Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 28 kwietnia 2013
Tych dwóch od 277 goli. Reiss i Frankowski

Tomasz Frankowski i Piotr Reiss

- Kibicowałem Tomkowi Frankowskiemu. A on zabrał mi tytuł najstarszego króla strzelców ligi - mówi Piotr Reiss. W meczu Jagiellonii z Lechem dwie legendy ekstraklasy mogą się zmierzyć ostatni raz.

W XXI wieku do Klubu Stu weszło tylko czterech piłkarzy. Mariusz Śrutwa i Maciej Żurawski piłki już nie kopią. Tomasz Frankowski i Piotr Reiss, choć razem mają prawie 80 lat (i są starsi od Żurawskiego), nadal strzelają gole. W sumie w polskiej lidze zrobili to już 277 razy.

Po tym, jak w ostatniej kolejce Piotr Reiss zdobył dla Lecha Poznań trzeciego gola z Zagłębiem Lubin, młodszy Łukasz Teodorczyk umownie wypucował strzelcowi buty, a kibice Kolejorza wpadli w dawno niewidzianą euforię. W innych częściach kraju z potęgi sympatii poznaniaków do Reissa chyba ludzie nie zdają sobie sprawy. Bywały mecze Warty na które część kibiców chodziła tylko dla niego. A najbardziej zabawnym spotkaniem było to Zielonych z KSZO Ostrowiec, gdy w Ogródku przy Drodze Dębińskiej byli fani:

- Warty,
- KSZO,
- Lecha, kibicujący w związku z tym zaprzyjaźnionemu z Lechem KSZO (to chyba ten pan w niebieskiej koszulce na pierwszym zdjęciu),
- Reissa, których nie obchodził wynik, a indywidualne popisy idola,
- Reissa, kibicujący w związku z tym Warcie,
- Reissa, kibicujący w związku z tym zaprzyjaźnionemu z Lechem KSZO.

Piotr Reiss, mecz Warta Poznań - KSZO Ostrowiec

mecz Warta Poznań - KSZO Ostrowiec

Ten 109. ligowy gol Reissa z Zagłębiem był w Poznaniu bardzo wyczekiwany, a poza tym - nieoczekiwany. Za wytypowanie takiego zdarzenia nowy sponsor klubu, bukmacher STS, płacił pięciokrotność postawionej sumy. - Gdy Piotr do nas wracał, wielu mówiło, że będzie spełniał tylko marketingową funkcję, a ja dostrzegałem w nim wartość sportową i ten gol jest na nią dowodem - mówi trener Lecha Mariusz Rumak. - Jeśli piłkarze ok. 40 lat znoszą reżim treningowy i strzelają gole, to znaczy, że są nieprzeciętni. Dzieje się też tak dlatego, że w polskiej lidze mamy napastników młodych oraz właśnie tych doświadczonych. Najlepsi wyjeżdżają z kraju i wygrywają 4:1 z Realem Madryt w Lidze Mistrzów - dodaje szkoleniowiec.

Przygody z reprezentacją kraju i zagranicznymi klubami nie mogły dać Frankowskiemu i Reissowi pełni satysfakcji. W Polsce są jednak żywymi pomnikami ligi. Ten pierwszy, legenda Wisły Kraków, a teraz Jagiellonii Białystok, gdyby w 2005 r. nie wyjechał do Hiszpanii, skąd przez Anglię i USA wrócił do ojczyzny, pewnie byłby dziś najlepszym strzelcem w historii ekstraklasy.

Bolesny był zwłaszcza kontakt futbolową rzeczywistością na Wyspach. Jedna ładna asysta to za mało, by odwrócić uwagę od pustki w strzeleckiej sieci.



Frankowski wrócić mógł zresztą akurat do Lecha, bo bardzo chciał go w Poznaniu Franciszek Smuda, ale pozostali członkowie komitetu transferowego Kolejorza byli przeciw. Smuda twierdzi, że domagał się wtedy i Frankowskiego, i Roberta Lewandowskiego. Skończyło się na przyjściu wschodzącej gwiazdki ze Znicza Pruszków.

Piotr Reiss dla Herthy Berlin strzelił gola tylko z HSV (w debiucie, jakże inaczej; strzał chwilę po odbiciu się piłki od twarzy można zobaczyć w cz. 6 na stronie piłkarza) oraz Amice Wronki,



w Duisburgu było ich tylko parę więcej. Z Greuther Furth wracał już na rowerze do Poznania...

