Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 29 kwietnia 2017
Jacek Kazimierski czyli dzieje jednego pocisku

KGrHqRHJCoFHK5fnHieBR3ErY8z60_35

To mogła być naprawdę wielka europejska kariera między słupkami. Jacek Kazimierski był bramkarzem zupełnie wyjątkowym, obdarzonym niezwykłym talentem, bardzo sprawnym fizycznie, wręcz spektakularnie wygimnastykowanym oraz interweniującym w sposób niezwykle efektowny i widowiskowy. Jednak, jak trafnie zauważył w swej nieocenionej „Encyklopedii piłkarskiej” Andrzej Gowarzewski: Obok znakomitych spotkań miał zbyt wiele nieudanych zagrań i nie zawsze do końca zrozumiałych, aby stać się legendą. Jedno z takich właśnie, delikatnie mówiąc, niezrozumiałych zagrań, które wywarło kolosalny wpływ nie tylko na całą sportową przyszłość Kazimierskiego, ale też na sposób, w jaki po upływie trzech dekad nadal jest on postrzegany przez piłkarskich kibiców w Polsce, miało miejsce dokładnie przed trzydziestu laty, w chłodny i wietrzny, kwietniowy wieczór na wypełnionym przez siedemdziesięciotysięczną widownię Stadionie Olimpijskim w Atenach.

Aby spróbować zrozumieć o jak wielkich umiejętnościach bramkarzem był Kazimierski, wsłuchajmy się w opinię człowieka po fachu, jednego z najlepszych polskich golkiperów lat 90., Macieja Szczęsnego, który w książce Piotra Jagielskiego „Legia Mistrzów”, tak wspomina swe zetknięcie z wychowankiem stołecznej Agrykoli: Jacek Kazimierski był ode mnie dziesięć razy lepszym bramkarzem. Nie dwa, nie trzy, tylko dziesięć. Pod każdym względem. Był silniejszy, sprawniejszy, szybszy. Technicznie po prostu mnie przerastał. Na treningach nakrywał mnie czapką. Nie istniałem przy nim. Jedyny nasz bramkarz, który dwukrotnie zagrał z polskim klubem w Champions League, a przy tym i sam kilkukrotnie dostąpił zaszczytu bronienia dla polskiej reprezentacji, wyraźnie przy tym zaznacza, że nie jest to jego subiektywny pogląd, lecz po prostu obiektywny fakt. Dotarło do nas, jak bardzo jesteśmy w jego towarzystwie nie na miejscu. Moglibyśmy we dwóch wejść do tej bramki i we dwóch łapać piłki, a i tak nie obronilibyśmy tego, co on w pojedynkę - kontynuuje Szczęsny swe wspomnienia o tym, jak wraz z Robakiewiczem podglądali na wspólnych treningach popisy Kazimierskiego między słupkami.

Jednak istnieje też inna perspektywa w obrazie postaci Jacka Kazimierskiego. Choćby taka, jaką nakreślił w swej autobiografii „Dziekan”, jego kolega zarówno z klubowej, jak i reprezentacyjnej szatni, Dariusz Dziekanowski, który potwierdzając ogólnie znane walory bramkarskie Kazimierskiego, takie jak skoczność, sprawność czy wyjątkowa dynamika, dodaje jednak również: Miał jedną wadę, która uniemożliwiła mu wspięcie się na najwyższy poziom: przed ważnymi spotkaniami adrenalina nie pozwalała mu na pokazanie wysokich umiejętności. Niestety, nie potrafił tego ukryć, a mało rzeczy działa bardziej deprymująco na drużynę niż bramkarz, który ma strach w oczach… Niesamowite interwencje przeplatał głupio puszczonymi babolami. W Legii nie pałaliśmy do siebie nadmierną sympatią; raziło mnie w nim nadmierne cwaniactwo (mam na myśli zachowanie poza boiskiem).

Andrzej Iwan w fascynującej autobiografii „Spalony”, spisanej przez Krzysztofa Stanowskiego, tak opisuje jednego ze swych najbliższych boiskowych przyjaciół: Jacek Kazimierski, pierwszy playboy stolicy, wyluzowany warszawiaczek, który żył w zbyt szarych dla siebie czasach. Ale na ile mógł, na tyle dodawał im kolorytu. Jest stare piłkarskie powiedzenie, że dwie pozycje w zespole zawsze obsadzone są przez ludzi niespełna rozumu – bramka i lewe skrzydło. Jacek w młodości grał na skrzydle i zgaduję, że musiało być właśnie lewe. W czasie zgrupowania kadry juniorów opowiadał kiedyś mnie i Krzyśkowi Budce:

- Grałem na skrzydle i... nagle w pobliskim kościele zabiły dzwony. Wtedy poczułem powołanie. Zrozumiałem, że muszę grać na bramce.

Czyli świr.

Rozmawiać można z nim było godzinami. Do Jacka – niczym do Don Juana – w młodości lgnęły dziewczyny, a on niezbyt stanowczo się bronił. Słuchaliśmy więc opowieści o jego miłosnych podbojach, a były to opowieści barwne.

Gdy 19-letni Jacek Kazimierski przechodził z macierzystej, stołecznej Agrykoli do prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua Legii, kończył w niej właśnie powoli swą przygodę, szykujący się do przenosin na Wyspy, Kazimierz Deyna. Wczesną piłkarską jesienią 1978 roku, młodziutki bramkarz zdąży jeszcze siedmiokrotnie wystąpić w barwach warszawskiej Legii wespół z legendą polskiego futbolu. W tym samym czasie Jacek Kazimierski wraz z prowadzoną przez trenera Zientarę polską kadrą juniorów wywalcza trzecie miejsce na turnieju UEFA, a rok później, na przełomie sierpnia i września 1979 roku, będzie jednym z bohaterów (w ćwierćfinałowej, zwycięskiej serii rzutów karnych obroni aż dwie jedenastki egzekwowane przez Hiszpanów - Joaquina i Tendillo) biało-czerwonej młodzieżówki, która podczas rozgrywanych na japońskich boiskach Mistrzostw Świata zajmie czwarte miejsce. Wraz z Maradoną, Zawarowem i kilkoma innymi graczami zostanie Kazimierski przez organizatorów imprezy wyróżniony mianem wschodzącej gwiazdy futbolu.

Opromieniony tymi sukcesami, już pod trenerskim okiem Lucjana Brychczego, na dobre wygryzie teraz z warszawskiej bramki Krzysztofa Sobieskiego i odtąd jego pozycja między słupkami stołecznego klubu stanie się niezagrożona na całe następne lata, bez względu na to, czy szkoleniowcem Legii będzie Kazimierz Górski, Jerzy Kopa czy Jerzy Engel. W czerwcu 1980 roku po uważanym za jedno z najlepszych spotkań w całej historii warszawskiej Legii, a jednocześnie naznaczonym tragicznymi wydarzeniami w Częstochowie zwycięstwie nad Lechem 5:0, Kazimierski wraz z kolegami zdobywa swe pierwsze klubowe trofeum - Puchar Polski. Tuż przed przerwą finałowego spotkania, bramkarz Legii obroni nawet egzekwowany przez Romualda Chojnackiego rzut karny. Rok później młody golkiper wzniesie w górę wspomniane trofeum raz jeszcze, po finałowej wiktorii nad Pogonią Szczecin.

