Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 27 marca 2011
Marek Citko, piłkarz jakich mało. Nadal

W sobotę podczas imprezy w Zakopanem swój ostatni skok oddał Adam Małysz. Pozwolę sobie nie zgodzić się z Łukaszem Ceglińskim, który w tekście ''The Greatest Hits'' stwierdza, że skoczek był pierwszym polskim sportowcem, którego nazwisko zaczęto łączyć ze słowem ''mania''.

Bo pierwszym sportowcem w latach 90., na punkcie którego wybuchło w Polsce absolutne szaleństwo, był piłkarz, który dziś kończy 37 lat. Marek Citko.

A skoro Małysz właśnie zakończył karierę, a Citko zdmuchuje świeczki, pozwolę sobie wrzucić tekścik napisany dla Z Czuba. Nie stracił na aktualności o tyle, że wciąż nie mamy w Polsce piłkarza, który umie dryblować równie dobrze, jak sztukmistrz z Białegostoku.

 

Po kontuzji nigdy nawet nie zbliżył się do swojej najwyższej formy, ale ilekroć strzelił gola, zaprezentował sztuczkę techniczną lub efektowny drybling, kibice i dziennikarze zastanawiali się (fakt, z czasem coraz ciszej i rzadziej, ale jednak): ''czy to powrót wielkiego Citki''. Teraz już z całą pewnością można stwierdzić, że niestety to się już nie zdarzy. Najlepszy polski piłkarz roku 1996 w wieku 33 lat ogłosił zakończenie kariery.

To nie ma być kolejny artykuł z cyklu "Największe zmarnowane polskie talenty" czy "Kolejnym Matusiakom i Błaszczykowskim ku przestrodze". Wolę zapamiętać Citkę jako piłkarza, który w ciągu jednego roku rozwinął swój talent na niesamowitą skalę oraz jako człowieka, który umiał przyznać się do grzechów młodości i głosić, że kopiąc piłkę chwali Boga, dziękując mu za otrzymany dar. Przyznającego wprost: "jestem niespełnionym piłkarzem, ale szczęśliwym człowiekiem".

Choć tajemnicą poliszynela jest fakt, że wielu - w tym czołowych - polskich piłkarzy wieczorami obierało kurs na bar/dyskotekę/kasyno (niepotrzebne skreślić), a ich nazwiska co jakiś czas pojawiały się w tym kontekście w prasie, to prawie nie mieliśmy do czynienia z przypadkami przyznania się do nałogu czy złego prowadzenia się. Swego czasu w Anglii często-gęsto pojawiały się wypowiedzi skruszonych futbolistów (zapoczątkował to bodaj Tony Adams) ujawniających, że przez alkohol czy pokera znaleźli się blisko dna. U nas najwylewniejsi spowiednicy zwierzali się co najwyżej z "piwka, no może dwóch na tydzień - oczywiście tylko po wygranym meczu". Citko powiedział wprost: tak, miałem pieniądze, uprawiałem hazard, bawiłem się, marnowałem talent nie trenując jak trzeba. A pytany w licznych wywiadach nie wstydził się mówić o uczestnictwie w spotkaniach wspólnoty Ruchu Światło-Życie, tym, że Bóg jest dla niego najważniejszy, a w modlitwie przed meczem poleca nie tylko siebie, a wszystkich zawodników, by nic złego im się nie stało.

Skutkiem tych wypowiedzi i publikacji były też absurdalne zarzuty jakoby zawodnik nie miał siły biegać z powodu... wcześniejszego postu, czy też rzadkie przekleństwa (?) padające z trybun, dość zabawnie trzeba przyznać brzmiące: "Świętoszek, idź do kościoła!". A złośliwi dopytywali: "To piłkarz chce być księdzem, czy ksiądz piłkarzem?". Tym tropem można zadać to pytanie wielu piłkarzom Canarinhos, z Kaką na czele.

Prasa zarówno religijna, kobieca i sportowa miała o czym pisać, przyczyniając się do wybuchu "citkomanii", ale oczywiście nie byłoby jej, gdyby nie świetna gra białostoczanina. Niełatwo pojąć skalę tego zjawiska, tak nieproporcjonalną do sportowych osiągnięć zawodnika - ale spróbujmy.

