Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 28 marca 2009
Chce się wyć, czyli trzy po trzy po meczu Irlandia Północna - Polska

P:

1. Diagnoza z września zeszłego roku okazała się trafna. Na drodze jakieś wstecznej ewolucji polska kadra zatraciła wszystkie swoje walory jakie pokazywała w eliminacjach do ME 2008. Mierny mecz ze Słowenią, słaby z San Marino, irracjonalnie świetny z Czechami i fatalny ze Słowenią. Brak ładu, brak składu, brak pomyślunku. Dzisiejsza potyczka to wszystkie te antywalory, tylko że podniesione do sześcianu. To jeden z bardziej żenujących popisów ostatnich lat. Trudno tu mówić o tym, że się nie kleiło, że się nie układało. Żeby coś kleić trzeba coś mieć, żeby się układało trzeba mieć jakieś klocki. A dziś nie było nic. Dwie zdobyte bramki tylko zaciemniają obraz gry. Polacy dziś nie potrafili:

- Przyjąć piłki - co druga akcja wyglądała tak samo: podanie, piłka leci do nogi, odbija się od niej, leci na wysokość uda, tam też następuje próba jej opanowania, dopiero wtedy futbolówka spada na murawę i można kontynuować grę

- Celnie podać - problemy z przyjęciem występowały w co drugiej akcji, ponieważ druga połowa zagrań była ordynarnie niecelna. Po autach, po przeciwnikach, nad głową, jak na lekcjach WF-u w podstawówce.

- Wygrać pojedynek główkowy - każdy jeden pojedynek główkowy na połowie Irlandczyków był przegrany. Każdy jeden. Nie mówię już o sytuacjach przy rzutach rożnych pod naszą bramką, bo to wszyscy widzieli. Krótko po golu na 2-1 zaraz mógł też gol na 3-1, bo Bosacki Wasilewski "myślał, że nie będzie".

- Przyśpieszyć - wszystko było baaaardzo wolne, ślamazarne do potęgi. Kółeczka Krzynówka chyba jeszcze nigdy nie były tak irytujące.

- Uderzyć - gdyby Taylor miał dzisiaj więcej szans wykazania się, to wielce prawdopodobne, że to właśnie on a nie Boruc byłby jutro na wszystkich Youtubach

- Powalczyć - to w tym wszystkim było najbardziej smutne: Polakom się nie chciało. I to już od pierwszych minut. Snuli się po boisku w Belfaście jak Biała Dama po zamku w Kórniku. Do końca meczu 10 minut - zamiast dusić, szarpać, gryźć i kopać, na boisku pełen wersal. Auty powolutku, wolne nonszalancko, podania do przeciwnika.

Nie było dziś żadnego elementu piłkarskiego rzemiosła, pod którym można by było wpisać ocenę większą niż "2".

2. Artur Boruc. Powoli Boruc staje się karykaturą samego siebie. Abstrahuję tu już od jego barwnego życia pozaboiskowego, wolałbym się skupić na postawie między słupkami. Leo wręcz znęca się nad nim wystawiając go w bramce. Chłopak, który kiedyś miał psychikę konia, odporną na jakiekolwiek napięcia i turbulencje, dziś zachowuje się jakby ktoś mu podłączył dynamit do kołnierza. Kłębek nerwów, głupie decyzje kryte buńczucznymi deklaracjami, śmierć w oczach na widok zbliżającej się piłki. Żeby było śmieszniej, najwięcej stresu dostarczali mu dziś jego obrońcy, jak na złość podawający mu co rusz piłkę. Leo pogubił się przy okazji meczu w Bratysławie, dziś pogubił sie po raz drugi. Raz pomylić się może każdy, dwa razy robi to tylko nieuk.

