Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 30 kwietnia 2014
Ostatni taki bal

Kilka dni temu ucieszyliśmy się wszyscy radością szczerą, choć zatroskaną nieco o to, co dalej, z wywalczonego w niezłym stylu, awansu polskich hokeistów na zaplecze elity. Po trzech latach szamotania się w trzeciej lidze światowego hokeja, biało-czerwoni znów znajdą się za rok w gronie dwudziestu dwu najlepszych drużyn globu. Trochę na przekór skrzeczącej rzeczywistości, wciąż wielu z nas marzy o powrocie polskich Orłów do elitarnej szesnastki. Miara naszych marzeń jest bowiem zarazem miarą upadku polskiego hokeja, jaki dokonał się na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza i wiele mówi o tym, w jakim miejscu znajduje się obecnie ta piękna dyscyplina sportu w rodzimym wydaniu pośród światowej stawki. A przecież to właśnie dziś, w godzinach popołudniowych, minie dokładnie 25 lat od momentu, gdy biało-czerwoni po raz ostatni zagrali w ścisłej, ośmiodrużynowej światowej elicie. To właśnie wtedy rozpoczął się gwałtowny proces zmierzchu pewnej epoki w dziejach polskiego hokeja.

Biało-czerwoni jechali na szwedzki turniej o mistrzostwo świata w kwietniu 1989 roku, niczym na egzekucję. Niemal wszyscy spisują nas na straty, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo my jej tanio na pewno nie sprzedamy – odgrażał się niemal w przededniu inauguracyjnego spotkania, legendarny Henryk Gruth. Polski zespół, który jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej, aż do momentu dyskwalifikacji Jarosława Morawieckiego, nadspodziewanie dobrze spisywał się podczas igrzysk olimpijskich w Calgary, gdzie m.in. minimalnie przegrał z Kanadą (0:1) i sensacyjnie zremisował ze Szwecją (1:1), czekało naprawdę niełatwe zadanie przedłużenia swego bytu pośród hokejowej śmietanki. W porównaniu do olimpijskiego turnieju sprzed roku, Leszek Lejczyk zabierał teraz za Morze Bałtyckie kadrę, zdaniem wielu po prostu osłabioną, zmianą aż siedmiu nazwisk.

Już na dzień dobry, wieczorem 15 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, przyszło się zmierzyć Polakom, z broniącymi mistrzowskiego tytułu gospodarzami imprezy. Biało-czerwoni zagrali naprawdę bardzo przyzwoicie i jeszcze w połowie meczu sensacyjna powtórka z olimpijskiego remisu wydawała się być jak najbardziej realna. Co prawda na niespełna 150 sekund przed syreną kończącą pierwszą tercję, ówczesny napastnik New York Rangers, hokeista, który podczas swych piętnastu sezonów gry na lodowiskach NHL, w 1122 występach uzbiera łącznie blisko tysiąc punktów (w tym 426 goli), Tomas Sandstroem, wykorzysta okres gry w przewadze i na kilkanaście sekund przed powrotem z ławki kar Janusza Syposza, pokona bramkarza Naprzodu Janów - Andrzeja Hanisza, lecz podopieczni Lejczyka wcale nie złożą broni. W 27 minucie spotkania, debiutujący na wielkiej imprezie, napastnik GKS Tychy, Marian Drasyk, dobije potężny strzał Piotra Zdunka i wprawi w osłupienie, wypełnioną ponad trzynastotysięczną widownią, sztokholmską Globen Arena. Choć Polacy w drugiej tercji mają wręcz przewagę w strzałach na bramkę, to jednak gospodarze schodzą na kolejną przerwę z prowadzeniem 3:1. Gole uzyskane w końcówce drugiej tercji przez legendę Winnipeg Jets, Thomasa Steena (łącznie przez 14 sezonów gry dla Jets w NHL - 1006 występów i 861 zdobytych punktów, w tym 276 goli) oraz ponownie Sandstroema, a także trafienie w pierwszych sekundach ostatniej odsłony uzyskane przez Fredrika Olaussona (łącznie 16 sezonów w NHL, 1093 występy i 610 punktów) na dobrą sprawę, w niespełna cztery minuty przesądziły o losach spotkania. Wynik na 5:1 ustalił kolejny gwiazdor zza Oceanu, ówczesny gracz nowojorskich Rangers – Ulf Dahlen (14 sezonów w NHL, 1051 występów, 695 punktów w tym 316 goli). Warto przypomnieć, że w ekipie gospodarzy, podczas meczu przeciwko biało-czerwonym asysty przy golach zaliczyli m.in. Kent Nilsson (już wtedy mający na koncie 612 spotkań i 738 punktów w NHL) oraz Thomas Albelin (1033 występy w NHL), a w obronie wystąpił również, dobiegający już wówczas powoli do czterdziestki na karku, legendarny obrońca Borje Salming, członek panteonu Hall Of Fame NHL, który na lodowiskach za Oceanem spędził łącznie szesnaście sezonów (1229 występów, 836 punkty). Kilka lat temu Salming został wybrany, obok Tretiaka, Fietisowa, Charłamowa, Makarowa i Gretzkyego do piątki stulecia IIHF, All-Star Team. Celowo tak nachalnie przypominam te wszystkie imponujące cyfry, bilanse i osiągnięcia, by niemal łopatologicznie uzmysłowić nam wszystkim, z kim mieli okazję mierzyć się wówczas polscy hokeiści podczas szwedzkiego, lodowego mundialu przed ćwierćwieczem. I westchnąć z rozrzewnieniem.