Polscy kibice po 10 latach nieobecności pierwszej reprezentacji na wielkich imprezach byli złaknieni sukcesu jak kania dżdżu. Citko jawił się jako mąż opatrznościowy dla kadry. To dziś nie do pomyślenia, ale w innych miastach, w tym dużych ośrodkach piłkarskich (tak było w Poznaniu, naprawdę) można było spotkać dzieci biegające za piłką w koszulce Widzewa Łódź i numerem 6 na plecach! Zachowując odpowiednie proporcje, był kimś jak Włodzimierz Lubański - mieszanka skromności i talentu sprawiała, że budził szacunek i sympatię. No i przede wszystkim strzelił gola na Wembley, po 23 latach od trafienia Jana Domarskiego.

Gol był historyczny, a jednocześnie symboliczny, ale przede wszystkim sama gra Citki na Wembley dnia 9 października 1996 była magiczna. Na pytanie o ulubione ćwiczenie na treningach zawsze odpowiadał: gra jeden na jeden. To było widać na boisku. Momentami wręcz ośmieszał Anglików. Piłkarskie siatki mieli przez niego założone Steve McManaman, Paul Gascoigne i Paul Ince. Razem z Piotrem Nowakiem fantastycznie kreował grą Polaków w przegranym 1:2 meczu.

Później wystąpił jeszcze m.in. przeciw ówczesnym mistrzom Świata Brazylijczykom (strzelając gola) i dwukrotnie przeciw wicemistrzom Świata - Włochom. Mecz w Neapolu 0:3 (w wieku 23 lat) był jego dziesiątym, a zarazem ostatnim występem z orłem na piersi. A przed szczytem na Wembley była Liga Mistrzów.

Eliminacje z Broendby.

Gol z Borussią Dortmund.

I ten przepiękny z Atletico Madryt.

Pewnie, w stwierdzeniu, że stawiam pomnik przegranemu będzie trochę racji, bo te najważniejsze gole Citko strzelał w meczach zakończonych porażkami, ale z drugiej strony popatrzmy jak wielcy to byli rywale: trzecia drużyna Euro (Anglia), mistrz Świata (Brazylia), mistrz Niemiec i późniejszy triumfator Ligi Mistrzów (Borussia) oraz mistrz Hiszpanii (Atletico). Oczywiście, w La Liga podobnym lobem Molinę przechytrzyło pewnie z dziesięciu innych grajków, ale nie zmienia to faktu, że przymierzyć tak precyzyjnie to wielka sztuka.

W końcu dochodzimy do kwestii najważniejszej i kluczowej dla kariery Citki - kontuzji. Miłośnicy piłkarza tłukli głową w ścianę. Co za pech. Gdyby się zgodził wyjechać do Blackburn Rovers, które chciało go kupić za rekordową w historii polskiej piłki kwotę czterech milionów funtów (dziesięciu milionów dolarów), byłby uratowany. Nawet gdyby tam odniósł kontuzję, miałby fachową opiekę i zapewnioną przyszłość. Ale sam zawodnik nie żałuje swojej decyzji, więc może i my powinniśmy przestać:

Nie rozdrapuję przeszłości, nie rozpamiętuję, co by się stało, gdybym skorzystał z oferty Blackburn. Mam credo życiowe: "Wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba". Gdybym wyjechał na Zachód, może miałbym kupę forsy, ale nie poznałbym mojej żony Agnieszki, z którą jestem szczęśliwy.

Moim życiowym pechem nie była kontuzja w 1996 roku, ale to, że nie trafiłem nigdy oprócz Franka Smudy na trenera, który by mi zaufał. Co zrobiono z del Piero? Po kontuzji wystawiano go na siłę, bo wiedziano, że tylko grając mecze, może dojść do formy. Nie sadza się na ławie kogoś, kto ma duży potencjał, choćby nie jest w pełni formy.


Na koniec opinia wyrażona w 2000 roku przez Kazimierza Górskiego:

Ostatnio nie mam w Polsce ulubionego piłkarza. To znaczy bardzo podobał mi się Marek Citko, do momentu kontuzji. Miał wszystko czego potrzebuje klasowy napastnik. Wyobraźnię, drybling, szybkość, strzał, nie najgorszą technikę.

Ale zerwanie ścięgna to bardzo poważna kontuzja i nie dziwię się że ten sam Citko zgasł jak meteor. On może jeszcze długo grać w piłkę, życzę mu tego, ale z chorej nogi człowiek się tak nie odbije jak ze zdrowej...

Pan Kazimierz znowu miał rację.

B.

PS O Citce można na tym blogu poczytać też w notce ''Grodziskie meteory''.

