Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 31 marca 2010
Grodziskie meteory cz. I

Radosław Sobolewski, Ivica Kriżanac, Andrzej Niedzielan, Grzegorz Rasiak, Sebastian Mila, Radosław Majewski... Lista zawodników, którzy wypłynęli na szerokie wody w Grodzisku Wielkopolskim jest długa. Groclin przez długi czas był jednym z najlepszych zespołów w Polsce, a i w Europie ten i ów o nim słyszał. Choć nigdy nie został gigantem, hegemonem, ba, nawet królem rodzimego podwórka, to śmiało można powiedzieć, że - szczególnie w ciągu ostatniej dekady - był kluczowym aktorem na ligowej scenie. Do liczącej sobie niecałe czternaście tysięcy mieszkańców miejscowości trafiali więc zawodnicy z najwyższej półki: reprezentanci kraju, ligowe objawienia, ciekawi kopacze zza granicy i zdolne młodzieniaszki. I to jest to o czym wszyscy wiedzą i o czym wszyscy pamiętają. Rzadziej jednak mówi się o zawodnikach, często całkiem znanych i całkiem niezłych, którzy przez Grodzisk przelecieli jak meteory, zostawiając po sobie zaledwie niezbyt okazałego kleksa w kronice nieistniejącego już klubu. Oto krótkie odświeżenie małomiasteczkowych epizodów piętnastu karier, które w najlepszym wypadku pozostały niezauważone, a w gorszym - przyprawiają zawodników o rumieniec. Pominąłem w tym zestawieniu obcokrajowców - o nich osobny wpis wkrótce.

15. Krzysztof Zagórski - jesień 1999; 4 mecze - 1 gol

Zawodnik, który najpierw strzelał bramki dla bardzo silnego Górnika początku lat 90-tych (trafiał dla niego również w europejskich pucharach) a potem był zawodnikiem Siarki Tarnobrzeg oraz jednym z jaśniejszych punktów Odry Wodzisław w jej debiutanckim sezonie 1996/1997 (11 goli), do Grodziska wpadł na chwilę. Miał być poważnym wzmocnieniem linii ataku, ale po czterech pierwszych spotkaniach sezony, które Groclin dotkliwie przegrał Zagórskiemu podziękowano za współpracę. Swoją drogą zespół z Grodziska nie przestał wtedy przegrywać - zanotował kolejne cztery porażki i dopiero w 9. kolejce zdobył pierwszy punkt (1-1 z Amiką). Kolejny punkcik to 12. kolejka (1-1 z Petro) a kolejne punkty przyszły już w trójpaku (1-0 z Widzewem w 13. kolejce po karnym w 90. minucie). Po rundzie jesiennej Groclin miał na więc na koncie... 5 punktów. Nie przeszkodziło mu to jednak w zajęciu 10. miejsca na koniec sezonu. No ale jak się ma passę dziewięciu kolejnych zwycięstw, to ja nie mam pytań. Szkoda tylko, że sprawa się już przedawniła:)

14. Adam Majewski - wiosna 1998; 17 meczów - 1 gol

Choć Majewski kojarzony jest głównie z trzema miastami (Płock, Poznań, Warszawa), to warto pamiętać, że w ramach kooperacji Kolejorza i Groclinu, zagościł on na krótko do Grodziska. Swoją drogą, ile razy myślę o Majewskim, to mam wrażenie, że osiągnął dużo mniej niż mógł. Zawsze solidny, poukładany, ale trochę bez błysku. Mimo że od dłuższego czasu kadra nie narzeka na nadmiar rozgrywających, on wystąpił w niej tylko raz - u Janasa w meczu z Macedonią na początku 2003 roku.

13. Jacek Paszulewicz - jesień 2001; 9 meczów - 1 gol

On i Ariel Jakubowski - dwaj wychowankowie Polonii Gdańsk, którzy mieli zawojować świat. Ściągnięto ich do ŁKS licząc, że wkrótce trafią w wielki świat za grube pieniądze. Paszula niestety zniszczyły kontuzje. Gdzie się nie pojawił, zagrał kilka spotkań i zaraz łapał uraz - tak było w Polonii Warszawa, Śląsku Wrocław, Widzewie czy Górniku. W Wiśle, mimo że spędził tam niemal pięć lat, praktycznie nie zaistniał. Grodzisk to jeden z epizodów, których nazbierał całkiem sporo (na mapie "byłem" oznaczone są nawet Chiny). Od ponad dwóch lat leczy kontuzję i trudno mu będzie już wrócić do ekstraklasy. Natomiast szacunek za takie inicjatywy jak ta.