3. Reszta zespołu. Byłoby dużą niesprawiedliwością oskarżać o porażkę tylko Boruca. Może z wyjątkiem Jelenia, Rogera i Saganowskiego na stadionie w Belfaście każdy jeden z zawodników osiągnął praktycznie dno swoich możliwości. Dno. Wystawienie Bandrowskiego było chyba sabotażem. Dudka w przeciągu pierwszych 10 minut już dwa razy pokazał, że przesiadywanie na ławce w Auxerre, to nie przypadek. Wasilewski zachowywał się jak pijany osiłek w wiejskiej dyskotece - jak nie udaje się poderwać panny, to po ryju. Wawrzyniak to klasa sama w sobie, co tu dużo mówić, prawdziwy international level. No i trójka Krzynówek, Lewandowski, Żewłakow. Dziękujemy panowie, przez wiele lat dawaliście kadrze dużo serca, zaangażowania i umiejętności. Teraz pora już chyba skończyć. Lewandowski wręcz ostentacyjnie pokazywał, że nie daje rady, Krzynek człapał po boisku jakby ktoś mu założył na plecy wypełniony po brzegi plecak ze stelażem, a Żewłak gubił się przy co drugiej akcji. Pora zrobić miejsce młodszym, kimkolwiek by oni nie byli. Przykład Jelenia pokazał jak bardzo Leo myli się często w swoich decyzjach. Saganowski też powinien wejść wcześniej a Roger zagrał jak to Roger - żył sobie nie wypruwał, ale w jego przypadku czasem wystarczą dwa podania, dwa dryblingi i i tak jest najlepszym zawodnikiem drużyny.

Ech, szkoda gadać.

B:

1. Straszne jest to, że Irlandczycy chyba bardziej się wynikiem zdziwili niż ucieszyli. Ten mecz dla nich był jak egzamin, w którym odpowiedź poprawną wybiera się z dwóch możliwych odpowiedzi, przy czym jedna jest tak koszmarnie debilna, że nawet ostatni matoł by jej nie zaznaczyłem. Polska kadra zagrała DRAMATYCZNIE SŁABO. Już nie chodzi o to, że dobrych zagrań uzbierałoby się na palce jednej ręki. Mało tego - zagrań, w których zawodnik w biało-czerwonym stroju wykazałby się elementarnym pomyślunkiem było w ilościach śladowych. Od Boruca myślenia na boisku chyba nie możemy już wymagać - po prostu wiadomo, że taki proces ostatnimi czasy u niego nie zachodzi. Ale Żewłak podający w światło bramki, po tym jak każde poprzednie wybicie naszego bramkarza wywoływało stany przedzawałowe? Ale Roger, który pacnął futbolówkę ręką po uprzednim wyrżnięciu się na glebę? A to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady.

2. Nie wiem co będzie z Beenhakkerem, nie wiem co będzie z tą kadrą. Z taką grą, nie czarujmy się, o awansie do RPA nie mamy prawa nawet śnić. Nie mamy. Pytanie brzmi co dalej. Wiem, że kilku zawodnikom zawdzięczamy wiele, wiem, że cholernie ciężko będzie ich zastąpić. Ale mam wrażenie, że starsze chopaki, jak Żewłak, Lewy czy Krzynek już tej kadry nie uciągną. Że pora na zmianę warty. Że już się z kadrą w ważnych momentach tyle naprzegrywali, że tkwi w nich jakiś brak sportowej złości, odpowiedniej reakcji na porażkę. Przecież po takich golach, jak te stracone dzisiaj, to kapitan powinien defensywę zrypać jak szmaciarz konia. Tego nie było i obawiam się, że nie będzie. A jeśli tak - trzeba się przyzwyczajać do myśli, że kadra na Euro 2012 będzie musiała sobie poradzić bez nich. I postawić na następców.

3. Napadalce: R. Lewandowski - niewidoczny, ale wiemy, że następny taki talent objawi nam się za 20 lat, więc zbytnich żalów nie wylewajmy, bo się chłopak zamknie w sobie. Irek Jeleń - nikt mi nie powie, że gość, który ma jedną sytuację i strzela z tego gola, nie powinien grać w pierwszej składzie. I powinien grać, kurna, na szpicy. Saganowski - już przy tej główce od razu się człowiekowi nasunęła myśl, że jak przychodzi ważny moment, to Sagan chyba - minimalnie, ale chybia. Gol bardzo ładny, ale co nam po nim, jak już było po ptokach. No co?!