PS 2

Trochę celem odbrązowienia, a trochę dlatego, że mam trochę słabość do tej książki, przytaczam kilka zdań o Citce z biografii Wojciecha Kowalczyka (napisanej z Krzysztofem Stanowskim).

Citko naprawdę bywał w weekendy zmęczony. Kto nie grał w spotkaniu ligowym, ten musiał iść na trening wyrównawczy z Okuką. To jest makabra. Pamiętam, że Marek wpadł kiedyś czerwony do szatni i ku*wił na prawo i lewo, ile się dało. Święty Citko i na dwadzieścia zdań, dwadzieścia przekleństw - głównie na Okukę. Za nim doczołgał się Piekarz [Mariusz Piekarski]: - Ja to, ku*wa, nawet mówić nie mam siły.

Markowi nie pomagało nawet to, że miał w szatni więcej witamin niż klubowy lekarz. Chyba połowa przydziału wody szła do Citkowego, by miał czym tabletki popijać.

piątek, 18 marca 2011
Adrian Bartkowiak, odbudowany dzięki Warcie

W niedzielę Warta zagra pierwszy w tym roku ligowy mecz w Poznaniu, rywalem będzie GKS Katowice. Ostrzę sobie zęby na ten mecz nie tylko dlatego, że poprzednie dwa mecze obu drużyn w stolicy Wielkopolski kończyły się wynikiem 3:3, a poprzednie dwa wiosenne mecze (w Niecieczy i Wodzisławiu), ''Zieloni'' wygrali.

Zastanawiam się, czy warciarze zniosą presję. Piotr Reiss, Zbigniew Zakrzewski czy Krzysztof Gajtkowski grali wiele razy przed kilkunastoma tysiącami widzów, ale reszta już nie. Oczekiwania wobec ''Zielonej rewolucji'' są spore, piłkarze nie mogą zawieść kibiców, z których wielu na stadionie będzie pewnie pierwszy raz w życiu.

Bohaterem gazetowego dodatku o Warcie nie został ani Reiss, ani Gajtkowski, ani nawet kapitan Tomasz Magdziarz. Naszym rozmówcą został Adrian Bartkowiak (na zdjęciu z prawej). Skromny (ilu znacie piłkarzy, którzy poszli do pracy, gdy im nie szło?) i wciąż młody chłopak (w końcu mój rocznik, 1987).

Z porównaniami do Puyola bym nie przesadzał, ale trener Bogusław Baniak ma rację, że tak szybkiego środkowego obrońcy dawno w Polsce nie widziano.

Jest 28 października 2005 roku. Czech Werner Liczka w swoim pierwszym meczu w roli trenera Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wlkp. bardzo ryzykuje. Na środek obrony na mecz z Lechem Poznań wystawia zaledwie 18-letniego debiutanta w ekstraklasie. Adrian Bartkowiak, bo o nim mowa, spisuje się świetnie, a grodziszczanie wygrywają mecz 3:1.

- Gdy na odprawie zobaczyłem swoje nazwisko przypisane do pierwszej jedenastki, zrobiłem się blady. Czekała mnie gra przeciw Piotrowi Reissowi, w Lechu był też choćby Piotr Świerczewski – przypomina sobie dzień debiutu Adrian Bartkowiak. - Trener i koledzy uspokajali mnie. Podkreślali, bym nie dał się nabrać na zwód Piotrka na zamach. Nie dałem się.

Na skrócie meczu Bartkowiaka widać raz. Po tym jak Świerczewski uderza piłką w słupek, przejmuje ją, jak gdyby nigdy nic. I nie wysyła w kosmos, a bierze się za rozegranie akcji.

Starcie z Reissem, starcie z Jeleniem

Adrian Bartkowiak był wcześniej związany z Lechem, choć nie jest jego wychowankiem.

– Zaczynałem trenować w Unii Swarzędz. Z niej trafiłem do kadry makroregionu. Trener Tadeusz Jaros, który ją prowadził, wziął mnie do swojej drużyny młodzieżowej w ''Kolejorzu''. Przy Bułgarskiej spotkałem Artura Marciniaka czy Krzysztofa Strugarka – opowiada piłkarz.

Z Poznania pojechał do Grodziska Wlkp., gdzie jego pozycja stała się mocniejsza niż w Poznaniu. Trenował z pierwszym zespołem.