Na przełomie stycznia i lutego 1981 roku, w dalekim Kraju Kwitnącej Wiśni, nieco niepostrzeżenie dla samego siebie Kazimierski zaliczy też pierwsze występy w polskiej reprezentacji A. Na skutek rezygnacji z wyjazdu na zakontraktowane wcześniej mecze do Japonii przez seniorską kadrę, udaje się tam wprawdzie młodzieżowa ekipa pod wodzą Waldemara Obrębskiego (m.in. z Ostrowskim, Matysikiem czy Okońskim na pokładzie), ale zgodnie z umową pomiędzy PZPN a japońską federacją, gra ona pod szyldem pierwszej reprezentacji Polski z pierwszą kadrą gospodarzy. Wszystkie te cztery mecze Polacy wyraźnie wygrywają, a Kazimierski zagra w aż trzech z nich, jedynego gola tracąc po strzale z rzutu karnego. Na „prawdziwy” debiut w dorosłej kadrze biało-czerwonych bramkarz Legii nie czeka zbyt długo, bo już w niespełna dwa miesiące po japońskiej eskapadzie wybiegnie na stadion w Bukareszcie, wystawiony do bramki przez debiutującego właśnie na selekcjonerskim stanowisku Antoniego Piechniczka. Polacy przegrają z Rumunami 0:2, a Kazimierskiego już do przerwy pokonają sławy tamtejszego futbolu: Rodion Camataru i Anghel Iordanescu. Po tym spotkaniu Kazimierski musi dłuższy czas poczekać na swoją kolejną szansę od Piechniczka. Ten stawia wyraźnie na Młynarczyka, a dla bramkarza Legii zaczyna brakować miejsca nawet na ławce rezerwowych, na której znacznie częściej siada teraz Piotr Mowlik.

Na hiszpański mundial Jacek Kazimierski zdołał się jednak załapać i we wszystkich spotkaniach (poza meczem o 3 miejsce, gdy ustępuje miejsca Mowlikowi) siada na ławce w swetrze z numerem 21, pełniąc rolę rezerwowego dla niezawodnego na tym turnieju w wymiarze sportowym Młynarczyka. Na boisko wybiegnie Kazimierski w reprezentacyjnym stroju jednak dopiero niespełna półtora roku po rumuńskim występie. W pierwszym pomundialowym meczu biało-czerwonych, bramkarz Legii będzie uczestnikiem powołanej przez Edmunda Zientarę, choć prowadzonej przez Piechniczka ekipy, która spektakularnie rozbije Francuzów na Parc des Princes aż 4:0. Dzięki temu 8 września 1982 roku Kazimierski po raz pierwszy dostanie swą szansę w meczu o punkty. W Kuopio Polacy, będący wówczas trzecią futbolową siłą na świecie, na inaugurację swych zmagań o udział w Euro ‘84 prowadzą już z Finami 3:0, ale w ostatnich dziesięciu minutach spotkania zamienia się ono w istny horror dla biało-czerwonych. Bramkarz Legii zostaje pokonany aż dwukrotnie w odstępie kilkudziesięciu sekund, a nasi reprezentanci ledwo dowożą do końcowego gwizdka szczęśliwe, choć jeszcze kilka chwil wcześniej wydawałoby się, pewne zwycięstwo.

Niewątpliwie moment ważnej próby w stroju z orzełkiem na piersi przychodzi dla Kazimierskiego 10 października 1982 roku. Wtedy to po raz pierwszy i ostatni zarazem ma miejsce sytuacja, że to Jacek Kazimierski stoi w reprezentacyjnej bramce, a na ławce rezerwowych w roli zmiennika siada Józef Młynarczyk. Eliminacyjny mecz z Portugalią ma naprawdę kluczowe znaczenie. Na wypełnionym przez siedemdziesiąt tysięcy kibiców słynnym lizbońskim Estadio da Luz, Kazimierski popełnia jednak jeden z większych błędów w całej swej bramkarskiej karierze. Już w drugiej minucie meczu w fatalnym stylu przepuszcza strzał Nene. Ów gol już na wstępie ustawia nie tylko przebieg tego arcyważnego spotkania, które Bohaterowie mórz wygrają ostatecznie 2:1, ale i w pewnym sensie całe dalsze eliminacyjne zmagania. Portugalczycy okażą się być wspaniałą drużyną, która z francuskiego Euro przywiezie później brązowe medale, będąc dosłownie o krok od czegoś znacznie więcej. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, iż był to jeden z istotniejszych momentów w reprezentacyjnej karierze Jacka Kazimierskiego, gdyż lizboński wieczór w ogromnej mierze przekreślił go w oczach Piechniczka jako potencjalnie wartościowego kandydata do rywalizacji o miejsce w bramce ze znakomitym Młynarczykiem. W wydanej całkiem niedawno książce Pawła Czado i Beaty Żurek „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, były selekcjoner mówiąc o tamtym wydarzeniu i samym bramkarzu Legii niespecjalnie bawi się w owijanie w bawełnę: Do dziś mam pretensje do Jacka Kazimierskiego. Pod nieobecność Młynarczyka wielokrotnie dawałem mu szansę, a on wielokrotnie mnie zawodził, wpuszczał głupie bramki, jakie nie przystoją reprezentantowi kraju. Tak było choćby w tym ważnym meczu z Portugalią. Potem się tłumaczył, że bark go bolał, choć przed meczem się nie skarżył. Zawiodłem się na nim. Każdy ceni bramkarza, który potrafi wygrać mecz. Jacek taki nie był. Nigdy się nie zdarzyło niestety, żeby Kazimierski wygrał nam jakiś mecz.

Bramka stracona na lizbońskim Stadionie Światła nie była pierwszym w karierze Kazimierskiego spektakularnym farfoclem przepuszczonym przez niego do bramki w ważnym meczu. Nieco ponad pół roku wcześniej, w obecności osiemdziesięciu tysięcy widzów na stadionie w Tbilisi, podczas ćwierćfinałowej batalii o Puchar Zdobywców Pucharów z miejscowym Dinamem, Gruzini wygrali 1:0 po golu strzelonym z połowy boiska. Nawet słynący ze spokoju i łagodności, prowadzący wówczas warszawską Legię Kazimierz Górski, żalił się po meczu polskiej prasie, że strata takiego gola mogłaby zdenerwować nawet anioła. Kazimierski się zagapił, za późno interweniował. Takich błędów nie może popełniać zespół nawet średniej klasy.

Po porażce z Portugalią droga Jacka Kazimierskiego do reprezentacyjnej bramki znacznie się wydłużyła. Bramkarz Legii następnym razem stanął między słupkami w reprezentacyjnym stroju dopiero po upływie niespełna dwóch lat, kiedy to w lecie 1984 roku nasza kadra towarzysko zremisowała w Drammen z Norwegią 1:1. Kazimierski wystąpił też w dwóch kolejnych, zwycięskich tym razem towarzyskich spotkaniach z Finlandią i Turcją, zachowując w nich czyste konto, a 17 października 1984 roku po upływie ponad dwóch lat od feralnej lizbońskiej wpadki, znów dostał od Piechniczka szansę w meczu o punkty. Na inaugurację zmagań o meksykański mundial, Polacy podejmowali w Zabrzu Greków. Na przerwę goście schodzili z dość niespodziewanym prowadzeniem po trafieniu głową Mitropoulosa, ale Smolarek i Dziekanowski swymi golami, poprowadzili biało-czerwonych do zwycięskiego otwarcia. Dwa tygodnie później Kazimierski znów stanął między słupkami w kolejnym meczu o eliminacyjne punkty, zremisowanym w Mielcu z Albanią 2:2. Rok 1984 zamykała kadra Piechniczka prestiżowym, choć towarzyskim spotkaniem z Włochami. Na stadionie w Pescarze po czerwonej kartce dla Wdowczyka, Polacy niemal całą drugą połowę zmuszeni byli grać w liczebnym osłabieniu, dzięki czemu stojący w naszej bramce Jacek Kazimierski na bezczynność na pewno nie miał prawa narzekać. Bronił naprawdę nieźle, jednak w ostatnich kilkunastu minutach dwukrotnie dał się pokonać piłkarzom aktualnych wówczas mistrzów świata. Drugie trafienie, uzyskane już w doliczonych sekundach meczu przez Di Gennaro niewątpliwie obciąża bramkarskie sumienie Kazimierskiego. Włoch strzelał bowiem z dobrych 25 metrów w sam środek bramki, czyli dokładnie tam, gdzie stał nasz golkiper.

