Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Ograniczenie do 60

 

O finiszy naszej ekstraklasy pisało się już, że to wyścig żółwi, zawody niedołężnych albo końcówka, w której nikt nie chce wygrać. Pozwolę sobie więc i ja dorzucić swoje trzy grosze.

Otóż warto zwrócić uwagę ile to punktów może zdobyć tegoroczny mistrz Polski i zobaczyć jak ta ilość oczek ma się do mistrzowskich utargów z ostatniej dekady.

Sezon 2011/2012 - mistrz będzie miał na koncie maksymalnie 56 punktów

Sezon 2010/2011 - mistrz: Wisła Kraków - 56 punktów

Sezon 2009/2010 - mistrz: Lech Poznań - 65 punktów

Sezon 2008/2009 - mistrz: Wisła Kraków - 64 punkty

Sezon 2007/2008 - mistrz: Wisła Kraków - 77 punktów

Sezon 2006/2007 - mistrz: Zagłębie Lubin - 62 punkty

Sezon 2005/2006 - mistrz: Legia Warszawa - 66 punktów

Sezon 2004/2005 - mistrz: Wisła Kraków - 62 punkty [przy 14 zespołach w lidze!]

Sezon 2003/2004 - mistrz: Wisła Kraków - 65 punktów [przy 14 zespołach w lidze!]

Sezon 2002/2003 - mistrz: Wisła Kraków - 68 punktów 

Jakie wnioski płyną z tej suchej statystyki? Według mnie dwa podstawowe. Pierwszy jest oczywisty. Którakolwiek drużyna nie zostanie czempionem, to będzie to czempion słaby, mocno poobijany przez innych rodaków. Nowy mistrz będzie miał od sześciu do dziewięciu porażek w sezonie! Będzie on tylko trochę lepszy od reszty. Primus inter pares, czyli pierwszy wśród równych sobie. I generalnie to byłoby w porządku, bo wiadomo, że ważne, żeby liga była równa i w ogóle i tak dalej.

Druga jednak sprawa, że ta równość, to równość ekip piłkarsko kulawych, słabych, które tracą punkty nie dlatego, że zdarzył im się moment nieuwagi lub rozprężenia, tylko dlatego, że są one na tyle kiepskie, że oczka tracą nałogowo, hurtowo, w co drugim spotkaniu. Pierwsza w tabeli Legia Warszawa w tym sezonie na 14 rozegranych na razie spotkań na własnym obiekcie wygrała zaledwie siedem. Połowę! Wisła Kraków w zeszłym, mistrzowskim sezonie odnotowała aż osiem porażek. Osiem! Warto również zwrócić uwagę, że drugi już sezon z rzędu najlepsza ekipa ekstraklasy nie dobije nawet do granicy 60 punktów. To oznacza, że nie urwie ona nawet 2/3 z całej dostępnej puli oczek.

W efekcie śmiało można powiedzieć, że tytuł mistrzowski przyznawany dziś jest na zasadzie weryfikacji negatywnej. Połyskujące w słońcu medale zgarnie nie ten zespół, który faktycznie jest najlepszy, ale ten, który okaże się na tyle sprawny, że w ogóle będzie miał siły, aby bieg do mety ukończyć.

P.

piątek, 27 kwietnia 2012
Jak Czesław Michniewicz został trenerem Lecha Poznań

Czesław Michniewicz jako nowy trener Lecha Poznań

To jego szósta wizyta w Poznaniu jako trenera rywali. Gdy żegnał się z Kolejorzem, mówił: - Lech beze mnie na pewno by istniał, natomiast ja bez Lecha - nigdy.

Pewnie Lech by istniał, ale to Czesław Michniewicz okrył laurem triumfu w Pucharze Polski byt klubu, którego aspiracje były dużo większe niż możliwości finansowe. Jak to się stało, że Kolejorz zatrudnił zaledwie 33-letniego szkoleniowca?

13 września 2003 roku, całkowicie przypadkowo, na krzesełkach stadionu przy ul. Bułgarskiej czekały na kibiców paczki chusteczek. Gdy Kolejorz przegrywał już 1:3 z Groclinem Dyskobolią Grodzisk Wlkp., 16 tysięcy widzów pożegnało higienicznym machaniem czeskiego trenera Libora Palę.