12. Radosław Jasiński - jesień 2000; 3 mecze

Ach, jaki to był wyborny snajper, ileż goli on strzelał, ach, och. Dla Zagłębia zdobył 40 goli. W sezonie 1997/1998 niemal został królem strzelców ekstraklasy. Gdyby w ostatnim spotkaniu z Legią wykorzystałby rzut karny, to miałby na koncie 14 trafień, tak jak tercet najlepszych snajperów ligii - Śrutwa, Czereszewski i Arkadiusz Bąk. Jasiński jednak nie strzelił, królem strzelców nie został a zapamiętany zostanie jako Radosław J., zawodnik podejrzany o korupcję w Polkowicach, Polarze i/lub Świcie NDM. W Grodzisku nie łapał się do składu i grał głównie w Pucharze Ligi.

11. Marcin Radzewicz - sezony 2004/2005 i 2005/2006; 36 meczów - 3 gole (+ zdobyty PP)

No nie wyszło, po prostu nie wyszło. Radzewicz błysnął formą w barwach Odry i po pół roku od debiutu w ekstraklasie (czyli glłęboką jesienią 2003) już przyszło dla niego powołanie do kadry. Co prawda wycieczka była dość wyluzowana, bo reprezentacja Janasa wybierałą się na Maltę, aby zmierzyć się z gospodarzami i Litwinami, ale w CV zawsze sobie można coś wpisać. Po zakończeniu sezonu po Radzę zgłosił się właśnie Groclin. Niby nie grał tam źle, ale dobrze też nie grał. Może źle się czuję z dala od Śląska, może nie pasowało mu małe miasteczko, faktem jest, że rudowłosy pomocnik kariery w Wielkopolsce nie zrobił (pomimo Pucharu Polski 2005 na koncie). Wrócł więc do Wodzisławia, a obecnie kopie piłkę w Bytomiu.

10. Robert Górski - rok 2004; 14 meczów - 1 gol (+PP)

Przez swoją karierę Robert Górski był średniakiem. Zarówno w ataku Bełchatowa czy ŁKS, jak i w Ruchu Chorzów stanowił on ważne ogniwo drużyny, ale nie wnosił jej gry na jakiś kosmiczny pułap. Jego głównym atutem było to, że posługiwał się lewą nogą. Z czasem przekwalifikował się na lewą pomoc a później na lewą obronę. Dobrze prezentował się już podczas gry w Niebieskich, ale najlepszy sezon zanotował chyba w barwach wodzisławskiej Odry (2002/2003). Po równie dobrej rundzie kolejnego sezonu sięgnął po niego Zbigniew Drzymała. Górski miał być altenatywą na lewej obronie dla Sedlacka. Koniec końców obaj panowie grali mniej więcej po równo, ale to Górskiemu a nie Sedlackowi podziekowano, gdy do Grodziska trafił Vranjes i Kumbev. Na pocieszenie - debiutanckie bramki RG w ekstraklasie:

9. Dariusz Jackiewicz - rok 2002; 24 mecze - 3 gole

Jackiewicz tak długo siedział w Zagłębiu Lubin, że młodsi kibice myśleli, że grał tam od zawsze. Tymczasem popularny Johnny równie długi związek miał przynajmniej jeszcze jeden - w latach 90-tych przez pięć lat bronił barw Amiki Wronki. Przy takiej formie sekwencyjnej monogami rok w Grodzisku wygląda dość blado. Jackiewicz zaliczył w Dyskobolii dwie rundy (wiosna i jesień 2003) po czym udał się do Izraela.

P.

Radosław Sobolewski, Ivica Kriżanac, Andrzej Niedzielan, Grzegorz Rasiak, Sebastian Mila, Radosław Majewski... Lista zawodników, którzy wypłynęli na szerokie wody w Grodzisku Wielkopolskim jest długa. Groclin przez długi czas był jednym z najlepszyc zespołów w Polsce a i w Europie ten i ów o nim słyszał. Choć nigdy nie został gigantem, hegemonem, ba, nawet królem rodzimego podwórka, to śmiało można powiedzieć, że - szczególnie w ciągu ostatniej dekady - był kluczowym aktorem na ligowej scenie. Do liczącej sobie niecałe czternaście tysięcy mieszkańców miejscowości trafiali więc zawodnicy z najwyższej półki: reprezentanci kraju, ligowe objawienia, ciekawi kopacze zza granicy i zdolne młodzieniaszki. I to jest to o czym wszyscy wiedzą i o czym wszyscy pamiętają. Rzadziej jednak mówi się o zawodnikach, często całkiem znanych i całkiem niezłych, którzy przez Grodzisk przelecieli jak meteory, zostawiając po sobie zaledwie niezbyt okazałego kleksa w kronice nieistniejącego już klubu. Oto krótkie odświeżenie małomiasteczkowych epizodów piętnastu karier, które w najlepszym wypadku pozostały niezauważone, a w gorszym - przyprawiają zawodników o rumieniec. Pominąłem w tym zestawieniu obcokrajowców - o nich osobny wpis wkrótce.