Występ naszych hokeistów przeciwko naszpikowanym gwiazdami, broniącym mistrzowskiego tytułu, gospodarzom imprezy, mógł długimi chwilami nastrajać umiarkowanym optymizmem. Jednak już 24 godziny później, miny w polskiej ekipie zdecydowanie zrzedły. W pierwszej tercji swego drugiego spotkania, biało-czerwoni, wbrew zaleceniom sztabu szkoleniowego, po husarsku, lecz dość lekkomyślnie, zdecydowali się pójść na wymianę ciosów z kanadyjskimi gwiazdami. Po 20 minutach przegrywaliśmy z Klonowym Liściem 0:2, jednak druga odsłona była już istną katastrofą. Polscy hokeiści wycieńczeni morderczym tempem pierwszego starcia, drugie przegrali aż 0:7 i na niewiele zdała się nawet zmiana w bramce Gabriela Samoleja na Hanisza, po tym jak ten pierwszy w niespełna dwie minuty został pokonany aż trzykrotnie. W ostatniej tercji Kanadyjczycy znów nieco zwolnili tempo i poczęstowali nas zaledwie dwoma trafieniami. Biało-czerwoni niespecjalnie siali popłoch pod kanadyjską bramką, w której po pół godzinie gry Seana Burke zastąpił, pochodzący z Dąbrowy Białostockiej, Peter Sidorkiewicz. Ostatecznie skończyło się na pogromie 11:0. Dwa trafienia i dwie asysty Briana Bellowsa (łącznie 17 sezonów w NHL, 1188 występów i 485 goli) w ostatecznym rozrachunku będą stanowiły istotny wkład w wywalczenie przez niego tytułu najskuteczniejszego gracza tego mistrzowskiego turnieju. Aż o cztery bramkowe łupy wzbogacił się na Polsce Andrew McBain. Dwukrotnie Hanisza pokona też wielka legenda światowego hokeja, członek panteonu Hall of Fame NHL, jeden z najskuteczniejszych graczy tej ligi – Dale Hawerchuk (łącznie 16 sezonów w NHL, 1188 występów, 1409 punktów, w tym aż 518 goli). Swoje trafienie dołoży też Kirk Muller (19 sezonów w NHL, 1349 meczów, 959 punkty, w tym 357 goli), a przy asystach, zapunktują na tle biało-czerwonych również takie tuzy kanadyjskiego hokeja, jak Scott Stevens (członek Hall of Fame NHL, siódmy w tabeli wszechczasów, jeśli chodzi o największą ilość meczów w NHL - 1635, w której spędził aż 22 sezony i zdobył 908 punktów), John MacLean (18 sezonów w NHL, 1194 punktów) czy Randy Carlyle (18 sezonów w NHL, 1055 występów, członek All Star Team NHL z 1981 roku). Aż strach pomyśleć, co działoby się na lodzie, gdyby w meczu z Polską wystąpili również Mark Messier i Steve Yzerman, którzy wspierali już zespół Klonowego Liścia w następnych spotkaniach na szwedzkim turnieju. Cóż, w Kanadzie jest więcej lodowisk niż w Polsce wszystkich hokeistów, trzeźwo konstatowali obserwatorzy mistrzowskich zmagań.

Jeszcze gorzej było dwa dni później, gdy Polacy zostali rozbici przez Czechosłowację w stosunku 0:15. Bywały i takie momenty w tym meczu, kiedy biało-czerwoni w 77 sekund potrafili stracić aż trzy bramki. Poza tym rywale aż trzykrotnie strzelali nam gole, grając w liczebnym osłabieniu. Tradycyjnie już najbardziej zatrważająca w wykonaniu Polaków była druga tercja, którą przegraliśmy aż 0:8. Łaskawy okazał się za to dla nas skrzydłowy drugiego ataku naszych południowych sąsiadów, dzisiejszy trener GKS Tychy, Jiri Sejba. W festiwalu strzeleckim jaki urządził sobie kosztem biało-czerwonych zespół Czechosłowacji, ówczesny gracz Pardubic, były mistrz świata z 1985 roku, a przyszły skrzydłowy Buffalo Sabres, nie zapunktował. Reprezentanci Polski nie potrafili wykorzystywać nawet sytuacji sam na sam z Dominikiem Haszkiem, który po latach stanie się prawdziwą legendą światowego hokeja i aż sześciokrotnie będzie wybierany do All Star Team NHL. Jest mi wstyd, że nasz zespół gra tak słabo - było to jedyne zdanie, jakie po pogromie z Czechosłowacją zdołał wykrztusić z siebie Leszek Lejczyk. RFN wydaje się być poza zasięgiem. Fakt, że wciąż gramy w grupie A, należy uznać za wydarzenie będące absolutnie wbrew logice – pisał korespondent "Przeglądu Sportowego", Marek Suchy. Inni dodawali z sarkazmem, że w Szwecji lód jest po prostu zbyt śliski dla polskich hokeistów.

Po upływie 20 godzin, Polakom znów przyszło przełknąć kolejną dwucyfrową porażkę na szwedzkiej tafli. W spotkaniu z radziecką maszyną, biało-czerwoni na dobrą sprawę nawet nie podjęli walki, bardzo szybko rzucając ręcznik na lód. Podopieczni Lejczyka nie zdążyli nawet dotknąć krążka, gdy już w 30 sekundzie Władimir Krutow uzyskał prowadzenie dla ZSRR, a w połowie spotkania było już 10:0 dla podopiecznych Tichonowa. Po dziesiątym golu zjechał z bramki debiutujący właśnie na mistrzowskim turnieju bramkarz GKS Katowice – Dariusz Wieczorek. Niedługo potem, honorowe trafienie dla naszego zespołu, uzyskał Roman Steblecki, pokonując Artursa Irbe ładnym uderzeniem. Skończyło się na 1:12, a do polskiej bramki tamtym kwietniowym, wczesnym popołudniem, krążek posyłały takie gwiazdy, jak Krutow i Fiedorow po 2, a także Łarionow, Kasatonow, Chmyliew, Gusarow, Kwartalnow, Bykow (łącznie w swojej karierze strzelił biało-czerwonym dwa gole), Kamienski i Niemczinow. Trzema asystami musiał zadowolić się Makarow. Kilkanaście dni później podopieczni Tichonowa sięgną po swój kolejny tytuł mistrzowski. A biało-czerwoni już nigdy więcej nie zagrają przeciwko ZSRR na wielkim turnieju. W hokeju kończyła się powoli pewna epoka. Najpierw w samym wnętrzu tamtej, legendarnej ekipy. Rozpoczęło się od tarć pomiędzy Łarionowem i Fietisowem, a Tichonowem. Fietisowa odsunięto od kadry, lecz ujęli się za nim, grożąc bojkotem mistrzostw, pozostali członkowie wielkiej piątki – Krutow i Makarow, czyli wszyscy poza Kasatonowem, który uchodził za człowieka Tichonowa. W efekcie przywrócono Fietisowa do drużyny (w Szwecji był nawet jej kapitanem), lecz legendarna piątka uległa rozbiciu, gdyż koledzy nie chcieli już grać wespół z Kasatonowem w tej samej formacji. Odtąd Fietisow tworzył parę obrońców z Szirjajewem, a Kasatonow z Bjakinem. W dodatku na niespełna miesiąc przed sztokholmskim turniejem stała się rzecz historyczna – po raz pierwszy za zgodą radzieckiej federacji, rosyjski hokeista – Siergiej Priachin, podpisał kontrakt z zespołem NHL. Tuż po mistrzostwach świata na podobny krok, lecz bez oficjalnego stempla czerwonych satrapów, zdecydował się 20-letni Aleksandr Mogilny. Jego postępek nie wywołuje innego uczucia jak wstręt – sadził się na morały Tichonow. Jako, że Mogilny był graczem CSKA Moskwa, grożono mu nawet karą za dezercję z wojska. Sytuacja na świecie powoli się jednak zmieniała i z czasem okazało się, że na palcach jednej ręki można policzyć tych radzieckich graczy z meczu przeciwko Polsce z 19 kwietnia 1989 roku, którzy nie zostali potem gwiazdami w NHL (byli to Bykow, Chomutow, Szirjajew, Chalizow i S.Jaszyn). Wiele z filarów radzieckiej kadry ‘89 było już zbyt zaawansowanych wiekowo, by przez długie lata błyszczeć jeszcze za Oceanem, ale swoje wyraźne piętno na rozgrywkach NHL odcisnęli niemal wszyscy poza wymieniona piątką. Fietisow i Łarionow zdążyli sobie nawet jeszcze zapracować na miejsce w panteonie Hall Of Fame NHL. Największą szansę na piękną karierę na drugiej półkuli mieli oczywiście ci najmłodsi i najzdolniejsi, którzy zresztą na szwedzkim turnieju współpracowali ze sobą w trzeciej formacji radzieckiego ataku: Mogilny i Fiedorow - każdy z nich rozegrał w NHL grubo ponad tysiąc spotkań i strzelił ponad pół tysiąca bramek (Fiedorow występował w NHL przez aż 18 sezonów), obaj bywali też wybierani do zespołu Gwiazd NHL. Przeciwko biało-czerwonym na sztokholmskiej tafli zagrali radzieccy hokeiści, którzy w przyszłości na lodowiskach NHL będą autorami łącznie niemal dwóch tysięcy goli! Aż jedenastu z nich wystapiło dwa lata wcześniej, w lutym 1987 roku w Quebec, w słynnym dwumeczu Randevois Cup, pomiędzy gwiazdami NHL a reprezentacją ZSRR (pierwszy z nich podopieczni Tichonowa przegrali 3:4, drugi wygrali 5:3). Pamiętajmy też, że Wiaczesław Fietisow aż dziewięciokrotnie bywał wybierany do piątki All Star Team turniejów mistrzostw świata. Siergieja Makarowa ten zaszczyt spotykał aż ośmiokrotnie, Aleksieja Kasatonowa pięciokrotnie, Władimira Krutowa czterokrotnie, a Igora Łarionowa dwukrotnie. Fietisow i Makarow zostali również uhonorowani przez IIHF wyborem do najlepszej piątki stulecia All Star Team. Zespół radziecki to była po prostu absolutnie fenomenalna plejada gwiazd światowego hokeja, która wówczas, wiosną 1989 roku po raz ostatni skrzyżowała kije z reprezentantami Polski.