Reiss podczas niedawno zakończonej przerwy w grze w Lechu strzelał dla innego poznańskiego klubu, Warty. - Kiedy grałem na zapleczu ekstraklasy, kibicowałem Tomkowi, żeby udowadniał, że mimo upływu lat można być nadal dobrym napastnikiem i strzelać bramki. Tomek to rzeczywiście robił i dwa sezony temu zabrał mi tytuł najstarszego króla strzelców polskiej ekstraklasy - opowiada Piotr Reiss. - Jesteśmy innymi typami napastników. Tomek to typowy łowca bramek, lis pola karnego. Ja lepiej czuję się w roli cofniętego napastnika, często asystuję. Trudno mi oceniać, kto z nas jest lepszy, Tomek strzelił więcej goli w polskiej ekstraklasie, więc być może on jest lepszy - dodaje.

Obrońca Lecha Ivan Djurdjević, pytany, który z doświadczonych napastników jest lepszy, odpowiada krótko: ''Rejsik''. Jak to koledze trudno mu jednak być obiektywnym. Jak się zresztą okazuje chwilę później na konferencji prasowej, Serb wyparł z pamięci, że w meczu w Białymstoku rok temu Frankowski pokonał dowodzoną przez niego obronę.

Nie on pierwszy.

B.

Członkowie Klubu 100:
Ernest Pohl 186 goli,
Lucjan Brychczy 182,
Tomasz Frankowski 168,
Gerard Cieślik 167,
Włodzimierz Lubański 155,
Teodor Peterek 154,
Kazimierz Kmiecik 153,
Jan Liberda 145,
Teodor Anioła 140,
Fryderyk Scherfke 131,
Jerzy Podbrożny 122,
Maciej Żurawski 121,
Józef Nawrot 114,
Andrzej Jarosik 113,
Ernest Wilimowski 112,
Grzegorz Lato 111,
Henryk Reyman, Andrzej Szarmach, Piotr Reiss po 109,
Michał Matyas, Eugeniusz Lerch po 106,
Eugeniusz Faber, Marek Koniarek, Władysław Król po 104,
Karol Kossok, Mariusz Śrutwa po 103,
Joachim Marx 102,
Artur Woźniak 101.

To poszerzona wersja wpisu z Poznan.Sport.pl

 

Frankowski strzela w Jagiellonii. Szombierkom

Kto uczył Frankowskiego podcinek, czyli Francja-elegancja  

czwartek, 25 kwietnia 2013
Lewy i Dudek. Jedna noc w kwietniu, jedna w maju

Kibice w Poznaniu mieli fuksa, że Robert Lewandowski jako trampolinę na zachód wybrał sobie Lecha Poznań. Nie liczyłem ile z 41 goli dla Kolejorza widziałem na stadionie, natomiast mój lichy aparat Zorka5 zarejestrował na potrzeby znanego i lubianego serwisu POZNAN.SPORT.PL ostatniego z nich i pożegnanie z Wlkp.





Jeśli tylko na moment wejdziemy w szczegóły jego przygody z Lechem, to pozwolę sobie wtrącić, że za zdecydowanie jego najwybitniejszy występ uznaję ten z Ruchem w Chorzowie, na kolejkę przed końcem ligi. I to nie tylko przez wzgląd na gola i zainicjowanie akcji zakończonej bramką Kriwca na wagę (prawie) majstra. Pamiętam, że przy prowadzeniu Wisły z Cracovią i nic nie dającym remisie Lecha napastnik był jedynym piłkarzem zespołu, który krzyczał do kolegów ''dawać piłę''. A potem ją brał do nogi i objeżdżał kolejnych kopaczy, którzy nie dorastali mu do pięt. Nie byli na tyli silni piłkarsko, ale i przede wszystkim mentalnie, tacy gracze jak Sławomir Peszko, wspominany Siergiej Kriwiec czy Semir Stilić. Oni teraz grają w ligach, hm, niszowych, grają mało lub wcale. Ich kumpel Lewandowski strzela cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów.

Jest wyczyn Roberta Lewandowskiego trudno opisywalnym, nawet statystycy do Ferenca Puskasa cofnąć się muszą. Obawiam się, że zrobienia dokumentu w Dortmundzie nie zaplanował żaden RTL, ARD i inny Cedeef. Ale może to i dobrze, niech to poczeka do finału. I niech wtedy powstanie obraz niesamowity jak One night in May autorstwa Sky Sports, z Jerzym Dudkiem w jednej z głównych ról (polecam całość, ale jak kto nie ma czasu - od 20 minuty; ja się zawsze wzruszam, aż głupio).



Podwójny hat-trick Lewandowskiego nie miał w sobie tyle dramaturgii, co cudem wyciągnięty strzał Szewczenki i instynktownie ciągnięte kare. Ale bardziej spektakularny jednak był.

A że takiego meczu dożyję, to jak pragnąłem zdrowia i etatu, nie sądziłem.

