Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Jak Polacy nie pojechali na Igrzyska Olimpijskie Los Angeles 1984

TVP Historia nadaje codziennie Dziennik Telewizyjny z lat 80. To są po prostu perełki, nie ma co opowiadać, to trzeba widzieć. Nie wiem, na jakiej zasadzie dobierane są lata emitowanych wydań, ale jeśli mamy 24 kwietnia, to leci dtv z 24 kwietnia. W piątek (22.04) można było zobaczyć Dziennik z 1984 r. Była to akurat niedziela wielkanocna. Polecam całość (''Ministerstwo Łączności wprowadziło do obiegu nowy, interesujący znaczek''!), a zwłaszcza wiadomości sportowe, od 10 minuty filmiku.

Iskrzący się błyskotliwością komentarz reportera mówi wszystko o meczu reprezentacji olimpijskich Polski i Danii:

0:0, bezbramkowy remis i takim wynikiem kończy się to spotkanie, które budzi w każdym kibicu-sympatyku piłki nożnej smutne refleksje. Pierwsze miejsce i olimpijski awans zdobyli piłkarze NRD, wyprzedzając Polskę lepszą różnicą bramek.

W skrócie pada nazwisko tylko jednego piłkarza polskiej drużyny, bramkarza Jacka Kazimierskiego. Innych graczy trzeba poszukać. Na szczęście, pomagają w tym Duńczycy z haslund.info, którzy podają nie tylko zestawienie drużyny Seppa Piontka (jest Kim Vilfort, strzelec gola w finale Euro 1992). Polaków też:

Jacek Kazimierski; Krzysztof Budka, Marek Chojnacki, Józef Adamiec, Dariusz Wdowczyk, Adam Kensy (65. Mirosław Pękala), Jerzy Wijas, Kazimierz Buda, Henryk Miłoszewicz, Marek Leśniak, Krzysztof Baran (46. Jan Turowski).

Relacje kibiców w sieci są szczątkowe, ale dzięki tej z forum futbolnet, przypomniana zostaje postać trenera polskiej drużyny.

W Puławach byłem też na sparingu (5:1 z Wisłą) reprezentacja olimpijska Obrębskiego wiosną 1984 roku przed nieszczęsnym meczem z Danią 0:0 w Lublinie, który zdecydował że pierwsze miejsce w eliminacjach do Los Angeles przypadło drużynie NRD. A że później nie pojechała to już inna polityką tkana bajka. Wszystkie szkoły poszły na ten mecz. A na boisku grali Furtok [z Danią w Lublinie nie wystąpił], Leśniak, Kensy (kapitan), Miłoszewicz w bramce Kazimierski. Tylu pamiętam z niezłej paczki.

Ale Waldemar Obrębski to chyba osoba na osobny wpis.

Te kilka zdań kibica Chełmianki Chełm potwierdza, że mecz był pokazywany w polskiej telewizji.

O Chełmiance było coraz głośniej dzięki jej kibicom. Dla popularyzacji Naszego Klubu, duży wpływ miał mecz Reprezentacji Olimpijskich Polski i Danii, który został rozegrany w Lublinie. Wywieszamy na nim olbrzymią biało-zieloną flagę z napisem "RKS CHEŁMIANKA". Takiej nie miały wówczas nawet kluby pierwszoligowe. Jako, że mecz był transmitowany przez telewizję, dowiedziała się o nas cała kibicowska Polska...

Wystarczyło pokonać Duńczyków, bo wcześniej Polacy wyniki mieli niezłe:

04.05.1983, Helsinki, Finlandia - POLSKA 0:4 (Henryk Miloszewicz 16', Krzysztof Baran 55', Jaroslaw Biernat 85' 87')

25.05.1983, Białystok, POLSKA - Finlandia 3:2 (Henryk Miloszewicz 15' 65', Adam Kensy 29' / Ari Hjelm 37' 53')

30.06.1983, Oslo, Norwegia - POLSKA 0:1 (Andrzej Zgutczyński 73')

07.09.1983, Karl-Marx-Stadt, NRD - POLSKA 3:1 (Jurgen Raab 5', Frank Pastor 82', Hans-Uwe Pilz 86' / Andrzej Zgutczyński 65')

05.10.1983, Aarhus, Dania - POLSKA 0:1 (Kazimierz Buda 20')

Jacek Kazimierski; Marek Chojnacki, Adam Walczak, Jerzy Wijas, Marek Ostrowaki, Mirosław Pękala (75. Jacek Bąk), Jan Karaś (87. Krzysztof Gawara), Kazimierz Buda, Andrzej Zgutczyński, Jan Furtok, Marek Leśniak

09.11.1983, Poznań, POLSKA - Norwegia 1:0 (Andrzej Zgutczyński 69')

04.04.1984, Szczecin, POLSKA - NRD 2:1 (Mirosław Pękala 38', Henryk Miłoszewicz 80' / Adam Kensy 53' sam.)

22.04.1984, Lublin, POLSKA - Dania 0:0

lp drużyna m z-r-p br pkt
1 NRD 8 6-1-1 14:5 13
2 POLSKA 8 6-1-1 13:6 13
3 NORWEGIA 8 1-4-3 9:10 6
4 DANIA 8 1-4-3 7:10 6
5 FINLANDIA 8 0-2-6 5:17 2

NRD igrzyska w Los Angeles zbojkotowała, tak samo jak Polska. Do Stanów polecieli więc Norwegowie, z Erikiem Thorsvedtem w bramce. Ale co tam Thorsvedt, w LA zagrało kilka prawdziwych (przyszłych) gwiazd.