16 września Gazeta Wyborcza Poznań na czołówce dała tekst zatytułowany: ''Kolejny Czechu''

Czesław Michniewicz został wczoraj późnym wieczorem nowym trenerem piłkarzy Kolejorza - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie. - Zastrzegam, że nie jestem żadnym cudotwórcą - mówił przed decydującą rozmową z działaczami.

Według Gazety numerem jeden na liście życzeń działaczy był Serb Dragomir Okuka. Były trener Legii Warszawa jednak grzecznie odmówił - on bierze tylko zespoły, które sam przygotowywał do sezonu. Jerzy Engel od początku nie miał zamiaru opuszczać stołka dyrektora sportowego w Legii. 

- Chcemy kontynuować dotychczasową drogę, dlatego albo zatrudnimy kolejnego trenera z zagranicy albo któregoś z polskich szkoleniowców, ale młodego pokolenia - stwierdził prezes Lecha Radosław Majchrzak i dał sobie tydzień na znalezienie następcy Pali. Wśród młodych trenerów wymieniano nazwiska Mariusza Kurasa, Czesława Michniewicza i Jana Urbana. Na rozmowie w klubie był wieczorem Jerzy Kasalik, a telefonicznie kontaktowano się z Franciszkiem Smudą. Według Kroniki Lecha to właśnie Kasalik był w finałowej parze z Michniewiczem.

Po wstępnym rozeznaniu na placu boju pozostały dwie kandydatury - trenera Widzewa Łódź Jerzego Kasalika oraz zajmującego się komentowaniem meczów w Canal+ Czesława Michniewicza. Za Kasalikiem przemawiało większe doświadczenie, jednak zarząd wybrał Michniewicza. Radosław Majrzchak: - Zaskoczył nas profesjonalizmem - bardzo szybko przygotował się do rozmowy z nami. Omówił grę Lecha, wszystkie błędy, które popełniali nasi zawodnicy, miał bardzo szeroką wiedzę na temat wszystkich naszych piłkarzy. Jedyne, co sprawiało, że się wahaliśmy, to był jego młody wiek. Jednak urzekła nas jego wiedza, kompetencje, nowoczesne spojrzenie na futbol.

- Spornych punktów w naszej rozmowie właściwie nie było. Ja przedstawiłem swoje sugestie, dotyczące tego, co poprawić, żeby zespół zaczął wygrywać. Działacze spokojnie tego wysłuchali, także trochę podyskutowaliśmy - mówił Gazecie trener-elekt.

A oto jak Czesław Michniewicz opisuje kulisy załapania fuchy w Lechu na swojej stronie internetowej:

Po rekomendacji Grzegorza Mielcarskiego dość regularnie komentowałem mecze z kolegami z Canal+, w tym m.in. mecz Lecha Poznań z Groclinem Grodzisk Wlkp., w trakcie którego kibice żegnali białymi chusteczkami Libora Palę. Nie sądziłem, że dwa dni później będę już trenerem Kolejorza.

W tym czasie byłem namawiany na podjęcie pracy w Arce Gdynia. Po meczu Lecha z Groclinem wracałem do Trójmiasta, by podpisać kontrakt. Do Gdyni jednak nie dojechałem. Będąc już w pociągu, otrzymałem telefon od jednego z prezesów Lecha, który zaproponował mi spotkanie. Wysiadłem na najbliższym dworcu - w Gnieźnie - i wróciłem do Poznania na rozmowy o nowej pracy. Wybrałem zespół ze stolicy Wielkopolski, choć był w trudniejszej sytuacji, okupując miejsce spadkowe w I lidze. Jednak co Lech to Lech.

Moja decyzja była trudna dla rodziny, ponieważ miesiąc wcześniej urodziło nam się drugie dziecko. Żona została w Gdyni z dwójką maluchów, ale to ona właśnie utwierdziła mnie w przekonaniu, że podjęcie pracy w Poznaniu to dobry krok.

To był dobry, a nawet bardzo dobry krok.

B.