R:

Żałość nad żałościami. A wszystko razem - żałość.

Nie chcę znęcać się nad Arturem Borucem. O konieczności odstawienia go od podstawowego składu reprezentacji pisałem na tym blogu już po jesiennym meczu z Czechami, gdy jego karygodna nieinterwencja na szczęście nie zagroziła jeszcze naszemu bilansowi punktowemu. Potem nastały popisy polskiego golkipera w meczu ze Słowacją, teraz z Irlandczykami z Północy. Po prostu żałość.

Nie chcę znęcać się nad formacją obronną naszej drużyny, której członkowie pomimo wiedzy o stanie murawy oraz cokolwiek niegenialnej dyspozycji Boruca z uporem maniaka zagrywali do niego piłki wydatnie pomagając mu w osiągnięciu miana antybohatera tego, jakże smutnego, marcowego wieczoru.

Nie chcę znęcać się też nad Leo Beenhakkerem wypominając jak to Jeleń nigdy nie pasował mu do koncepcji, aż tu nagle ni z tego ni z owego przypasował i strzelił nawet gola (choć bądźmy szczerzy – swym występem również absolutnie nie zachwycił).

Ale też nie życzę sobie, by nasza reprezentacja znęcała się w ten sposób nad takim biednym żuczkiem, jak ja – kibic polskiej reprezentacji. Przeżyłem Ćmikiewiczowską Norwegię (0:3), Apostelowy Izrael (1:2), Bońkową Łotwę (0:1), bydgoską Finlandię (1:3), przeżyję jakoś i te żałosne podrygi biało-czerwonych w Belfaście. I nie zgadzam się z tymi, którzy pogrzebali już nasze szanse na mundialowe afrykańskie safari. Ta grupa jest tak słaba, że drużyny, które nie wydostaną się z niej na imprezę w RPA powinny być z miejsca zdyskwalifikowane na całą dekadę za okaleczanie tak pięknej dyscypliny sportu jaką jest piłka nożna. Szansa więc wciąż istnieje. Ale wiarę w niezwykły charyzmat Leo Beenhakkera straciłem już chyba bezpowrotnie. I gdybym przypadkowo znalazł się na miejscu, gdy Grzesiu Betafens Lato i jego dzielna kamanda będą wbijać na pożegnanie holenderskiemu szkoleniowcowi dobrze wystrugane oszczepy w plecy, własną piersią już bym go chyba nie zastawił...

Adamczyk, Grzegorczyk, Kleczkowski. Ulsterowe wtyczki

Umowa o piłkarskiej kooperacji polsko-ulsterowej specjalnie nigdy nie była brana na poważnie. Czy to dlatego, że Irlandia Północna, to terytorium mało atrakcyjne turystycznie, czy dlatego, że bywa niebezpieczne, faktem jest, że nasi kopacze nie garnęli się nigdy szczególnie do gry w okolicach Belfastu. Trudno im się dziwić, poziom ligi raczej marny i kibiców też niezbyt wielu. Ale, ale, ale - jak mawiał były prezydent - znalazło się trzech śmiałków, który postanowili spróbować (dość czerstwego) północnoirlandzkiego chleba.

Łukasz Adamczyk kopie futbolówkę na Wyspach już czwarty sezon. Po mało powalającej karierze w LKS Goświnowice postanowił przenieść się do przyakademickiej drużyny Saint Malachy's Old Boys. Po półtora roku pobytu w niej nagle otrzymał propozycję z najbardziej utytuowanej drużyny w ligi Ulsteru - Glentoranu FC. O popularności tej ekipy niech swiadczy fakt, że całkiem niedawno potykała się ona z... Manchesterem United!

Niestety Adamczyk nie wywalczył sobie miejsca w składzie "The Glens" i po rozegraniu zaledwie jednego meczu przeniósł się do Loughgall FC. Tam też - jako jedyny obcokrajowiec w ekipie - gra do dziś.