Wszystkie składy i strzelców turnieju można sprawdzić na RSSSF (eliminacje - tutaj) albo nawet na wiki. Na igrzyskach mogli pierwszy raz zagrać zawodowcy. Zakaz nadal obowiązywał jednak piłkarzyz Ameryki Południowej i Europy, którzy wystąpili na mistrzostwach świata (zagrał za to Kameruńczyk Roger Milla, który dwa lata wcześniej zagrał na hiszpańskim mundialu; dziwny przepis).

W grupie Brazylia z Dungą w składzie pokonała 1:0 RFN z późniejszymi mistrzami świata Brehme i Buchwaldem. Ćwierćfinał był momentem, w którym Niemcy pożegnali się z turniejem, zresztą obok ekip raczej egzotycznych.

Ćwierćfinały:
Włochy - Chile 1:0 (po dogr.)
Francja - Egipt 2:0
Brazylia - Kanada 1:1, k. 4-2
Jugosławia - RFN 5:2

Półfinały:
Francja - Jugosławia 4:2 (po dogr.)
Brazylia - Włochy 2:1 (po dogr.)

Mecz o trzecie miejsce:
Jugosławia - Włochy 2:1

W brązowej Jugosławii wystąpili Srecko Katanec i Dragan Stojković, a tuż za podium znaleźli się Włosi (Zenga, Baresi, Serena, Massaro...).

W finale Francja (z Guy Lacombem i trenerem Henri Michelem) pokonała 2:0 Brazylię.

Polscy piłkarze do IO w Los Angeles nie dostali się, bo okazali się słabsi w normalnej rywalizacji. Wycofanie z amerykańskich igrzysk całej polskiej ekipy, z Władysławem Kozakiewiczem, piłkarzami ręcznymi i siatkarzami na czele, do dziś budzi niesmak. Wielu sportowcom po prostu złamano karierę. A niesmak jest tym większy, że decyzję (oficjalnie) podjęto 17 maja, na nieco ponad dwa miesiące przed początkiem zawodów! W albumie ''Na olimpijskim szlaku, Sarajewo, Los Angeles 1984'' przyczytać można oświadczenie Polskiego Komitetu Olimpijskiego (czyli mętne uzasadnienie decyzji Moskwy). Jest dość długie, więc przytoczę fragmenty:

Zarząd Polskiego Komitetu Olimpijskiego na posiedzeniu odbytym w dniu 17 maja 1984 r. przy udziale przedstawicieli polskich związków sportowych, rozpatrzył kwestię udziału w Igrzyskach XXIII Olimpiady.

Po wszechstronnej dyskusji i uwzględnieniu wszystkich elementów sytuacji zaistniałej wokół Igrzysk w Los Angeles, PKOl postanowił nie zgłaszać polskiej reprezentacji do udziału w tych Igrzyskach. Mamy pełną świadomość, że jest to decyzja przykra, przede wszystkim dla zawodników, ale i dla milionów sympatyków sportu w naszym kraju. (...)

Niestety, postulaty i apele narodowych komitetów olimpijskich, zabiegi MKOl, powszechne zaniepokojenie opinii światowej - to wszystko zostało zignorowane przez administrację amerykańską, która ograniczyła się do ogólnikowych deklaracji a nie podjęła rzeczywistych działań zapewniających bezpieczeństwo uczestnikom Igrzysk i niezbędną dla olimpiady atmosferę.

Powstała nieznośna sytuacja: bezkarnie działają dywersyjne organizacje stawiające sobie za cel niedopuszczenie do udziału w Igrzyskach sportowców radzieckich i innych krajów socjalistycznych, przygotowuje się werbowanie uciekinierów i gromadzi się na ten cel specjalne fundusze, grozi się prowokacyjnymi akcjami. (...) Znane są nam też przygotowania różnych antypolskich ośrodków w Los Angeles do prowadzenia działalności dywersyjnej wobec ekipy polskiej.

Podejmując uchwałę o nieuczestniczeniu w Igrzyskach XXIII Olimpiady w Los Angeles, PKOl zwraca się do sportowców polskich o właściwe zrozumienie motywów tej decyzji i godną postawę w zaistniałej sytuacji (...).

''Godna postawa'' to jak można się domyślać wybicie sportowcom z głowy prób złamania bojkotu (znaleźli się Francuzi i Brytyjczycy, którzy w 1980 r. w Moskwie wystartowali).

Wycofał się ZSRR, w ślad za nim poszły Bułgaria, NRD, Wietnam, Mongolia, Czechosłowacja, Laos i Afganistan. Później podobną decyzję narzucono sportowcom z Polski, Kuby, Etiopii, Korei Północnej, Węgier. Kraje te zorganizowały własny cykl zawodów sportowych pod nazwą "Przyjaźń-84". Jedynymi państwami komunistycznymi, które nie zbojkotowały Igrzysk były Chiny, Ludowa Republika Konga, Jugosławia i Rumunia.

Rumunia z 20 złotymi medalami zajęła w Los Angeles drugie miejsce w klasyfikacji medalowej.

B.

czwartek, 21 kwietnia 2011
Superszybki rzecznik Aborygenów

Grzebiąc ostatnio w różnych książkach związanych z socjologią sportu trafiłem na książkę, w której autor przywoływał postać Cathy Freeman. Postać nietuzinkową należy dodać.