PS Formalnie - do czasu zdobycia licencji przez Czesława Michniewicza - trenerem Lecha Poznań był wtedy... Ryszard Łukasik.

Wróżby Rumaka, czyli robota jak każda inna

Gdy bukmacherzy wycofują zakłady. O meczach Lecha Poznań z Polarem Wrocław cz. II 

Ezequiel Oscar Scarione - zuch nie gra w Lechu, a w Szwajcarii 

wtorek, 24 kwietnia 2012
Tejksik odnaleziony

Z Legii odchodził po cichutku. Władze klubu trochę chyba się wstydziły, że zawodnika, który jeszcze niedawno zdobywał koronę króla strzelców (2009) muszą w pośpiechu spławiać, aby zrobić w warszawskim ataku miejsce dla furgonu rozkapryszonych gwiazdeczek z mocniejszymi CV. Mimo że to gracz z Zimbabwe mógł się pochwalić taką skutecznością, o jakiej nie śnili Hubnik, Blanco, czy Novo, o Grzelaku nie wspominając.

W czerwcu 2011 roku Takesure Chinyama jednak pożegnał się z klubem z Łazienkowskiej. Nie wiem nawet czy dostał na "do widzenia" czekoladę od dyrektora Jóźwiaka. Od tego czasu słuch o nim zaginął. Zawziąłem się jednak, trochę pogrzebałem i Chinyamę znalazłem. Tejksik jest obecnie gwiazdą zespołu grającego w jego ojczyźnie - Dynamos FC z Harare.

Były legionista przez pół roku szukał klubu w Europie. Gdy mu się to jednak nie udało, postanowił wrócić do Zimbabwe. Tam w grudniu 2011 roku został zawodnikiem mistrzowskiej ekipy Dynamos. I pewnie nie byłoby w tym wszystkim nic ciekawego, gdyby nie fakt, że Chinyama zanotował prawdziwe wejście smoka. W swoich czterech pierwszych meczach dla nowej drużyny zdobył aż sześć goli! Jedno oczko pokwitował w otwierającym sezon superpucharze, kolejne dwa dorzucił w fazie eliminacyjnej Afrykańskiej Ligi Mistrzów w spotkaniu z mozambijskim Liga Muculmana (2-2), a w swoim pierwszym ligowym spotkaniu zapakował hat-trick. Lokalna prasa piała nad nim z zachwytu. Jej wywody można przeczytać tutaj i tutaj.

Splendorów jednak Chinyamie nigdy nie dość. W rewanżowym spotkaniu Ligi Mistrzów strzelił on więc jedyną bramkę spotkania (1-0) i praktycznie w pojedynkę załatwił swojej ekipie awans do ostatniej fazy kwalifikacyjnej. Tutaj na drodze Dynamos FC stoi już poważniejszy przeciwnik - mistrz Tunezji Esperance Sportive de Tunis. Największym problemem przed tym dwumeczem nie jest jednak sam rywal, ale fakt, że Tejksik nabawił się niedawno kontuzji. Trener, mimo urazu, postanowił jednak go włączyć do meczowej kadry. O swoich rozterkach opowiedział tutaj. Pierwsze starcie już w najbliższą sobotę.

Tak, Czini. Sto pociech z nim było.



P.

piątek, 20 kwietnia 2012
Legia daje Lechowi drobniaki

Myśląc, w kontekście sobotniego meczu między Legią a Lechem, o transferowych interesach między obiema ekipami, poznańskim kibicom w głowach wyświetlają się zaraz nazwiska Okońskiego, Araszkiewicza czy Podbrożnego. Ruch odbywał się jednak również w drugą stroną. Nie ma co się jednak oszukiwać – z Warszawy do Poznania zwykle nie przenosiły się gwiazdy pierwszych stron gazet.

W całej historii obu klubów na bezpośrednie przenosiny ze stolicy do Poznania zdecydowało się raptem dziewięciu zawodników. Byli to: Andrzej Baczyński (w 1967 roku), Piotr Mowlik (1977), Bogusław Oblewski (1980), Zbigniew Pleśnierowicz (1982), Henryk Miłoszewicz (1983), Dariusz Solnica (1999), Marcin Rosłoń (2000), Marcin Bojarski (2001), Paweł Wojtala (2002). Osoba Wojtali jest wszystkim kibicom Kolejorza doskonale znana, więc chciałbym skupić się na pozostałej trójce zawodników, która zasiliła Lecha na przełomie wieków.