Niespełna dwa miesiące później, u progu lutego 1985 roku, miały miejsce kolejne wydarzenia, które podobnie jak wspomniany wcześniej lizboński wieczór, mocno skomplikowały sytuację Kazimierskiego w kadrze Piechniczka. Biało-czerwoni pojechali na kilkunastodniowe tournee po Meksyku i Kolumbii. Otwierające całą eskapadę spotkanie z przygotowującym się do roli organizatora przyszłorocznego mundialu Meksykiem, okazało się wielką klęską polskiego zespołu. Na właśnie otwartym stadionie w Queretaro, w obecności czterdziestotysięcznej widowni, podopieczni Piechniczka byli tylko tłem dla świetnie grających rywali, którzy rozbili ich 5:0. Kazimierski znów nie ustrzegł się kilku poważnych błędów, choć w sposób ewidentny zawinił raczej wyłącznie przy drugim golu, gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego po prostu wypuścił piłkę z rąk. A kiedy w 70 minucie Negrete strzelił głową piątego gola dla gospodarzy, polski selekcjoner tak się zdenerwował na bramkarza Legii, że w trybie pilnym zdjął go z boiska, zastępując debiutującym tego dnia w narodowej bramce, 30-letnim Eugeniuszem Cebratem. W następnych dwóch spotkaniach podczas meksykańsko-kolumbijskiego tournee między słupkami stawał już Cebrat (stracił w nich łącznie cztery gole), a Kazimierski choć wrócił jeszcze do polskiej bramki na ostatni mecz amerykańskiej eskapady, przegrany z Kolmbią w Cali 0:1, to nad jego dalszą reprezentacyjną karierą w kadrze Piechniczka znów zebrały się gęste czarne chmury. Odtąd to raczej Cebrat traktowany był jako zmiennik Młynarczyka w ważnych meczach o punkty oraz ten, na którego stawiał selekcjoner w towarzyskich potyczkach. Powołania dostawali też Bolesta, Jojko i Wandzik.

Jesienią 1985 roku o tym, jak ambiwalentne uczucia swą boiskową postawą potrafi wzbudzić pośród kibiców, sam golkiper Legii postanowił przypomnieć również w klubowym stroju. Na sekundy przed końcem rewanżowego spotkania rozgrywek o Puchar UEFA, przy premiującym warszawski zespół awansem kosztem Videotonu remisie 1:1, warszawski bramkarz zechciał zagrać na nerwach kibicom przy Łazienkowskiej. Kazimierski wdał się w drybling z jednym z węgierskich piłkarzy, jednak to bratanek przechytrzył polskiego golkipera i gdyby nie interwencja Kubickiego, który rozpaczliwie wybijał zmierzającą do pustej bramki piłkę, wysiłek całego zespołu w pucharowym dwumeczu zostałby zaprzepaszczony w jednym momencie.

Bardzo późną jesienią legioniści kontynuowali swą europejską przygodę tocząc niezapomniane boje z Interem Mediolan. Kapitan Legii dzielnie strzegący jej bramki, znakomicie zagrał szczególnie w listopadowym, zremisowanym bezbramkowo meczu na San Siro. Zresztą w obu spotkaniach z wielkim Interem Kazimierski w regulaminowym czasie nie dał się pokonać ani razu, mimo że przecież w barwach Nerazzurrich miał kto ukąsić, bo grały tam takie sławy, jak Altobelli, Rummenigge czy Brady. Dopiero na 10 minut przed końcem dogrywki Fanna strzałem głową z bliskiej odległości zaskoczył Kazimierskiego i przesądził o awansie faworyta.

Po powrocie z nieszczęśliwego meksykańsko-kolumbijskiego tournee Jacek Kazimierski zaliczył jeszcze tylko drugą połowę kwietniowej, wygranej 2:1, towarzyskiej potyczki z Finlandią w Opolu (przepuścił strzał głową Ukkonena) i na tym tak na dobrą sprawę zakończył swe czynne występy w reprezentacji prowadzonej przez Antoniego Piechniczka. Bramkarz Legii zasiadł co prawda na ławce rezerwowych (ale już w towarzystwie Cebrata) w eliminacyjnych, wyjazdowych potyczkach z Grecją i Albanią, ale na kluczowe mecze z Belgią nawet nie został już powołany. Mimo to, wiosną 1986 roku, w ostatniej fazie przygotowań do meksykańskiego mundialu, w towarzyskich potyczkach z Hiszpanią i Danią znów siedział już na ławce będąc jedynym potencjalnym zmiennikiem dla Młynarczyka. Wychowanek Agrykoli otrzymuje też upragnione powołanie na Mexico ’86. Podczas mundialu Jacek Kazimierski ubrany z bluzę z numerem 12 na plecach, dwukrotnie usiądzie na ławce rezerwowych, w otwierającym polskie zmagania na tym turnieju meczu z Marokiem oraz podczas dotkliwej porażki z Brazylią (w dwóch pozostałych spotkaniach rolę tę pełni Józef Wandzik), stając się jedynym w dziejach polskiego futbolu bramkarzem, który choć pojechał aż na dwa turnieje mistrzostw świata to jednak w żadnym z nich nie zagrał choćby przez sekundę. Kazimierski w meksykańskim słońcu mógł za to z całkiem bliska przyglądać się, jak zmierzch reprezentacyjnej kariery Młynarczyka znaczony jest bolesnymi błędami, nie mniej przecież spektakularnymi niż jego własne. Józef Młynarczyk zalicza straszne bramkowe wpadki już w przedostatnim meczu przed mundialem, przegranym z Hiszpanią 0:3, gdzie widowiskowo zawala dwa ostatnie gole. A bramka dopełniająca hat-trick Linekera oraz efektowny gol brazylijskiego obrońcy Josimara podczas polskich potyczek w trakcie Mexico ’86, również dobitnie przekonują, że piękna epoka Młynarczyka w reprezentacyjnej bramce dobiega nieuchronnego kresu. Gdy po mundialu z prowadzenia kadry rezygnuje Piechniczek, rywalizacja o miejsce między słupkami otwiera się na nowo, gdyż świeżo upieczony selekcjoner – Wojciech Łazarek, zasłużonego Młynarczyka nigdy już do prowadzonej przez siebie reprezentacji nie powoła.

Początkowo Łazarek planuje oprzeć polską bramkę na duecie Bolesta-Kazimierski, przy czym wydaje się, że nieco wyżej ceni jednak tego pierwszego. W swym selekcjonerskim debiucie popularny Baryła to właśnie Boleście pozwoli wyjść w stroju z numerem 1 na towarzyski mecz z Koreą Północną w Bydgoszczy. Po przerwie bramkarza Widzewa zmienia między słupkami Kazimierski (zakłada nawet opaskę kapitana) i dość szybko traci dwa gole. Tydzień później w otwierającej eliminacyjne zmagania o Euro ’88 potyczce z Grekami w Poznaniu mają miejsce osobliwe wydarzenia. Łazarek znów powołuje obu wspomnianych bramkarzy oraz na przyuczenie młodziutkiego Macieja Szczęsnego z drugoligowej stołecznej Gwardii, przy czym nie ukrywa, że zamierza postawić na Henryka Bolestę. Ten jednak doznaje kontuzji, ale Kazimierski uniesiony ambicją oświadcza, że w tej sytuacji nie zamierza robić za zapchajdziurę po Boleście i rezygnuje z występu w polskiej bramce przeciwko Grekom. Podczas obiadu przed meczem, Łazarek oznajmia więc Szczęsnemu, że to on, 21-letni wówczas golkiper drugoligowej Gwardii, stanie między słupkami podczas eliminacyjnej potyczki z Grecją w stolicy Wielkopolski. Wtedy do akcji wkracza jednak ówczesny prezes PZPN w randze generała milicji i skutecznie udaje mu się przekonać Kazimierskiego do zmiany decyzji w zamian za obietnicę wydania zgody na upragniony transfer zagraniczny po zakończeniu sezonu i wyrwanie się z peerelowskiej futbolowej rzeczywistości. Biało-czerwoni z Kazimierskim w składzie udanie inaugurują eliminacje do Mistrzostw Europy, pokonując Greków 2:1.