W czasie swojej kariery sportowej Cathy Freeman dała się poznać światu jako jedna z najszybszych kobiet na Ziemi. W swoim dorobku ma spektakularny złoty medal z Igrzysk Olimpijskich Sydney 2000 oraz srebrny z IO Atlanta 1996 oraz dwa tytuły mistrza świata (1997 i 1999) oraz jeden brązowy medal z tych zawodów (1995). Wszystkie splendory w biegu na 400 metrów. Część z nich w charakterystycznym kombinezonie.

Coś co jednak mnie w niej fascynuje, co każe na nią patrzeć również jako fenomen społeczny to jej pochodzenie. Freeman ma bowiem korzenie aborygeńskie i jako aborygenka postrzega samą siebie. Jej babka była Aborygenką odebraną swoim rodzicom w ramach australijskiego programu inżynierii społecznej (polecam film "Polowanie na króliki"). Cathy pamiętała o przeszłości swojej rodziny i w konsekwencji stała się jedną z niezwykłych rzeczniczek sprawy aborygeńskiej - przypominającej w błysku fleszy o tragedii tysięcy ludzi uznanych za gorszych. Freeman regularnie wprawiała w popłoch programowo "apolityczny" MKOl powiewając po kolejnych zwycięstwach (m.in. na IO 2000) dwiema flagami: australijską i aborygeńską.

A jak wygląda współcześnie kondycja Aborygenów można przeczytać w lirycznej wręcz książce-reportażu o Australii Mariusza Marczewskiego pt. "Niewidzialni":

Przecież to takie oczywiste. Odmienności zawsze się odpychają, zawsze pozostanie zatem nierównowaga: rasa ponad rasę, kolor skóry ponad kolor skóry. Kolor jest jednak zbyt banalnym kryterium. Jest widoczny, nachalny, wyróżniający, stosowany jako przymiotnik staje się natychmiast obraźliwym epitetem. Trzeba zatem oprzeć się na innym podziale: mentalność ponad mentalność. Tu właśnie wszystko się zaczyna. Są więc oni - Aborgeni - i jest ostrze cywilizacji. Cywilizacja do nich przyszła i muszą z nią dzielić ziemię. Miasta białych są rozłożone na wzgórzach, są w żyznych i cienistych dolinach, w miejscach, gdzie dobrze być, żeby przetrwać w nieprzychylnym klimacie. Żeby trwać, błyszczeć w środku nocy rozedrganymi światłami, pasami autostrad, samochodami, które po nich pędzą i układają się w podłużne czerwone linie powstałe od tylnych świateł. Linie jak pręgi, jak blizny. W ten sposób mamy miasta, oni mają Nicość - spalone słońcem pustkowia. I jest coś jeszcze: trwająca od dziesięcioleci nieudana próba przeniknięcia tej drugiej kultury, oswojenia jej. I to już jest cała historia.

Na to wszystko nakłada się również niezwykle poplątana historia osobista Freeman. Jej ojciec, znany gracz rugby, był alkoholikiem i opuścił rodzinę, gdy Cathy miała pięć lat. Jej matka wyszła potem za Bruce'a Barbera - człowieka, który pokochał biegaczkę jak własną córkę i który poświęcał na jej pasję wszystkie swoje pieniądze. Wkrótce po ślubie matki zmarła niepełnosprawna siostra Freeman, a rok później - biologiczny ojciec. Nie układało się również Cathy z mężczyznami. Długo była związana ze swoim menedżerem Nickiem Bideau, ale rozstała się z nim krótko po... zaręczynach. Ślub wzięła za to z innym menedżerem - w 1999 roku wyszła za Sandy'ego Bodeckera. Po roku okazało się, że choruje on na raka i zaraz po IO 2000 Freeman wzięła rozbrat ze sportem, aby się nim opiekować. W 2003 roku para ogłosiła jednak, że jest w separacji, a krótko potem się rozwiodła. W 2006 roku Australijka wyszła za biznesmena Jamesa Murcha, a w zeszłym roku urodziła się im córka. Może to będzie początek lepszej passy CF w życiu osobistym.

Cathy Freeman dzięki swoim sportowym sukcesom stała się główną rzeczniczkąs prawy aborygeńskiej. Trzy lata temu rząd australijski przeprosił Aborygenów za pokolenie "wykradzionych dzieci". Czy również za przyczyną biegaczki? Myślę, że tak.

Być może więc w Soczi olimpijski znicz zapali przedstawiciel któregoś z ludów kaukazkich?

P.

niedziela, 10 kwietnia 2011
Ścigając Jacka Cyzio, czyli 20 lat minęło od pięćdziesięciu sekund radości

Gdy dzisiejszej niedzieli wspominać będziemy ogrom smoleńskiej katastrofy sprzed roku, a za dwa tygodnie uradujemy się Świętami Wielkiej Nocy, gdzieś tam w bardzo, bardzo, bardzo głębokim cieniu obu tych wydarzeń (i słusznie, bo są sprawy ważne i znacznie ważniejsze) przemknie dwudziesta rocznica, ostatnich, jak do tej pory, półfinałowych bojów toczonych przez polską drużynę w europejskich rozgrywkach klubowych.

