Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Zatopiony jednomasztowiec. Warta Poznań - Flota Świnoujście 2:0

Mecz Warty i Floty nie był nazbyt pasjonujący. Gospodarze zagrali słabo i wygrali, goście zagrali nieźle i przegrali. Bądź tu mądry, kto jest kto.

Spotkanie poprzedziła minuta ciszy. Lech przed smoleńską tragedią zdążył jeszcze zagrać w piątek z Arką. Warta odrobi zaległości z Gorzowem w środę.

Nie pamiętam, kiedy byłem ostatni raz na meczu, który rozpoczynał się tak wcześnie, bo w samo południe. Jest w tym pewien urok, człek wcześniej się w sobotę zwlecze z wyra, a po meczu ma jeszcze całe popołudnie przed sobą. Raz na jakiś czas - w porządku.

Rzut okiem na składy. Arifović na ławie, Skwara na ławie... Za to w jedenastce i to z dziesiątką jest Damian Staniszewski. - Czy to nie ten gość, który w rewanżu barażowym w Janikowie chciał zrobić Panenkę i mu nie wyszło? - spytał kolega z radia. Nie pamiętałem, sprawdziłem.

Tak, to właśnie Staniszewski. Z relacji Gazety autorstwa Marcina Wesołka:

Po remisie 1:1 w pierwszym meczu ''Zieloni'' nie byli faworytami rewanżu, ale w 18. min mogli czuć się jedną nogą w II lidze. Wtedy Tomasz Magdziarz wrzucił piłkę z rzutu wolnego, bramkarz Unii Michał Wróbel wybił ją przed siebie, a 17-letni Damian Pawlak wślizgiem wepchnął ją do siatki. Było wówczas 2:0, bo już w 5. min Wróbla pokonał Tomasz Lewandowski.

Zdaniem trenera Unii Andrzeja Wiśniewskiego, kluczowe dla losów meczu było jednak wydarzenie z 8. min. Sędzia podyktował wówczas rzut karny dla Unii. Do piłki podszedł Damian Staniszewski. Strzelił leciutko, w stylu Antonina Panenki. Bramkarz Łukasz Radliński złapał piłkę. - Szedłem w ciemno. Chłopak chciał się zabawić, ale jest zbyt słabym piłkarzem, by mógł sobie na to pozwolić - komentował po meczu Radliński. Więcej pomyj na Staniszewskiego wylał trener Wiśniewski. - Ten nieodpowiedzialny człowiek zlekceważył klub, kolegów, kibiców. Nie był wyznaczony do strzelenia karnego. Nie wiem, jak to się stało, że koledzy pozwolili podejść mu do piłki - grzmiał po meczu.

Pięć minut po zmarnowaniu karnego Staniszewskiego nie było już na boisku - Nie mogę sobie pozwolić na to, by dalej grał facecik zachowujący się jak chłopiec na podwórku, który założył się z kolegami o butelkę coca-coli. Nie mogłem już na tego pajaca patrzeć. Musiałem go zdjąć
- perorował trener Unii. Sam Staniszewski w przerwie meczu spakował się i wyjechał z Janikowa.

A skoro już jesteśmy przy tamtych barażach i przy trenerze Wiśniewskim, cofnijmy się do pierwszego meczu.

W barwach Unii grał też wtedy Tomasz Bekas, teraz prawdziwy lider środka pola Warty.

Jednak w sobotę on i pozostali warciarze grali słabiutko. Najlepszy na placu był chyba wyżej wspominany Staniszewski. Czarnoskórzy piłkarze ze Świnoujścia, Charles Nwaogu Uchenna i Ferdinand Chi Fon, nie błyszczeli. Spodziewałem się po nich więcej. CNU (nr 9) grał skrajnie chaotycznie, a FCN (nr 11), podobnie jak uwieczniony na tym samym zdjęciu Abraham Loliga, był po prostu niewidoczny. Szkoda.

Pierwszego gola goście strzelili sobie sami, a zrobił to konkretnie Dawid Kubowicz (do zobaczenia tutaj, od 1:25). Potem ten sam Kubowicz mógł wyrównać - kiwnął już nawet Radlińskiego, a piłka po strzale ugrzązła w siatce, ale była to tylko boczna siatka.

Początek drugiej połowy to dość, hm, dziwne ataki Floty (słupek Staniszewskiego z ostrego kąta) i skuteczna kontra Warty. Magdziarz minął Kazimierczaka (który to zimą mógł przejść do Poznania), ten go sfaulował, a po chwili przed oczami zrobiło mu się czerwono. Znaczy sędzia podziękował mu za grę, szloch nie pomógł.

