnych chwilach.

Claudio Ranieri: W moim życiu wiara zajmuje pierwsze miejsce w tabeli.

Gianni Rivera: Jeśli ktoś naprawdę szczerze i uczciwie poszukuje Boga – znajdzie Go. Po prostu nie ma innej możliwości. Jeśli więc dotąd jeszcze Go nie odszukałeś na drogach swego życia, zastanów się czy rzeczywiście zależało ci na tym, żeby Go znaleźć.

Nicola Legrottaglie: Dzięki Bogu odrodziłem się jako człowiek. Wystarczy tylko otworzyć przed Nim serce i po prostu Go poznać. Nie można żyć uczciwie bez otwarcia swego serca na wielkość chrześcijaństwa. Człowiek wiary wie, że życie jest darem Boga: On je nam dał i do Niego ono powróci, we właściwy sposób i we właściwym czasie. Śmierć przypomina nam o skończoności naszego ciała. Bóg nauczył mnie przebaczać innymi ludziom. Przedtem, w moim życiu bez Chrystusa, rzadko mi się to zdarzało. On dokonał w moim życiu naprawdę wielkich rzeczy.

Gerard Cieślik: Wiara w Boga jest wszystkim, jest najważniejsza. Wiara mi w życiu zdecydowanie pomogła i wciąż pomaga. Nie wiem, jak w ogóle można żyć bez wiary. Bez modlitwy nie idzie się spać.

Marek Citko: Nie ma ludzi bardziej i mniej wierzących. Są jedynie tacy, którzy wierzą w Boga, bądź nie wierzą. Te sprawy trzeba traktować poważnie.

Kazimierz Górski: Nigdy nie wyparłem się wiary. Zawsze miałem i mam w sercu Boga. Kiedy byłem trenerem, to piłkarze kadry znali moją zasadę – jak pracujemy, to pracujemy, jak się bawimy, to się bawimy, a jak się modlimy, to się modlimy!

Leszek Jezierski: W wierze jest coś wspaniałego, na co może nie wszyscy zwracają uwagę. Ona pozwala optymistycznie żyć. Wiara pomaga przetrwać ciężkie chwile i przejść przez to życie w miarę prostą drogą. Daje też coś najpiękniejszego – nadzieję. Człowiek musi wierzyć, bez wiary nie da się żyć. Zresztą, co właściwie tak naprawdę znaczy ‘być ateistą’? Absolutnie w nic nie wierzyć? To przecież niemożliwe. Więc kiedy czasem przytrafia mi się dyskusja z osobą deklarującą ateizm, zawsze wtedy pytam: Jak to, w nic nie wierzysz? W pieniądze nie wierzysz? Skoro twierdzisz, że pieniądze są najważniejsze i bez nich nie da się żyć? To jaki tam z ciebie ateista! Cel i drogę tylko pomyliłeś.

Ze Roberto: Wiem, że wielu nie chce mieć z Bogiem nic wspólnego. Woli stwarzać sobie bożki. Ale w przeciwieństwie do bożków, których sami sobie stwarzamy, Bóg nigdy mnie nie rozczarował. Po odejściu od nas ojca, moja matka musiała pracować bardzo ciężko, nieraz u trzech pracodawców równocześnie, żeby nas wszystkich utrzymać. Nie było to dla niej łatwe, dlatego potrzebowała źródła, z którego mogłaby czerpać siłę. Pewnego dnia wstąpiła do kościoła, tak po prostu, żeby się uspokoić i zebrać myśli. Tutaj musiała doświadczyć czegoś, co ją całkowicie odmieniło. W pewnym momencie zaczęła nam mówić o Bogu i o tym, że powinniśmy Mu zaufać, bo On zawsze pomoże nam w trudnych sytuacjach. Przy całym cierpieniu i trudzie, którego musiała doświadczyć moja matka, dzięki swej wierze stała się człowiekiem szczęśliwym i pogodnym. Było to widoczne dla każdego w naszej rodzinie i otoczeniu. Od tego czasu wiele się zmieniło w moim życiu. Dotąd Bóg mnie specjalnie nie obchodził, ale te niesamowite zmiany, które zauważyłem u mojej matki, przekonywały mnie, że musi być jednak coś szczególnego w Bogu i w Jego Słowie - w Biblii. Nie mam wątpliwości, że każdy człowiek ma choć raz w swoim życiu takie mocne, wyraźne spotkanie z Bogiem. Tylko od niego jednak zależy, jakie z tego doświadczenia wyciągniemy wnioski. Moja decyzja powierzenia życia Jezusowi zmieniła wszystko. Odkryłem Miłość Boga.