Dariusz Solnica (ur. 1975) w młodości zapowiadał się na zawodnika dużego formatu. Piłkarskie szlify pobierał w drużynie Orląt Łuków, a więc zespołu, z którego w świat poszedł znany legionista Cezary Kucharski. Solnica przez długi czas zdawał się iść w jego ślady. W wieku 21 lat trafił on do walczącej o mistrzostwo Legii Warszawa. Z miejsca wywalczył sobie miejsce w jej składzie. Występował na prawej pomocy lub stanowił uzupełnienie ofensywnego duetu Kucharski – Mięciel. W debiutanckich rozgrywkach 1996/1997 wystąpił w 25 meczach i strzelił 5 goli, do tego dorzucił wicemistrzostwo Polski oraz krajowy puchar. Jego świetna dyspozycja nie umknęła trenerom młodzieżowej reprezentacji, w której Solnica występował wraz z Markiem Citko. Wraz z zakończeniem tego sezonu zakończył się jednak również piękny sen tego zawodnika a zaczęła się tułaczka. Od tego momentu bowiem rok Solnicy wyglądał w następujący sposób – pół roku na ławce Legii, pół roku na wypożyczeniu. Tym sposobem napastnik odwiedził KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i Pogoń Szczecin. Wreszcie jesienią 1999 roku Legia wypożyczyła Solnicę do dołującego Lecha. Po odejściu Macieja Żurawskiego miał on zostać partnerem w ataku Jarosława Maćkiewicza. Jego obecność przy Bułgarskiej okazała się jednak pomyłką. Zawodnik nie zdołał nawet wywalczyć sobie miejsca w pierwszym składzie i po rozegraniu siedmiu spotkań bez gola został oddany z powrotem do Legii. Ze stolicy szybko się go jednak pozbyto i zawodnik trafił do Odry Opole. Tam, według ówczesnego prezesa klubu Ryszarda Niedzieli, był on jedną z głównych osób odpowiedzialnych za kupowanie i sprzedawanie meczów. Obecnie Solnica jest asystentem trenera i kierownikiem zespołu Orlęta Łuków.

Wracając wiosną 2000 roku z Poznania do Warszawy Solnica minął się z Marcinem Rosłoniem (ur. 1978). Piłkarz ten naprzemiennie terminował w pierwszej drużynie Legii i w jej rezerwach. Nie miał on żadnych szans na regularną grę na Łazienkowskiej, więc wypożyczenie do Lecha potraktował jak dar od losu. Szybko jednak okazało się, że jest on za słaby również na staczającego po równi pochyłej do drugiej ligi Kolejorza. Rosły defensor (188 cm wzrostu) wystąpił raptem w trzech spotkaniach ligowych, a na dodatek w wyjazdowym meczu z Ruchem Chorzów (0-2) otrzymał czerwoną kartkę. Po sezonie podziękowano mu więc za współpracę. W zasadzie jedyne co pozostało po Rosłoniu w Poznaniu to legenda, że z racji swych słusznych gabarytów przez długi czas nie było dla niego odpowiedniego sprzętu i zawodnik ćwiczył na treningach w dresie... Legii! Po powrocie do Warszawy gracz ten przez jakiś czas kontynuował jeszcze swoją karierę na pograniczu pierwszej drużyny i rezerw, aż wreszcie w 2007 roku zdecydował się zakończyć karierę. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy telewizji Canal Plus.