Krótko przedtem Kazimierski błyszczy w Pucharze UEFA. Być może mógłby błyszczeć w Pucharze Mistrzów, gdyby w kwietniu 1986 roku, sami legioniści najprawdopodobniej nie przehandlowali na rzecz Górnika Zabrze mistrzowskiego tytułu, o co po latach dość niedwuznacznie oskarżył ich ówczesny kierownik zespołu, sprawujący tę funkcję przez wiele lat – Kazimierz Orłowski. Zresztą nie on jeden publicznie wypowiadał się na ten temat. Jednak rozgrywki Pucharu UEFA i tak stanowiły całkiem atrakcyjne okno, by pokazać się w europejskim światku piłkarskim. A Kazimierski naprawdę znakomicie spisuje się w pojedynkach z Dnieprem Dniepropietrowsk i podczas całego dwumeczu zachowuje czyste konto, mimo że jego bramkę ostrzeliwują takie gwiazdy niedawno zakończonego mundialu, jak Litowczenko czy Protasow. Ten ostatni nie potrafi pokonać kapitana Legii nawet z jedenastu metrów. Bardzo barwnie wspomina tę sytuację ówczesny szkoleniowiec stołecznego klubu, Jerzy Engel w książce „Futbol na tak”, dopełniając ciekawego portretu warszawskiego bramkarza. Mecz w Krzywym Rogu to najlepszy mecz z udziałem polskiego zespołu na wyjeździe, jaki widziałem. Spotkanie tak twarde, tak agresywne – grane przez piłkarzy z niebywałą determinacją – tak krwawe, że rzadko się coś takiego ogląda. (...) Jacek Kazimierski przy wyskoku do piłki dostał uderzenie łokciem w oko. Spuchło mu, nic nie widział, ale prosił, żeby go nie zdejmować z boiska. Dowiedział się tylko od kolegów, że sfaulował go Protasow. (…) W pewnej chwili piłka poleciała po przekątnej w nasze pole karne. Jacek zobaczył jednym okiem, iż biegnie do niej Protasow i ruszył za nim. Nie zdążyłem nawet krzyknąć – Kazimierski wykonał wślizg i… nogi Protasowa znalazły się wyżej głowy. Rzut karny. Protasowa wynieśli, leżał za linią i wydawało się, że jest po zabawie. Opatrywany Protasow krzyknął do kolegów, żeby nikt nie ruszał piłki, ustawionej na jedenastym metrze, bo za chwilę wraca i strzeli „tej bladzi” bramkę z karnego. Jacek natomiast stał przy słupku i cały czas mu dogadywał: - No, chodź frajerze, chodź frajerze. Protasow wszedł na boisko, ale strasznie utykał. Wyglądało więc na to, że… kulawy strzela ślepemu. Protasow zrobił świetny zwód i Jacek poleciał w jedną stronę, a piłka w drugą, tyle że obok bramki. Kazimierski natychmiast się poderwał, podbiegł do rywala i opowiedział mu w krótkich słowach całą historię przyjaźni polsko-radzieckiej.

Dzięki wyeliminowaniu Dniepru, na przełomie października i listopada 1986 roku Jacek Kazimierski znów ma możliwość stanąć oko w oko z prowadzonymi przez słynnego Giovanni Trapattoniego gwiazdami Interu. W Warszawie polskiego bramkarza pokonują Ferri i Altobelli, ale to Legia ostatecznie wygrywa po fantastycznym zrywie na początku drugiej połowy 3:2. W Mediolanie znów jednak Fanna przesądza o awansie Nerazzurrich i zapewnia Włochom upragnione zwycięstwo 1:0.

Niespełna tydzień po rewanżowym meczu na San Siro, bramkarz Legii zagra jeszcze pierwszą połowę, zwycięskiego towarzyskiego meczu z Irlandią, zachowując czyste konto, a wreszcie 19 listopada 1986 roku rozegra bodaj swoje najlepsze spotkanie w reprezentacyjnym stroju. Na stadionie Olimpijskim w Amsterdamie sześćdziesiąt tysięcy widzów jest świadkiem jak Ruud Gullit, Marco van Basten czy inne wielkie gwiazdy wschodzącej holenderskiej potęgi, prowadzonej przez legendarnego Rinusa Michelsa, nie są w stanie sforsować bramki pilnie strzeżonej przez imponującego instynktem, sprawnością i refleksem Jacka Kazimierskiego. Tamten amsterdamski bezbramkowy remis z przyszłymi Mistrzami Europy to chyba najlepsze spotkanie, jakie kiedykolwiek rozegrała prowadzona przez Łazarka w jego trzyletniej kadencji reprezentacja, a Kazimierski miał w tym sukcesie niemały udział. Jego pozycja w wyjściowym składzie narodowej reprezentacji powoli staje się raczej niezagrożona. Wydaje się, że właśnie teraz, po latach oczekiwania i terminowania u boku bezkonkurencyjnego Młynarczyka, nadchodzi wreszcie w polskiej bramce epoka Kazimierskiego. Bramkarz Legii ma przecież dopiero 27 lat, a już solidne doświadczenie za sobą. Gdy 12 kwietnia 1987 roku na przypominającej raczej kartoflisko murawie stadionu Lechii Gdańsk, kadra Łazarka w sposób kompromitujący remisuje bezbramkowo z Cyprem, Kazimierski jest bodaj jedynym naszym graczem, do którego nie można mieć pretensji, bo przecież strzelania goli nikt od niego nie wymagał. Jednak dokładnie dwa tygodnie później przychodzi ten pamiętny wieczór, który w sportowym życiu Jacka Kazimierskiego zmieni, jeśli nie wszystko, to bardzo wiele.

Abstrahując od feralnego remisu biało-czerwonych z Cyprem, zarówno Polacy jak i Grecy spisywali się dotąd w eliminacyjnych zmaganiach o Euro ’88 całkiem przyzwoicie. Biało-czerwoni pokonali synów Hellady w Poznaniu 2:1 oraz wywieźli cenny bezbramkowy remis z Amsterdamu. Grecy, w przeciwieństwie do nas, bez większych problemów uporali się na wyjeździe z Cyprem, ale również dość zaskakująco pokonali u siebie Węgrów, a na miesiąc przed batalią z Polakami w Atenach, urwali też na wyjeździe punkt Holendrom, niespodziewanie remisując 1:1. Grecy zdecydowanie nie byli już tą samą drużyną, która dwa lata wcześniej dała się ograć na tym samym stadionie podopiecznym Piechniczka 1:4.

Jak na schyłek kwietnia w Atenach jest tego wieczoru zadziwiająco zimno. W temperaturze 8 stopni Celsjusza oraz przy porywistym wietrze to raczej Polacy lepiej wchodzą w mecz. Najpierw jugosłowiański sędzia pozostaje nieugięty, gdy Furtok zostaje chyba jednak sfaulowany w polu karnym rywala, a potem Dziekanowski nie trafia do niemal pustej bramki. Z czasem inicjatywę przejmują jednak gospodarze, choć nie sieją zagrożenia pod bramką Kazimierskiego. Na przerwę oba zespoły schodzą z bezbramkowym remisem. W drugiej połowie to gospodarze grają z wiatrem, a ich optyczna przewaga jest już coraz bardziej zauważalna. Wreszcie przychodzi 58 minuta spotkania i moment, który w życiu i karierze Jacka Kazimierskiego zmienił bardzo wiele. Wiodąca postać w greckiej ekipie, dziś już prawdziwa legenda tamtejszego futbolu, Dimitris Saravakos, decyduje się na strzał zza pola karnego, który teoretycznie nie ma najmniejszych szans powodzenia. A jednak wpada do bramki powodując eksplozję radości siedemdziesięciotysięcznej widowni na Stadionie Olimpijskim w Atenach. Kazimierski podczas zatrważająco mało finezyjnej symulacji interwencji, sprawia wrażenie, jakby grał w dwa ognie. Ta jego interwencja, czy raczej jej brak, sprowadza się do jakiejś nieprzekonująco nieudolnej próby pacnięcia piłki przedramieniem, jak by właśnie przed chwilą doznał paraliżu obu kończyn górnych, nie mogąc nimi poruszyć, albo po prostu nie znając przepisów nie wiedział, że wolno mu jako bramkarzowi użyć także dłoni. Z prawdziwym i nieprzemijającym zażenowaniem ogląda się powtórki tego zwycięskiego dla Greków gola sprzed trzydziestu lat.