Kiedy 19 września 1990 roku warszawska Legia, zwyciężając 3:0 (po dwóch trafieniach Romana Koseckiego i jednym Leszka Pisza) luksemburski Swift Hesperange, inaugurowała na Łazienkowskiej swą pucharową przygodę, zapewne mało kto podejrzewał, że będzie ona tak długa i tak porywająca. Po rewanżu w Hesperange, gdzie legioniści zaaplikowali swym rywalom ponownie wynik 3:0 (bramki Jóźwiaka, Łatki i Kupca) los przydzielił stołecznej drużynie szkocki Aberdeen. Po bezbramkowym, cennym wyjazdowym remisie, podopiecznym Władysława Stachurskiego udało się na własnym terenie wyszarpać awans dzięki bramce Krzysztofa Iwanickiego na sześć minut przed końcem  meczu (pożegnalne, pucharowe spotkanie w barwach Legii Romana Koseckiego). I to już był sukces, to już było coś, bo za niezaprzeczalnego faworyta dwumeczu uchodził wówczas zespół Aberdeen.

W wiosennym ćwierćfinale nieistniejącego już Pucharu Zdobywców Pucharów na drodze warszawskiej Legii stanęła Sampdoria Genua. Klub ten przeżywał wówczas najświetniejszy okres w swojej historii. Prowadzony przez Vujadina Boskova zespół był istną piłkarską potęgą zbudowaną za krocie. Vialli, Mancini, Pagliuca, Michajliczenko, Cerezo, Katanec, Lombardo, Vierchowod i reszta przyjechali do Warszawy jak po swoje, pewni łatwego zwycięstwa, a wrócili ze skromną, bo skromną ale jednak porażką 0:1 (bramka ‘do szatni’ Dariusza Czykiera). Mało kto jednak wierzył, że Włosi, nie zdołają odrobić tych strat z nawiązką, jeszcze w pierwszej części rewanżowego spotkania. Tu jednak spotkała genueńczyków strasznie niemiła niespodzianka, albowiem tak się nieszczęśliwie dla nich złożyło, że tego akurat dnia, 20 marca 1991 roku, postanowił objawić światu swój nietuzinkowy piłkarski talent młodziutki Wojciech Kowalczyk. Najpierw pięknym strzałem w długi róg pokonał Pagliukę w 19 minucie meczu, a potem w 54 minucie, wspomagając się trochę rękodziełem (do czego zresztą sam się uczciwie, w swej biografii, przyznał) raz jeszcze zapoznał futbolówkę z pagliukową bramką i oto Sampdoria, na oczach swych zdumionych tifosich, przegrywała z Legią 0:2, mając teraz do wykonania nader trudne zadanie – ustrzelić 4 gole w czasie 35 minut. Udało im się trafić tylko dwa razy (Mancini w 67 min. i Vialli w 88 min.). Zapamiętam ten mecz na zawsze jako jeden z tych, z udziałem polskiej drużyny, w którym natężenie sportowych, kibicowskich emocji sięgało niemal zenitu. Na boisku działy się różne rzeczy (fantastyczna postawa Macieja Szczęsnego, częste przepychanki między piłkarzami, chamskie, nerwowe zachowanie włoskich gwiazd, szarpanina o piłkę Manciniego z leżącym w bramce Szczęsnym i czerwona kartka dla tego ostatniego za uderzenie w twarz dzisiejszego trenera Manchesteru City, wreszcie Marek Jóźwiak w roli golkipera) a wszystko to okraszone wspaniałym happy endem. Sampdoria Genua wyrzucona przez Legię za burtę! Chciałbym to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze – Sampdoria Genua była wtedy prawdziwą piłkarską potęgą - obrońcą zdobytego przed niespełna rokiem Pucharu Zdobywców Pucharów, kilka miesięcy po odpadnięciu z legionistami piłkarze ci wywalczyli jedyne w swej historii mistrzostwo, zdecydowanie najsilniejszej wówczas na świecie ligi - Serie A, a kilkanaście miesięcy potem, w niemal identycznym składzie jak w meczach przeciwko Legii, zespół ten został drugą siłą w klubowym, europejskim futbolu, ulegając po dramatycznym finale PKME, w dogrywce, wspaniałej Barcelonie Johanna Cruyffa.

I oto pałętająca się podówczas gdzieś w środku ligowej tabeli Legia Warszawa (ostatecznie zakończyła tamten sezon na 9 miejscu), w wyśmienitym towarzystwie Juventusu Turyn, FC Barcelony i Manchesteru United staje w szranki do batalii o finał jednego z klubowych europejskich trofeów. Pamiętam do dziś, jak bardzo chciałem, by los skojarzył warszawiaków ze wspaniałą Barcą (no bo wiadomo: Laudrup, Stoiczkow, Koeaman, Bakero itp) lub Juventusem (Baggio, Schillaci, Haessler), bo to byłyby takie piękne, niezapomniane pojedynki z największymi artystami piłki, a z drugiej strony kołatała gdzieś myśl, że może by ten Manchester United, bo oni jednak wydają się najsłabsi z tego grona i szansa na awans, niewielka, bo niewielka, ale jednak by była.

Ale tu już chciałbym oddać głos niekwestionowanemu bohaterowi wspominanej tu pucharowej przygody warszawskiej Legii. Wojciech Kowalczyk, w swej biografii tak wspomina tamte chwile: Strasznie chciałem trafić na Barcelonę. Siedziałem ze swoją paczką przy placu Konstytucji, w Horteksie na lodach. Nagle w radiu wiadomości sportowe. Kelner na nasze życzenie pogłośnił. „Legia Warszawa w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zmierzy się ze słynnym angielskim Manchesterem United” – dopłynęło do nas z głośników.