Zdecydowanie krócej trwał pobyt na Wyspie Tomasza Grzegorczyka. Urodzony w Szczecinie pomocnik postanowił zrobić sobie chwilę oddechu od tułaczki po niemieckich klubach dolnoligowych i zawitać na chwilę do Irlandii Północnej. Jako miejsce kontemplacji wybrał górnoligowy (ekstraklasa) klub Larne FC. Zagrał tam 22 spotkania, przy okazji trafiając czterokrotnie do siatki rywali. Ciagnie jednak wilka do lasu i obecnie pomocnik występuje w niemiecko-przyszczecińskim Torgelower SV Greif, wraz ze swoimi polskimi ziomkami - Michałem Kotulą, Robertem Sikorskim, Marcinem Markiewiczem i jednym z trenerów - Radosławem Kozielem.

Natomiast na bite cztery lata związał się z Irlandią Północną Sławomir Kleczkowski. Po dwóch sezonach spędzonych w Mazurze Ełk, pomocnik ten zmienił barwy na Portstewart FC. Jak tam było - najlepiej wypowie się sam zaintersowany (obecnie w Wigrach Suwałki):

W Ulsterze chyba musi być właśnie tak jak mówi Kleczkowski - niewyraźnie i bardzo ogólnie:)

PS Zawodnik oficjalnie odcina się od znajomości z tą panią.

P.

piątek, 27 marca 2009
Hajto - Kałużny - Świerczewski - Koźmiński - Olisadebe. Gol nad golami, jedziemy na mundial!


Człowieka sprowokowali, to musiał się zastanowić nad tą jedną, najważniejszą akcją polskiej kadry. Wybór nie był łatwy, ale ostatecznie udało się dojść do kompromisu z samym sobą.

1 września to nie jest dzień, który kojarzy się dobrze - zwłaszcza w naszej ojczyźnie. Większości Polaków data ta przypomina o zbrojnym ataku na nasz kraj sprzed 70 lat, dla dzieci i młodzieży oznacza z kolei koniec lenistwa i początek niemal dziewięciomiesięcznej kampanii w... szkole. Tamten 1 IX jednak był zupełnie inny - myślę, że zarówno dla mnie, jak i tysięcy innych osób. Był to dzień radosny, nie tylko dlatego, że w sobotę nie trzeba było uczestniczyć w ''radosnych'' akademiach "Witaj Szkoło!".

Tamtego dnia spełniło się moje wielkie marzenie, ba może nawet stało się coś, o czym marzyć nawet nie śmiałem. Tamtego dnia - 1 września 2001 roku - Polska zapewniła sobie awans do mistrzostw świata w Korei i Japonii, pokonując Norwegię 3:0. Biało-czerwoni byli pierwszą reprezentacją z Europy, która wywalczyła awans, a tego zwycięstwa i tego awansu mogłoby nie być, gdyby nie jedna, bodaj najpiękniejsza w tamtych eliminacjach akcja polskiego zespołu. Na świetlnej tablicy Stadionu Śląskiego jest 1:0 dla Polski po golu Kryszałowicza, a szampany - nie chcąc zapeszyć - są chłodzone jeszcze bardzo nieśmiało. Norwegowie w drugiej połowie przejmują inicjatywę, co i rusz niepokojąc świetnie dysponowanego Jurka Dudka. Gracze Engela zaczynają się odgryzać pańskim prześladowcom z norweskiego dworu dopiero w okolicach 70 minuty. Wówczas minimalnie chybia Radek Kałużny - ten, który w tych eliminacjach sprawił nam już tyle radości. Mijają cztery minuty i po chyba najpiękniejszym crossie w karierze Piotra Świerczewskiego - podając z linii własnego pola karnego na połowę rywali pozwala Olisadebe biec... sam na sam! - mamy kolejną wielką szansę. Znów się nie udaje. W końcu nadchodzi. TEN MOMENT. TA MINUTA. TA AKCJA.