B.

PS Pozdrawiam moich dwóch przyjaciół, którzy razem z resztą wyszli na imprezę po pierwszej połowie meczu Liverpool - Milan (2005), gdy było 0:3, a ja zostałem sam z 20-osobowej grupy. Pozdrawiam ich dlatego, że gdy potem zadzwoniłem, że jest 3:3, to po długich namowach, ale jednak uwierzyli i wrócili na dogrywkę i karne. Rzadko kiedy byłem tak z siebie zadowolony.

 

25 lat temu: Józef Młynarczyk i FC Porto najlepsi na świecie 

Chwile chwały polskiego futbolu w XXI wieku

Ormianin gwiazdą w Rosji

Kim czuje się David Alaba

czwartek, 18 kwietnia 2013
Zabijakin, Tolek, Chińczyk. Stranieri Warty Poznań

Chińczyk Fei Yu podczas meczu Warta Poznań - Olimpia Grudziądz, fot. Piotr Skórnicki

W sobotę w Warcie Poznań zadebiutował Chińczyk Fei Yu, który w Szanghaju trenował z Didierem Drogbą i Nicolasem Anelką. Barw Zielonych broniło niewielu obcokrajowców, ale ich historie są niezwykłe. W tym gronie są ''Beckenbauer z Zimbabwe'', partner Jay-Jay Okochy z linii pomocy Nigerii czy późniejszy kolega Andrija Szewczenki z kadry Ukrainy.

Fei Yu, 22-letni środkowy pomocnik lub napastnik, w Chinach był zawodnikiem Shanghai Shenhua, w którego barwach zagrał dwa mecze ligowe w 2012 i jeden w 2011 roku. Jak twierdzi sam zawodnik (tu wideo), w Shanghai Shenhua trenował w pierwszym zespole razem z Didierem Drogbą i Nicolasem Anelką. - To sympatyczni ludzie i świetni piłkarze - mówi Chińczyk. Podobno do Europy ściągnęli go ludzie związani z samą Valencią, ale na Mestalla nie zdał testów. Póki co Fei Yu jedynego gola zdobył w meczu z... reprezentacją Polski kobiet, ale zważając na nędzę Warty w ataku i przebłyski niezłych umiejętności technicznych, w przeciwieństwie do Donga Fangzhou może mu się to udać w meczu ligowym.

Zenonas i Zabijakin, czyli posiłki ze Wschodu

W rundzie jesiennej sezonu 1991/1992 piłkarze Warty Poznań grali fatalnie i zimę spędzili w strefie spadkowej drugiej ligi. By uniknąć degradacji, klub musiał się wzmocnić. Do Warty przyszli m.in. Zbigniew Pleśnierowicz, Zbigniew Małachowski, Leszek Partyński czy Jerzy Kaziów. Największe zainteresowanie kibiców wzbudzili jednak piłkarze z zagranicy.

Poznański klub był jedynym polskim przystankiem w karierze Ukraińca Jurija Martynowa. Napastnik spędził w Warcie tylko wiosnę 1992 r., po powrocie do ojczyzny grał w kilku klubach, m.in. w Zirce Kirowohrad. Gdy Zirka wchodziła do ekstraklasy w 1995 r., Martynow niespodziewanie został powołany do reprezentacji Ukrainy. Jako gracz drugoligowy! Swój pierwszy i ostatni występ w drużynie narodowej zakończył w przerwie przegranego 0:4 meczu eliminacji mistrzostw Europy z Chorwacją. Zagrał jednak u boku przyszłego zdobywcy tytułu najlepszego piłkarza świata, Andrija Szewczenki, a gole dla rywali strzelali nie mniej słynni Davor Suker, Zvonimir Boban i Robert Prosinecki!



Litwin Zenonas Atutis też był w Warcie tylko na moment, bo szybko odszedł do Polonii Chodzież, skąd wrócił do ojczyzny. Atutis w 1990 r. zdobył z Sirujusem Kłajpeda Puchar Litwy (choć w konkursie nie strzelił karnego), a potem grał też w takich zespołach jak Aras Kłajpeda, Panerys Wilno, Atlantas Kłajpeda, Banga Gorgżdy oraz w reprezentacji kraju w futsalu! Teraz - o ile to nie przypadkowa zbieżność nazwisk - Zenek pracuje w wydziale gospodarki urzędu miejskiego w Kłajpedzie.

Pomocnik Siergiej Miasnikow i bramkarz Andriej Zabijakin to Rosjanie. Wiosną 1992 r. nie przebili się w Warcie, więc przed kolejnym sezonem zostali wypożyczeni do Wierzycy Starogard Gdański. Miasnikow już do Poznania już nie wrócił, Zabijakin - owszem.