Po drugim golu i czerwonej kartce, każdy z piłkarzy Floty był jakiś oklapły, więc impreza do końca siadła.

Strach pomyśleć, jak świnoujścianie zaprezentują się w środę. Po tym jak w poniedziałek wyruszą ze swojego miasta na środowy mecz w... Stalowej Woli ze Stalą.

B.

niedziela, 25 kwietnia 2010
Jesteś nudny jak Śląsk Wrocław

Jaka jest najnudniejsza drużyna ostatniego pół roku? Nie, proszę nie łączyć tej zagadki ze Stefanem Majewskim. Nie, z Jackiem Zielińskim również nie. Otóż najnudniejszą drużyną ostatniego pół roku jest Śląsk Wrocław. Tak, ten Śląsk Wrocław, który w zeszłym sezonie jawił się jako nowa siła w polskiej piłce. Tak, ten Śląsk Wrocław, który dostarczał do reprezentacji czterech zawodników (Celeban, Mila, J. Garncarczyk, Pawelec) a w niedługim czasie miał przywrócić jej jeszcze jednego (Mila). Tak, ten Śląsk Wrocław, którego trener widział siebie jako głównego pretendenta do schedy po Beenhakerze. Tak, właśnie ten Śląsk Wrocław gra obecnie futbol tak nudny, że aż oczy łzawią.

Oto bowiem Śląsk ostatni raz wygrał 12 grudnia (17. kolejka) z Polonią Warszawa (1-0 po bramce w ostatniej minucie Łukasiewcza). Od tego czasu zespół z Oporowskiej zanotował trzy porażki i pięć remisów. Nie byłoby to może tak gruntownie fatalne, gdyby nie fakt, że w tych ośmiu meczach zdobył sześć goli (ostatniego w marcu). Jedenaście meczów dzieli natomiast doczesność od momentu, kiedy do bramki przeciwnika trafił któryś z wrocławskich napastników "napastników" (Sotirovic w meczu z Odrą). Późniejsze zdobycze to dzieła obrońców (Celeban 2, Łukasiewicz) i pomocników (Mila 2, Dudek). W konsekwencji gorzej od Śląska strzelają tylko cztery zespoły w lidze (Arka, Polonia, Odra, Cracovia).

Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, to moim zdaniem Śląsk wrócił na swoje miejsce - ligowego średniaka ciułającego punkty u siebie i modlącego się o remis na wyjazdach (choć z drugiej strony - wróć - ostatnie cztery mecze w mieście nad Odrą to raptem dwa punkty). Jeśli się spojrzy na kadrę wrocławian, to nawet pobieżny ogląd powie nam, że nie ma w niej żadnych indywidualności. Mila obecnie jest średni, Łukasiewicz sprawia wrażenie jakby zapomniał jak się gra w piłkę a Madej snuje się po boisku zastanawiając się co zrobił z medalem za PP z Lechem Poznań. Śląsk ma zespół szaraczków, zawodników pokroju Ulatowskiego, Sztylki czy Wołczka - solidnych, ale już bez szans na wynalezienie piłkarskiego prochu.

Osobną kwestią są napastnicy. A w zasadzie ich brak. O swojej antypatii do talentu Piotra Ćwielonga wspominałem już wielokrotnie. Jedyne co go kryje, to fakt, że trudno pozycję, na której gra określić jednoznacznie jako atak. Ale ofensywa, przyjmijmy, że to ofensywa, więc rozliczać go można. Tomasz Szewczuk to historia z innej paczki ciastek. Atakujący, który nie strzelił bramki od 19 meczów, to trochę tak jak piekarz nie piekący chleba. Przyznam szczerze, że od czasu jak przełamał się Tadas Labukas, to robię małe "Szewczuk Watch" w oczekiwaniu kiedy wysoki "snajper" przerwie swoją niemoc. Vuk Sotirovic nieraz już ratował tyłek Śląskowi, ale co zabawne robił to, gdy wchodził z ławki. Gdy tylko wychodzi w pierwszym składzie, to jakby ogarniał go mentalno-ruchowy paraliż. Osobę Przemysława Łudzińskiego zbędę milczeniem, bo cały czas nie mogę się nadziwić, że gość, który w II lidze trafiał pasjami, nagle stał się takim strzeleckim impotentem.