Hokej: Polska - ZSRR 1:12 (1989) przez numer10 

Po trzech z rzędu dwucyfrowych porażkach na szwedzkim turnieju, selekcjoner polskiej reprezentacji, 46-letni wówczas, prawnik z wykształcenia, w wywiadzie dla katowickiego "Sportu" nie owijał w bawełnę. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że między nami a hokejowymi potęgami istnieje przepaść. Dziś widzimy całą okrutną stronę tego faktu. Powiem szczerze, stojąc w boksie czułem się bezradny wobec rozwoju wypadków i było mi wstyd. Mam za sobą bezsenną noc, rozmowy z zawodnikami i kierownictwem ekipy. Mimo to, nadal po prostu nie wiem, co się stało z tą drużyną. Przegrywamy w katastrofalnych rozmiarach, w bezbarwnym stylu. Sądzę, że w meczach z Finlandią, USA czy RFN mamy minimalne szanse.

Nocne Polaków rozmowy w polskiej ekipie przynoszą jednak pewne ozdrowieńcze owoce. 21 kwietnia, wczesnym popołudniem, biało-czerwoni rozgrywają naprawdę dobry mecz przeciwko Finlandii. Przez pierwsze dwie tercje toczą z Suomi równorzędny, zażarty bój. Polacy zagrali mądrze taktycznie i potrafili stworzyć wiele groźnych sytuacji pod fińską bramką. Mogli objąć nawet prowadzenie, lecz napastnik Naprzodu Janów, Ludwik Czapka nie trafił w krążek będąc przed pustą bramką. Po kwadransie prowadzenie objęli więc Finowie, chwilę później podwyższył je były gracz Buffalo Sabres, Hannu Virta, lecz na 25 sekund przed końcem pierwszej tercji, jedyny obok Jerzego Potza (Eintracht Frankfurt) stranieri w naszej kadrze, grający we włoskim Fassa di Canazei – Jan Stopczyk, uzyskał kontaktową bramkę. W 28 minucie ówczesny gracz bytomskiej Polonii, Jerzy Christ znów wpakował krążek do bramki Jukki Tammiego i mieliśmy remis 2:2. Ostatecznie fińscy NHL-owcy: Jari Kurri, Esa Tikkanen, Hannu Jaervenpaa oraz Kari Eloranta przechylili szalę zwycięstwa na korzyść Suomi, ale sporo się przy tym natrudzili. Po raz pierwszy od meczu ze Szwedami, nawiązywaliśmy momentami walkę ze znacznie lepszym rywalem – nie ukrywał radości Leszek Lejczyk.

To, co najpiękniejsze dla polskiego hokeja na tym turnieju miało jednak nadejść dopiero dwa dni później. Niedzielnym wieczorem 23 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, biało-czerwoni po raz pierwszy od szesnastu lat pokonali na mistrzostwach świata RFN 5:3. A przecież podczas, gdy my zbieraliśmy dwucyfrowy łomot od Kanady, Czechosłowacji czy ZSRR, niemieccy podopieczni Xaviera Unsinna remisowali z tą samą Czechosłowacją oraz ze Szwecją. Polscy hokeiści wznieśli się jednak na absolutne wyżyny własnych umiejętności oraz ambicji i po wspaniałej walce pokonali swego odwiecznego rywala w elitarnym gronie. W pierwszej tercji padło aż pięć goli. Prowadzenie, już w 6 minucie spotkania, dał biało-czerwonym, ówczesny skrzydłowy Polonii Bytom, Marek Stebnicki. Niemcy odpowiedzieli trafieniami Gerda Truntschki i Haralda Birka, a na wyrównującą bramkę Krzysztofa Bujara odpowiedział ponownie Birk i schodziliśmy na pierwszą przerwę przegrywając 2:3. Druga tercja była jednak popisem podopiecznych Lejczyka. W 27 minucie wyrównał Roman Steblecki, a niemal równo dwie minuty później, uzyskując swe drugie trafienie, ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie napastnik Naprzodu Janów, który rok wcześniej niemal w ostatnim momencie wypadł z olimpijskiej kadry na Calgary – Krzysztof Bujar. Na niespełna sto sekund prze końcem drugiej tercji wynik meczu na 5:3 ustalił obrońca bytomskiej Polonii, Andrzej Kądziołka. Gdy w końcówce spotkania Unsinn wycofał bramkarza, Janusz Adamiec mógł jeszcze bardziej pogrążyć rywali, ale zabrakło mu nieco precyzji.