Z lewej strony naszego pola karnego piłkę ma John Arne Riise, grajek, który w ciągu kilku poprzednich miesięcy zdobył jedyne pięć pucharów z Liverpoolem. Może nie chciał wadzić nowemu klubowemu bramkarzowi, może po prostu przestraszył się Tomka Hajty. W każdym razie piłkę stracił jak dziecko. ''Hajto fajny chopak, ale drwal, więc pewnie wy...ekspediuje piłkę hen daleko'' - pomyślicie. Nic z tych rzeczy. Hajtowy 'pyk piłka ładnym łukiem nad Norwegiem trafia na wprost na klatkę piersiową Kałuży. Ten spokojnie sie z nią obraca, robi kilka szybkich kroków stronę środa boiska i oddaje piłencję do Świerczewskiego. Świr ma sporo wolnej przestrzeni i zaczyna się robić magicznie, bo mknie z piłką bardzo dynamicznie. Dynamicznie - to jest to słowo. Jedno, drugie, trzecie i czwarte kopnięcie prawą nogą na którą operator robi zbliżenie i dystans dzielący polskiego pomocnika od bramki rywali jest coraz mniejszy. Już tylko jakieś 30 metrów od Thomasa Myhre. Świerszczu zwalnia i rozgląda się uważnie. Z prawej strony ciut schowani Marcin Żewłakow i bodaj Kałużny. Z lewej - dobrze ustawiony Olisadebe i szerzej - Koźmiński. Świerczewski czeka do końca, skupia na sobie uwagę trzech obrońców i... wybiera idealny moment, zagrywa idealną piłkę. Norwegowie zrobienie w tata-wariata, na lewej stronie piłkę ma Koźmiński, do środka już zbiega Olisadebe... to musi się teraz stać, po prostu musi! Myhre może sobie machać ręką, że jest spalony, ważne, że nie pokazuje tego asystent. Koza spokojnie przyjmuje, Olisadebe jest dwa kroki przed obrońcami, podanie do środka, Norweg robi wślizg, ale nie zdąży! nie sięgnie piłki! ... ułamki sekund trwają wieczność... Olisadebe i... GOOOOOOOOOOOOOOOOL! Oli z tej radości nie wie gdzie biec się cieszyć. Rusza w stronę Koźmińskiego, po chwili ten już ląduje na jego plecach. Tłumy w Kotle Czarownic szaleją z radości. Jerzy Engel i jego Płaszcz ściskają się z Tomaszem Kłosem, znanym w Kijowie karateką. Jest DWA do ZERA, już nic złego nie może się przytrafić! Żewłak dokłada gola, Ukraina wygrywa w Mińsku, a to oznacza wyjazd do Korei! Po 16 latach zagramy na mistrzostwach świata i nic innego w tym momencie się nie liczy! Dla mnie, urodzonego rok po MŚ w Meksyku, otwierają się bramy Nowej Rzeczywistości. Rzeczywistości, w której Polska pierwszy raz za mojego życia weźmie udział w największej imprezie piłkarskiej świata.

B.

środa, 18 marca 2009
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie


Nie wiem co się dzieje. Nic nie zapowiadało tego zniknięcia. Czuję się bezsilny jak biedronka przewrócona na plecy. Wszystko było w porządku, aż w pewnym momencie po prostu straciłem go z oczu. Nawet nie wiem dokładnie w którym momencie. To był albo poniedziałkowy wieczór, a może już wtorkowe południe. Nie wiem, myślałem, że to chwilowy brak kontaktu. Ale mijają kolejne godziny, to trwa. Za długo. I ten komunikat, taki suchy, lakoniczny, że aż wiejący chłodem. "Serwer 90minut.pl za długo nie odpowiada". Tyle to ja też wiem. Nie mogę sprawdzić jak aktualnie radzi sobie Foto-Higiena Gać. Nie mogę z zapartym tchem czekać aż minie północ, by sprawdzić kto ma dziś urodziny. Nie mogę zaśmiać się z tytułu relacji w stylu ''Jak trwożka to do Brożka'' czy ''Rośnie wartość Grosika''. Nie mogę sprawdzić jaki bilans na Wyspach Owczach miał Andrzej Stretowicz. No nie mogę, tej.  