Po spadku do II ligi w Kolejorzu dokonała się prawdziwa rewolucja personalna. Po zapaści w sezonie 2000/2001 poznaniacy zaczęli odbudowywać się w kolejnych rozgrywkach. Jesienią 2001 roku do stolicy Wielkopolski przybyła grupa zawodników z pierwszoligową przeszłością. Jednym z nich był odprawiony właśnie z Legii napastnik Marcin Bojarski (ur. 1977). Gracz ten dał się przedtem poznać z dobrej strony w Rakowie Częstochowa oraz GKS Katowice. W Poznaniu jednak nie potrafił pokazać się z dobrej strony. Strzelił tylko jedną bramkę (w wyjazdowym meczu z Hutnikiem Kraków wygranych 2-1), a w ataku ustępował zwykle miejsca Arturowi Bugajowi i Waldemarowi Przysiudzie. W przerwie zimowej przeniósł się do RKS Radomsko, gdzie zasłynął przede wszystkim... zaatakowaniem z byka sędziego Roberta Werdera (podczas meczu RKS – Stomil). Po odcierpieniu kary związanej z tym zajściem Bojarski wrócił do ligowej piłki. W ekstraklasie występował w GKS Katowice, Cracovii i Piaście Gliwice. Jego drogi nieraz potem jeszcze krzyżowały się na boisku z Lechem Poznań. W sezonach 2005/2006 oraz 2006/2007 strzelał mu bramki na konto Pasów. Natomiast z pewnością tragicznie wspomina on pewnie mecz Piast – Lech (1:2) z sezonu 2008/2009, podczas którego doznał skomplikowanego złamania kości strzałkowej. Ostatnio Bojarskiego widziano w czwartoligowym Orle Balin.

Obserwując te ostatnie transfery z Legii do Lecha można powiedzieć, że przypominały one pożyczanie ciuchów ubogiej dziewczynie przez jej bogatą koleżankę – niby coś pożycza, ale tylko to, w czym sama i tak nie chodzi.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego "Heej Lech!"

z meczu z Legią Warszawa w sezonie 2010/2011

Moje mecze Lech - Legia. The best of z lat młodości 

Janusz Wójcik ma kiepską pamięć, czyli jak Legia nie gromiła w sezonie 1992 1993  

Jak Krzysztof Kotorowski marzył o Legii Warszawa  

środa, 18 kwietnia 2012
Legia Warszawa - Cagliari o Puchar... Polonii 1

Młoda Ekstraklasa Legii Warszawa przegrała z rezerwami Sevilli w spotkaniu zorganizowanym przez Narodowe Centrum Sportu. Szkoda, że do historii stadionu narodowego w Warszawie jako strzelec pierwszego gola wszedł Senegalczyk Baba Diawara, o którym możemy już nigdy więcej nie usłyszeć, ale skoro nie umieli tego dokonać Polacy i Portugalczycy to trudno mieć o to do chłopaka pretensje. Trudno nie mieć za to pretensji do NCS, który próbował ludzi ogłupić twierdzeniami, iż Legia i Sevilla wystąpią w najsilniejszym składzie. Drodzy państwo z NCS, skoro już chcieliście koniecznie podlansować swój produkt, a jednocześnie zagospodarować legionistom czas pojedynkiem z kimś z topowej ligi, trzeba było wziąć przykład z... Polonii 1!

Tak właśnie! Cofamy się do 1993 roku i pojedynku w którym kibice w Warszawie mogli podziwiać włoskie Cagliari w najsilniejszym składzie.

Mecz rozegrany 12 sierpnia 1993 r. o godz. 19 na stadionie Legii w Warszawie, godzinę później mogli obejrzeć widzowie dwunastu lokalnych stacji zrzeszonych w sieci Polonia 1. To bowiem szef telewizji Nicola Grauso sprowadził drużynę ze swojego rodzinnego miasta do Polski. Mało tego, Włoch odgrażał się, że w kolejnej edycji Pucharu Polonii 1 weźmie udział... AC Milan! Mediolańczycy przyjechali do Polski, ale we wrześniu 1995 roku - na spotkanie Pucharu UEFA z Zagłębiem na lubińskim dożynkowcu.

Nim do meczu z Cagliari doszło, na konferencji prasowej w hotelu Marriott, prezes Legii Janusz Romanowski potwierdził transfer Macieja Śliwowskiego do Rapidu Wiedeń. Pytany o wysokość sumy transferowej odparł: - W maju Rada Sponsorów klubu postanowiła nie ujawniać spraw finansowych Legii.