Jeszcze Polska nie zginęła! To największa sensacja tych mistrzostw! – krzyczała nazajutrz szwedzka prasa. W polskiej szatni panowała istna euforia. Leszek Lejczyk był po meczu skrajnie rozemocjonowany. Dopiero następnego dnia mógł udzielać składniejszych wypowiedzi. Mówiliśmy chłopakom, że Niemcy mają dwie mocne piątki, a pozostałe są znacznie słabsze. Mówiliśmy, że musimy grać do momentu kompletnej utraty sił. Zawodnicy rzeczywiście walczyli z niebywałą pasją. Mimo to, w zwycięstwo uwierzyłem dopiero w połowie ostatniej tercji – wyznawał polski selekcjoner. Zagraliśmy na maksimum swoich możliwości. Świetnie bronił Hanisz – dodawał asystent Lejczyka, Jerzy Mruk.

Polacy rzeczywiście zdawali się złapać wreszcie odpowiednią formę. Po udanych spotkaniach z Finlandią i RFN, również występ z USA mógł napawać optymizmem. Biało-czerwoni objęli prowadzenie po 10 minutach gry, gdy ówczesnego bramkarza New York Rangers, wybranego trzy lata wcześniej do All Star Team NHL, Johna Vanbiesbroucka (wspaniała kariera w NHL, łącznie blisko tysiąc spotkań), pokonał efektownym strzałem obrońca nowotarskiego Podhala – Robert Szopiński. Vanbiesbrouck udział w spotkaniu przeciwko Polakom przypłacił przykrą kontuzją szczęki. Minutę po golu Szopińskiego wyrównał legendarny Pat LaFontaine (Hall of Fame NHL; 1013 punktów, w tym 468 goli). Na cztery minuty przed końcem drugiej tercji prowadzenie dał naszym rywalom David Snuggerud, a 50 sekund po wznowieniu gry w ostatniej odsłonie bardzo ważną bramkę na 3:1 strzelił wybitny hokeista o polskich korzeniach Edward Olczyk (łącznie 16 sezonów i 1031 występów w NHL), na którego mecze tłumnie zjeżdżała swego czasu amerykańska polonia. Decydujący cios zadał Dave Christian (15 sezonów i ponad tysiąc spotkań w NHL) i ostatecznie Polska przegrała z USA 1:6, choć wynik ten nie do końca oddaje rzeczywisty obraz dość równorzędnej walki, jaką przez większą część spotkania toczyły ze sobą oba zespoły.


Hokej: Polska - Stany Zjednoczone 1:6 (1989) przez numer10

Polacy kończą więc zasadniczą fazę rozgrywek o mistrzostwo świata na siódmym miejscu, a zarazem plasują się na piątej pozycji w Mistrzostwach Europy (których klasyfikacja ustalana była właśnie na podstawie wyników grupowej fazy hokejowego mundialu), co stanowi niewątpliwe apogeum ówczesnych możliwości polskiego hokeja. Nieosiągalne już nigdy potem.

Nazajutrz zespoły polski i amerykański znów stanęły ze sobą oko w oko, lecz tym razem gra toczyła się już w rozgrywkach o miejsca 5-8. Polacy podświadomie oczekiwali już chyba na decydujący o utrzymaniu w ścisłej elicie bój z Niemcami i pojedynek z USA potraktowali nieco po macoszemu. Przewaga Amerykanów była teraz bardzo wyraźna, a Polacy znów najbardziej gościnni postanowili być dla rywali w drugiej tercji, przegrywając ją aż 0:5. Ostatecznie przegraliśmy ten mecz 2:11, a trafienia dla biało-czerwonych zaliczali wyłącznie napastnicy Naprzodu Janów – Piotr Kwasigroch (na 1:2) oraz Ludwik Czapka (na 2:9). Dla Amerykanów, poza dwiema bramkami Eda Olczyka, gole zdobywały m.in. takie sławy światowego hokeja, jak obrońcy: Brian Leetch (Hall of Fame NHL, dwukrotnie wybierany do pierwszej piątki NHL All Star Team, 18 sezonów, 1205 występów, 1028 punktów) czy Phil Housley (21 sezonów i 1495 występów w NHL, czyli o 8 meczów więcej od następnego, siedemnastego na liście wszechczasów, legendarnego Gretzkyego; 1232 zdobyte punkty), a aż trzykrotnie punktował za asysty w tamtym spotkaniu, znakomity Scott Young (17 sezonów i 1181 występów w NHL).

W kolejnym swym meczu podopieczni Lejczyka jedynie przez pierwszą, przegraną zaledwie jedną bramką tercję, dzielnie wytrzymywali rywalizację z Finami, a znakomicie bronił Hanisz. Gdy w pierwszej części drugiej odsłony, w przeciągu nieco ponad pięciu minut, kolejne trafienia dokładali: dzisiejszy selekcjoner reprezentacji Finlandii, już wówczas z zawodniczą przeszłością w NHL – Kari Jalonen (asystował mu przy tym golu gwiazdor zza Oceanu, Esa Tikkanen), a także Virta oraz jedna z największych legend światowego hokeja, a zdaniem wielu najlepszy gracz szwedzkich mistrzostw – Jari Kurri (łącznie 1398 punktów zdobytych w NHL, w tym aż 601 goli!), biało-czerwoni znów poczęli oszczędzać siły na mecz o wszystko z Niemcami. Pojedynek z Suomi był to najkrótszy, bo trwający łącznie zaledwie 113 minut, mecz tych mistrzostw, a żaden z graczy nie otrzymał nawet jakiejkolwiek kary, co najlepiej świadczy o ewidentnym oszczędzaniu sił i kości. Zespół Lejczyka i tak zmuszony był przecież stawać do decydującego boju osłabiony brakiem kontuzjowanych Kwasigrocha i Stopczyka. A warto przypomnieć, że hokeiści RFN nie próżnowali i w czasie, gdy Polacy przegrywali z Finami, oni byli o włos od remisu z Amerykanami, którym dopiero gol Pata LaFontaine, zdobyty na 10 sekund przed końcową syreną, zapewnił zwycięstwo 4:3.