15. Krzysztof Zagórski - jesień 1999; 4 mecze - 1 gol

Zawodnik, który najpierw strzelał bramki dla bardzo silnego Górnika początku lat 90-tych a potem był jzawodnikiem Siarki Tarnobrzeg oraz jednym z jaśniejszych punktów Odry Wodzisław w jej debiutanckim sezonie 1996/1997 (11 goli), do Grodziska wpadł na chwilę. Miał być poważnym wzmocnieniem linii ataku, ale po czterech pierwszych spotkaniach sezony, które Groclin dotkliwie przegrał Zagórskiemu podziękowano za współpracę. Swoją drogą zespół z Grodziska nie przestał wtedy przegrywać - zanotował kolejne cztery porażki i dopiero w 9. kolejce zdobył pierwszy punkt (1-1 z Amiką). Kolejny punkcik to 12. kolejka (1-1 z Petro) a kolejne punkty przyszły już w trójpaku (1-0 z Widzewem w 13. kolejce po karnym w 90. minucie). Po rundzie jesiennej Groclin miał na więc na koncie... 5 punktów. Nie przeszkodziło mu to jednak w zajęciu 10. miejsca na koniec sezonu. No ale jak się ma passę dziewięciu kolejnych zwycięstw, to ja nie mam pytań. Szkoda tylko, że sprawa się już przedawniła:)

14. Adam Majewski - wiosna 1998; 17 meczów - 1 gol

Choć Majewski kojarzony jest głównie z trzema miastami (Płock, Poznań, Warszawa), to warto pamiętać, że w ramach kooperacji Kolejorza i Groclinu, zagościł on na krótko do Grodziska. Swoją drogą, ile razy myślę o Majewskim, to mam wrażenie, że osiągnął dużo mniej niż mógł. Zawsze solidny, poukładany, ale trochę bez błysku. Mimo że od dłuższego czasu kadra nie narzeka na nadmiar rozgrywających, on wystąpił w niej tylko raz - u Janasa w meczu z Macedonią na początku 2003 roku.

13. Jacek Paszulewicz - jesień 2001; 9 meczów - 1 gol

On i Ariel Jakubowski - dwaj wychowankowie Polonii Gdańsk, którzy mieli zawojować świat. Ściągnięto ich do ŁKS licząc, że wkrótce trafią w wielki świat za gruba pieniądze. Paszula niestety zniszczyły kontuzje. Gdzie się nie pojawił, zagrał kilka spotkań i zaraz łapał uraz - tak było w Polonii Warszawa, Śląsku Wrocław, Widzewie czy Górniku. W Wiśle, mimo że spędził tam niemal pięć lat, praktycznie nie zaistniał. Grodzisk to jeden z epizodów, których nazbierał całkiem sporo (na mapie "byłem" oznaczone są nawet Chiny). Od ponad dwóch lat leczy kontuzję i trudno mu będzie już wrócić do ekstraklasy. Natomiast szacunek za takie inicjatywy jak ta.

12. Radosław Jasiński - jesień 2000; 3 mecze

Ach, jaki to był wyborny snajper, ileż goli on strzelał, ach, och. Dla Zagłębia zdobył 40 goli. W sezonie 1997/1998 niemal został królem strzelców ekstraklasy. Gdyby w ostatnim spotkaniu z Legią wykorzystałby rzut karny, to miałby na koncie 14 trafień, tak jak tercet najlepszych snajperów ligii - Śrutwa, Czereszewski i Arkadiusz Bąk. Jasiński jednak nie strzelił, królem strzelców nie został a zapamiętany zostanie jako Radosław J., zawodnik podejrzany o korupcję w Polkowicach, Polarze i/lub Świcie NDM. W Grodzisku nie łapał się do składu i grał głównie w Pucharze Ligi.

11. Marcin Radzewicz - sezony 2004/2005 i 2005/2006; 36 meczów - 3 gole (+PP)

 

10. Robert Górski - rok 2004; 14 meczów - 1 gol (+PP)

 

9. Rafał Kaczmarczyk - sezony 2003/2004 i 2004/2005; 26 meczów - 1 gol (+PP)

8. Dariusz Jackiewicz - rok 2002; 24 mecze - 3 gole

7. Jacek Ziarkowski - jesień 2004; 6 meczów - 1 gol (gol w debiucie)

6. Robert Kolendowicz - jesień 2001; 2 mecze

5. Dariusz Pawlusiński - jesień 2001; 2 mecze

4. Marcin Nowacki - lata 2004 - 2006 (z przerwą na sezon 2005/2006 w Koronie Kielce); 36 meczów

3. Michał Stasiak - wiosna 2004; 4 mecze

2. Jan Woś - rok 2003; 12 meczow (8+4)

1. Marek Citko - jesień 2001; 3 mecze

 

wtorek, 30 marca 2010
Płockie spadanie: Warta - Petrochemia (1994/95) i Warta - Wisła (2010).