Jeśli coś wiecie, napiszcie. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

czwartek, 12 marca 2009
Inter: frajer mam napisane na czole

Inter Mediolan to klub, który dostarcza okazji do uśmiechu wszystkim tym, którzy cieszą się kiedy bogaty dostaje po czapce od biednego. Rozpasana konsumpcja uprawiana przez włoski klub, wieloletnie kupowanie byle kogo (notka o Vratislavie Gresko jeszcze tu się kiedyś pojawi:)) i zarządzanie na poziomie punktu obrotu makulaturą spowodowały, że pasiaste towarzystwo długo kompromitowało się w rozgrywkach rodzimej ligi. Gdzie Inter, a gdzie Milan, Juventus, Roma, Lazio... Na scenie europejskiej zawsze miało być jednak inaczej, zawsze klub z Mediolanu miał pokazać, że może włoskie powietrze mu nie służy, ale za to już ogólnoeuropejskie bardziej. Zawsze był wymieniany w szerszym gronie pretendentów do tytułu.

Dążenie do podkreślenia swej wartości w Lidze Mistrzów dodatkowo wzmocniły się ostatnio, gdy Inter zaczął wreszcie zdobywać laury na krajowym podwórku (kolejne mistrzostwa w latach 2006, 2007 i 2008). Charyzmatyczny trener, dobrzy oraz bardzo dobrzy zawodnicy i.... I nic. Jak w Europie było krucho, tak jest nadal. Inter cierpi na jakąś europejską malarię, paraliż, totalną niemoc poradzenia sobie z drużynami z klubowego topu Starego Kontynentu. Mourinho nie wymyślił żadnego lekarstwa na tą przypadłość i - to moja prognoza - dużo jeszcze czasu minie, zanim znajdzie się śmiałek, który to uczyni. To chyba coś głęboko tkwiącego w psychice:)

Rzut oka na 10-letnią historię meczów Interu w europejskich pucharach:

1998/1999: ćwierćfinał LM, odpada z MU (0-2, 1-1)

1999/2000: nie grał w ogóle w europejskich pucharach

2000/ 2001: odpada w III rundzie eliminacji LM z Helsinborgiem (0-1, 0-0), [potem uefa do IV rundy (z Alaves 3-3 i 0-2), po drodze w I rundzie zwycięstwo nad Ruchem Chorzów]

2001/2002: półfinał Pucharu UEFA, odpada z Feyenordem (0-1, 2-2), [po drodze zwycięstwo w II rundzie nad... Wisła Kraków]

2002/2003: półfinał LM, odpada z Milanem (0-0, 1-1)

2003/2004: nie wychodzi z grupy kosztem Arsenalu i Lokomotivu Moskwa (przegrywa m.in 1-5 z Arsenalem u siebie)

2004/2005: ćwierćfinał LM, odpada z Milanem (0-2, 0-3)

2005/2006:
ćwierćfinał LM, odpada z Villareal (2-1, 0-1)

2006/ 2007: 1/8 LM, odpada z Valencia (2-2, 0-0) [pamiętne mordobicie]

2007/2008: 1/8 LM, odpada z Liverpoolem (0-2, 0-1)

2008/ 2009: 1/8 LM, odpada z MU (0-0, 0-2)

Jak widać zmiany jakościowej nie widać. Jeśli już szukać jakiś trendów, to raczej... negatywnych. Może już tak jest, że pary starcza tylko na ligową rywalizację, a gdy przychodzi czas na rozgrywki w Champions League, to zawodników trzeba dodatkowo pompować, żeby kolana nie drżały im ze strachu. Tylko, nawet kiedy wychodzą oni tacy naładowani na boisku, to i tak na czołach mają napisane "frajer".

P. 

 
1 , 2