Ktoś mógłby zapytać: Ale właściwie w czym problem? Przecież Kazimierski przyzwyczaił nas wszystkich przez lata do przeplatania świetnych interwencji (już przy stanie 1:0 dla Greków wybronił sytuacje sam na sam z Anastopoulosem i Kofidisem) puszczaniem żałosnych farfocli. A jednak ten ateński był pośród nich wszystkich zupełnie wyjątkowy i niepowtarzalny. Wyjątkowy i niepowtarzalny był też kontekst całej sprawy. I to właśnie on jest tu kluczowy. Wojciech Łazarek wiedział swoje i niedwuznacznie sugerując, że motywacje Kazimierskiego w tym meczu były delikatnie mówiąc mało szlachetne, nie zamierzał bawić się w dyplomatę. W swym barwnym stylu, choć duszony łzami gniewu i bezradności, wyznał, że on sam złapał by taki strzał do kapelusza, trzymając równocześnie w drugiej ręce filiżankę z herbatą. A Kazimierskiego odstawił od swej kadry ze skutkiem natychmiastowym i nigdy więcej już go do niej nie powołał, choć raczej miał świadomość, że lepszego od niego bramkarza w Polsce na pewno nie znajdzie. Wandzik, Szczech, Jojko czy Jankowski, na których odtąd zdany był selekcjoner, w aspekcie sportowym na pewno niczego wartościowszego do zaoferowania kadrze, niż odstawiony od niej Kazimierski, absolutnie nie mieli, o czym Łazarek przekonał się bardzo szybko. Stracili więc na tym wszyscy. I dopiero, gdy po kilkunastu miesiącach zaczął powoli przebijać się do reprezentacyjnej bramki Jarosław Bako (który przecież w Legii mógł przy Kazimierskim jedynie wygrzewać ławę) pojawiło się jakieś światełko w tunelu na tej newralgicznej przecież pozycji.

Kiedy kilkadziesiąt dni po fatalnej interwencji z Aten Jacek Kazimierski przechodził do Olympiakosu Pireus można się już było tylko smutno uśmiechnąć, że były bramkarz Legii zgodę na transfer wywalczył sobie przed pierwszym meczem z Grekami, a konkretny kierunek transferowy zrealizował podczas rewanżowej potyczki z błękitnymi synami Hellady. A o tym, że Grecy potrafili zadbać o swoje interesy opowiadał po latach w „Spalonym” Andrzej Iwan, wspominając, jak kilka miesięcy po eliminacyjnym wieczorze w Atenach, przedstawiciele Olympiakosu czynili pod niego podchody przed rewanżowym meczem PKME z Górnikiem Zabrze. Olympiakos był wtedy mocny, ale czuł przed nami respekt. Na tyle, że… chciał ode mnie ten mecz kupić, przy czym nie miała to być korupcja w klasycznym rozumieniu tego słowa. W restauracji czekali na mnie przedstawiciele Olympiakosu, wraz z trenerem. I się zaczęło – że jestem superpiłkarzem, że oni bardzo mnie chcą, że mają dla mnie kontrakt, że będę żył jak w bajce, że mam murowane miejsce w podstawowej jedenastce i tak dalej. Czarowanie. Warunek był tylko jeden – dzień później mam zagrać najgorzej, jak potrafię. Powiedziałem, że przemyślę, a potem władowałem gola. Iwan do Olympiakosu nigdy nie trafił, ale gdy kilka lat po opisywanej sytuacji przechodził do Arisu Saloniki, trenerem tego klubu był Alketas Panagoulias. Ten sam, z którym niegdyś rozmawiałem, gdy chciał kupić ode mnie mecz Górnik-Olympiakos. Nigdy do owej rozmowy nie nawiązywał i udawał, że nie miała miejsca. Panagaoulias to bardzo znany trener. Jako pierwszy selekcjoner wprowadził Greków zarówno na Mistrzostwa Europy (1980) jak i na Mistrzostwa świata (1994). Był też trenerem Olympiakosu w czasie, gdy przechodził do niego i grał w nim Jacek Kazimierski.

Wydawało się być może, że chwila hańby i wstydu warta będzie tego wszystkiego, co potem. A jednak chyba nie była warta. Już nigdy więcej Kazimierski nie został powołany do polskiej reprezentacji. Nigdy już nie dostał możliwości zmazania ateńskiej plamy. Pożegnał się z kadrą w momencie, gdy wydawało się, że stoi właśnie u progu własnej epoki w reprezentacyjnej bramce. Ostatni mecz w rodzimej ekstraklasie rozegrał niespełna dwa miesiące po niechlubnym występie w Atenach. Bywało, że podczas wiosennych meczów na naszych ligowych boiskach słyszał z trybun ironicznie skandowane przez kibiców drużyny przeciwnej nazwisko: „Saravakos!”. Kazimierski wyjeżdżał z Polski mając niespełna 28 lat, więc teoretycznie miał jeszcze troszkę czasu na podbój Europy. Jednak nic z tego nie wyszło. Z Olympiakosem zdążył co prawda zdobyć Superpuchar Grecji oraz dwukrotnie zagrać przeciwko Górnikowi w PKME (ów dwumecz jest zresztą znakomitą egzemplifikacją całej kariery Kazimierskiego, który potrafił wygrać pojedynki sam na sam z Baranem czy Cyroniem, by chwilę później wypuścić piłkę z rąk nie będąc przez nikogo atakowanym lub przepuścić pod ręką do bramki strzał Iwana z ponad dwudziestu metrów), ale na greckich boiskach zanotował ledwie siedem ligowych występów. Po zwolnieniu Panagouliasa, został wraz z kilkoma innymi graczami po prostu wyrzucony z klubu, który miał być przecież jego wymarzoną i wywalczoną kosztem własnego dobrego imienia przystanią na lata. Andrzej Iwan twierdzi w „Spalonym”, że to właśnie on swoim pucharowym golem strzelonym w Zabrzu Olympiakosowi przyczynił się do kłopotów swego przyjaciela. Drugą bramkę zdobyłem kończąc praktycznie karierę Jacka Kazimierskiego w Pireusie. Strzał nie był najgorszy, ale chyba faktycznie znajdował się w zasięgu bramkarza i Jacek mógł zareagować lepiej. Jacek puścił, co mu wypominano.

W Grecji bardzo szybko się go pozbyli, jeszcze przed końcem jesiennego sezonu – opowiada o Kazimierskim Maciej Szczęsny w „Legii Mistrzów” – Grudzień i styczeń spędził już w Warszawie. Ciężko przeżył to rozczarowanie. W lutym zapytał Strejlaua, naszego klubowego trenera, czy mógłby przychodzić na treningi, poćwiczyć, bo chciałby spróbować wrócić do piłki. Strejlau się zgodził, ale w klubie jasno zakomunikowano Kazimierskiemu, że choć na kilka treningów przyjść może, to nie powinno to jednak trwać za długo. I że o powrocie do Legii ma zapomnieć. W polskiej piłce Jacek Kazimierski był już ewidentnie spalony i przekreślony. Ale on powoli szykował się do kolejnego wyjazdu. Udało się zakotwiczyć w drugoligowym belgijskim KAA Gent. W zespole z Gandawy spędzi łącznie trzy sezony, z czego dwa ostatnie już w czubie pierwszoligowej stawki. W sezonie 1990/91 Kazimierski prezentuje się w bramce zespołu z Gandawy na tyle dobrze, że w polskich mediach sportowych zaczęły nawet podnosić się głosy, by ponownie dać szanse wychowankowi stołecznej Agrykoli na grę między słupkami w reprezentacyjnym swetrze. Jednak latem 1991 roku w całkiem młodym jak na golkipera wieku, niespełna 32-letni były „bramkarz przyszłości” (jak określano go nad Wisłą), który miał podbić Europę, zdejmuje na dobre bramkarskie rękawice.