Piętnaście lat temu Warta podejmowała w ekstraklasie nie Wisłę Płock, a Petrochemię Płock. W sobotę przyjezdni kibice skandowali co prawda ''Zakładowy Klub Sportowy'', ale czy ze starej nazwy też są tacy dumni - tego już nie wiem.

15 lat temu ''Zieloni'' jesienią wygrali w Płocku 3:2,

a na wiosnę, w ramach 30. kolejki, Petrochemia wpadła na stadion im. Edmunda Szyca z rewizytą. Tabela po 29. kolejkach była spłaszczona, jakby walec po niej przejechał, ale to właśnie Warta i Petrochemia poza walcowaniem, zaliczyły też przemarsz defilady. Znaczy, zajmowały dwie lokaty na końcu:

7. Łódzki KS 29
8. Sokół Pniewy 28
9. Pogoń Szczecin 27
10. Stomil Olsztyn 26
11. Olimpia Poznań 26
12. Hutnik Kraków 26
13. Stal St. Wola 25
14. Stal Mielec 25
--------------------------
15. Raków Cz-wa 25
16. Ruch Chorzów 23
17. Petrochemia 23
18. Warta Poznań 19

Dla Warty, ów mecz pięć kolejek przed końcem, był praktycznie ostatnią szansę przedłużenia złudzeń o utrzymaniu się w ekstraklasie. Te marzenia rozwiał jeden jegomość we fryzurze na czeskiego skoczka narciarskiego. Rafał Siadaczka strzelił trzy razy, a Piotr Prabucki tylko raz. Czyli Warta - Petrochemia 1:3.

Swoją drogą to skandal, że w całej sieci nie było zdjęcia Siadaczki w boskiej fryzurze. Inna sprawa, że RS jest dziś mało podobny do samego siebie z przeszłości.

Ostatecznie ani Warta, ani Płock ekstraklasy w tamtym sezonie nie uratowały. Petrochemia zajęła wtedy na 15. miejsce. Po sobotniej porażce w ''Ogródku'', płocczanie są o jedną lokatę niżej w tabeli pierwszej ligi, czyli drugiej ligi - na 16. A czemu przegrali? Ot choćby dlatego, że wydawać by się mogło, że bardziej topowi grajkowie - Marcin Nowacki i Łukasz Juszkiewicz - okazali się słabsi od starych ligowych wyjadaczy. To Tomasz Bekas (pierwszy z lewej) i Damian Seweryn (pierwszy z prawej) strzelili po goli. Gole można zobaczyć TUTAJ (od 1:19).

A z pozostałych postaci Wisły - uśmiechnąłem się na widok Artura Wyczałkowskiego (na zdjęciu symbolicznie - poniżej cieszących się warciarzy). Tak, tak, Wyczałkowski zagrał te 15 lat temu w meczu na Szyca. Podobnie zresztą jak Arkadiusz Miklosik (w sobotę na ławce). Ale z Miklosikiem zaskoczenia nie ma - on przecież wojował też 1,5 dekady temu przeciw Górnikowi.

Nie było to niesamowite widowisko przy Drodze Dębińskiej. Co zapamiętam z soboty? Rzuty rożne Warty, podczas których iluś poznaniaków kotłowało się zawsze przy polu bramkowym. A Przemysław Otuszewski bezpośrednio z rogu strzelił w słupek - na zdjęciu akurat ten moment.

To, że w Warcie z konieczności w ataku grał Tomasz Magdziarz. No i posturę Pawła Pęczaka.

Aha, odrobiłem zadanie i zanurzyłem się w lekturę Skarbu Kibica z Przeglądu Sportowego, a tam jak byk w jedenastce: Wersale. To chyba jakiś Włoch musiał być, ale się nie dogadali... :)

B.

wtorek, 23 marca 2010
Powiedz Filipie Be, co poszło źle

Był to chyba 2004 rok, gdy pytałem znajomego, który wtedy walczył o miejsce w zespole Michała Globisza, o najlepszego zawodnika tejże kadry rocznika 1987. A było to krótko po tym, gdy na stażu w Chelsea bawił Maciej Korzym. Usłyszałem odpowiedź: - Korzym? Nieee. ''Bury''! ''Bury'' przerasta nas wszystkich o klasę. Jest po prostu niesamowity - opowiadał.

Filip Burkhardt nie pojechał jednak - w porównaniu do mojego znajomego - na mistrzostwa świata U-20 w Kanadzie w 2007 roku. Zasłużenie.