Miasnikow próbował szczęścia w ekstraklasowym Sokole Tychy, ale nie zdał testów. Gdy w 1996 r. rozgrywał pierwszy mecz w Bałtyku Gdynia, rywalem była... Warta Poznań. Trop za nim urywa się po Pogoni Lębork (1997/1998), w której teraz w juniorach gra Igor Miasnikow.

Znane są za to losy Andrieja Zabijakina, który po powrocie Warty do ekstraklasy w 1993 r. zagrał w jednym meczu Pucharu Polski (wygrana 2:1 z Polgerem w Policach). - Razem z Jurijem Malejewem przyjechaliśmy do Bydgoszczy, aby grać w tamtejszym Zawiszą. Ostatecznie znalazłem się w Warcie Poznań - tak Andriej Zabijakin opisuje swój przyjazd do Polski na oficjalnej stronie Lechii Dzierżoniów. W październiku 1993 r., bramkarz odszedł z Warty właśnie do Lechii. W niej bronił z sukcesami aż do wiosny 2003, gdy przeszedł do Bielawianki Bielawa. Zawodowo grać w piłkę skończył trzy lata temu, teraz szkoli młodzież w Bielawie. W czasach młodości w ZSRR trenował m.in. z Dmitrijem Charinem, późniejszym bramkarzem londyńskiej Chelsea i Celticu Glasgow.

Andriej Zabijakin, lechia.only.pl
fot. lechia.only.pl

Wiosną 1993 r., gdy Zieloni pewnie kroczyli do ekstraklasy, w dziesięciu meczach wystąpił Jurij Szatałow. Ukrainiec urodził się w Tetiuche (obecnie Dalniegorsk) w ZSRR, między Chinami a Morzem Japońskim. Trenował w Szachtarze Donieck, a grał też w Krzywym Rogu, Rydze czy Azowie. Z Zielonymi nie zagrał w ekstraklasie, bo odszedł do rosnącej w siłę Amiki Wronki, z którą zdobył Puchar Polski w 1998 r. ''Odszedł'' to sformułowanie nie w pełni oddające sensacyjność akcji wronieckich działaczy - jak wieść gminna niesie Szatałow opuszczał zgrupowanie Warty potajemnie - w nocy i przez okno! 

Jako trener Ukrainiec prowadził rezerwy Amiki, Spartę Oborniki, Kanię Gostyń, Jagiellonię Białystok, Promień Opalenica, zaś Polonię Bytom i Cracovię w ekstraklasie. Teraz stara się wrócić do niej z Zawiszą Bydgoszcz. Szkoleniowiec bardzo długo miał w Poznaniu mieszkanie - być może nadal ma - co miało potwierdzać krążące swego czasu plotki o jego bliskim zatrudnieniu w Lechu.

Jurij Szatałow

Żaden z wymienionych wcześniej graczy nie zagrał w Warcie w ekstraklasie. Jesienią 1993 r. dokonał tego ukraiński obrońca, 22-letni wtedy Mykoła Sycz. Do Polski, do Chemika Bydgoszcz, przybył z Karpat Lwów. W zespole z Poznania wystąpił w czterech meczach pierwszej ligi. Debiutował z Hutnikiem w Krakowie (21 sierpnia), a w Poznaniu zmierzył się z Siarką Tarnobrzeg, Widzewem Łódź i Stalą Stalowa Wola.

Rekordzista i ''Ten, który zwykł robić to, co mówi''

Sezon później (1994/1995) również cztery mecze w ekstraklasie w barwach Warty zanotował John Phiri. Był już wtedy świetnie znany kibicom w Wielkopolsce, bo wcześniej grał w Pniewach. Do wówczas Tygodnika Miliarder (Sokoła) Pniewy przechodził z Zimbabwe za sprawą polskiego menedżera i trenera Wiesława Grabowskiego, razem z młodszym o dziesięć lat Normanem Mapezą. Po sezonie Mapeza odszedł do Galatasaray Stambuł, gdzie w Lidze Mistrzów zmierzył się z FC Barcelona. Phiri miał wrócić do Zimbabwe, ale przygarnęła go Warta, która ''na już'' potrzebowała obrońców. Phiri zadebiutował 17 września 1994 r. ze Stalą w Mielcu, potem zagrał też przeciw Sokołowi, Łódzkiemu Klubowi Sportowemu i Pogoni Szczecin. Miesiąc po debiucie zabrakło go w spotkaniach z Górnikiem Zabrze i Lechem Poznań. Gazeta pisała: ''Phiri wyjechał na mecz reprezentacji Zimbabwe i nie wrócił. Podobno jest chory, ale nikt nie wie tego na pewno''.