Polscy kibice musieli żałować, że Cagliari dopiero co opuściły dwie wielkie gwiazdy z Urugwaju. Słynny Enzo Francescoli wybrał Torino, a Daniel Fonseca - Napoli. W szóstej ekipie Serie A sezonu 1992/1993 nadal było jednak parę ciekawych nazwisk.

Julio Dely Valdes, legenda i obecny selekcjoner reprezentacji Panamy (powołuje do niej Luisa Henriqueza), w Cagliari stawiał pierwsze kroki na Starym Kontynencie. Kroki te zmierzały ku bramce rywali - dwa sezony w Serie A skończył z dorobkiem 21 goli



a później strzelał też we Francji (dla Paris Saint-Germain), Hiszpanii (dla Realu Oviedo i Malagi) i Urugwaju (Nacional Montevideo).

Kolejny solidny atakujący tej ekipy to Brazylijczyk z belgijskim paszportem - Luis Oliveira.

Luis Oliveira

Uczestnik mistrzostw świata w 1998 roku wybił się w Anderlechcie. Cagliari i dla niego było pierwszym przystankiem na Półwyspie Apenińskim, a zwiedził też m.in. Florencję i Bolonię. Z 72 goli w Serie A dla Cagliari zdobył 45.

Trzecim anonsowanym stranieri w gazetowej zapowiedzi był Urugwajczyk Marcelo Tejera, ale czy w spotkaniu zagrał - nie wiadomo. Jego cały dorobek w Cagliari to pięć meczów w sezonie poprzedzającym mecz z Legią. W sezonie 1993/1994 był już graczem Boca Juniors.

Kapitanem tej drużyny był Gianfranco Matteoli (wcześniej gracz Interu), szlak do Romy przecierali sobie Francesco Moriero i Massimiliano Cappioli, a do Milanu i Giuseppe Pancaro i obecny allenatore tej ekipy - Massimiliano Allegri.

Trener Gigi Radice po awansie do Pucharu UEFA musiał był w Cagliari noszony na rękach. Co najmniej tak, jak Claudio Ranieri, który w dwa sezony awansował z Serie C do Serie A. 

A przecież awans do pucharów to był dopiero początek przygody Cagliari na europejskich salonach. Bój z Legią zaprawił Włochów na tyle, że ci zostali wyhamowani dopiero w półfinale Pucharu UEFA! Eliminowali kolejno: Dinamo Bukareszt (2:3 i 2:0), Trabzonspor (1:1 i 0:0), KV Mechelen (3:1 i 2:0), a w ćwierćfinale Juventus (1:0 i 2:1!). Mocniejszy okazał się dopiero Inter Mediolan (3:2 i 0:3).



Gdyby po 90 minutach meczu Legii z Cagliari był remis, młody sędzia Jacek Granat miał zarządzić rzuty karne. Ale remisu nie było.

Wybuchowy Kowalczyk (fragmenty relacji Gazety, autor Piotr Tenczyński, fot. Jerzy Ciszewski)

Nazwanie tego meczu towarzyskim byłoby dużą przesadą. Legia pokonała wczoraj Cagliari 2:1, choć szkód po tym meczu jest więcej niż korzyści ze zdobycia Pucharu Polonii 1.

Samo spotkanie, szczególnie przed przerwą, nie było pasjonującym widowiskiem. Publiczność ''umilała'' sobie czas strzelaniem z korkowców i wulgarnymi przyśpiewkami obrażającymi Polonię i PZPN. Zawodnicy obu zespołów, którzy nie potrafili stworzyć stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola, zaczęli się nawzajem prowokować. W efekcie, tuż przed przerwą sędzia Jacek Granat wyrzucił z boiska Zbigniewa Grzesiaka i Simone Veronese - za faul bez piłki i ripostę.

Po przerwie nadal trwał festiwal chamstwa na boisku. Na trybunach zaś powiało Europą - publiczność obrzucała wyzwiskami gości w języku włoskim. Żółte kartki za wymianę razów dostali Marcin Jałocha i Oliveira, a piętnaście minut przed końcem gry, za faul bez piłki na Marco Sannie, opuścił boisko Wojciech Kowalczyk (był wcześniej faulowany, ale sędzia zastosował przywilej korzyści).