Dokładnie 25 lat temu, w niedzielę 30 kwietnia 1989 roku, na lodowej tafli sztokholmskiej Globen Arena, w obecności niespełna dziesięciu tysięcy widzów, miała się zadecydować przyszłość polskiego hokeja. W meczu, który rozpoczął się o godzinie 13, biało-czerwonym do spełnienia marzeń wystarczał remis. Reprezentacja RFN, będąca najbardziej zaawansowaną wiekowo drużyną na szwedzkim turnieju, musiała za wszelką cenę wygrać. Polacy wystąpili w składzie: Hanisz – Potz, Gruth, Bujar, Adamiec, J.Szopiński; R.Szopiński, Kądziołka, Steblecki, Christ, Stebnicki; Syposz, Teodorczak, Czapka, Copija, Podsiadło; Bryjak, Drasyk, Zdunek. Po pierwszej, bezbramkowej tercji, wciąż mogliśmy jeszcze cieszyć się perspektywą pozostania w gronie najlepszych. Dramat zaczął się tuż po wznowieniu drugiej odsłony. Nie upłynęła nawet minuta gry, gdy Kądziołka uwikłał się w niepotrzebny drybling, tracąc krążek, który Holzmann zagrał do Rona Fischera. Ten ostatni uderzył nieczysto, ale krążek wymknął się jednak z rękawic Hanisza i znalazł dla siebie miejsce w polskiej bramce. W 30 minucie Czapka staje przed dogodną szansą na wyrównanie, lecz jego strzał szybuje obok słupka Friesena. W początkowych minutach ostatniej tercji, gdy Polacy grają w przewadze, na 45 sekund przed końcem kary niemieckiego hokeisty, Hiemer przychwytuje krążek, zagrywa do Georga Franza, a ten w sytuacji sam na sam z Haniszem, pokonuje naszego bramkarza. Po tym ciosie biało-czerwoni już się nie podniosą. Jeszcze na sześć minut przed końcem, Bryjak znajdując się przed pustą niemiecką bramką, nie sięgnie krążka. Nigdy nie zapomnę poczucia wielkiego rozczarowania i uczucia głębokiego smutku, jakie jeszcze przez kilka następnych dni rozdzierały moje serducho nastoletniego kibica polskiej reprezentacji.

Cudu nie było. Polacy zdegradowani – doniesie nazajutrz krakowskie "Tempo". Niemcy, którzy 13 lat wcześniej, na mistrzostwach świata w Katowicach (tamten mecz pamiętała jeszcze para obrońców: Gruth-Potz, oraz kapitan rywali: Kiessling), strzałem Philippa na 21 sekund przed końcową syreną zrzucili Polaków do grupy B., teraz znów zafundowali nam spadek o poziom niżej. W Sztokholmie nasi hokeiści zagrali słabo, a w kilku meczach wręcz kompromitująco. Czuję się za to odpowiedzialny – mówił już po przylocie do kraju, Leszek Lejczyk, który złożył rezygnację z selekcjonerskiego stanowiska. Dymisja ostatecznie nie została jednak przyjęta, gdyż wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że to nie w Lejczyku tkwi problem rodzimego hokeja. Kapitan polskiego zespołu, Henryk Gruth, przyczyn porażki na szwedzkim turnieju upatrywał w braku kontaktów z silnymi przeciwnikami oraz absencji kilku czołowych graczy z olimpijskiej kadry z Calgary. Korespondent katowickiego "Sportu", Ryszard Szuster, na łamach swego pisma analizował: Siódme miejsce w Sztokholmie przyćmiłoby wiele spraw, których władze PZHL nie potrafią lub też nie chcą rozwiązać. Jeśli w decydującej fazie przygotowań do mistrzostw świata nie dochodzi do meczów kontrolnych, kadrowicze żywieni są w ramach jakiejś głodowej diety, do końca nie wiadomo, kto otrzyma paszport, a kto nie... Nie wiem czy pogrążona w błogim śnie centrala widzi niebezpieczeństwa. Myślę, że nie. Zawodnicy muszą wiedzieć, że mistrzostwo na krajowym podwórku nic nie znaczy. Aby zdali sobie z tego sprawę potrzeba jednak kontaktów z zagranicznymi rywalami. Ponadto nagminny u nas brak sprzętu, pieniędzy, dosłownie wszystkiego, a my chcemy walczyć z Kanadą czy RFN... Tego po prostu nie da się zrobić. Wkrótce ustąpimy miejsca Norwegom, Szwajcarom, a być może także i Włochom. Jakże proroczy charakter miało niestety wiele z tych refleksji...

Mimo wszystko, gdy dokładnie przed ćwierćwieczem, po szwedzkim turnieju, biało-czerwoni opuszczali ośmiozespołową, hokejową elitę (do której notabene zaliczały właśnie swój come back nasze reprezentacyjne zespoły U-20 i U-18), zapewne niewielu przypuszczało, że już nigdy do niej nie powrócą. Ba, że już nigdy potem nie uplasują się nawet w światowej pierwszej dziesiątce. Biało-czerwoni zagrali jeszcze trzykrotnie pośród najlepszych, ale zarówno w 1992 roku (turniej olimpijski w Albertville oraz mistrzostwa świata w Czechosłowacji), jak i w 2002 roku (mistrzostwa w Szwecji) było już to grono złożone z odpowiednio dwunastu i szesnastu ekip. Już nigdy więcej nie mieliśmy okazji, by konfrontować się na wielkim turnieju z zespołami ZSRR czy Kanady. Wraz ze zmianami geopolitycznymi kończyła się też ewidentnie pewna epoka w historii światowego hokeja. A nasz rodzimy, polski hokej wkroczył w ćwierćwiecze stopniowego ześlizgiwania się w przepaść, co opisywaliśmy na tym blogu szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku. Jeśli przyjrzymy się tabeli grupy B sprzed ćwierćwiecza, którą wygrała wówczas Norwegia, wkraczając w miejsce Polski do elity, to skonstatujemy, że wszystkie ekipy znajdujące się wówczas za plecami biało-czerwonych już dawno nas wyprzedziły. Czasy, gdy polscy hokeiści znaczyli cokolwiek w silnych ligach europejskich, a na turniejach mistrzowskich mogli skrzyżować kije z takimi legendami światowego hokeja, jak Kurri, Fietisow, Makarow, Łarionow, Krutow, Mogilny, Fiedorow, Kasatonow, Hawerchuk, LaFontaine, Hasek, Leetch, Bellows, Sandstroem czy Stevens pomieszkują już wyłącznie w krainie wspomnień. Dziś, w 25 lat od niedzielnej, sztokholmskiej porażki z RFN, hasło: Polska ósmą siłą na świecie i piątą na Starym Kontynencie brzmi, jak piękna bajka. Czy kiedykolwiek przemieni się ona jeszcze w rzeczywistość?

Przeczytaj także:

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.1

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.2

Awans i co dalej?

Pożegnanie z hokejowym świętem

Tak to się robi. Słoweńcy na medal

Olimpijskie blaski polskiego hokeja

Rosyjsko-fińska wojna zimowa na hokejowej tafli

Przełamując fale

Kolejne wielkie derby Poznania

poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Zambia, gdzie kobiety nienawidzą futbolu

W 1993 roku Freeman Chabala miał siedem lat.

- Nie rozumiałem tego, co się stało. Słyszałem tylko, że tata nie wróci, a ja zastanawiałem się - dlaczego?

Freeman ma teraz 28 lat, jest zawodowym piłkarzem. Joyce Chabala meczów syna - w przeciwieństwie do męża, bramkarza reprezentacji Zambii - nie ogląda.

- Bardzo tęsknię za moim mężem. 

Kiedy nasza reprezentacja wygrała Puchar Narodów Afryki w Gabonie, w Libreville, czułam się dziwnie. Było mi smutno, bo to było miejsce, gdzie zginął mój mąż. Nie czułam radości, gdy zobaczyłam rodaków z pucharem.

Nienawidzę futbolu.