W Warcie już nie zagrał, ale w ojczyźnie jest piłkarzem wręcz legendarnym. A to dlatego, że w drużynie narodowej w latach 1981-1994 zagrał aż 108 razy! To więcej niż słynny Peter Ndlovu, napastnik Zimbabwe, który przez wiele lat grał w angielskiej ekstraklasie. Nigel Matongorere pisał w ''The Standard'' tak: ''Phiri uformował defensywę reprezentacji Zimbabwe w latach 90., naszej najlepszej drużyny narodowej w historii. Był zimbabwejską wersją Franza Beckenbauera. Nie tylko bronił, ale też rozgrywał piłkę i atakował''.

Uznaną markę na Czarnym Lądzie miał też Emmanuel Ekwueme, który kilkanaście razy zagrał w reprezentacji Nigerii, w tym w półfinale i meczu o trzecie miejsce Pucharu Narodów Afryki w 2004 r. Ekwueme pomagał wtedy na boisku m.in. słynnym Jay-Jay Okochy czy Nwankwo Kanu. W Polsce piłkarz ma jednak zasłużoną opinię człowieka niesolidnego. Choć jego drugie imię, Ifeanyi, znaczy ''Ten, który zwykł robić to, co mówi'', Ekwueme zasłynął ze swojej niesłowności. Z Lechem Poznań podpisał kontrakt, by potem zniknąć i związać się z Arisem Saloniki. W każdym klubie, od Polonii Warszawa (zdobył z nią mistrzostwo), przez Płock, aż do Warty Poznań, spóźniał się przy powrotach z ojczyzny podczas świątecznej przerwy. Wytłumaczenia albo nie miał, albo tłumaczył się pogrzebem kogoś bliskiego w Nigerii. Ekwueme dla Zielonych zagrał tylko sześć razy w sezonie 2007/2008. W Poznaniu zorganizował też mecz charytatywny, na który mieli przyjechać Okocha czy Kalu Uche. Tego pierwszego ''już odbierał z lotniska''. Kibice przy Drodze Dębińskiej żadnej nigeryjskiej gwiazdy jednak nie zobaczyli.

Emmanuel Ekwueme

 

Grał najdłużej, choć zęby bolały

Zagranicznym piłkarzem Warty o najdłuższym stażu jest Gwinejczyk Daouda Camara. Przez półtora sezonu gry (wiosna 1998 - wiosna 1999) prezentował się solidnie w obronie, strzelał też gole, m.in. Górnikowi Polkowice i Chrobremu Głogów w trzeciej lidze. - Gdy jest zimno, Daoudę bolą zęby i prosi o zmianę, ale wytrzymuje i gra do końca meczu - mówił trener Andrzej Żurawski po jednym ze spotkań rozegranych zimą. Camara grał w ekstraklasie w Amice i Dyskobolii Grodzisk Wlkp. (w sumie 24 razy) oraz w niższych ligach: w Gnieźnie, Wrześni, Kleczewie i Kostrzynie.

Daouda Camara

Krótsze epizody w Warcie mieli:

brazylijski pomocnik Bebeto (jesień 2003 r., potem Sokół Pniewy, Flota Świnoujście, Polonia Nowy Tomyśl, Pogoń Świebodzin, Polonia Słubice, Tur Turek, Pogoń Barlinek i teraz Formacja Port 2000 Mostki),

napastnik David Paku-Tshela (DR Konga, cztery mecze wiosną 2008 r., potem Jarota Jarocin i Unia Swarzędz),

pomocnik Abraham Loliga (Burkina Faso, był w kadrze reprezentacji na Puchar Narodów Afryki 2000, ale w nim nie zagrał, w Warcie 12 spotkań w sezonie 2009/2010, potem Polonia Nowy Tomyśl, Nielba Wągrowiec i Formacja Port 200 Mostki),

Abraham Loliga i Jacek Dembiński

serbski napastnik Goran Antelj (pięć meczów wiosną 2009 r.; wrócił do ojczyzny i gra tam w Teleoptiku Zemun, na zapleczu ekstraklasy, choć... formalnie nadal jest piłkarzem Warty).

Bardzo ciekawym przypadkiem jest pochodzący z Brazylii Sergio Leandro Seixtos Santos Batata, który wcześniej grał m.in. w ŁKS i Widzewie Łódź, GKS Katowice, Pogoni Szczecin i Dyskobolii, a teraz reprezentuje Chełmiankę Chełm do której trafił z Motoru Lublin. Gdy latem 2008 r. przechodził na jeden sezon do Warty Poznań, miał już tylko polski paszport, bo brazylijskiego musiał się zrzec. Dla Zielonych w 27 meczach zdobył pięć goli: przeciw Dolcanowi Ząbki, Wiśle Płock i przede wszystkim trzy z GKS Jastrzębie. To ostatnie bramki, jakie dla Warty strzelił piłkarz urodzony poza Polską.