- Moja przygoda w ekstraklasie trwała jednak krótko. Już w swoim drugim meczu, w Płocku, po starciu z Ireneuszem Jeleniem, rozwaliłem sobie więzadła krzyżowe. Po debiucie z Lechem nie miałem głowy w chmurach, zawsze twardo stąpałem po ziemi. Ale kontuzja przyszła tak szybko, że nie zdążyłem się nacieszyć ekstraklasą – żałuje piłkarz.

Prezes klubu Zbigniew Drzymała załatwił piłkarzowi operację w Niemczech. Bartkowiak do gry wrócił w maju, zagrał dwa razy w niewiele znaczącym Pucharze Ekstraklasy. Potem w Groclinie wystąpił już tylko w Młodej Ekstraklasie.

Układanie kostki, rozwijanie mapy

- Przez pół roku w ogóle nie grałem w piłkę. W Grodzisku zostałem odsunięty od pierwszej drużyny. Powiedziałem sobie, że tak nie chcę. Nie widziałem dla siebie perspektyw w piłce – opowiada obrońca.

- Nie mam dwóch lewych rąk do pracy. Mieszkam na wiosce, w Paczkowie rodzice mają gospodarstwo rolne, więc pracy się nie boję. Znajomy zatrudnił mnie w swojej firmie. Układałem kostkę brukową. To było jakieś trzy lata po debiucie w ekstraklasie. – przyznaje bez skrępowania piłkarz.

Ale do piłki wrócił. Gdy klub z Grodziska oddawał miejsce w ekstraklasie Polonii Warszawa, Bartkowiak pojechał na obóz przygotowawczy z trenerem Jackiem Zielińskim. ''Czarne koszule'' nie zdecydowały się jednak podpisać umowy z wciąż młodym obrońcą.

- Trener Zieliński doradził mi bym spróbował szczęścia w Stali Stalowa Woli. Tydzień przed rozpoczęciem drugiej ligi wsiadłem w samochód i pojechałem do Stalowej Woli – mówi Bartkowiak. - Najpierw jednak rozwinąłem mapę i zacząłem szukać: ''kurde, gdzie jest ta Stalowa Wola?!''. Byłem trochę przerażony. Wcześniej zawsze grałem gdzieś w pobliżu domu, nigdy za daleko nie wyjeżdżałem – dodaje.

W pobliżu domu pewnie grałby wówczas nadal, gdyby nie pojechał na obóz z Polonią Warszawa. - Z tego co wiem, trener Bogusław Baniak chciał mnie w Warcie już wtedy. Gdy klub ze stolicy określił się, że mnie nie potrzebuje, w Poznaniu kadra zespołu była już zamknięta.

Pierwsze wejście do Warty

W Stali spędził sezon 2008/2009, zagrał w 21 meczach. W Poznaniu o nim nie zapomniano.

- Przyjechałem do Warty się odbudować i to udało się świetnie. Trener Baniak mi zaufał, a drużyna grała dobrze.

Jesienią 2009 roku gwiazdami ''Zielonych'' byli strzelcy goli, Piotr Reiss, Marcin Klatt i Tomasz Magdziarz. Ekspertom nie umknęła jednak doskonała gra w obronie Adriana Bartkowiaka. Bez żadnej przesady można stwierdzić, że defensor był ostoją tej drużyny. Zauważyli to też menedżerowie i inne kluby.

Bartkowiak: - Dostałem ofertę z Łęcznej, stwierdziłem, że może moje rejony są jednak na wschodzie. Pierwsze pół roku było dobre, na ławce posadził mnie dopiero nowy trener, Mirosław Jabłoński. Powiedział szczerze, że może i grałem wcześniej nieźle, ale on bardziej ufa swoim ludziom.



Moje miasto

- Ucieszyłem się z kolejnej możliwości gry w Warcie. W Łęcznej czy Stalowej Woli po meczu wracało się do pokoju 4 na 4 metry i siedziało się samemu. A ja lubię być w Poznaniu, móc w każdej chwili pojechać do rodziców. Najbliżsi mogą zobaczyć z bliska jak gram – opowiada piłkarz.

- W Warcie jest wielu ludzi z regionu. Wszyscy chcą, by klubowi się dobrze wiodło. Gdy było biednie, jeździliśmy na mecze wyjazdowe samochodami. Zwykły najemnik, przy braku autokaru, może machnąłby na taki wyjazd ręką. A tu każdy ma Wartę w sercu.