Nie bez znaczenia jest również absencja braci Garncarczyków. Sprzedaż Janusza Garncarczyka, zawodnika, który był ofensywnym kołem zamachowym zespołu spowodowało, że praktycznie obumarło jedno skrzydło Śląskiego zespołu. Warto w tym momencie pamiętać, że Janusz mógł spokojnie grać w tej rundzie we Wrocławiu, ale treneiro postanowił pokazać, że ma gest. Marek Garncarczyk natomiast wciąż nie może dojść do pełni sił po kontuzji, którą złapał jeszcze we wrześniu. Nie ma chłopak szczęścia, połowę zeszłego sezonu również się leczył.

Ekipa Tarasiewicza ma teraz przed sobą trudne mecze - wyjazdy do Lubina, Gliwic i Wodzisławia oraz domowe przyjęcie Kolejorza. Jeśli wrocławianie nie chcą do ostatniej kolejki liczyć oczek, to powinni wyregulować sobie wreszcie celowniki. Może rozwiązaniem byłoby odważniejsze postawienie na młodzież? W ME kilka razy już błysnął młody Dariusz Góral - może wobec strzeleckiej niemocy warto dać mu kilka szans? Dobrego trenera poznaje się w trudnych momentach - Rysiu, pokaż co potrafisz.

P.

niedziela, 18 kwietnia 2010
18 kwietnia 2007, 18 kwietnia 2010 i... Euro 2008 na Śląsku

- Wstawaj, musisz lecieć z Kaczyńskim do Cardiff - te zabawne słowa, mające złagodzić trudy poranka, obudziły mnie w dniu przyznania Polsce i Ukrainie EURO 2012. Pamiętam, że to była środa, że jakimś cudem wykład skończył się wcześniej, że ledwo zdążyliśmy na poznański Plac Wolności. Ledwo, bo choć ogłoszenie miało nastąpić o 11.45, Michael Platini niezdarnie rozdzierał kopertę kilka minut wcześniej, chyba o 11.37 albo 11.38. Tak jak o ułamki sekund dźwięk z odbiorników radiowych wydobywa się przed głosem z telewizora, tak i telebim na placu był o setne sekundy opóźniony. I choć może trudno w to uwierzyć, moje trąbki Eustachiusza wyłapały okrzyk radości z pobliskich kamienic, nim usłyszałem Poloń Ukrain! Zresztą, co to za różnica.

Ta radość była tak niewyobrażalna i tak - mimo wszystko - niespodziewana, że aż trudno było w to uwierzyć. I choć z wielką satysfakcją zwindykowałem piwo wygrane w zakładzie z jednym Niewiernym Tomaszem, to zaskoczenie było jednak potężne.

Nie żyję zbyt długo, ale chyba nie przesadzę pisząc, że takiej euforii Polska nie widziała od 16 października 1978 roku. Wróć. Wtedy radość i zaskoczenie były na pewno jeszcze większe, ale nie można było jej tak jawnie manifestować. 18 kwietnia 2007, dzień radości całej Polski.

* * *

- Była katastrofa samolotu - te słowa obudziły mnie tydzień temu, 10 kwietnia. Potem było wielkie niedowierzanie, wielki żal i wielki smutek. I żałoba, którą w tym wymiarze formalnym zakończył dzisiejszy pogrzeb pary prezydenckiej. 18 kwietnia 2010, dzień smutku całej Polski.

* * *

Przy okazji dzisiejszej rocznicy przyznania mistrzostw, przypomniała mi się pierwsza inicjatywa, która miała dać naszemu krajowi EURO. Dziś pamięta o niej raczej garstka ludzi, bo i po przedstawieniu pomysłu na konferencji prasowej, konkretnych działań chyba nie stwierdzono. Pamiętają o tym pewnie na Śląsku, bo to właśnie miały być śląskie mistrzostwa. Na pewno pamięta red. Paweł Czado, bo to do jego tekstu w Gazecie się dogrzebałem. Tekstu z Piłki Nożnej (Plus?) nie znalazłem, choć dam sobie to i owo obciąć, że ukazał się w niej artykuł na całą stronę z mapką przyszłych miast-gospodarzy i może nawet logotypem imprezy. No a w Gazecie stało tak:

Stadiony zamiast kopalń
Paweł Czado, Katowice
Gazeta Wyborcza nr 34, wydanie z dnia 10/02/1998 SPORT, str. 24
PIŁKA NOŻNA. Piłkarskie mistrzostwa Europy na Śląsku?