Św. o. Pio, którego niezwykła, fascynująca postać bardzo często przewija się pośród świadectw zamieszczonych na kartach "Grazie, Dio", napisał kiedyś: "Aby pośród ciszy tej wielkiej i pięknej, grudniowej nocy, przyjąć to przychodzące Dziecię Jezus, wystarczy być człowiekiem dobrej woli".

Wszystkim, którzy kiedykolwiek zajrzeli lub zajrzą w te skromne blogowe progi, życzymy niegasnącego światła Bożego Narodzenia, pełnego niezachwianej Nadziei, głębokiego Pokoju i prawdziwej Radości.

wtorek, 17 grudnia 2013
Mazur na wapnie

Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego aż tak mocno utkwiło mi to w pamięci po dziś dzień. Jako zakochany w futbolu po uszy, dziesięcioletni smyk, pewnego grudniowego wieczoru przed ćwierćwieczem, usłyszałem przeczytaną przez spikera wiadomości sportowych po głównym wydaniu dziennika telewizyjnego informację o śmierci piłkarza. To był suchy komunikat, okraszony czarno-białym (a może i kolorowym, lecz telewizor był czarno-biały;) zdjęciem byłego reprezentanta Polski, który właśnie odszedł ku bramom wieczności. Nazywał się Włodzimierz Mazur. Tak, jak dziecko z barejowego "Misia" za młode było na Heroda, tak i ja za młody wówczas byłem, by pamiętać grę ś.p. Mazura. Co więcej, usłyszałem wtedy o tej postaci po raz pierwszy. Ale pamiętam do dziś to szczere, potężne zdumienie, że piłkarze, podobnie jak wszyscy normalni śmiertelnicy również umierają, że nie są wyjęci spod prawa śmierci. W oczach zafascynowanego do granic możliwości światem piłki dzieciaka, było to prawdziwe odkrycie, coś co zrobiło na mnie ogromnie wrażenie. Czyli piłkarze to też ludzie, zwyczajni jak my, mimo że przecież - myślałem - herosi.

Włodzimierz Mazur był znakomitym piłkarzem, królem strzelców naszej ligi w 1977 roku, zdobywcą łącznie 80 goli na boiskach ekstraklasy. Dziś, jako kibice biało-czerwonych z pewnością oddalibyśmy wiele za napastnika tej klasy. A jednak zawodnik Zagłębia Sosnowiec, a u schyłku kariery również francuskiego Rennes, trafił na najwspanialsze czasy w dziejach naszego futbolu, gdy znamienitych graczy, pretendujących do występów z orzełkiem na piersi było na pęczki, co sprawiło, że nigdy nie zdołał wywalczyć sobie niepodważalnego miejsca w podstawowym składzie reprezentacji Polski. Dość powiedzieć, że na 23 spotkania dla narodowej kadry, jakie były jego udziałem, Mazur tylko jeden rozegrał w pełnym wymiarze czasu. Po prostu - byli wówczas jeszcze lepsi od niego: Lubański, Szarmach, Lato, Iwan. Mimo to Włodzimierz Mazur przez kilka lat był niezwykle ważną postacią biało-czerwonych prowadzonych i przez Gmocha, który zabrał go na argentyński mundial, i przez Ryszarda Kuleszę, a szansę w ważnych meczach dostawał jeszcze nawet u Piechniczka. Dla polskiej reprezentacji strzelił łącznie trzy bramki, w tym tę jedną zupełnie niezwykłą i niezapomnianą - 2 maja 1979 roku na chorzowskim stadionie w eliminacyjnym meczu do Euro ’80 przeciwko Holandii.