Manchester United wówczas dopiero zaczynał budować swoją potęgę pod wodzą Alexa Fergusona. Sezon 1990/1991 jego podopieczni zakończyli na 6 miejscu w lidze, w następnym byli już wicemistrzem Anglii, a 2 lata później nie mieli już sobie równych w Premier League. W zespole mającym zmierzyć się niebawem z Legią grał wówczas legendarny kapitan reprezentacji Anglii Bryan Robson, wielokrotny reprezentant tego kraju Neil Webb, znakomity walijski napastnik Mark Hughes, a także młodzi, świetnie zapowiadający się piłkarze, którzy wielką sławę osiągnęli dopiero kilka lat później: Paul Ince, Lee Sharpe, Gary Pallister, Irlandczyk Denis Irwin, czy Szkot Brian Mc Clair. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że Manchester srodze się napocił, by przebrnąć ćwierćfinałowe boje, gdzie na jego drodze stanęła prawdziwa rewelacja rozgrywek – francuski Montpellier. Prowadzony przez Henryka Kasperczaka zespół (w którego składzie grali wówczas m.in. Blanc, Guerin czy Valderrama) najpierw dzięki bramce znakomitego w tamtym sezonie Jacka Ziobera zostawił w pokonanym polu faworyzowany PSV Eindhoven (najlepszy klubowy zespół Europy sprzed 2 lat), a następnie wręcz zmiażdżył silną przecież wówczas bukaresztańską Steauę (5:0 i 3:0 – dwa kolejne gole byłego napastnika ŁKS). W pojedynku na Old Trafford dzięki akcji Jacka Ziobera (samobójcza bramka Martina) padł remis 1:1, ale na własnym terenie Francuzi nie potrafili utrzymać awansu i przegrali 0:2.

Wiosennym popołudniem 10 kwietnia 1991 roku podopieczni Władysława Stachurskiego (21 lat wcześniej on sam, jeszcze jako piłkarz, walczył w przegranym, półfinałowym boju PKME przeciwko Feyenoordowi) stanęli więc oko w oko z podopiecznymi Alexa Fergusona, by potykać się o grę w wielkim finale. Anglicy od początku spotkania osiągnęli wyraźną przewagę. Legii gra się nie kleiła. Przez pierwsze ponad pół godziny nie potrafiła przeprowadzić żadnej składnej akcji. Ale w 36 minucie meczu Kowalczyk zagrał do Jacka Cyzio, a ten pokonał Sealeya. 1:0!!! Oddajmy znów głos Kowalowi: Jacek Cyzio wali na 1:0. Jest! – Sampdoria, powtórka z Sampdorii! Ta drużyna jest szalona i nikt nie wie, na co ją jeszcze stać! – myślałem sobie wtedy na boisku. Znowu strzelamy gola do przerwy, znowu 1:0 u nas i wystarczy utrzymać do końca wynik, a potem na pewniaka jechać na rewanż. No to się natrzymaliśmy wyniku – pół minuty. Anglicy wznowili od środka, poszła piłka do Lee Sharpe’a, a ten skręcił Arka Gmura i dośrodkował – 1:1. Potem prasa pisała, że to wszystko przez Arka, bo po golu Jacka Cyzio przez całe boisko zasuwał, żeby go ucałować. Prawy obrońca do lewego napastnika. A jak go mógł nie ucałować!? Szwagier szwagra?! Szwagier szwagra w półfinale PZP?! Nikt nie popełnił błędu, po prostu Manchester strzelił gola, jak setkom innych drużyn.

I rzeczywiście, wielu obwiniało wówczas legionistów o nazbyt spontaniczną radość po strzelonym golu, co wpłynąć miało na brak koncentracji i ułatwić Anglikom natychmiastowe wyprowadzenie ciosu. Nieżyjący już dziennikarz tygodnika „Piłka Nożna”, Paweł Smaczny, tak opisał wówczas całe to zdarzenie w swej relacji zatytułowanej „50 sekund radości”: Radość trwała niestety zbyt krótko, ale za to na boisku była spontaniczna. Na Cyzię rzucili się wszyscy jego koledzy oprócz Robakiewicza, który pozostał w bramce. Szczególnie rzadko demonstrowaną żywotnością popisali się obrońcy. Gdy niemalże uduszony Cyzio wyswobodził się z kleszczy kolegów, oczywiście Anglicy spokojnie czekali z piłką na środku boiska. Gwizdek i za moment popędził na naszą bramkę bardzo szybki Lee Sharpe. Minął Pisza, potem w tempie ekspresu zziajanego Gmura (miał najdalej, by dogonić Cyzia) i od chorągiewki zacentrowal, dopadł do piłki Brian McClair i z czterech metrów trafił do siatki. Potem wszyscy mówili, ze to wina dekoncentracji, a ja twierdzę, że głupoty. Legioniści zbyt długo się ściskali i całowali, zbyt zmęczyli się ściganiem Jacka Cyzia.

Ale to był dopiero początek końca marzeń o przedarciu się Legii do finału PZP. Na minutę przed końcem pierwszej połowy Marek Jóźwiak popełnił kardynalny błąd, wdając się w zupełnie niepotrzebny drybling z Lee Sharpem, tracąc piłkę a następnie faulując (czyli nie owijając w bawełnę - łapiąc w pół) wychodzącego na dogodną pozycję skrzydłowego MU. Decyzja sędziego brzmiała jak wyrok – czerwona kartka. Zrobiło się 1:1 i kończymy w dziesiątkę, momentalnie mecz się zawalił. W szatni, w przerwie, grobowa cisza, każdy załamany. Marek Jóźwiak siedzi z boku i płacze. Normalnie ryczy. Nie było szans na dobry wynik – ten płacz, ta cisza. Jeszcze jechaliśmy, ale już nie mieliśmy benzyny. Manchester nawet nic wielkiego nie zagrał. Ot, zrobił jeszcze dwie akcje i strzelił dwa gole. 1:3 na Łazienkowskiej – podsumowuje Kowalczyk. Wspomniane przez niego bramki, zapewniające gościom zwycięstwo, strzelają dla MU – Mark Hughes i Steve Bruce. Legia przegrywa 1:3 i traci jakiekolwiek realne szanse na wyśniony awans.