Piłkarze ''Zielonych'' jesienią pojechali swoimi samochodami m.in. na mecz z GKS Katowice. Pół roku później, do meczu z tym samym rywalem w Poznaniu, Warta przystępuje jako zupełnie inny klub i w dużej części zupełnie inny zespół. Z niewyobrażalnie większą publicznością.

- Pewnego dnia, gdy przyjechałem na Drogę Dębińską na trening o godz. 9.30, zobaczyłem potężną kolejkę ludzi pod sklepem. Pod sklepem, który jest otwierany dopiero o 10. Kolejka za biletami na nasz mecz jak za bułkami za komuny. To aż nie do uwierzenia – kończy Adrian Bartkowiak.

wtorek, 15 marca 2011
Warszawa udaje Dagestan

Na transferowym rynku szaleje ostatnio grający w lidze rosyjskiej zespół Anży (Andży vel Andżi - jeśli ktoś wie jak powinno się to poprawie pisać to po polsku to proszę o radę) Machaczkała. Klub mający siedzibę w stolicy Republiki Dagestanu (z tej republiki pochodzi także królowa tyczki, Jelena Isinbajewa) sprowadził w ostatnim czasie Roberto Carlosa oraz trzech innych Brazylijczyków: Diego Tardellego, Joao Carlosa i - obdarzonego największymi obecnie umiejętnościami - Jucilei. Co ciekawe, ich ziomem będzie znany również z gry w Wiśle Płock Serb Mitar Pekovic.

 

Dagestan - miejsce, gdzie Real spotyka się z Wisłą Płock...

No dobrze, ale ja nie o tym. Przy tej okazji przypomniał bowiem mi się jeden mecz. Otóż w 2001 roku, los skojarzył w 1/64 Pucharu UEFA (edycja 2001/2002) Anży ze szkockim Glasgow Rangers. Jednak na skutek toczącej się wówczas w sąsiedniej Czeczenii wojny władze UEFA postanowiły, że o awansie do dalszej rundy zadecyduje jeden mecz na neutralnym terenie. A tym neutralnym miała być... Warszawa! I tak do stolicy Polski zjechały drużyny z zachodu i ze wschodu. Najbardziej znaną postacią w szeregach Anży był etatowy reprezentant Rosji i była gwiazda Spartaka Ilia Tsymbalar.

Szkoci natomiast zaprezentowali świetnie znanych na świecie zawodników takich jak Stefan Klos, Ronald de Boer, Tore Andre Flo, Claudio Caniggia, czy Andriej Kanchelskis. Zawody przy ul. Łazienkowskiej przyciągnęły 3 700 widzów, a wyrównany, choć niezbyt porywający mecz zakończył się zwycięstwem Rangersów po golu Kontermana.

Tutaj relacja z tego wydarzenia.

Szkoci zresztą bardzo dzielnie radzili sobie w ówczesnej edycji pucharów. Po Anży pokonali Dynamo Moskwa (3:1 i 4:1), PSG (0:0 i 0:0, k. 4:3) i dopiero w 1/8 finału odpadli z późniejszym triumfatorem rozgrywek Feyenoordem Rotterdam (1:1 i 2:3).

A ekipa z Dagestanu? Cóż, musiała poczekać niemal dekadę, żeby znów się o niej mówiło nad Wisłą.

P.

poniedziałek, 14 marca 2011
Popov bije Manchester

Niemal dwa lata temu pisałem tutaj o Goranie Popovie. Wspominałem, że błysnął on w niemrawej wówczas Odrze Wodzisław i przez nikogo nie zatrzymywany po pół roku wyparował z Polski. Potem przez Grecję i Serbię przebił się do holenderskiej Eredivisie. Grając w niej w Heerenveen zdobył Puchar Holandii i pokazał, że umie grać w piłkę zdecydowanie lepiej niż jego ziomki z Wodzisławia. I pewnie siedziałby sobie w płaskiej krainie Niderlandów do dziś, gdyby nie... nowe wyzwanie. Po Macedończyka zgłosiło się bowiem Dynamo Kijów. Druga drużyna Ukrainy potrzebowała wzmocnień przed batalią o Ligę Mistrzów z... holenderskim Ajaxem Amsterdam. Popow spakował manatki i powędrował na wschód Europy.

Ajax okazał się jednak ekipą nie do przejścia (1:1 i 1:2) i trzeba było zadowolić się grą w Lidze Europejskiej. Dynamo jak na razie idzie przez nią jak burza. Przez fazę grupową przemaszerowało z pieśnią na ustach, a potem rozsadziło w pył Besiktas Stambuł (4:1 i 4:0!). A do całej tej krótkiej notki zainspirował mnie mecz, który nastąpił właśnie po pogromie Turków. W kolejnej rundzie kijowianie pokonali bowiem w meczu u siebie Manchester City 2:0!