Legia wygrała po dość przypadkowym golu, strzelonym sześć minut przed końcem przez jednego z dwóch zawodników Legii mających na koszulce numer 14 - Marka Jóźwiaka (oprócz strzelca z tym samym numerem grał Andrzej Głowacki). Wcześniej w 51. min Kowalczyk przeprowadził szybki rajd prawą stroną boiska i w polu karnym podał piłkę Juliuszowi Kruszankinowi, który strzelił pierwszą bramkę. W 58. min Maciej Szczęsny pięknie odbił strzał Panamczyka Julio Cesara Valdesa, lecz dziewięć minut później był bezradny po strzale głową z 5 metrów Belga Oliveiry.

Być może nie przemyślane zachowanie Grzesiaka i Kowalczyka spowoduje, że w Legii zabraknie napastników. Tuż po wyjeździe Śliwowskiego do Wiednia dwaj ukarani legioniści będą musieli czekać na decyzję Wydziału Dyscypliny PZPN. Jednak jak dowiedzieliśmy się z dobrze poinformowanego źródła, czekające ich kary zostaną zapewne zawieszone.

LEGIA WARSZAWA - CAGLIARI 2:1 (0:0)

Bramki: Kruszankin (51.), Jóźwiak (84.) - Legia; Oliveira - Cagliari.

Skład Legii: Szczęsny - Jałocha (64. Jóźwiak), Kruszankin, Mandziejewicz, Ratajczyk - Czykier (46. D. Bayer, 69. Kacprzak), Czachowski (88. Wędzyński), Pisz, Fedoruk (78. Głowacki) - Grzesiak, Kowalczyk.

Czerwone kartki: Grzesiak, Kowalczyk - Legia; Veronese - Cagliari.

Żółte kartki: Jałocha - Legia; Oliveira - Cagliari.

Widzów: 3 tys.

To całkiem zabawne, że Wojciech Kowalczyk i Zbigniew Grzesiak mieli pauzować za kartki w meczu sparingowym. Na szczęście dla Legii i piłkarzy ktoś jednak się kapnął, że to nie ma rąk i nóg.

Dzień po spotkaniu z Cagliari, zebrał się Wydział Dyscypliny Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Ukarał obu graczy naganami, bowiem automatyczne odsuwanie po czerwonych kartkach obowiązuje tylko w meczach mistrzowskich i pucharowych. Zobowiązano Legię do ukarania piłkarzy zgodnie z klubowym regulaminem kar.

Niestety, warszawscy działacze nie wzięli pod uwagę, że nie mają kompetencji do rozstrzygania w tej sprawie. Dlatego na wczorajszym posiedzeniu Wydziału Dyscypliny PZPN podjęto decyzję o uchyleniu decyzji komisji okręgowej (jako organu nieuprawnionego) i wszczęto postępowanie. Utknęło ono w punkcie wyjścia, ponieważ dopiero dziś działacze związkowi otrzymali protokół sędziowski z meczu Legia Warszawa - US Cagliari. W PZPN nie było dziś ukaranych piłkarzy, nie mogli więc złożyć wyjaśnień. Sprawa Kowalczyka i Grzesiaka rozstrzygnie się więc prawdopodobnie na następnym posiedzeniu wydziału.

B.

Arrigo Sacchi i (nie)zapomniany mecz: liga włoska - liga polska (1988)

(Nie)zapomniany mecz: liga włoska - liga polska (1988). Postscriptum

PS Polonia 1 dała Polsce Tsubasę i masę innych wspaniałych kreskówek, ale jak się okazuje wychowała też Grzegorza Kalinowskiego na komentatora. Stary wpis z forum:

Kalinowski był wręcz fatalny. Nie zmienił stylu komentowania od czasów, kiedy komentował mecze Legii na komercyjnym kanale Nowa Telewizja Warszawa ( nie wiem, czy pamiętacie ten kanał - polska "baza" Polonii 1 ). Pamiętam go, jak komentował mecz Legia - Cagliari o Puchar Polonii 1 w 1993 roku. Wtedy komentował razem z Ćmikiewiczem, obaj byli do kitu. Aż się spać chciało, jak oni komentowali.

 
1 , 2 , 3