Specjalny obserwator z ramienia Juve - Bizotto Romolo, tak podsumował całą sprawę: Jedna z tych drużyn wystąpi w finale, chcemy więc być dobrze zorientowani w sposobie gry potencjalnego rywala dla Juventusu. Manchester był doskonały taktycznie. Legia mnie zawiodła. Styl MU dawał jej dużo okazji do kontrataków, a z tej skutecznej metody nie skorzystała. W Legii wyróżniłbym Robakiewicza i Czachowskiego – ten ostatni najpierw umiejętnie wyprzedzał grę przeciwnika, a po incydencie z czerwoną kartką udanie zastąpił usuniętego kolegę na nowej pozycji. Stać Legię na wiele, szkoda że dziś nie pokazała tego Anglikom. Turyński wysłannik jeszcze wtedy nie wiedział, że finał tych rozgrywek nie będzie dotyczył nie tylko Legii, ale i jego Juventusu, który pechowo, bo pechowo, ale po fantastycznych i emocjonujących bataliach odpadnie z Barceloną (1:0 i 1:3).

Na Old Trafford jechali więc legioniści grać o honor. I rzeczywiście, pomimo zapowiedzi Fergusona, że „Legia zostanie zdemolowana” – Polacy pożegnali się z honorem, remisując z późniejszym zwycięzcą całych rozgrywek 1:1. Mecz zaczął się tak, że przez pierwsze 20 minut może raz wyszliśmy z połówki – przyznaje szczerze Kowalczyk. Efektem angielskiego naporu na bramkę Robakiewicza jest gol Sharpe’a w 23 minucie meczu. Potem podopieczni Stachurskiego przyjęli jednak wymianę ciosów i w 57 minucie po świetnym, kilkudziesięciometrowym podaniu Jacka Bąka (nie mylić z wielokrotnym reprezentantem Polski – Jackiem „Za skórzaną kurtkę Johna Galliano zapłaciłem ostatnio 4 tysiące euro. Dla innych może być dziwaczna, z tyłu ma gniazdko i kilka płyt kompaktowych” Bąkiem) odgryźli się gospodarzom trafieniem Kowalczyka. Sam strzelec tak wspomina całe zajście: Byłem sam na sam. Gdzie strzelać? – to była pierwsza myśl. W długi – to była druga. No to strzeliłem, piłka poleciała między nogami bramkarza w sam środek. Cóż, trochę farta też trzeba mieć. Ale co tam, potem cwaniakowałem, że na spokoju założyłem gościowi siatę! Po meczu z Manchesterem, mimo że odpadliśmy w szatni panowała radość. 1:1 na Old Trafford to nie taki zły wynik.

Panowała  radość, bo i jak miała nie panować. Legioniści dokonali wówczas wielkiej rzeczy. Obok Manchesteru, Barcelony i Juventusu znaleźli się w gronie czterech najlepszych drużyn Pucharu Zdobywców Pucharów. Władysław Stachurski, w towarzystwie takich trenerskich tuzów jak Johann Cruyff czy Alex Ferguson walczył o awans swej drużyny do wielkiego finału. Jacek Cyzio i Wojciech Kowalczyk, swymi półfinałowymi bramkami przeszli, obok Lubańskiego, Banasia i Surlita (którzy również trafiali dla naszych drużyn w tej fazie rozgrywek europejskich pucharów) do historii polskiej piłki. Jak długo czekać będziemy na to, by ponownie ujrzeć polską drużynę w półfinale któregoś z europejskich pucharów? Od kwietniowych pojedynków Legii z Manchesterem mija 20 lat. I nie ulega wątpliwości, że warto byłoby przeżyć jeszcze kiedyś podobne chwile...

 

 

10.04.1991 Warszawa, 16.000

LEGIA-MANCHESTER UNITED 1:3 (1:1)

1:0 Cyzio 36, 1:1 McClair 36, 1:2 Hughes 54, 1:3 Bruce 67

Robakiewicz -  Gmur (62 C.Wójcik), Jóźwiak (cz.k.44'), Bąk – Pisz, Modzelewski, Czachowski, Czykier, Iwanicki – Kowalczyk, Cyzio.

Sealey – Irwin, Pallister, Bruce, Blackmore – McClair, Phelan (46 Donaghy), Ince, Webb – Hughes, Sharpe.

 

24.04.1991 Manchester, 40.000

MANCHESTER UNITED-LEGIA 1:1 (1:0)

1:0 Sharpe 23, 1:1 Kowalczyk 57.

Walsh – Irwin, Bruce, Pallister, Blackmore (68 Donaghy) – Phelan, Robson, Webb – McClair, Hughes, Sharpe.