Filip Be obchodzi dziś 23. urodziny. A ja obawiam się, że będzie kolejnym zmarnowanym talentem w polskiej piłce. Bo choć w poniższym wywiadzie z lata, mówi całkiem do rzeczy, to całkiem niedawne relacje mówią, że młodszy ''Bury'' choć regularnie wygrzewa ławę w kolejnym klubie ekstraklasy, podobno wciąż ma znakomite mniemanie o sobie. W końcu rządził w Warcie, a że znowu go kolejny trener nie wystawia? Przypadek. Albo złośliwość. Innej możliwości nie ma.

13.08.2009 Przegląd Sportowy, wywiad Łukasza Olkowicza

Nie przyszedłem [do Gdyni] się opalać. Chcę być liderem Arki, czuć odpowiedzialność za grę zespołu. Mam na to zadatki.

Ostatnie lata mojej kariery nie były najlepsze, ale wiem, gdzie popełniłem błąd.

Miałem 16 lat, gdy Stefan Majewski zaprosił mnie na treningi pierwszego zespołu. To była mocna drużyna z Szamotulskim, Dembińskim czy Kryszałowiczem. Stałem sie taką maskotką, małym Filipkiem, ale na treningach wszyscy mi podpowiadali, troszczyli się o mój rozwój. Rok później grałem w ekstraklasie i strzelałem gole. Trenerem był już Maciej Skorża. Wychodziłem na boisko w każdym meczu, czasem na połowę, innym razem na kwadrans. Ale cały czas grałem. Tymczasem menedżer nakręcał mnie, że powinienem grać więcej, że nie mogę się godzić na rolę rezerwowego. Głowa się zagrzała.

Posłuchałem podpowiedzi złych ludzi. Trener Skorża zdenerwował się, ale nie zamierzał puścić mnie z klubu. Wierzył we mnie. Mając 17 lat na boisku zachowywałem się tak, jakbym miał trzydzieści parę. Miałem luz na treningach, nie bałem się grać przeciwko Marcinow Wasilewskiemu czy Jarkowi Bieniukowi.

Przy fuzji Amiki z Lechem dostałem dobrą ofertę z Legii i napaliłem się na ten transfer. Zgodę na moje odejście musiał dać trener Smuda. Menedżer naciskał mnie, żebym mu jak najszybciej powiedział, że nie chce grać w Lechu. Tak zrobiłem. Okazało się, że kluby nie mogą się dogadać. Legia dawała 300 tys. euro, Lech chciał drugie tyle. Z transferu nic nie wyszło, a ja byłem skończony u Smudy. ''Chciałeś grać w Legii, to teraz tam graj. U mnie nie ma dla ciebie miejsca'' - usłyszałem. Nie mogłem mieć do niego większego żalu. Źle to rozegrałem.

Byłem wypożyczany do Widzewa, Jagiellonii i Tura Turek. W końcu zaproponowałem Lechowi rozwiązanie umowy. Straciłem na tym 400 tys. zł, bo tyle powinienem dostać do końca dwuletniego kontraktu.  Chciałem budować karierę od nowa i wybrałem Wartę Poznań.

Pieniądze zeszły na drugi plan. W porównaniu z Lechem, w Warcie zarabiałem symbolicznie. Umówiliśmy się na 4 tys. zł miesięcznie, ale nawet to okazało się wirtualnymi pieniędzmi. Najczęściej dostawałem po 500, po 1000 zł. Żyłem od pierwszego do pierwszego, a wszystkie oszczędności inwestowałem w prywatnego trenera. Marcin Klatt polecił mi Leszka Chybiaka. Godzina treningu kosztowała 50 zł, a ćwiczyłem pięć razy w tygodniu. Miesięcznie wychodziło nawet 1,3 tys. zł. Zawziąłem się, zrezygnowałem z przyjemności. Od dwóch lat nawet nie byłem nigdzie na wakacjach. Były wyrzeczenia, ale się opłaciło.

Tak sobie myślę, że dopiero teraz dorosłem do tego, żeby coś osiągnąć. Pięć lat temu ekstraklasa przyszła mi za łatwo. Byłem na topie i spadłem w przepaść. Teraz, jak ją złapałem, drugi raz jej nie wypuszczę.

Gazeta Wyborcza Trójmiasto po pierwszym meczu:

Filip Burkhardt. Zupełnie bez wyrazu, choć usprawiedliwia go to, że jest wystawiany nie na swojej pozycji - na prawej stronie, zamiast środka boiska. Z Lechią zagrał całe spotkanie, ale pokazał się tylko raz, kiedy zagrał prostopadłą piłkę do Łukasza Kowalskiego. Z Legią, kiedy od pierwszej minuty grał już Bartosz Karwan, Burkhardt wszedł w drugiej połowie, ale nie ożywił gry zespołu. Fatalnie i niedbale wykonuje stałe fragmenty gry! Na razie zasłynął tylko z tego, że z Lechią grał w koszulce z przekręconym nazwiskiem - "Burchardt".