Sergio Batata

B.

Jak wylewano Wartę Poznań z Pucharu Polski 

Lech, Pogoń, Górnik, a teraz Warta. Tłumy na zapleczu ekstraklasy 

Płockie spadanie: Warta - Petrochemia 1994 95 i Warta - Wisła 2010

Warta Poznań - Górnik Zabrze: w ekstraklasie 1995 i na jej zapleczu 2009  


poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Mały Jura ucieka przed "wielkim zabijaniem"

Z dzieciństwa pamięta tylko "wielkie zabijanie". Aby ratować życie uciekł wraz z rodzicami aż do Stanów Zjednoczonych. Dziś jest liderem strzelców ligi rosyjskiej i nadzieją na lepsze jutro armeńskiej piłki. Oto Jura Mowsisjan.

 

Jura przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie w 1987 roku w stolicy Azerbejdżanu (wówczas była to jedna z republik radzieckich) - Baku. Choć Ormianie stanowili liczną grupę w naftowej stolicy, to jednak byli w dość jawny sposób dyskryminowani. Tło tej sytuacji należy postrzegać dwuwymiarowo. Na pierwszym planie oczywiście kłaniają się tradycyjnie złe relacje między ludnością muzułmańską (Turcy, Azerowie) a Ormianami. Z drugiej jednak strony doszedł wówczas również wątek bieżący - spór o Górski Karabach. Aby zrozumieć o co chodzi w tym konflikcie najlepiej sięgnąć po książkę "Toast za przodków" Wojciecha Góreckiego. Nie każdy ma ją jednak pod ręką (choć dla miłośników Kaukazu to must have), więc w telegraficznym skrócie...

Górski Karabach to terytorium zamieszkałe przede wszystkim przez Ormian, które jednak zostało włączone w skład Azerbejdżanu, przy równoczesnym nadaniu statusu republiki autonomicznej. Ormianie żądali jednak włączenia GK do Armenii. Protesty przybrały na sile w latach 1988–1989. Wtedy też zaczęło dochodzić do walk między obiema nacjami. Jednym z najkrwawszych momentów tego okresu była czystka etniczna na Ormianach, która odbyła się 27-29 lutego 1988 roku w miejscowości Sumgait koło Baku. Zginęło 41 osób i około 2000 zostało rannych. Reszta Ormian została deportowana z miasta, a w Sumgaicie mieszkało wówczas 20 tysięcy Ormian! Później zaczęły się pogromy w Kirowabadzie (Gjandza) i Baku. Jak można dowiedzieć się stąd:  W drugiej połowie stycznia 1990 roku w Baku doszło do wielkiego pogromu Ormian. Ofiarami było około 300 mieszkańców Baku. Wg raportu Human Rights Watch pogromy nie były spontaniczne o czym świadczy, że uczestnicy pogromów mieli listę Ormian oraz adresy ich zamieszkania. Parlament Europejki oraz Senat USA wzywali władze w Moskwie by podjęli działania na rzecz ochrony ludności ormiańskiej, Armenii i Górskiego Karabachu.  W nocy z 19 na 20 stycznia oddziały  wojska radzieckiego  wkroczyły do Azerbejdżanu w celu powstrzymania przemocy wobec Ormian. Baku uważa jednak inaczej, że celem oddziałów armii radzieckiej było dążenie Moskwy, aby utrzymać reżim komunistyczny w Azerbejdżanie i stłumić ruch narodowo – wyzwoleńczy. W ciągu dwóch lat z Azerbejdżanu uciekło 600 tysięcy Ormian, najczęściej pozostawiając na miejscu cały dorobek swojego życia. Bardzo ciekawe teksty na ten temat możecie znaleźć tutaj, tutaj i tutaj, a tutaj bardzo obszerny i wartościowy wpis do wikipedii na ten temat. Naprawdę polecam.

Aby postawić kropkę nad i, dodam jeszcze tylko, że w 1991 roku władze Karabachu proklamowały niepodległość, ale nie została ona formalnie uznana przez Armenię i Azerbejdżan. W wyniku działań zbrojnych Ormianie zajęli sporne terytorium i część ziem rdzennie azerskich w południowej i południowo-zachodniej części Azerbejdżanu. Po długich negocjacjach, w 1994 roku zawieszono broń.

Oto jak Jura wspomina czas pogromów w tym tekście.