Robakiewicz – Gmur, Kubicki, Czachowski, Bąk – Pisz, Czykier, Iwanicki, Sobczak (75 Łatka) – Cyzio, Kowalczyk.

czwartek, 07 kwietnia 2011
Rwanda, siedemnaście lat później

Rwanda, kraj "tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów". 7 kwietnia 1994. Wtedy wszystko się zaczęło. W ciągu kolejnych stu dni od tej daty ten piękny kraj zamienił się - jak obrazowo pisze Wojciech Tochman w swojej poruszającej książce "Dzisiaj narysujemy śmierć" - w kraj miliona śmierdzących trupów. W ciągu stu dni zamordowano tam milion osób. Milion. "Ich ciała znaleziono w ciągu ostatnich piętnastu lat w rowach, w latrynach, na śmietnikach albo w kościołach. Ciała lub ich kawałki. Chowa się je (pogrzeby wciąż trwają) w skromnych trumnach. Tysiące trumien. W jednej szczątki nawet pięćdziesięciu osób. Przez sto dni zabijano tu dziesięć tysięcy ludzi dziennie, czterystu w ciągu godziny, siedmiu w ciągu minuty. (...) Po większości z nich nie ma żadnego śladu, zdjęcia, nazwiska. Ścięto całe rodziny, nie ma komu za nimi tęsknić, nikt zaginionych nie szuka, nikt ich nie pamięta".

Konflikt narastający pomiędzy większością Hutu (ok. 75% populacji), traktowaną przez byłych kolonizatorów (najpierw przez Niemców a potem przez Belgów) jako gorszą a mniejszością Tutsi (14%), postrzeganą jako szlachetniejsza i w związku z tym ulokowaną wyżej w hierarchii społecznej eksplodował wiosną 1994 roku. Pretekstem do eksplozji było zestrzelenie 6 kwietnia przez nieznanych sprawców (spekuluje się, że była to prowokacja samych Hutu) samolotu z wywodzącym się z ludu Hutu prezydentem Juvenalem Habyarimanem na pokładzie. Dzień później Hutu przystąpili do czystek etnicznych. Pomóc im w tym miało 581 tysięcy maczet sprowadzonych specjalnie na tę okazję z Chin.

Nie chcę tu epatować tym, co wydarzyło się w tym afrykańskim państwie. Po szczegóły odsyłam do książki Tochmana. Ja piszę o Rwandzie z dwóch powodów. Po pierwsze dziś przypada kolejna, z roku na rok chyba coraz bardziej zapominana, rocznica jednego z tych najbardziej mrocznych momentów nowoczesności. Trzeba o niej pamiętać i dawać świadectwo tym, którzy zapomnieli. Po drugie natomiast, i tu już jest weselej, wydaje mi się, że warto mówić także o tym, że w miejscu tak obolałym jak Rwanda ludzie i wciąż grają w piłkę.

A powód by o piłce w Rwandzie mówić właśnie teraz est nielichy. Otóż bowiem tamtejsza reprezentacja, nazywana "Osami" po długim, długim okresie oczekiwania wygrała mecz. 26 marca Rwandyjczycy na stadionie w Kigali w ramach eliminacji do Pucharu Narodów Afryki 2012 pokonali swoich sąsiadów z Burundi 3:1. Wiktoria ta powinna ich dodatkowo cieszyć ponieważ poprzednie zwycięstwo odnotowali w 2009 roku.

Szkoleniowcem Rwandy jest Ghanijczyk Sellas Tetteh. Jego największym sukcesem jest wywalczenie z młodzieżową kadrą Ghany mistrzostwa świata U-20 (pod jego skrzydłami grał znany nad Wisłą Ransford Osei). W Rwandzie na podobne sukcesy oczywiście nie może liczyć. Większość jego podopiecznych to młodzi zawodnicy występujący w lidze rwandyjskiej. Z obecnej drużyny raptem trzech zawodników gra poza ojczyzną. Doświadczony kapitan Patrick Mafisango przywdziewa barwy zespołu Azamm FC Dar-es-Salaam z Tanzani, a urodzony w Nigerii Louis Aniweta zarabia na chleb w cypryjskim APOP Kinyras Pegeias. Natomiast Elias Uzamukunda prezentuje się najlepiej w tym towarzystwie, bo występuje we francuskim drugoligowcu AS Cannes.

W meczu z Burundi bramki zdobywał właśnie on oraz Iranzi oraz Gasana.

Największym sukcesem "Os" jest na razie występ w Pucharze Narodów Afryki w 2004 roku. Trenowana wówczas przez Serba Ratomira Dujkovica drużyna nieoczekiwanie zaprezentowała się bardzo dobrze na tle silniejszych przeciwników: Tunezji, Gwinei i DR Konga. Z tymi pierwszymi Osy przegrały 1:2,

z tymi drugimi zremisowały 1:1 a z trzecimi wygrały 1:0! Awans był naprawdę blisko, ale koniec końców Rwanda musiała się zadowolić trzecim miejscem w grupie. Co ciekawe, w ówczesnej reprezentacji nie występował żaden (żaden!) zawodnik, który urodziłby się w swojej ojczyźnie.

Z całego serca kibicuję reprezentacji Rwandy, aby jak zaliczała jak najwięcej takich mniejszych czy większych sukcesów jak zwycięstwo nad Burundi, dając przy okazji swoim fanom trochę choć trochę radości. Wszak to wciąż kraj miliona uśmiechów.

P.

wtorek, 05 kwietnia 2011
Lech, Pogoń, Górnik, a teraz Warta. Tłumy na zapleczu (ekstraklasy)

 

- A czy skoro piłkarze zmieniają się połowami, to my też pójdziemy oglądać drugą połowę z trybuny naprzeciwko?