Gdy myślimy o tak wspaniałych naszych reprezentacyjnych bramkarzach jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk, Jerzy Dudek czy Artur Boruc, odruchowo wręcz przewijamy w pamięci najpiękniejsze z ich najważniejszych interwencji. A przecież każdy z nich na jakimś etapie swej kariery miewał straszliwe wpadki, popełniał katastrofalne błędy i wpuszczał do własnej bramki farfocle z pewnością nie mniej spektakularne od tych, jakie przytrafiały się Jackowi Kazimierskiemu. Bramkarzowi wcale nie najskąpiej utalentowanemu spośród wymienionego zacnego grona. Jaka szkoda, że wspominając karierę wychowanka stołecznej Agrykoli myśli samoistnie nie biegną do jego znakomitej postawy w ważnych meczach w Amsterdamie czy na San Siro, do wielu wybronionych przez niego karnych i liczniejszych niż gwiazdy na niebie efektownych parad bramkarskich, lecz podążają niestety zawsze, przyciągane niczym siłą magnesu, ku tej jednej feralnej chwili, podczas tamtego chłodnego, wietrznego, kwietniowego wieczoru w Atenach przed trzydziestu laty.

R.

piątek, 28 kwietnia 2017
Baraże (westchnienie), lepiej nie

Rozpoczynająca się właśnie batalia o utrzymanie w ekstraklasie (w "grupie spadkowej") przypomniała mi o kolorowych latach 2001-2006, kiedy to o jednym albo dwóch miejscach na najwyższym szczeblu rozgrywkowym decydowały baraże.

Szczególne to były dwumecze, wedle dzisiejszej wiedzy ponad połowa była ustawiano, a połowa "problematyczna". Wiele się wówczas działo, choć niekoniecznie na boisku. Zapraszam więc do przeglądu barażowych spotkań (dane za - oczywiście - 90minut.pl).

indeks3

BARAŻE 2001

Górnik Polkowice 0-0 Stomil Olsztyn 20 czerwca, 18:00 (5000)

Stomil Olsztyn 0-0 Górnik Polkowice 24 czerwca, 16:30 (6000)
pd. k. 5-4

To zdecydowanie najnudniejszy baraż w historii Polski, a ja osobiście dodam, że pierwszy mecz jest zarazem najnudniejszym meczem, jaki kiedykolwiek widziałem (drugie miejsca zajmuje). Na boisku nie działo się absolutnie nic, a wyróżniał się jedynie Andrzej Słowakiewicz - wyróżniał się połączeniem łysiny z wąsem :) W rewanżu (według relacji prasowych) było podobnie, a o utrzymaniu zadecydowały rzuty karne. Ciekawą relację z rewanżu można przeczytać tutaj.

BARAŻE 2002

Tutaj zaczynamy już działalność jawnie przestępczą :)

Szczakowianka Jaworzno 2-0 RKS Radomsko 8 maja, 15:00 (1800)
Łukasz Błasiak 66, Robert Sztandera 76 (k)
Górnik Łęczna 0-1 KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 8 maja, 17:15 (4500)
Marek Sokołowski 90
 
RKS Radomsko 1-0 Szczakowianka Jaworzno 12 maja, 14:30 (6500)
Bogdan Jóźwiak 90
KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 2-1 Górnik Łęczna 12 maja, 16:45 (7500)
Jarosław Popiela 15 (k), Daniel Grębowski 68 - Dariusz Solnica 19

Dwumecz Szczakowianki z Radomskiem to przygrywka do wydarzeń, które rok później śledziła cała Polska. W 2002 roku było jeszcze kulturalnie. Ekipa z Jaworzna wygrała u siebie 2:0, by w rewanżu ulec bezpiecznie 0:1. Tutaj relacja z pierwszego meczu (warto zwrócić uwagę na "wątpliwości" dotyczące pracy sędziego), a tutaj "relacja z awansu". Od tego dwumeczu rozpoczęła się słynna na całą Polskę "sprawa Rasica". Do poczytania tutaj, tutaj i tutaj. Tutaj fotorelacja z dwumeczu, a fajny tekst o upadku ekipy RKS - tutaj.

W drugim barażu było spokojniej, a na pewno... ciszej. KSZO w obu meczach pokonało Łęczną (relacja z pierwszego spotkania - tutaj, z drugiego - tutaj), choć zdobywane przez zwycięzców gole były dość wyjątkowe.

Ryszard M., ówczesny działacz Górnika, o swoich doświadczeniach z arbitrem:

W 2002 uczestniczyliśmy w barażach o pierwszą ligę z KSZO Ostrowiec. Były to baraże przegrane. Pamiętam, że mecz barażowy w Ostrowcu sędziował G., kto sędziował w Łęcznej nie pamiętam. Pamiętam, że ten mecz w Ostrowcu przegraliśmy 2:1. To był mecz, który sędziował G. Utkwiło mi w pamięci, że w tym meczu w Ostrowcu nie mogliśmy wyjść ze swojej połowy. Tam sędzia odgwizdywał co chwile faule przeciwko nam. Pamiętam, że w tym meczu w Ostrowcu technicznym był F. On mówił w trakcie meczu żebyśmy się nie denerwowali. (...) Ja po paru latach zapytałem G. dlaczego ten baraż z KSZO sędziował tak, że nie mogliśmy przejść na połowę przeciwnika. G. powiedział, że ten mecz dawał mu awans na sędziego międzynarodowego. Tam musiał być ktoś mocny jeśli chodzi o obserwatora. Ten mecz grało nam się bardzo dobrze jeśli chodzi o sędziowanie do czasu kiedy nie strzeliliśmy bramki. Po tym uaktywnił się G. i nie dał nam grać. (...)

BARAŻE 2003

A tutaj zaczyna się już czysty kryminał z wyrokami :)

Świt Nowy Dwór Mazowiecki 1-0 Szczakowianka Jaworzno 14 czerwca, 17:30 (2500)
Krzysztof Przytuła 51 (s)
Górnik Łęczna 1-0 Zagłębie Lubin 15 czerwca, 18:00 (4500)
Paweł Bugała 40

Szczakowianka Jaworzno 0-3 Świt Nowy Dwór Mazowiecki 22 czerwca, 17:00 (7000)
(wo)
Michał Karwan 42 (s), Krzysztof Przytuła 68, Maciej Iwański 84
na boisku 3-0, zweryfikowany w związku z przekupstwem piłkarzy Świtu
Zagłębie Lubin 1-2 Górnik Łęczna 21 czerwca, 17:00 (7500)
Arkadiusz Klimek 20 - Paweł Bugała 43, 83

O dwumeczu Świtu ze Szczakowianką napisano już wszystko, więc tylko odeślę tutaj, tutaj, tutaj, tutaj albo tutaj.

Natomiast o rywalizacji Zagłębia Lubin z Górnikiem Łęczna wspominałem już na blogu w kontekście jej bohatera - Pawła Bugały. Odsyłam zatem tutaj. Więcej do poczytania o tym - niepozbawionym wątpliwości - dwumeczu można znaleźć tutaj i tutaj oraz tutaj i tutaj.

I tak wszystko fajnie, fajnie, ale stosowne wyjaśnienia złożył po latach Ryszard M., ówczesny działacz Górnika:

Teraz wyjaśnię o meczu barażowym o pierwszą ligę po sezonie 2002/2003. Był to Górnik Łęczna - Zagłębie Lubin z 15 czerwca 2003 zakończony wynikiem 1:0. Sędziował sędzia K.  Nie pamiętam okoliczności złożenia mu propozycji korupcyjnej. Nastąpiło to jak zwykle na polecenie prezesa. Prawdopodobnie rozmawiałem z nim przed meczem. Chodziło prawdopodobnie o kwotę 30 tys. On przyjął tę propozycję. Poinformowałem prezesa o przyjęciu propozycji przez sędziego. Mecz został wygrany bez żadnej pomocy sędziego, a powinien być wygrany 4:0, jeśli drużyna by grała dokładniej. Prawdopodobnie pieniądze zapłaciłem sędziemu po meczu, ale tego nie jestem pewien. Pieniądze pochodziły od prezesa, ale z jakiego źródła nie wiem.

BARAŻ 2004

Wydawało się, że po gorączce z poprzedniego roku baraże 2004 na pewno będą spokojne. Ale nie do końca były :)

Cracovia 4-0 Górnik Polkowice 19 czerwca, 15:30 (12 000)
Piotr Giza 6, 22, Łukasz Skrzyński 57, Piotr Bania 79

Górnik Polkowice 0-4 Cracovia 26 czerwca, 17:00 (2000)
Marcin Bojarski 32, Krzysztof Przytuła 51, 89, Łukasz Szczoczarz 69

Pasy bezapelacyjnie zwyciężyły oba mecze, ale wątpliwości budziła końcówka otoczka spotkań. Do poczytania tutaj i tutaj oraz tutaj i tutaj.