Chciałbym, żeby mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2008 roku odbyły się u nas. To pomysł na restrukturyzację Śląska - powiedział wczoraj "Gazecie" wojewoda katowicki Marek Kempski.

Rozmowy na ten temat między wojewodą Kempskim a szefem UKFiT Jackiem Dębskim trwały od kilka tygodni. Ministrowi sportu pomysł bardzo się spodobał. Wczoraj w Katowicach obaj panowie zorganizowali konferencję prasową w tej sprawie.

- Jestem po rozmowie z prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem. On także zdaje sobie sprawę z szansy, jaką organizacja takiej imprezy stanowiłaby dla polskiej piłki - stwierdził Dębski.

Zdaniem Kempskiego turniej powinien odbyć się na południu Polski. Głównie na Śląsku, choć część meczów zobaczyliby też kibice w Krakowie, Łodzi, Wrocławiu czy Warszawie. Dlaczego właśnie Śląsk miałby być centrum Euro 2008? - Organizacja mistrzostw pomoże w bezbolesny sposób zrestrukturyzować nasz region. Część ludzi, którzy przestaną pracować w przemyśle, może zostać zatrudniona przy inwestycjach podejmowanych w związku z turniejem - uważa wojewoda.

- Rzeczywiście, zanim odbędą się mistrzostwa, trzeba będzie zmodernizować prawie wszystko. W naszym regionie brakuje nowoczesnych stadionów, lotnisk, dróg i bazy hotelowej - przyznaje Kempski. - Ale właśnie organizacja mistrzostw byłaby impulsem do podjęcia lub przyspieszenia wielu inwestycji.

Zdaniem wojewody katowickiego trzeba przede wszystkim powiększyć lotniska w Pyrzowicach i Balicach oraz przyspieszyć budowę autostrad A1 i A4. Rozbudowy wymagałyby też stadiony Górnika Zabrze, Ruchu Chorzów, GKS Katowice i Odry Wodzisław. Równocześnie trwałaby modernizacja Stadionu Śląskiego, który w zamyśle Kempskiego byłby główną areną mistrzostw. - Organizacyjnym "przetarciem" przed mistrzostwami mogłoby być zorganizowanie na Stadionie Śląskim finału Pucharu Zdobywców Pucharów albo nawet finału Ligi Mistrzów - uważa minister Dębski. Podkreśla, że zorganizowanie futbolowych ME będzie wymagać o wiele mniejszych nakładów niż przygotowania do olimpiady.


(...) Minister Dębski podkreślił, że już trzeba myśleć o rozpoczęciu przygotowań. Przecież Niemcy, które ubiegają się o organizację mistrzostw świata w 2006 roku, rozpoczęły przygotowania do imprezy dwa lata temu. - Nadszedł czas na szczegółowe rozmowy z gminami, wojewodami, PZPN oraz Ministerstwem Finansów. Zdajemy sobie sprawę z ogromu zadań. Organizacja takiego turnieju to jednak duża szansa dla naszego kraju - stwierdził minister.

Smak wielkiej piłki / BIZNES I SPORT. Mistrzostwa Europy 2008 na Śląsku?
GW Katowice nr 36, wydanie z dnia 12/02/1998 , str. 4

Idea na pewno zbożna, ale nie zastąpi restrukturyzacji górnictwa - tak skomentował wczoraj wicepremier Leszek Balcerowicz koncepcję zorganizowania na Śląsku za dziesięć lat mistrzostw Europy w piłce nożnej. (...)

Na koniec, wygrzebany przy okazji poszukiwań tekstu w PN, komentarz rysunkowy genialnego Roberta Mirowskiego. Jego ''Z teki'' zasługują na osoby hołd, który mam nadzieję, niedługo się w tym miejscu pojawi.

B.

sobota, 17 kwietnia 2010
MLS to nie jest liga dla starych ludzi (z zagranicy)