Oto jedno z pytań, które można było usłyszeć w minioną niedzielę na stadionie miejskim w Poznaniu. Mecz Warty Poznań z GKS Katowice przyciągnął na trybuny prawie 20 tys. widzów (myślę, że było ich więcej niż 17 tys. jak podała PAP, 19 tys. to chyba dobra liczba), a wielu z nich było na stadionie pierwszy raz w życiu. I ja, pierwszy raz, widziałem na meczu tylu stadionowych debiutantów. Bardzo pozytywna sprawa.

Ale jest takie, że kampania promocyjna Warty na rundę wiosenną opiera się tym, że jest za darmo. Za darmo są bilety na mecz i za darmo są (czy też były, bo to ma/miało się zmienić lada moment) szaliki. Szaliki, po które młodzież okołogimnazjalna ścigała się po trybunach, jak wilki wygłodniałe.


[skrót meczu z GKS Katowice na stronie TVP można zobaczyć w Sportowym Weekendzie (od 1:37) i w Magazynie I ligi (od 14:20)]

Doświadczenie uczy, że jak ludzie dostają coś całkowicie za darmo, to mało to szanują. Zobaczymy, ilu z wiosennych kibiców będzie z Wartą też jesienią, gdy za bilet będzie trzeba zapłacić dychę, albo i 15 zł.

Na razie ''Zieloni'' dają popis gry wart takich pieniędzy. Prezentują się nie tylko skutecznie, ale i efektownie. Prawie 15 tysięcy osób (tyle biletów rozdano, choć zapotrzebowanie było dużo większe; na mecz przyszło tysiąc, może dwa tys. mniej) zobaczyło w sobotę w Poznaniu pogrom 6:1 nad KSZO Ostrowiec. I tempo akcji - nie widzę tu przesady - których nie powstydziłby się Lech.

[skrót na TVP - tutaj]

 

Na koniec cyferki, dużo cyferek!

Przegląd Sportowy piórem Przemysława Zycha podaje takie rekordowe frekwencje na zapleczu ekstraklasy:

1971/1972 Lech Poznań - Zawisza Bydgoszcz 60 tys.
2001/2002 Lech - Płock 21 tys.
2003/2004 Pogoń Szczecin - Szczakowianka Jaworzno 18 tys.
2009/2010 Górnik Zabrze - Stal Stalowa Wola 17,7 tys.
2010/2011 Warta Poznań - GKS Katowice 17 tys.

 

A takie mecze z dwucyfrową liczbą tysięcy widzów z ostatnich lat wypisałem za serwisem 90minut.pl:

2010/2011

Warta Poznań - GKS Katowice 19 tys.
Warta - KSZO Ostrowiec 14 tys.

(cdn.)

2009/2010

Pogoń Szczecin – GKS Katowice 12 tys.
Górnik Zabrze – KSZO Ostrowiec 15 tys.
Pogoń – Podbeskidzie Bielsko-Biała 10,7 tys.
Górnik – GKS 20 tys.
Górnik – Podbeskidzie 16 tys.
Górnik – Sandecja Nowy Sącz 14 tys.
Górnik – Pogoń 12 tys.
Górnik – Widzew Łódź 16 tys.
Pogoń – Flota Świnoujście 10 tys.
Pogoń – Górnik 10 tys.



2008/2009

Korona Kielce – Zagłębie Lubin 12 tys.
Korona – Widzew 15 tys.
Zagłębie Lubin – Górnik Łęczna 10 tys.
Korona – Znicz Pruszków 11 tys.



2007/2008

Lechia Gdańsk – Arka Gdynia 10 tys.
Arka – Lechia 11 tys.
Lechia – Płock 11 tys.
Lechia – Polonia Warszawa 10 tys.
GKS – Jastrzębie 10 tys.
Lechia – Znicz 10 tys.
Lechia – Stal Stalowa 10 tys.

2006/2007

Ruch Chorzów – Jagiellonia Białystok 10 tys.
Lechia – Jagiellonia 10 tys.
Ruch – Zagłębie Sosnowiec 10 tys.
Zagłębie Sosnowiec – Jagiellonia 10 tys.

2005/2006

Lechia – Widzew 10 tys.
Lechia – Śląsk Wrocław 10 tys.
Łódzki Klub Sportowy – Widzew 14 tys.

2004/2005

ŁKS – Widzew 14 tys.
Arka – Jagiellonia 11 tys.

2003/2004

Pogoń – Aluminium Konin 10 tys.
Pogoń – Ruch 17 tys.
Pogoń – Arka 15 tys.
Pogoń – Błękitni Stargard Szczeciński 13 tys.
Pogoń – Cracovia 17 tys.
Pogoń – Podbeskidzie 11 tys.
ŁKS – Cracovia 10 tys.
Pogoń – Zagłębie Lubin 17 tys.
Pogoń – ŁKS 17 tys.
Pogoń – Szczakowianka Jaworzno 18 tys.
Pogon – Opoczno 14 tys.
Pogoń – Radomsko 13 tys.
Pogoń – Jagiellonia 12 tys.
Pogoń – GKS Bełchatów 18 tys.



2002/2003

Brak meczów z frekwencją co najmniej 10 tys.

2001/2002

Lech Poznań – Włókniarz Kietrz 10 tys.
Jagiellonia – Płock 11 tys.
Lech – Arka 11 tys.
Lech – Świt Nowy Dwór Mazowiecki 15 tys.
Lech – Szczkowianka 10 tys.
Lech – Zagłębie Sosnowiec 10 tys.
Lech – Tłoki Gorzyce 16 tys.
Lech – Płock 20 tys. (13 kwietnia 2002)
Łks – Lech 10 tys.

B.

 
1 , 2