I Popov tam był, miód i wino pił.

Zarówno w klubie jak i w reprezentacji Macedończyk ma pewne miejsce w składzie. W dodatku w zeszłym tygodniu strzelił swą pierwszą bramkę dla Dynamo.

Żyć, nie umierać.

P.

piątek, 11 marca 2011
Życie po lidze polskiej istnieje tylko w lidze brazylijskie. Rodrigao Moledo i jego nowi kumple

Nie tak dawno pisałem o Brazylijczyku Paulinho, który potraktował Łódzki Klub Sportowy jako stację przestankową w drodze do wielkiego Corinthians. Wydawało mi się, że to przypadek niezwykły (cały czas tak uważam) i niepowtarzalny (już tak nie uważam), żeby ktoś z cuchnącej szalupy jaką jest nasza ekstraklasa trafił - prędzej czy później - do topowego klubu w Brazylii. Tymczasem, oczywiście przez przypadek, znów trafiłem na takiego delikwenta. Rodrigo Modesto Da Silva Moledo - tak się nazywa ten człowiek. W Polsce funkcjonował głównie jako Rodrigao, ale obecnie znany jest raczej jako Rodrigo Molesto. Jesienią 2009 roku został on graczem Odry Wodzisław. Rodrigao do Wodzisławia trafił w ramach wypożyczenia z Uniao EC Rondonopolis, które trwać miało dwa lata. Trwało trzy miesiące.

Brazylisjki stoper miał być wyrazem nowej polityki transferowej, którą mieli do Odry wprowadzić czescy inwestorzy. Razem z nim klub zasilili tacy zawodnicy jak Tomas Radzinevicius czy Daniel Bueno. Już po przybyciu nad Wisłę Rodrigao okazał się kiepściutki. Grał głównie w Młodej Ekstraklasie, a Ryszard Wieczorek puszczał go w normalny ligowy bój tylko wtedy, gdy zaraza wysiekła cały środek defensywy jego zespołu. I gdy już Brazylijczyk pojawiał się na murawie, to grał słabo. W sumie wystąpił w trzech spotkaniach (z Koroną Kielce, Lechem Poznań i GKS Bełchatów) po czym... rozwiązano z nim kontrakt. Powodem było nieotrzymanie przez niego wizy, choć gołym okiem widać było, że chłopak nie ogarnia tego co się dzieje na boisku.

Rodrigao wrócił więc do swojego Uniao EC, pograł w nim rok, po czym... niespodziewanie trafił do wielkiego Internacionale Porto Alegre (trzy tytuły mistrza Brazylii, dwa puchary Copa Libertadores i zwycięstwo w Klubowych MŚ 2006)! Co prawda na ostatnią edycję KlMŚ się jeszcze nie załapał, ale od początku 2011 roku ma pewne miejsce w meczowej jedenastce. Co prawda występuje na codzień w koszulce, która zbytnio nie różni się od tej Odry...

ale kumpli w klubowej szatni ma jakby nieco bardziej zacnych. Jego partnerami na boisku są m.in. świetnie znaniu reprezentanci Brazylii - Rafael Sobis (swego czasu wielka nadzieja Betisu Sevilla), Kleber, Tinga (przedtem przez lata w Borussi Dortmund), czy bramkarz Renan (ostatnio w Valencii); etatowcy z Argentyny - Andres D'Alessandro (wiadomo), Fernando Cavenaghi (wieczny talent na wypożyczeniu z Bordeaux) czy Mario Bolatti (mundialowicz 2010, przedtem w FC Porto i Fiorentinie) a także przedstawiciel Urugwaju - Gonzalo Sorondo (mundialowicz 2002, gracz  m.in. Interu Mediolan i Charlton Athletic). Pełny skład tutaj, ale przyznać trzeba, że Rodrigao, a w zasadzie Rodrigo Moledo, nieźle trafił.

Niedawno eks-stoper Odry strzelił swoją pierwszą bramkę dla IPA. Cieszył się jak dziecko.

Po raz kolejny zawodnik, który nie poradził sobie nad Wisłą całkiem zgrabnie radzi sobie w dużo silniejszych ligach. Przypadek? Syndrom? Żyła wodna?

P.

 
1 , 2