Uciekliśmy z Azerbejdżanu ponieważ byliśmy tam ludźmi gorszej kategorii. Zabijali... wszystkich. Po prostu stamtąd uciekliśmy, całą rodziną. Nie pamiętam jak dotarliśmy do Stanów. Byłem dzieckiem. Ale od rodziców wiem, że nic nie jest w życiu łatwe, w szczególności dostanie się do USA. Mieliśmy szczęście, bo dostaliśmy się do świata marzeń - tak to dziś widzę. Nie mam zbyt wielu wspomnień z Baku. Nie chodziłem do żadnego przedszkola, ani do szkoły... Azerowie za nami nie przepadali. Mam nadzieję, że dziś nie ma już Ormian w Azerbejdżanie, bo życie tam musiałoby być dla nich piekłem.

Tym sposobem Jura trafił do Stanów, dokładnie do Pasadeny, która z racji licznej mniejszości ormiańskiej nazywana jest czasem "Małą Armenią". Tam uczył się w liceum, a później studiował, by w 2006 roku zostać wybranym w drafcie do zespołu Kansas City Wizards. W pierwszej drużynie zadebiutował w 2007 roku jeszcze przed 20 urodzinami i szybko błysnął zdobywając 5 goli w 18 meczach. Szybki, silny, dobrze się zastawia, wali z obu nóg. Złoty chłopak. Kolejne dwa lata Jura spędził więc już w Real Salt Lake City.

Tam również strzelał sporo bramek, do tego stopnia, że... zaczął przebąkiwać o grze dla reprezentacji USA.

Jedynym sposobem, w jaki mógłbym pokazać swoją wdzięczność jest gra dla drużyny narodowej USA. To moje marzenie, że mógłbym zagrać dla Stanów, jechać z nimi na mundial.

Miesiące jednak mijały, a powołanie nie przychodziło. Yura postanowił spróbować swojego szczęścia w Europie. Dość nieoczekiwanie wiosną 2010 roku trafił do duńskiej Superligi i zespołu Randers FC. Choć ekipa z Ormianinem w składzie ledwo uchroniła się przed spadkiem (choć sam Mowsisjan spisał się nieźle - 13 meczów i 7 goli), to dzięki czołowej lokacie w rankingu fair play zagrała w Lidze Europy 2010/2011. Dzięki temu Jura mógł też błysnąć. Strzelił 5 goli w 5 meczach kwalifikacji, a jego popisem był dwumecz z Lausanne (2:3 i 1:1) podczas którego zdobył wszystkie trafienia dla Duńczyków.

Wraz z przylotem do Europy stało mu się także bliżej do reprezentacyjnych barw ojczyzny. Już w sierpniu 2010 zadebiutował w kadrze Armenii w towarzyskim meczu z Iranem (1:3). Od tego też czasu stał się pewnym punktem reprezentacji nowego-starego kraju. W chwili obecnej ma na koncie 19 meczów i 5 goli. Aż cztery z nich zdobył podczas eliminacji EURO 2012, z czego po jednej w sensacyjnie zwycięskich konfrontacjach ze Słowakami (3:1 i 4:0).

(swoją drogą, w wypadku tego drugiego meczu frapuje mnie co wyprawiał w bramce Słowaków Jan Mucha...)

To właśnie Mowsisjan, wraz z Arasem Orbilizem, Mkchitarjanem (lider strzelców ligi ukraińskiej w Szachtarze Donieck) i Manuczarjanem stanowią nadzieję na lepszą przyszłość kadry Armenii. Może jeszcze nie jutro, ale choćby pojutrze.

Jesień 2010 nasz bohater spędził jeszcze w Danii, ale od początku kolejnego roku podziwiać go mogli już kibice w mocnej lidze rosyjskiej. Ormianin za 2,5 mln euro trafił bowiem do Kubania Krasnodar. W mig odnalazł się w nowym otoczeniu - w premierowym sezonie ukąsił 14-krotnie (w 37 meczach). W dużej mierze właśnie dzięki jego golom Kubań utrzymał się w Premier Lidze. To, że debiutancki sezon nie był przypadkiem Mowsisjan potwierdził jesienią 2012 dorzucając kolejne 9 goli do worka ekipy z Krasnodaru.

Władze Spartaka nie potrzebowały już kolejnych argumentów. W styczniu 2013 roku Mowsisjan zameldował się na Łużnikach z paragonem wystawionym na 7,5 mln euro! Ormianin spędzi w stolicy Rosji 4,5 roku, za każdy sezon goląc 1,5 mln. Jest piątym najdroższym transferem Spartaka w historii (za McGeadym, Parejo, Emenike i Cavenaghim). Wielkie pieniądze nie odjęły mu jednak mocy - już w debiucie strzelił dla Spartaka hat-trick w meczu z Terekiem Grozny.