Tutaj klip z backstage'u pierwszego spotkania. Cały rewanż do obejrzenia w kawałkach tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. W czwartej części zobaczcie gdzie stoją kibice Cracovii :)

Po latach zaś pojawiło się takie info na temat drugiego meczu:

W pierwszym meczu barażowym o pozostanie w pierwszej lidze Górnik odniósł klęskę. Mariusz J. nie znał sędziego tego spotkania Roberta Małka z Zabrza. O pomoc poprosił Ryszarda F. zaznaczając, że ma na ten mecz 50 tys. zł. za zwycięstwo i 25 tys. za remis. Fryzjer wziął na siebie kontakt z arbitrem. O pomoc poprosił jednak Mariana D., wówczas szefa kolegium śląskich sędziów. Jak wynika z analizy połączeń telefonicznych - Ryszard F. trzy razy rozmawiał z Małkiem. Według prokuratury wywiązał się ze złożenia propozycji korupcyjnej. Prokuratura nie ujawnia jednak jaka była reakcja sędziego.

Okazało się, że Górnik walczył do końca :)

BARAŻ 2005

W 2005 roku emocje zdecydowanie opadają.

Widzew Łódź 1-3 Odra Wodzisław Śląski 16 czerwca, 20:00 (8000)
Rafał Pawlak 61 - Michał Stasiak 55, Mariusz Zganiacz 82, 90 (k)

Odra Wodzisław Śląski 0-1 Widzew Łódź 19 czerwca, 19:00 (5000)
Frank Egharevba 43

Odra zdecydowanie wygrywa z Widzewem i utrzymuje się w ekstraklasie. Co ciekawe, trenerem, który pogrążył łodzian był... Franciszek Smuda. Na osłodę RTS-owi - ładny gol Pawlaka z pierwszego spotkania.

BARAŻ 2006

Wreszcie ostatni jak na razie baraż.

Jagiellonia Białystok 0-2 Arka Gdynia 15 czerwca, 17:00 (7000)
Grzegorz Pilch 28, Maciej Zając 87 (s)

Arka Gdynia 2-1 Jagiellonia Białystok 18 czerwca, 15:00 (11 000)
Olgierd Moskalewicz 1, Grzegorz Niciński 3 - Jacek Chańko 76 (k)

Arka spokojnie ograła w obu spotkaniach Jagę i utrzymała się w lidze. Pierwszą bramkę w dwumeczu strzelił Grzegorz Pilch, który rok później trafił do więzienia. Cały pierwszy mecz do obejrzenia tutaj. Ten dwumecz jednak też pojawił się w kontekście meczów ustawionych.

***

Trzeba przyznać, że formuła barażowa, choć w intencjach może i szlachetna, stała się zwyczajnym konkursem kopert. Szkoda, bo systemowo to rozwiązanie sprawiedliwe i bardzo emocjonujące. Nie wstrzeliło się jednak kompletnie w czas i miejsce :)

P.

piątek, 21 kwietnia 2017
Grałem w El (Ekstra)clasico

Już w niedzielę kolejne El Clasico, Gran Derbi, wielkie starcie pomiędzy Realem Madryt a FC Barceloną. W polskiej lidze występuje obecnie jeden piłkarz, który miał przyjemność wystąpić w tym zwarciu tytanów oraz garstka zawodników, którzy terminowali w madryckim lub katalońskim gigancie.

REAL MADRYT

Tym jednym szczęśliwcem jest Miguel Palanca (ur. 1987) z Korony Kielce. Hiszpan piłkarsko ukształtował się w młodzieżowych zespołach Espanyolu Barcelona. Jego dobra postawa w rezerwach tej drużyny sprawiła, że dość niespodziewanie latem 2008 kupił go Real Madryt.

83226

Królewscy ściągnęli go raczej z myślą o swojej drugiej drużynie, ale… W stolicy Hiszpanii wówczas sporo się działo, kolejni trenerzy wymieniali całe zastępy zawodników. Ówczesny szkoleniowiec Juande Ramos również eksperymentował. Na fali tych testów w pierwszej drużynie zadebiutował 21-letni Palanka. Ba, zrobił to właśnie w Gran Derbi.

W rozgrywanym 13 grudnia 2008 roku meczu FC Barcelona – Real Madryt pojawił się na boisku już w 35. minucie zmieniając Wesleya Sneijdera. Oglądając skrót tego spotkania trzeba oddać mu, że bardzo się starał i sporo rzeczy mu wychodziło. Miał nawet świetną okazję bramkową, której nie wykorzystał.

Królewscy stracili jednak dwa gole w końcówce i przegrali 0:2. Później Palanka zagrał jeszcze tylko w dwóch spotkaniach (z Valencią oraz Mallorcą), po czym poszedł w odstawkę. Wypożyczono go do CD Castellon, występował w Elche, Numancii, australijskim Adelaide United i ostatnio w drugoligowym Gimnastiku Tarragona. Od początku tego sezonu reprezentuje Koronę i z pewnością jest tam jednym z najlepszych piłkarzy. Nie wiadomo jednak jak potoczyłyby się jego losy, gdyby trafił do siatki Valdesa… Wywiady z Palanką tutaj i tutaj.

W polskiej lidze znajdziemy jeszcze czterech innych zawodników, których kariery przebiegały przez madrycki klub.

Do Wisły Kraków trafił zimą Ivan Gonzalez (ur. 1988) - w latach 2011-2013 piłkarz Real Madrid Castilla CF, z którym grał w Segunda Division.

Fanom Białej Gwiazdy dał się on na razie poznać przede wszystkim jako kolekcjoner kolorowych kartek, ale warto pamiętać, że gość ma na koncie występy (i gola) w hiszpańskiej ekstraklasie w koszulce Malagi. Wywiady i teksty o nim tutaj, tutaj i tutaj.

W Górniku Łęczna występuje Javi Hernandez (ur. 1989). Ten hiszpański pomocnik przeszedł niemal wszystkie szczeble w Realu Madryt. Terminował w drużynie juniorów, a potem występował w zespole Real Madrid Castilla CF, znanym również pod nazwą Real Madrid B (druga drużyna Realu).

b_JAVI_HERNANDEZ_b

Nie było mu jednak nigdy dane zadebiutować w pierwszej drużynie. Szczęścia szukał zatem w niższych ligach hiszpańskich, Szwecji i Rumunii. Po cudownym debiucie w Łęcznej (dwa gole w 90.minucie dające Górnikowi wyjazdowy remis z Piastem 3:3) mocno spuścił z tonu, ale ostatnio pod ręką Smudy jakby nieco odżył. Wywiad z Javim tutaj.

Natomiast w trzeciej drużynie Królewskich, czyli Real Madrid C, występował przez 1,5 roku Szymon Matuszek (ur. 1989). Terminował tam z Kamilem Glikiem i Krzysztofem Królem. Jego koledzy zrobili jednak większe kariery. Matuszek bowiem, poza trzema sezonami na poziomie ekstraklasy (w barwach Jagiellonii, Piasta i Górnika), resztę życia spędził na zapleczu ekstraklasy. Obecnie występuje w Górniku Zabrze. Wielki wywiad z Matuszkiem tutaj, inne materiały tutaj, tutaj i tutaj, a okolicznościach transferu całej trójki (tj. Glik, Matuszek, Król) - tutaj.

Kolegą Matuszka z Górnika jest inny eks-madritista. To obrońca Dani Suarez (ur. 1990), który w latach 2010-2014 był zawodnikiem Real Madrid C, a w sezonie 2014/2015 - Real Madrid Castilla CF.

danisuarez0

Choć stolicy Hiszpanii nie podbił, to w Zabrzu są zadowoleni z jego usług. Zawsze coś.

Na zakończenie tej wymienianki jeszcze Fran Gonzalez (ur. 1989). Nowy nabytek Bytovii Bytów występował przez krótki czas w zespole juniorskim Realu Madryt.