Czasy, w których piłkarscy emeryci wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych dorobić trochę do sportowych emerytur chyba już bezpowrotnie odeszły. Dziś w modzie są raczej tryskające petrodolarami przyczółki szejków oraz kraje Dalekiego Wschodu. Nie trzeba szczególnie się przemęczać, a wszyscy i tak ciebie czczą jak boga na Olimpie. No dobrze, ale co z MLS? A MLS sobie radzi. Właśnie rozpoczął się w niej kolejny sezon. Mamy w nim nawet swoich reprezentantów, ponieważ w krajowych rozgrywkach debiutuje zespół Philadelphia Union, którego trenerem jest Piotr Nowak a Krzysztof Król, który nie mieścił się w składzie Jagiellonii Białystok, przeniósł się do Chicago Fire i ponoć jest tam chwalony. Poza tym występuje w niej sporo reprezentantów USA, śmiem nawet zaryzykować tezę, że reprezentacja oparta wyłącznie na ligowym potencjale też dobrze by sobie radziła. Mnie natomiast zainteresowało coś zupełnie innego. Zaintrygowało mnie na ile soccerowy show jest  jeszcze atrakcyjny dla (w miarę) uznanych zagranicznych graczy. I okazało się, że... zbyt atrakcyjny nie jest.

Oczywiście w MLS gra wielu reprezentantów różnych krajów. Jest sporo towarzystwa z Hondurasu, Jamajki, Kostaryki, Salwadoru i innych okolicznych wysp-wysepek/państw-państewek. Silny zastęp tworzą przedstawiciele Trynidadu i Tobago. W Los Angeles Galaxy występuje Chris Birchall, którego gol wprowadziły ekipę prowadzoną przez Leo Beenhakera do MŚ 2006. Blondwłosy napastnik był pierwszym w historii białoskórym reprezentantem T&T. A miał z tym krajem mniej więcej tyle wspólnego, że jego matka urodziła się w Port of Spain (stolicy T&T). On sam przez całe życie rezydował na Wyspach Brytyjskich, by niedawno przenieść się w okolice Holywood. Natomiast koszulkę San Jose Earthquake przywdziewa Cornell Glen, zapamiętany przeze mnie z racji waleczności prezentowanej na niemieckich boiskach oraz faktu, że oświadczył się swojej żonie... za pośrednictwem telewizji.

Ciekawy status mają przedstawiciele Kanady. Wydawać by się mogło, że gdzie jak nie w lidze sąsiada zawodnicy Kraju Klonowego Liścia mogą podnosić swoje umiejętności. Tym bardziej, że w MLS mają oni swoją drużynę - Toronto FC - a wkrótce będą mieli kolejną (z Vancouver). Tak jednak nie jest. Kanadyjczycy jeśli decydują się już na profesjonalne uprawianie futbolu, to przenoszą się do Europy. W kadrze powołanej na mecz z Polską znalazło się raptem dwóch jej przedstawicieli (de Guzman i Jakovic). Ba, w samej kadrze Toronto FC Kanadyjczyków naliczyłem... czterech. Trzeba jednak oddać, że jeśli któryś z krajanów Bryana Adamsa decyduje się na grę w MLS, to zwykle jest jej gwiazdą. Julien de Guzman, grający jeszcze niedawno w Deportivo La Coruna, stanowi jedną z twarzy całej ligi. Jest drugim po Beckhamie  jej najlepiej zarabiającym zawodnikiem.

Błyszczą również m.in.  Dwayne De Rosario (również Toronto FC) oraz 42-letni (!) bramkarz Pat Onstad (Dynamo Houston).

Co się tyczy innych uznanych nazwisk, to oczywiście absolutnym numerem jeden całego MLS jest David Beckham, ale rozpisywanie się o nim tutaj, to jak pisanie o tym, że U2 to znany zespół muzyczny. Warto więc skupić się na innych.

Znany z angielskich boisk Juan Pablo Angel gra w New York Red Bulls. Kolumbijczyk w przeszłości był królem strzelców ligi argentyńskiej (Apertura w River Plate) oraz reprezentował Aston Villa. W MLS jest prawdziwą gwiazdą, w każdym sezonie strzela po kilkanaście bramek.

 

W jedenastce ligi ostatniego sezonu znalazł się także świetnie znany wszystkim kibicom Boca Juniors Guillermo Barros Schelotto. W światowym futbolu zaistniał przede wszystkim jako  idol kibiców z Buenos Aires, kapitan Żółto-Niebieskich oraz partner z ataku Martina Palermo. Zwykle Schelotto podawał a Palermo strzelał. Obecnie Argentyńczyk broni barw trenowanego przez Roberta Warzychę zespołu Columbus Crew.