Tym i niczym więcej. Mecze FB w tym sezonie w seniorach Arki:

2009-07-31 Ekstraklasa, Kolejka 1, Lechia Gdańsk - Arka Gdynia 2:1, 1-90        
2009-08-09 Ekstraklasa, Kolejka 2, Arka Gdynia - Legia Warszawa 0:1, 65-90        
2009-09-23 PP, 1/16 finału, Okocimski Brzesko - Arka Gdynia 1:2, 1-81        
2009-10-04 Ekstraklasa, Kolejka 9, Arka Gdynia - Lech Poznań 1:1, 78-90        
2009-10-23 Ekstraklasa, Kolejka 11, Arka Gdynia - Jagiellonia Białystok 0:0, 58-90        
2009-10-31 Ekstraklasa, Kolejka 12, Arka Gdynia - Odra Wodzisław Śląski 2:0, 78-90
2009-11-03 PP, 1/8 finału, Arka Gdynia - Jagiellonia Białystok 0-2 pd., 90-120        
2009-11-21 Ekstraklasa, Kolejka 14, Piast Gliwice - Arka Gdynia 2-2, 85-90        
2009-12-13 Ekstraklasa, Kolejka 17, Legia Warszawa - Arka Gdynia 1-0, 86-90        
2010-03-19 Ekstraklasa, Kolejka 21, Arka Gdynia - Cracovia 2-0, 86-90

Myslovitz śpiewa: Powiedz Georgie Best, co poszło źle, jak mogłeś wszystko tak spieprzyć.

Filip Burkhardt ma dopiero 23 lata i już 23 lata. Ale jedno jest pewne - jeśli nie spojrzy na siebie krytycznie, to większych szans na to, by grał tak, jak u progu swojej przygody z seniorską piłką, po prostu nie ma.

B.

poniedziałek, 22 marca 2010
Nowy widzewski charakter: strzelać, gdy rywal leży? Jeszcze po meczu Warta - Widzew 0:2

Wrócę do meczu sprzed tygodnia przy Drodze Dębińskiej nie tylko dlatego, że najbardziej żałuję notek, których nie napisałem, ale też dlatego, że obejrzałem gole z meczu Widzew - Dolcan 3:0. Najpierw więc będzie o tym, co mi się w Widzewie nie spodobało, poza tym, że dziwi mnie brak mistrzowskiej gwiazdki nad herbem na koszulkach.

Uprzedzając pozdrowienia od miłych czytelników z Łodzi, zastrzegam, że Widzew zarówno z Wartą, jak i (domyślam się) z Dolcanem wygrał zasłużenie. I że czekam aż wróci do ekstraklasy, bo tam jest jego miejsce, a w pierwszej lidze jest po prostu najlepszy. To przewodzenie tabeli nie uprawnia jednak łodzian, do tego, by strzelać gole w momencie, gdy któryś z przeciwników leży na glebie i zwija się z bólu. I fakt, że były to gole numer dwa (z Wartą) i trzy (z Dolcanem) nie robi moim zdaniem różnicy. Ba, to raczej okoliczność obarczająca niż łagodząca.

A tak było w spotkaniu z Dolcanem, gdy Milosevski trafił na 3:0 w 88. min (filmik).

I tak też było tydzień wcześniej, w spotkaniu w ''Ogródku'' przy Drodze Dębińskiej, który oglądałem. Przy czym na myśli mam tylko drugiego gola, bo sarkanie warciarzy na pierwsze trafienie uznaję za nieuzasadnione.

Z tym drugim golem to było tak. Po pierwsze, sędzia Marek Karkut powinien przerwać grę po ostrym wejściu Łukasza Brozia w nogi Damiana Pawlaka, a tego nie zrobił. Skoro jednak tego nie zrobił, widzewiacy - moim zdaniem - powinni wybić piłkę na aut, gdy pomocnik Warty zwijał się z bólu. Tak naprawdę, nie po włosku. Działo się to przy polu karnym Warty, widzewiacy rozgrywali dalej piłkę, która - to dość trafikomiczne - odbiła się jeszcze od arbitra, potoczyła się pod nogi Sernasa, który precyzyjnym strzałem nie dał szans Radlińskiemu. Goool, widzewiacy się cieszą, warciarze niekoniecznie, Pawlak wciąż zwija się z bólu. Do gry już nie wraca. Patrz niżej:

Warciarze (chórem): Mamy pretensje.

Paweł Janas (swoim charakterystycznym niedźwiedziowym głosem, z tą samą, niezmienną miną): - Nie widziałem tej sytuacji.

[swoją drogą, temat nieobecności na ławkach trenerskich byłych selekcjonerów polskiej kadry nadaje się na osobną notkę, dlatego dla Janasa - szacun]

Jarosław Bieniuk (po dłuższej chwili kluczenia): - W polskiej lidze za dużo leżymy na murawie. Może sędzia powinien przerwać grę, być może trzeba było wybić piłkę. Jednak jesteśmy uczeni, że dopóki noga nie jest złamana, to trzeba grać, bo przeciwnik jest bezlitosny. To może nauczka dla Warty na przyszłość. Muszę liczyć na siebie, a nie na przeciwnika.