Gdy słucham Joyce Chabali w świetnym dokumentalnym kawałku magazynu FIFA Futbol Mundial, przypomina mi się wypowiedź innej wdowy, Doreen Mankinki.

- Jak miałabym teraz oglądać piłkę nożną? Oglądałam mecze, bo grał mój mąż. Oglądałam jego grę, patrzyłam na niego. A kogo teraz mam oglądać? Dla mnie, piłka nożna umarła w tamtym samolocie.

Mija kolejna, 21. rocznica katastrofy samolotu z reprezentacją Zambii na pokładzie. Reprezentacji, która na igrzyskach w Seulu pobiła Włochów 4:0, a która była na najlepszej drodze do gry na mundialu w USA.

Dziesięć lat po katastrofie, w 2003 roku, Gabon sporządził raport, w którym winą za katastrofę obarczył pilota, wskazał też na awarię silników. To jednak tylko główne tezy, całość nie została upublicznione. Zambia od czasu katastrofy nie utrzymuje oficjalnych kontaktów z Gabonem.

Rodziny ofiar, których rzeczniczką jest właśnie Joyce Chabala, domagają się przedstawienia wszystkich ustaleń i pytają: - Czemu reprezentacja leciała 18-letnim samolotem, który wcześniej miewał usterki? Mamy prawo wiedzieć, co stało się tamtej nocy.

Derby Mankinka, mistrz Polski z Lechem Poznań z 1993 roku [tu szeroka notka o nim], w filmie nie zostaje wspomniany. Kolejne wątki z jego kariery są nie tyle utajnione, co trudne do odkrycia. W miarę możliwości staramy się do nich dokopać. Czasem udaje się to przypadkiem, jak przy rozmowie z Wojciechem Łazarkiem, który Mankinki nie wspomina z nazwiska, ale jak doda się dwa i dwa wychodzi, że polski trener prawie ocalił reprezentanta Zambii od śmierci.

Dokopaliśmy się np. do wycinków z wydawanego w Poznaniu dwutygodnika ''Kibic''. A w nim do tekstów red. Wojciecha Michalskiego.

Derby Mankinka, Lech Poznań

Akurat poza kadrem znalazło się parę najciekawszych wypowiedzi:

Kierownik Lecha Poznań Teodor Napiera: - W Poznaniu przez dwa miesiące mieszkał w hotelu, trenował i słuchał walkmana. Niewiele jadł. Obsługa hotelowej restauracji aż się dziwiła. Pamiętała Argentyńczyka Dario Rodrigueza, który mógł zjeść za trzech.

Dyrektor sekcji piłki nożnej Lecha Poznań, Stefan Antkowiak: - Szanuję decyzję trenera (...) Moim zdaniem, Mankinka nie otrzymał jednak należytej szansy na zaprezentowanie swoich walorów. Przyznam, że chcieliśmy ubarwić nieco naszą drużynę, przyciągnąć więcej kibiców na trybuny. (...) Zapewniliśmy mu utrzymanie, hotel oraz bilet na samolot. W sumie wydatki na tego gracza zamknęły się pomiędzy 60 a 70 milionów złotych. 

W końcu też - dzięki książce Romeo Ionescu (The Africa Cup of Nations 1957-2013. A statistical record - do kupienia na Sendsporcie, amazonach i ebayach) dokopałem się do wszystkich gier Mankinki w Pucharze Narodów Afryki.

Derby zagrał na tej imprezie nie tylko w 1990 i w 1992 roku, ale też w dwóch meczach w 1986 r. W sumie zagrał więc aż 10 meczów w PNA (to więcej niż Sekou Drame, Gift Muzadzi czy Dickson Choto, można sprawdzić całą listę).

B.

Czytaj też:

dużo weselsza historia Guy'a Armanda Feutchine'a

 

twitter: @Numer10

Polub Numer 10 na Facebooku. 

A najlepiej też Wydawnictwo Kopalnia, dzięki któremu będziemy w takim cudeńku.

piątek, 25 kwietnia 2014
Awans i co dalej?

To było ponad 21 lat temu. 25 marca 1993 roku, podczas mistrzowskiego turnieju grupy B na lodowisku w Eindhoven, stało się coś naprawdę istotnego i brzemiennego w skutki dla polskiego hokeja na całe następne lata. Tamten inauguracyjny mecz wciąż śni mi się po nocach – wyznawał, nieżyjący już dziś, ówczesny prezes PZHL, Bogdan Tyszkiewicz. Biało-czerwoni będący wówczas niemal stuprocentowym faworytem do natychmiastowego powrotu na elitarne salony, niewątpliwie zlekceważyli zespół Wielkiej Brytanii, który jeszcze rok wcześniej ślizgał się w grupie C.

Kto wie, co za kowboje przyjadą reprezentować Wielką Brytanię? Nikt ich nie widział, nikt ich nie zna – mówił na kilka dni przed odlotem na mistrzowski turniej, ówczesny drugi trener polskiej kadry, bohater legendarnego, zwycięskiego meczu z ZSRR z 1976 roku, Andrzej Tkacz. Brytyjczycy przywieźli wówczas do Holandii zespół na pokładzie z aż dziewięcioma graczami, którzy hokejowego rzemiosła uczyli się za oceanem. Choć jeszcze na kilkanaście minut przed końcem spotkania, Polacy prowadzili po golach Zdunka, Cholewy i Klisiaka 3:2, ostatecznie to jednak Wyspiarze zjeżdżali z lodu w glorii sensacyjnych zwycięzców. Kierownictwo polskiego hokejowego związku nawet nie ukrywało, że uznało Brytyjczyków za zespół niegodny podejmowania wysiłku rozpoznania rywala. O ich drużynie w naszym sztabie nie wiedziano kompletnie nic. Zaskoczenie było pełne. Przecież jeszcze w lutym, na miesiąc przed mistrzostwami świata, Brytyjczycy wyraźnie ulegli Holendrom. I to nas w pewnym sensie uspokoiło – przyznawał z rozbrajającą szczerością prezes Bogdan Tyszkiewicz. Inauguracyjnej wpadki nie udało się już biało-czerwonym nadrobić. Choć podopieczni Łotysza Ewalda Grabowskiego (jeszcze z legendarnym Henrykiem Gruthem w składzie, lecz bez Mariusza Czerkawskiego, walczącego wówczas w barwach drugoligowego, szwedzkiego Hammarby o awans do Elitserien) wygrali bardzo pewnie swoje wszystkie pozostałe mecze w turnieju, a Brytyjczycy mieli w kilku spotkaniach bardzo poważne problemy, to jednak właśnie Wyspiarze z kompletem punktów sensacyjnie awansowali do hokejowej elity. Cóż z tego, że sam selekcjoner szczęśliwych zwycięzców, Alex Dampier, uczciwie przyznawał: Reprezentacja Polski była najlepszą drużyną tych mistrzostw. Jednak to nam udało się awansować. Taki czasem jest sport. Szansa zaprzepaszczona na własne życzenie niosła ze sobą bardzo poważne konsekwencje dla polskiego hokeja. Na zapleczu elity ugrzęźliśmy bowiem na dobre kilkanaście lat (nie licząc jednorocznej efemerydy powrotnej do grona najlepszych w 2002 roku), a polski hokej ześlizgiwał się stopniowo po równi pochyłej, o czym pisaliśmy swego czasu znacznie szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku.