Za prawdziwego obieżyświata w tym towarzystwie uchodzi Litwin Edgaras Jankauskas. W Stanach ugania się za piłką w koszulce New England Revolution, ale liczba klubów i krajów jakie przedtem zwiedził jest doprawdy imponująca. Więc w kolejności: Litwa (Żalgris Wilno), Rosja (CSKA i Torpedo Moskwa), Belgia (Club Brugge), Hiszpania (Real Sociedad), Portugalia (Benfica, Porto - z występów w Porto też jest najbardziej znany, Belenenses), Francja (OGC Nice), Szkocja (Hearts), Cypr (AEK Larnaka) i Łotwa (Skonto Ryga). Podczas swoich piłkarskich peregrynacji znalazł chwilkę, aby kunsztownie skarcić defensywę Polonii Warszawa.

Wreszcie przystanek w USA znalazło także dwóch, choć nieco już leciwych, prawdziwych gwiazdorów światowej piłki. Freddy Ljunberg po niemal dziesięciu latach gry w Arsenalu oraz sezonie spędzonym w West Ham United zacumował w ekipie Seattle Sounders FC. Ma teraz przynajmniej więcej czasu na pielęgnowanie swojej strony internetowej.

Natomiast w Colorado Rapids występuje Argentyńczyk Claudio Lopez. Jemu pewnie należałby się cały osobny wpis. Popularny El Piojo w swych najlepszych latach siał postrach w koszulce Valencii. Nie wiem czy istnieje jakiś inny piłkarz, na dźwięk  nazwiska którego zimnym potem oblewali się wszyscy pracownicy FC Barcelona. Claudio Lopez karcił katalończyków regularnie, bezwzględnie i to zwykle seriami. Podczas swojego pobytu na Estadio Mestalla był jednym z lepszych napastników grających w Europie.

Potem przeniósł się do Włoch i przez cztery lata świetnie grał w Lazio (tutaj z kolei pracownicy Szachtara jąkają się na wspomnienie Argentyńczyka). Po zakończeniu kontraktu przeniósł się do Meksyku (America), potem do ojczyzny (Racing Club), skąd trafił wreszcie do USA - najpierw do Kansas City Wizards a potem do Colorado.

I to by było na tyle. Prawda, że niezbyt wielu tych piłkarskich gwiazdorów w MLS? Głównych przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w dwóch czynnikach. Po pierwsze, poziom rywalizacji na przestrzeni ostatniej dekady (nie wspominając nawet o dwudziestoleciu) drastycznie poszedł w górę. Już nie wystarczy być dobrym wyszkolenym techniczne i dodatkowo duży brzuch, żeby w Ameryce błyszczeć. Teraz trzeba tyroć:) Po drugie, i co dość często umyka, MLS nie jest atrakcyjna pod kątem finansowym. Zarobki tam porównywalne są bowiem z... naszą ekstraklasą:)

P.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Katastrofa samolotu z reprezentacją Zambii (1993). Część II: Derby Mankinka

Czekałem z tą częścią wpisu do 11 kwietnia, rocznicy jego debiutu w ekstraklasie. Rzeczywistość tragicznie zaktualizowała okoliczności opublikowania tej notki.

"W tę smutną środę byłam kupić cementowe bloki na budowę naszego nowego domu. Czułam się zmęczona, więc wspólnie z bratem weszliśmy do sklepu, by kupić coś do picia. W radiu właśnie odczytywano wiadomości. Spojrzeliśmy na siebie z bratem. Myśleliśmy, że to kłamstwo, przeinaczenie. Wróciłam do domu, w radiu usłyszałam potwierdzenie. Od tego momentu byłam jakby nieprzytomna'' - tak opowiadała Doreen.

Jej mężem był Derby Mankinka.

Urodził się 5 września 1965 roku w rodezyjskim mieście Salisbury, z czasem przemianowanym na Harare, od 1982 r. stolicy Zimbabwe. Dlaczego więc chłopak urodzony w Zimbabwe reprezentował barwy Zambii? Ród Mankinka wywodzi się z plemion Bantu, zamieszkujących głównie środkową Afrykę i swobodnie przemieszczający się po nowo powstałych państwach tego rejonu. Historia Zambii i Zimbabwe ma wspólny mianownik, bowiem do 1911 r. oba kraje były jednym protektoratem brytyjskim o nazwie Rodezja, z czasem rozdzielonym na kolonie - Rodezję Północną (dzisiejszą Zambię) i Rodezję Południową (dzisiejsze Zimbabwe).