I pewnie postępowanie widzewiaków szybko by mi ze łba wypadło, ale skoro sytuacja powtórzyła się już po tygodniu, to chyba jest coś nie tak. Może nauczka dla rywali jest też taka: gość z Widzewa właśnie dostał po girach, tak, że wolałby urodzić? Co z tego, gramy dalej. Że nie fair play? Bez przesadyzmu...

Widzew do ekstraklasy awansuje, ale we mnie chyba właśnie traci, hmm, życzliwego obserwatora swoich poczynań. Tak jak przegrać z klasą, trzeba też umieć wygrać z klasą. Łodzian w tym sezonie czeka jeszcze trochę zwycięstw, więc czas na naukę jest.

Garść wątków pobocznych:

1) Artur Marciniak znów zagrał w meczu ligowym Poznaniu. Ostatnio był tu z młodą ekstraklasą Bełchatowa, wcześniej - w Lechu - po raz ostatni zanotował występ w stolicy Wielkopolski 18 listopada 2006 z Odrą w ekstraklasie i 2 grudnia z Groclinem w Pucharze Ekstraklasy. Rodowity poznaniak, prawy obrońca, który jest dobry technicznie (to u nas rzadkość), już nie chucherko jak dawniej w ''Kolejorzu''. Trzymam kciuki. O ''Alu'' na pewno tu jeszcze powstanie elaborat.

2) 7 maja 1995, Lech - Widzew 1:0. I fragment relacji z Gazety o tym, jak Czerniawski z Reissem ograli łodzian, a ci nie trafiali do pustej bramki. W meczu Warty było dokładnie odwrotnie.

Bezbramkowy wynik i słaba gra obu drużyn do przerwy nie gwarantowały emocji w drugiej połowie, ale ku uciesze kibiców gra się znacznie ożywiła. Widzew mimo przewagi w środku pola nie potrafił wykorzystać świetnych sytuacji. W 51. min niedokładne podanie obrońcy Lecha przechwycił Kowalczyk, podał na czystą pozycję do Ryszarda Czerwca, a ten z pięciu metrów nie trafił do pustej bramki.
Jedynego gola strzelili jednak gospodarze. W 56. min Marek Czerniawski idealnie podał w pole karne do Piotra Reissa, który technicznym strzałem z pierwszej piłki w okienko pokonał Woźniaka. Od tego momentu gra nabrała tempa, widzewiacy zepchnęli poznaniaków na własną połowę. Nie mogli tylko strzelić do siatki. W 65. min Kowalczyk zmarnował najlepszą okazję. Otrzymał podanie na wysokości linii bramkowej, ale dokonał rzeczy niezwykłej, gdyż trafił w poprzeczkę.
Lech przeprowadzał szybkie kontry. Po jednej z nich Jacek Dembiński uderzył piłką w słupek, a po drugiej z boiska został usunięty Woźniak, który w sytuacji sam na sam z Dembińskim zatrzymał futbolówkę ręką poza polem karnym. Od 85. min Widzew grał więc w dziesiątkę, ale nie miało to już wpływu na końcowy wynik.

3) Co do Woźniaka, to przypomnieć muszę też inny stary mecz ''Zielonych'' z Widzewem.

31 lipca 1994 roku, inauguracja sezonu ekstraklasy, Warta - Widzew 0:4. PZPN zakazał Warcie dokonywania nowych transferów za niepłacenie swoim kontrahentom i trener Wąsikiewicz musiał sięgnąć po głębokie rezerwy. Wśród młodych zawodników, którzy wtedy załapali się do pierwszego składu, był bodaj prawy obrońca, Artur Chmiel. Ów Artur Chmiel rozegrał wtedy swój jedyny mecz w ekstraklasie. Jak wieść gminna niesie, zawodnik śmieje się, że jedno z jego dośrodkowań było tak kąśliwe, że zasiało w Andrzeju Woźniaku istne ziarno niepewności przy wychodzeniu z bramki, które niestety zakiełkowane... ponad trzy lata później podczas meczu na Wembley :)

4) duży poster Jarosława Bieniuka, według wiarygodnej (dla mnie) relacji sprzed pół roku jednego znajomego, znajduje się w punktach bukmacherskich jednej z lokalnych firm w... Armenii! Podobno wygląda to tak: jest sobie klitka, buda w której przyjmuje się zakłady, a na jej ścianach wielkie plakaty z gwiazdami futbolu: Cristiano Ronaldo, Ronaldinho itd. I Bieniuk. Jarosław Bieniuk. Frapujące. Może Gevyorgan zawiózł z Łodzi w rodzinne strony?