W ostatni weekend dorzucił gola z Amkarem Perm. Z 13 golami prowadzi w klasyfikacji strzelców ligi rosyjskiej.

Czy o czymś takim marzył mały Jura uciekając z płonącego Baku?

P.

Czytaj także:

Na brzegu rzeki Kubań usiadł Aras i dumał

W cieniu zagłady

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji. Cz. 10. Armenia i inne

Apoula Edel - czarnoskóry bramkarz reprezentacji Armenii

czwartek, 11 kwietnia 2013
Genotyp Alaby

 

David Olatokunbo Alaba to jeden z bohaterów zwycięskiego dla Bayernu ćwierćfinałowego dwumeczu z Juventusem. Dwudziestoletni obrońca stanowi zarazem jedno z odkryć tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Czytelnicy tego bloga mogli o nim jednak przeczytać już jakiś czas temu, podczas prezentacji pierwszych czarnoskórych reprezentantów europejskich państw. Alaba co prawda pierwszym czarnoskórym graczem w kadrze Austrii nie był, ba nie był nawet drugim, ale i tak pojawił się w tekście. O tym, że talent to rzadki niech świadczy fakt, że w reprezentacji zadebiutował w wieku 19 lat (rok 2009), a w wieku lat 21 i 22 zostawał wybierany piłkarzem roku (lata 2011 i 2012).

Choć dziś widok czarnoskórego zawodnika w reprezentacyjnym trykocie któregoś z państw środkowej czy wschodniej Europy specjalnie nie dziwi, to jednak rodowód Davida Alaby jest wyjątkowo zakręcony.

Ojciec zawodnika Bayernu to znany w Austrii muzyk George Alaba. Alaba senior urodził się w Nigerii w 1961 roku, a do Wiednia przybył w 1984 roku na studia. W tym pięknym mieście szybko jednak porzucił zainteresowanie ekonomią na rzecz profesji didżejskiej. Gra w klubie Africa Club, nagrywa nawet solową kasetę, która jednak nie wzbudza większego zainteresowania. Muzyczne niepowodzenia osładza mu jednak poznana w 1988 roku pochodząca z Filipin pielęgniarka i zarazem była miss swojego kraju - Gina. Para pobiera się w 1996 roku, ale przedtem przychodzą na świat ich dzieci - Rosemarie (ona swego czasu była gwiazdką jednego z austriackich talent show) i właśnie David.

Ślub i narodziny dzieci ożywczo działają na Georga Alabę. W 1997 roku zakłada on z koleżanką z African Club zespół muzyczny o głębokiej nazwie "Two in One". Zespół wydał aż cztery płyty, z czego ostatnią było "The best of". Największym hitem duetu był podobno "Indian song", który wdrapał się na drugie miejsce austriackiej listy przebojów. Oto więc próbka twórczości Alaby seniora i jego kompana. Uwaga, bo leci całkiem grubo.

Ostatnią aktywność zespołu "Two in One" datuje się na 2009 roku. Czyli na początek pierwszych ważniejszych występów Davida Alaby. Ojciec Georga z pewnością ma gdzie oglądać popisy swojego syna, bo od kilku lat prowadzi znany wiedeński klub go-go - "Gogobar Beverly Hills", choć jak podkreśla on po niemiecku, ale w sposób zrozumiały także dla osób, które ni w ząb po niemiecku - "nur Gogo, kein Prostitutionslokal". Ciekawe czy młody często wpada w odwiedziny do taty?

Inna sprawa, że David nie kryje swojej sympatii do ojczyzny ojca. Należy do organizacji stowarzyszającej Nigeryjczyków w Austrii (NANCA), a niedawno tłumaczył się nigeryjskiej prasie, dlaczego nie gra dla Super Orłów:

Bardzo chciałem zagrać dla Nigerii na młodzieżowych MŚ 2007. Niestety nie otrzymałem żadnego oficjalnego powołania, a jedynie rozmawiałem z jednym ze skautów. Byłem tą opcją bardzo zainteresowany, ponieważ mój ojciec był wielkim fanem Sundaya Oliseha, kiedy ten grał dla 1. FC Koeln. Ja jako dziecko natomiast uwielbiałem oglądać Victora Agalego w koszulce Hansy Rostock. Niestety, później dowiedziałem się, że ze względów logistycznych brani pod uwagę przy powołaniach są tylko ci zawodnicy, którzy grają na co dzień w Nigerii.

Brzmi trochę znajomo? Tym sposobem syn Nigeryjczyka i Filipinki jako Austriak zagra wkrótce w półfinale LM. Strasznie ten świat mały.

O Davidzie Alabie można poczytać jeszcze tutaj i tutaj, a o jego rodzicach - tutaj.

P.

 
1 , 2