Sobotni, popołudniowy mecz z Brytyjczykami żadnymi przykrymi konsekwencjami na szczęście nam nie grozi. Od kilkudziesięciu godzin radujemy się już bowiem z powrotu naszych hokeistów na zaplecze światowej elity. Docenić wypada również fakt, iż podopieczni Igora Zacharkina zaprezentowali się na wileńskim lodzie naprawdę całkiem przyzwoicie. Kowalówka, Malasiński, Kolusz, Laszkiewicz, Łopuski, Chmielewski, Dziubiński i spółka potrafili zademonstrować na Litwie hokej ciekawy i poukładany. Trudno nie dostrzec dość wyraźnego postępu w grze tej drużyny, odkąd dostała się ona w ręce rosyjskiego duetu Zacharkin-Bykow. Biało-czerwoni w każdym ze swych spotkań udowodnili, że są zespołem lepszym, dojrzalszym i skuteczniejszym od rywala. Najtrudniejszym pojedynkiem okazał się być ten toczony przeciw gospodarzom imprezy, grającym twardo, nieustępliwie, dowodzonym na lodzie przez swego kapitana, występującego na co dzień w NHL – Zubrusa, a wspomaganym dopingiem własnych kibiców, dość żywo wyrażających swe niezbyt przychylne nastawienie do polskiej drużyny, by na eufemizmie poprzestać. Niewątpliwie cieszą również pewne zwycięstwa po mądrej grze nad Holendrami i Chorwatami. Przyznam szczerze, że gdzieś tam podświadomie, mimo naprawdę niezłej postawy naszego zespołu w poprzednich spotkaniach, obawiałem się możliwości powtórki z brytyjskiej wpadki sprzed dwóch dekad, tym razem z chorwacką flagą w tle. Oto znów przyjeżdża nieco lekceważony beniaminek z kilkoma naturalizowanymi graczami zza oceanu (Letang grywał przecież nawet w NHL), który odnosi niespodziewane, wysokie zwycięstwa nad teoretycznie wyżej notowanymi zespołami Wielkiej Brytanii i Holandii. Na szczęście Polacy okazali się być od Chorwatów po prostu lepsi. Awans jest więc dla biało-czerwonych premią jak najbardziej zasłużoną. Warto go docenić, bo przez ostatnie dwa lata biliśmy się o niego bezskutecznie. Warto się z niego ucieszyć. Warto też jednak zastanowić się co dalej z tym naszym polskim hokejem? Co z życiem po awansie, które na dobrą sprawę zacznie się już jutro?

Wciąż więcej pytań niż odpowiedzi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż  polska kadra będzie musiała pożegnać się z rosyjskimi szkoleniowcami, którzy na swój codzienny, petersburski chleb będą teraz pracować w KHL. Dobrze byłoby, gdyby w ich miejsce trafił do boksu polskiej reprezentacji trener gwarantujący swym nazwiskiem kontynuację marszu w słusznym kierunku.

Wciąż nie mamy rozsądnego, spójnego, szeroko zakrojonego programu szkolenia młodego, hokejowego narybku. Oczywistym wydaje się również postulat, iż wszystkie kluby z dwu najwyższych poziomów rozgrywkowych w naszym kraju powinny posiadać zespoły młodzieżowe. Warto też zdać sobie wreszcie sprawę, że bez w pełni profesjonalnej, zawodowej ligi, nie mamy co marzyć o stworzeniu podwalin pod progres polskiego hokeja.

Wreszcie dwie kwestie, które od dawna elektryzują wielu fanów lodowej dyscypliny sportu, a które w sposób nie tylko doraźny mogłyby podleczyć poziom naszego rodzimego hokeja. Kwestia naturalizacji zawodników do gry w reprezentacji oraz stworzenia zespołu, który mógłby występować w rosyjskiej KHL, austriackiej EBEL czy choćby w lidze słowackiej. Podczas igrzysk w Soczi zachęcaliśmy, by przyjrzeć się nieco bliżej fenomenowi słoweńskiego hokeja, na pierwszy rzut oka pozbawionego zasobów ludzko-infrastrukturalnych, a który w Rosji święcił triumfy wchodząc do olimpijskiego ćwierćfinału. Ale spójrzmy też choćby i nawet na Chorwatów. Jeszcze cztery lata temu na MŚ I Dywizji gr. B w Ljubljanie wysoko przegrali oni wszystkie swoje mecze i spadli z niej z hukiem. Dziś wyraźnie ogrywają Holendrów i Brytyjczyków, a i dla biało-czerwonych wcale nie byli wyłącznie tłem na lodowej tafli, jak bywało to jeszcze kilka lat temu. W kraju tym, posiadającym zaledwie dwa lodowiska, funkcjonuje zespół występujący w KHL. Nic to, że o sile Medvescaka Zagrzeb stanowią gracze z innymi niż chorwackie paszportami. Niedźwiedź z Zagrzebia jest bowiem sprawcą wspaniałej promocji hokeja w chorwackiej krainie. A to stopniowo, powolutku będzie napędzać koniunkturę, budować infrastrukturę, co z kolei niewątpliwie przełoży się z czasem również na konkretne wyniki. To prawda, że zaledwie czterech hokeistów Medvescaka (Letang, Waugh, Martinovic, Kostovic) grających na wileńskim turnieju, występowało w minionym sezonie w Lidze Kontynentalnej, lecz będzie ich zapewne systematycznie przybywać. Zgodnie z przepisami IIHF, chorwacki związek będzie naturalizował kolejnych graczy, którzy zaliczą wymagany, pełny, dwuletni zawodniczy staż w Zagrzebiu. W tak dobrym towarzystwie dojrzewać będą również talenty rodzimego narybku, to logiczne. Już teraz młody Rendulic jest znaczącą postacią w fińskim HPK. Dziś jeszcze Hrvatska z nami przegrywa, ale czy przegrywać będzie również za dwa, trzy lata, czy też raczej zasili liczne grono zespołów, takich jak choćby Austria, Słowenia, Dania lub Węgry, które niegdyś zbierały od nas cięgi, lecz na przestrzeni ostatnich dwóch dekad pokazały nam plecy? 