Wychowywał się w dość zamożnej - jak na afrykańskie standardy - rodzinie. Jego szkolny nauczyciel wychwycił u niego predyspozycje do futbolu i namówił do wstąpienia w szeregi Darryn Textiles Africa United. W klubie tym swoją karierę zaczynało wielu piłkarzy znanych z polskich boisk, m.in. także grający w Lechu bramkarz Gift Muzadzi oraz Norman Mapeza, Prince Matore, Shingi Kawondera czy Dickson Choto. Mankinka zaczynał od defensywy, głównie występując w roli stopera, dopiero z czasem przesunięto go do linii środkowej, gdzie najlepiej mógł wykorzystać swoje umiejętności. Zachwycał techniką i celnością podań, a przede wszystkim łatwością w prowadzeniu piłki i dobrym strzałem.

W 1989 r. przeniósł się do zambijskiego Profound Warriors ze stołecznej Lusaki. I choć nie zmieniał zbyt często klubów, bo zaliczył ich w swej karierze tylko pięć, to każdy z nich był z innego kraju, a leżały one na trzech różnych kontynentach. W 1991 roku piłkarz grał już w tadżyckim Pamirze Duszanbe, egzotycznym klubie z Tadżykistanu, który występował jednak w silnej ekstraklasie Związku Radzieckiego.

W Pamirze grał wspólnie z kolegami z kadry (Vizdomom Chance i Pearson Mwanza) i stał się jednym z pierwszych ''legalne'' zatrudnionych zawodników zagranicznych w lidze ZSRR. Przejście do sowieckiego klubu było możliwe ze względu na ''dobre stosunki'' między ZSRR i Zambii.

Mankinka zadebiutował w Pamirze 2 października 1989, a jego zespół przegrał z Torpedo Moskwa aż 0:4 (dwa gole strzelil Władimir Greczniew, potem gracz Śląska Wrocław). Dla zespołu z Duszanbe Derby zagrał jeszcze dwa razy - przeciwko Rotorowi (22 października, 0:1) i z Metalistem (27 października, 0:1).

Mankinka był jednak znany przede wszystkim dzięki występom w narodowej reprezentacji, w której zadebiutował bodaj w 1986 roku i której czołową postacią stał się błyskawicznie. W marcu 1988 roku Zambia miała być gospodarzem Pucharu Narodów Afryki, ale z powodu kłopotów finansowych, kraj zrezygnował z organizacji na rzecz Maroka. Zambijczycy pokazali się jednak światu pół roku później, na igrzyskach w Seulu. Pokazał się i Derby Mankinka. Wszystkie cztery mecze:

z Irakiem 2:2
z Włochami 4:0 (wideo)
z Gwatemalą 4:0 (dwa gole)
z Niemcami 0:4 (wideo)

zagrał w pełnym wymiarze czasowym, z numerem 6. Pierwszoplanową gwiazdą był Kalusha Bwalya, ale Mankinka był tuż za nim, gdzieś w drugim szeregu, czarował w środku pola. Jak tu w meczu z Ghaną na PNA 1992.

O świetnych występach reprezentacji Zambii na Pucharze Narodów Afryki pisałem już w pierwszej notce, więc krótko przypomnę: 1990 rok to trzecie miejsce, 1992 - ćwierćfinał przegrany z późniejszymi triumfatorami z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Od lewej: Derby Mankinka, Kalusha Bwalya, Whiteson Changwe

Stoją (od lewej): Efford Chabala, Stone Nyirenda, Derby Mankinka, Charles Musonda, Eston Mulenga, Wisdom Chansa
Klęczą (od lewej):Whiteson Changwe, John Soko, Great Kau, Lucky Msiska, Ashios Melu

Mankinka, jako gracz podstawowej jedenastki Zambii (wszystkie mecze na tych turniejach zagrał po 90 minut), wybrany do drużyny All Stars turnieju w 1992 roku, wzbudził zainteresowanie kilku klubów. Niespodziewanie trafił jednak do Poznania, przede wszystkim przez polskiego menedżera, znanego w całej piłkarskiej Afryce, Wiesława Grabowskiego. Przy transferze działał też Jerzy Kopa. Podpisano krótki, kwartalny kontrakt, z opcją przedłużenia na rok. Wydawało się, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Już na sparing Lecha z Górnikiem Konin (9:0), na który po raz pierwszy wybiegł Mankinka, przyszło pięć tysięcy ludzi! Z zaciekawieniem oglądano nie tylko jego występ, ale i dwóch pozostałych cudzoziemców - Ukraińca Igora Kornijca i Amerykanina rodem z Białegostoku - Artura Wywrota. I właśnie Wywrot był najbliższym kolegą Mankinki (być może ze względu na brak bariery językowej) i stał się częstym gościem jego tymczasowego lokum w Poznaniu - hotelu Wielkopolska.