Ta cudowna, genialnie wykonana jedenastka w fantastycznym meczu przeciwko aktualnym wicemistrzom świata jest istną kwintesencją piłkarskiej klasy Włodzimierza Mazura. Znakomicie oddał ją Stanisław Terlecki (którego to właśnie Mazur wygryzł z ekipy na argentyński mundial) na kartach swych wspomnień, które w bardzo ciekawą książkę „Pele, Boniek i ja” poskładał kilka lat temu Rafał Nahorny.

"Przed meczem z Bułgarią, na treningu na Stadionie Dziesięciolecia, Mazur, który według mnie wykonywał karne lepiej od Kazia Deyny, nagle zaproponował Tomaszewskiemu zawody. O duże pieniądze, bo obaj lubili hazard. Zakład polegał na tym, że Mazur twierdził, iż strzeli Tomaszewskiemu dziesięć ‘jedenastek’ na dziesięć. Wszyscy się uśmialiśmy, a najbardziej propozycja ubawiła Tomka, uchodzącego przecież po finałach mistrzostw świata w RFN za specjalistę od karnych. Nie dał się wtedy Tomek pokonać Szwedowi Tapperowi i Uli Hoenessowi, to miał go ograć, i to na tak niekorzystnych dla strzelającego warunkach, jakiś tam napastnik Zagłębia Sosnowiec?

Po Włodku nie można było poznać przeżywanych emocji. Był taki beznamiętny, że aż strach. A żeby sobie utrudnić zadanie, Mazur uderzał piłkę raz lewą, raz prawą nogą. I... trafił dziesięć na dziesięć. Gdy usłyszał od Tomka, że trafiło się ślepej kurze ziarno, to... zaproponował rewanż, czyli taki sam zakład. Tylko o potrójną stawkę. I gdy doszło do dziewiątego i dziesiątego karnego, to na stadionie zapadła cisza jak makiem zasiał. Wszyscy poddaliśmy się emocjom. I Włodek skasował Tomka raz jeszcze".

Włodzimierz Mazur zagrał na argentyńskim mundialu w jednym tylko meczu. Po godzinie gry przeciwko gospodarzom turnieju, Jacek Gmoch krzyknął w kierunku ławki rezerwowych: "Włodek, rozgrzewaj się!". Lubański wstał i zaczął szykować się do rozruchu, na co Gmoch rzucił tylko: "Nie ty, Włodek Mazur". To zdarzenie jeszcze po latach żywo wspominają uczestnicy tamtego mundialu, będący świadkiem tej nieprzyjemnej sytuacji upokorzenia przez selekcjonera legendy naszego futbolu. Pochylając się nad tamtym zdarzeniem, tym razem jednak, wyjątkowo, z perspektywy spojrzenia na postać Włodzimierza Mazura, chyba po raz pierwszy zadałem sobie pytanie: co by było, gdyby Mazur, bezlitosny i bezbłędny w wykonywaniu jedenastek, pojawił się na boisku nieco wcześniej, jeszcze zanim Kazimierz Deyna po wojence nerwów prowadzonej na murawie z Bońkiem o to, kto ma być egzekutorem, strzelił z wapna wprost w ręce argentyńskiego bramkarza?

Do dziś zachwycamy się Panenką, a mieliśmy przecież swojego Mazura, który gdy stanął z piłką na wapnie...

Niech spoczywa w pokoju.

R.

Całą masę podobnych historii wspominamy na facebookowym profilu Numer 10 - polub!