Po światowych lodowiskach jeździ ponad pół setki hokeistów o polskich korzeniach. Może warto byłoby wreszcie zainteresować się możliwością budowania, również w oparciu o nich, siły polskiego hokeja. Podjęcia próby stworzenia zespołu, który mógłby zahaczyć się o KHL czy choćby EBEL, mając możliwość regularnego ogrywania się z lepszymi od siebie. A w konsekwencji budowania silnej reprezentacji, która przecież zawsze jest najważniejszą wizytówką każdej dyscypliny sportu. Gdzieś tam po środowisku grasuje również myśl, by z najmłodszych, najzdolniejszych polskich hokeistów zbudować zespół, który przecierałby się i ogrywał w lidze słowackiej. Pomysłów bardziej i mniej ciekawych naprawdę nie brakuje. Wiele rzeczy rozbija się jednak o aspekt ekonomiczny oraz o wizję realizacji pewnych przedsięwzięć. Oby nowi sternicy polskiego hokeja, których za jakiś czas poznamy, byli ludźmi świadomymi celu i sposobu w jaki ów cel zamierzają zrealizować. A póki co, dla naszych hokeistów i sztabu szkoleniowego, za powrót na zaplecze hokejowej elity, po prostu wielkie dzięki!

czwartek, 24 kwietnia 2014
Przemiany zarostu

Niezwykłe koło zatoczyła wczoraj historia, a w jej centrum znalazł się Iker Casillas. I jego zarost.

Maj 2000, półfinał Ligi Mistrzów, Real Madryt - Bayern Monachium.

Naszpikowany gwiazdami i upokorzony przez Manchester w finale poprzedniej edycji Ligi Mistrzów (słynne 1:2) Bayern pewnie parł do zwycięstwa w sezonie 1999/2000. Dość powiedzieć, że w drodze do półfinału nie przegrał żadnego spotkania. Na przeciwko niego stawał Real, który to Bawarczycy w fazie grupowej dwukrotnie boleśnie obili (2:4 i 1:4). Do tego Królewskimi wstrząsały konflikty wewnętrzne, związane przede wszystkim z obecnością Nicolasa Anelki - ceny jego transfery i jego rażącej nieskuteczności. Francuz do czasu dwumeczu z Bayernem strzelił tylko jedną bramkę i już został okrzyknięty największą pomyłką w dziejach madryckiego klubu. Faworyt był więc znany jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Tymczasem Real sprezentował Niemcom przykrą niespodziankę. W pierwszym spotkaniu przegrał 1:2, by w rewanżu wygrać 2:0.

Bohaterami dwumeczu byli właśnie Anelka i Casillas. Ten pierwszy strzelił Bayernowi dwie z siedmiu bramek, które zdobył on w ogóle dla Królewskich. Drugim zaś został golkiper, który dopiero dwa tygodnie później miał obchodzić 19. urodziny! Chłopak najpierw wygryzł z bramki Bodo Ilgnera, a później sprawił, że na jego punkcie oszalała cała Hiszpania. W dwumeczu zaprezentował się genialnie, blokując drogę do siatki po strzałach gwiazd monachijskiego FC Holywood. Królewscy awansowali do finału i to właśnie swojskiego Ikera, a nie zadufanego Anelkę, fani nosili na rękach.

"Zatrzymał nas dzieciak, który nie ma jeszcze nawet zarostu!" - wściekał się po spotkaniu Uli Hoenness. Nie miał, ale wąs nie okazał się niezbędny do bronienia strzałów Effenberga i spółki.

Kwiecień 2014, półfinał Ligi Mistrzów, Real Madryt - Bayern Monachium.

Minęło 14 lat i obie ekipy znowu spotkały się w półfinale najważniejszych klubowych rozgrywek. Casillas w tym czasie doświadczył pełni sportowych doznań - pięciokrotnie zostawał mistrzem Hiszpanii, dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów, jest mistrzem Europy 2008 i 2012 oraz mistrzem świata 2010. Doświadczał również momentów trudnych. Na ławkę Realu posyłali go Vicente Del Bosque, Jose Mourinho, a ostatnio w krajowej lidze zabrania mu grać Carlo Ancelotti.

W Lidze Mistrzów grać może, dzięki czemu wystąpił wczoraj w meczu z Bayernem. Bronił pewnie, a w końcówce spotkania uchronił swój zespół przed utratą bramki po uderzeniu Mario Goetze. Magia trwa, życie toczy się dalej.

Uważni obserwatorzy dojrzeli na twarzy Casillasa lekki zarost.

P.

środa, 23 kwietnia 2014
Niespodzianka dla seniora

Petr Cech to zmora rezerwowych golkiperów. W ostatnich pięciu sezonach zawsze zaliczał on dla Chelsea powyżej czterdziestu spotkań w różnych rozgrywkach. Sprawiał tym samym, że wszyscy jego potencjalni zmiennicy liczący na występy między słupkami zmieniali klub (Ross Turnbull - 19 występów wszelakich (!) w latach 2009 - 2013; transfer do Doncaster Rovers) albo zawieszali swoje ambicje na wieszaku (Hilario - ostatni raz zagrał w sierpniu 2011 roku).

Trudno więc dziwić się 41-letniemu Markowi Schwarzerowi, że z uśmiechem podpisał on latem 2013 roku kontrakt z Chelsea. Dla takiego krzepkiego jeszcze seniora perspektywa przedłużenia sobie zawodowego życia poprzez kontakt z ławką lub trybunami znanej drużyny, to przecież bardzo miła sprawa. Kto wątpi, ten niech spyta Jerzego Dudka :)

Tak więc Australijczyk miło sobie trenował na Stamford Bridge. Mourinho posyłał go w bój tylko w meczach wyjątkowo letnich - spotkaniach FA Cup, League Cup albo w nic nie znaczącym już spotkaniu Ligi Mistrzów (grudniowy ze Steauą). Pewnym zaskoczeniem był już więc jego występ w ostatnim spotkaniu ligowym z Sunderlandem. Może Mou miał jakąś intuicję?

Ciekawe więc jak czuł się wczoraj Schwarzer wchodząc na boisko w półfinale LM. W rozgrywkach, które liznął dopiero kilka miesięcy wcześniej w trykocie The Blues. Na boisku, gdzie toczyły się właśnie zapasy zakapiorów i z pewnością nikt szacunku seniorom okazywać nie planował. Kości wytrzymają? Zadyszka nie chwyci? Nerwy nie sparaliżują ruchów? Dam radę jeszcze tak się wygiąć, żeby wyciągnąć piłkę lecącą tuż przy słupku? W dobie futbolu gladiatorów, gdzie nawet silni jak tury dwudziestolatkowie ledwo sobie radzą wydolnościowo, obecność kończącego w październiku 42-letniego golkipera była niczym wizyta ufoludka z planety Melmac. Ufoludek jednak się sprawdził i wybronił Chelsea przynajmniej dwie groźne sytuacje.

Jak zagra w rewanżu? Poradzi sobie z inną już adrenaliną?

Schwarzer powinien objąć patronat nad wszystkimi projektami związanymi z aktywizacją społeczną seniorów. "Byłem po czterdziestce, gdy znalazłem swoją wymarzoną pracę!".

P.

 
1 , 2