Mankinka debiutował w ekstraklasie 11 kwietnia na Bułgarskiej, w 54. min meczu z Pegrotourem Dębica (3:0). Na boisku pojawił się w miejsce młodziutkiego Jacka Dembińskiego, rozpoczynającego dopiero swoją karierę. W kolejnym spotkaniu (18 IV), tym razem w Mielcu ze Stalą (1:0 dla Lecha), na murawie pojawił się już w 21. min, znów zmieniając Dembińskiego, który uległ wtedy groźnej kontuzji. Potem Mankinka na prawie miesiąc przestał pojawiać się w składzie Lecha i dopiero 10 maja 1992 r. w Krakowie zagrał swoje ostatnie 10 minut dla ''Kolejorza'' w meczu z Hutnikiem (2:2). Na boisku widać było przebłyski jego klasy, ale odcięty od podań i nieco osamotniony w boiskowej walce, nie mógł pokazać wszystkiego, na co było go stać.

Był pierwszym Afrykańczykiem występującym w barwach Lecha. Po drugie, wraz z Kornijcem i Wywrotem został pierwszym obcokrajowcem z tytułem mistrza Polski.

W żadnym z tych trzech meczów nie spędził na boisku 90-ciu minut. W sumie zaliczył w barwach Lecha zaledwie 115 minut. Czemu? Część odpowiedzi na pytanie, czemu tak świetnemu piłkarzowi nie ułożyło się w Poznaniu, znalazłem na jednym z forów, gdzie mino pisze:

Świetnie pamiętam materiał na jego temat wyemitowany w ówczesnym dzienniku TVP. Jego przyjście do polskiego klubu było dość dużym wydarzeniem. Pierwsze ujęcie - trening Lecha, cała drużyna po jednej stronie trenuje, Mankinka samotnie pod drugą bramką kopie piłkę bez sensu. Pytanie do trenera Lecha, późniejszego trenera kadry, Henryka Apostela - dlaczego Mankinka nie gra w pierwszym składzie. Apostel, w wiejskim kaszkiecie, wyraźnie zniesmaczony: ''a tak rzeczywiście jest taki, widuję go jak przychodzi na treningi, ja go nie chciałem, dopóki ja trenuję Lecha u mnie taki piłkarz grać nie będzie...''.

- Jest tu paskudnie zimno. W Zambii czołowi gracze zarabiają dziesięć razy mniej niż w Polsce - opowiadał Mankinka. - Jeżeli miałbym siedzieć na ławce, to natychmiast wracam do Zambii - zadeklarował.

Wyjechał jednak zarabiać do Arabii Saudyjskiej, do klubu Al-Ittifaq z Dammam (tak, tego samego Dammam).

Wciąż był czołową postacią reprezentacji Zambii. Zagrał w niej ostatni mecz Tamtego Zespołu, 25 kwietnia 1993 roku i wygrał na Mauritiusie 3:0.

Z Mauritiusu Zambijczycy lecieli na pierwszy mecz drugiej fazy eliminacji MŚ 1994 do Senegalu. To była noc z 27 na 28 kwietnia 1993 roku.

Podróż samolotem lotnictwa wojskowego typu Buffalo CT 15 wymagała dwóch tankowań. Już na pierwszym przystanku w Kongo odnotowano problemy z silnikiem. Mimo to, lot kontynuowano i kilka minut po starcie z drugiego międzylądowania w Libreville, w Gabonie, jeden z silników zapalił się. Pilot, który był zmęczony po wcześniejszym locie tego samego dnia, zauważył awarię, ale wyłączył nie ten silnik, który się zapalił. Wskutek tego samolot podczas wznoszenia się z lotniska Libreville stracił moc i o godzinie 23.44 miejscowego czasu, maszyna runęła w fale Atlantyku u wybrzeży Gabonu. Zginęła niemal cała kadra i sztab reprezentacji Zambii, razem z załogą - 30 osób.

Miejsce pamięci zmarłych w katastrofie, obok stadionu narodowego w Lusace

- Jak miałabym teraz oglądać piłkę nożną - mówi Doreen Mankinka. - Oglądałam mecze, bo grał mój mąż. Oglądałam jego grę, jego. A kogo teraz mam oglądać? Dla mnie, piłka nożna umarła w tamtym samolocie.

B.

 
1 , 2