Czytaj też:

Dariusz Wdowczyk - skrucha a krótka pamięć. Nie dajmy się nabrać


Trzy pierwsze rzuty karne reprezentacji Polski: Klotz, Batsch, Steuermann  

Lewy i Dudek. Jedna noc w kwietniu, jedna w maju   

 

Andrzej Strejlau. Chory na futbol idzie na zwolnienie

 

Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr

czwartek, 12 grudnia 2013
Leśnodorski przez nokaut

Pod adresem prezesa warszawskiej Legii - Bogusława Leśnodorskiego, padło na tym blogu wiele słów bardzo krytycznych (wyrażonych choćby tutaj lub tutaj). W moim najgłębszym przekonaniu czas uwypuklił trafność tamtych konkluzji z bezwzględnością zdecydowanie przerastającą nawet tę, jakiej można się było spodziewać. Legia Leśnodorskiego i Urbana, która jako pierwsza na naszej planecie próbowała podbić piłkarską Europę nie strzelając bramek, dogorywa właśnie w rozgrywkach dla wszystkich tych, którzy zbyt słabi są na Ligę Mistrzów, zbierając tam cięgi od każdego, kto tylko się nawinie (równocześnie jednak bez większych problemów dominując w naszej żałosnej, tak zwanej ekstraklasie). W aspekcie czysto sportowym prezes Leśnodorski poniósł więc tej jesieni (choć na dobrą sprawę, to już latem, bo jesienią tylko spijał na Starym Kontynencie śmietankę, którą wyhodował swą 'polityką transferową', gdy słońce grzało jeszcze w najlepsze) całkowitą, druzgocącą wręcz klęskę, na którą sobie bardzo solidnie zapracował i która mu się po prostu należała.

Na naszych oczach ponosi też jednak Bogusław Leśnodorski i zarządzany przez niego klub klęskę drugą, tym razem już pozasportową, lecz być może nawet bardziej bolesną i spektakularną. Choć w przeciwieństwie do pierwszej z opisanych - klęskę absolutnie niezasłużoną i niesprawiedliwą. W kontekście konfrontacji prezesa z ludźmi pokroju wojewody Kozłowskiego trzeba bowiem naprawdę nadludzkiego wręcz wysiłku woli, a zarazem mocnych prochów, by dopatrzyć się jakichkolwiek namiastek logiki, krzty rozumu, czy choćby drobinek elementarnej sprawiedliwości i przyzwoitości w paranoicznej hucpie odstawianej przez człowieka, który karząc Leśnodorskiego i jego klub za to, że ośmiela się nie traktować kibiców niczym pozbawionego wszelkich praw obywatelskich stada bydła, nawet nie ukrywa, że jako wierny żołnierz frontu jedynie słusznego i posiadającego 'monopol na przemoc', działa na polityczne zamówienie. Ktoś kiedyś powiedział, że gdy szeryf przebiera się za pajaca jest to nawet całkiem zabawne, gdy jednak dzieje się na odwrót, nie ma w tym nic śmiesznego.

To przykre, że właściwie jedyne, co może w tej sytuacji zrobić Bogusław Leśnodorski, to obnażyć podczas telewizyjnej dyskusji cynizm, bezmyślność, hipokryzję i brak jakichkolwiek w miarę poważnych argumentów strony reprezentowanej przez wojewódzkiego kolekcjonera zimowych szali. Kapitalną sprawą jest tu więc konfrontacja jaką kilka dni temu w studiu Orange Sport zaserwowali nam Krzysztof Stanowski i Piotr Koźmiński, sadzając obok siebie Leśnodorskiego i Kozłowskiego. I śmiesznie tam, i smutno, ale obejrzeć naprawdę warto.

Cóż, Panie Prezesie, na odcinku pozapiłkarskim p.t. 'znokautuj wojewodę', gratuluję wykonania zadania.

R.

 
1 , 2