B.

czwartek, 18 marca 2010
Kushtrim Munishi i jego kosowcy kamraci

Który z obcokrajowców mających na koncie mecze w polskiej lidze zwojował najwięcej po opuszczeniu nadwiślańskich boisk? Kalu Uche? Ivica Kriżanac? Gija Guruli? Być może ktoś z nich, może jeszcze inne nazwisko. Przykładając jednak ilościową miarę trofeów jeden nasz były ligowiec ma naprawdę obciążoną półkę. Trzy mistrzostwa, dwa krajowe puchary, trzy tytuły króla strzelców - prawda, że brzmi godnie? Żeby było śmieszniej zrobił to zawodnik, ktory w Polsce nie wyróżnił się praktycznie niczym i mało kto dziś o nim pamięta. Kushtrim Munishi, pozwól no na chwilę.

Munishi jest Kosowianinem. Urodził się 17 marca 1973 roku w Prisztinie (czyli wczoraj miał urodziny - całuski, cukierki, ciasteczka od całego bloga). W Polsce pojawił się wiosną 1993 roku. Jako dwudziestoletni wychowanek KF Prisztina, grający zwykle jako ofensywny pomocnik trafił do Zagłębia Lubin. A jako, że było to czasie, gdy pierwsze skrzypce grał w nim Sławomir Majak, Daniel Dyluś i Dariusz Baziuk. Siłą rzeczy czuł się nieco zagubiony i w ekstraklasie zbyt wiele nie zwojował (10 meczów). Postanowił więc wrócić do ojczyzny, robiąc w międzyczasie krótkie wypady do Austrii (DSV Leoben - wiosna 1995 oraz sezon 1997/1998), Bułgarii (Lokomotiw Płowdiw - jesień 1995) i Albanii (jesień 1996). W Kosowie występował w sumie w barwach siedmiu różnych klubów, gromadząc w nich wymienione przeze mnie wcześniej tytuły.

Innym powodem dla którego warto wspomnieć o Munishim jest fakt, że zdobył on pierwszego gola w historii reprezentacji Kosowa. 14 lutego 1993 reprezentacja Kosowa (niefunkcjonującego wtedy jeszcze na międzynarodowej arenie) rywalizowała w Tiranie z Albanią. Albańczycy zwyciężyli 3:1 a honorową bramkę dla Kosowian zdobył właśnie nasz bohater (i to już jako zawodnik klubu z Lubina). Poniżej zdjęcie z tego meczu, Munishi klęczy pierwszy z prawej.

Stoją od lewej: Birbil Sokoli (tr.), Genc Hoxha, Ahmet Beselica, Fadil Berisha, Selaudin Jerlini, Gani Llapashtica, Bardhyl Seferi, Xhelall Zhupi; klęczą od lewej: Nexhmedin Statovci (masażysta), Sabit Bogujeci (tr.), Isa Sadriu, Ardian Kozniku, Muharrem Saiti, Sadullah Ajeti, Kushtrim Munishi

Z racji statusu politycznego Kosowa Munishi zbyt wiele nie poszalał na międzynarodowych arenach. Rywalami jego drużyny były bowiem zwykle albo państwa niezrzeszone w FIFA (typu Cypr Północny, Laponia czy Monako) albo różne inne dziwne składaki (typu "Albańczycy w Macedonii" albo "Albania All Stars"). Gdy w lutym 2008 roku Kosowo ogłosiło niepodległość Munishi miał już 35 lat i strasznie kaszlał. W sierpniu zawiesił buty na kołku i zajął się trenerką w swojej KF Prisztinie. Chyba ma się dobrze.

Przy okazji warto wspomnieć o kilku innych zawodnikach rodem z Kosowa. Przez Polskę jak meteor przeleciało jeszcze trzech zawodników z tamtych stron. Wiosną 1994 jeden mecz  w Siarce Tarnobrzeg zagrał Afrim Kuci, później zawodnik klubów z niższych lig niemieckich. Natomiast cały sezon 2002/2003 w koszulce łódzkiego Widzewa występował Miodrag Andelkovic - typ wyjątkowo ciekawy, na pewno notka o nim kiedyś tu się jeszcze pojawi, dość powiedzieć, że w swojej karierze kopał piłkę w... piętnastu różnych krajach. A  już zupełnie niedawno - więc nie będę się o nim rozpisywał - w Łódzkim Klubie Sportowym pokazał się Labinot Haliti.

Natomiast bardziej światowe kariery, ale już w barwach innych reprezentacji, porobili Valron Behrami (reprezentant Szwajcarii i zawodnik West Hamu), Lorik Cana (Albania i Sunderland, a przedtem PSG i OM) czy Ardian Gashi (Norwegia).

Przemek Nosal

 
1 , 2