Inni byli zawodnicy polskiej ligi, którzy występowali w Realu:

Real Madryt - Jerzy Dudek

Real Madryt C - Krzysztof Król, Kamil Glik

Real Madryt Castilla CF - Krzysztof Król (ulubieniec pewnego serwisu)

Real Madryt (juniorzy) - Felipe Godinho (Chojniczanka Chojnice)

FC BARCELONA

No dobrze, a co z drugim z drugim klubem jednego z największych klasyków Europy? W tym „ekstraklasowym Gran Derbi” górą jest Real, bo Barcelona ma tylko trzech swoich zawodników, którzy obecnie zarabiają na chleb w polskiej lidze. Dwaj występują w Śląsku Wrocław, a jeden w... Radomiaku.

Sito Riera (ur. 1987)

031D5CTGP1_1

to brat Alberta Riery, reprezentanta Hiszpanii znanego przede wszystkim z gry w Liverpoolu i Galatasaray. Sito jest „produktem” słynnej La Masii – piłkarskiej szkółki FC Barcelony. Miał on to szczęście (lub pecha, zależy jak spojrzeć), że wraz z nim w roczniku grali tacy zawodnicy jak Messi, Fabregas, Pedro czy Pique. Silna konkurencja sprawiła jednak, że nie dane mu było przeskoczyć z zespołu juniorów do choćby pierwszej drużyny. Riera przez dwa lata występował w FC Barcelona B (2005-2007), a potem przeniósł się do rezerw Espanyolu. Stamtąd trafił do Grecji, potem na Ukrainę, następnie do Kazachstanu, by wreszcie zakotwiczyć we Wrocławiu. Do poczytania o nim tutaj i tutaj.

Joan Roman (ur. 1993) do Katalonii trafił zaś dość okrężną drogą, bo przez rezerwy Manchesteru City. W Dumie Katalonii był pewnym punktem drugiego zespołu i talentem, z którym wiązano sporą przyszłość. Pomimo młodego wieku często próbowano go w pierwszej drużynie Barcelony podczas jej licznych sparingów. W efekcie Romana mogli obejrzeć polscy kibice, którzy śledzili towarzyską potyczkę Barcy z Lechią Gdańsk (2:2) w 2013 roku. Roman pojawił się wówczas na boisku już w 22. minucie i napsuł sporo krwi gdańszczanom. Później jednak, choć kilka razy była taka szansa, to nigdy nie zadebiutował w pierwszym zespole Blaugrana podczas ligowego, ani nawet pucharowego meczu. Jego dorobek w Dumie Katalonii to w sumie trzy sezony dla FC Barcelona B (2012/2013, jesień 2013 oraz 2014/2015).

Hiszpan próbował przebić się w Villarreal oraz w klubach portugalskich – S.C. Braga i Nacional Funchal (o jego karierze - tutaj). W Śląsku poza kilkoma sztuczkami technicznymi nic wielkiego jeszcze nie pokazał, swego czasu został nawet odesłany do rezerw. U trenera Urbana jednak pochodzi wychodzi z cienia i pewnie jeszcze pokaże co potrafi. Więcej do poczytania o Romanie tutaj, tutaj i tutaj, a wspólne - bardzo ciekawe! - tekst i wywiad Sito Riery i Romana tutaj i tutaj.

Wreszcie największy oryginał w tym towarzystwie - Simon Colina (ur. 1995).

MD_54363183288_FCBarcelonaBEspanyolBLig_54354474196_51356729138_352_256

Pozytywny krejzol, który ma najmocniej wyregulowane brwi na świecie i który nie kryje się z tym, że futbol to dla niego przede wszystkim forma turystyki. Przez rok terminował w drużynie juniorów Dumy Katalonii, a potem jego ścieżki wiodły przez Szkocję i Cypr do Radomia. Wywiad z nim tutaj, a tekst o nim tutaj.

Inni byli zawodnicy polskiej ligi, którzy występowali w Barcelonie:

FC Barcelona B - Andreu (Polonia Warszawa, Lechia Gdańsk) - do poczytania tutaj i tutaj

FC Barcelona C - Andreu

FC Barcelona (juniorzy) -  Andreu, Josu (Górnik Łęczna - dwa bardzo ciekawe teksty o nim tutaj i tutaj), Armand Ella (Sandecja Nowy Sącz; super ciekawy typek - do poczytania o nim tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj), Cuqui (Widzew Łódź)

*

Na zakończenie warto wspomnieć, że również wśród trenerów gościliśmy swego czasu zawodników dwóch wielkich hiszpańskich klubów. Angel Perez Garcia, trener Piasta Gliwice w sezonie 2014/2015, przez trzy lata był zawodnikiem Realu Madryt B (1977-1980), a w latach 1980-1982 zaliczył 15 meczów w pierwszym zespole (do poczytania - tutaj i tutaj). Szczególne doświadczenie z piłkarzem FC Barcelony mają z kolei Polonia Warszawa i  Lech Poznań. Stoi za nim oczywiście Jose Mari Bakero. Ten legendarny gracz Dumy Katalonii od listopada 2009 do września 2010 był trenerem Polonii Warszawa, a od listopada 2010 do lutego 2012 - Lecha Poznań.

Polecam też bardzo ciekawy wywiad z menedżerem, który ściąga Hiszpanów do Polski.

P.

środa, 12 kwietnia 2017
Norman Mapeza - od Sokoła Pniewy, przez Galatasaray, do selekcjonera Zimbabwe

mapeza_sokol

Po zwolnieniu Henryka Kasperczaka z pracy selekcjonera reprezentacji Tunezji można było usłyszeć, że oto straciliśmy swojego ostatniego człowieka na trenerskim stołku w Afryce. To nie do końca tak, bo już po Pucharze Narodów Afryki, a jeszcze przed ostatecznym pogonieniem Kasperczaka z Tunezji, selekcjonerem reprezentacji Zimbabwe został Norman Mapeza, w sezonie 1993/1994 występujący w Pniewach, po wyjeździe z których od razu zagrał w Lidze Mistrzów. Jako nowy selekcjoner Zimbabwe zadebiutował bezbramkowym remisem z Zambią, a skoro 12 kwietnia to dzień jego urodzin, tym bardziej jest okazja do przypomnienia jego historii.

Mapeza z Pniew do Galatasaray i nieudany powrót do Groclinu. Majstersztyk i niewypał

Do Polski sprowadził go, oczywiście, Wiesław Grabowski, menedżer swego czasu hurtowo podsyłający afrykańskich piłkarzy nad Wisłę. Mapeza zwykł nazywać Grabowskiego swoim przyjacielem, a w rozmowie z Dziennikiem w 2007 wśród swoich najbliższych kolegów z Pniew wymienia Tomka Rząsę "bo mówił po angielsku i pomagał mi wprowadzić się do drużyny, ale także Zenona Burzawę, Tomka Kosa, Daniela Dylusia, fajnym facetem był bramkarz Płaczek (Dariusz Płaczkiewicz - przyp. red.)". Dziesięć lat temu pamiętał jeszcze kilka polskich zwrotów, takich jak "przepraszam", "dziękuję", "zimno", "gorąco", "podaj piłkę". Jak byłoby teraz, przekonalibyśmy się chyba tylko wtedy, gdyby Polska zagrała towarzysko z Zimbabwe (swoją drogą to dziwne, że nie doszło do takiego spotkania, gdy selekcjonerem był sam Grabowski).

Na stronie legia.net Mapezę wspominał trener Adam Topolski: - Pamiętam zwłaszcza Mapezę. Był czarny, nie nadawał się do gry w środku pola. Ale nie dlatego, że brakowało mu umiejętności. Po prostu koledzy z drużyny nie chcieli mu podawać. Takie były czasy. Przesunąłem go do obrony, gdzie stopował najlepszych napastników, a po odbiorze mógł sam rozgrywać. Potem zrobił karierę w tureckim Galatasaray. W innych klubach wystarczyło pozmieniać niektórych chłopakom pozycje i poświęcić im trochę czasu. Tak było chociażby z Żurawskim, który dopiero u mnie zaczął grać w ataku, bo wcześniej był prawym pomocnikiem.

Sama Legia reprezentanta Zimbabwe nawet chciała u siebie, dowodem notka z Gazety Wyborczej z 29 czerwca 1994 roku: "Warszawska Legia zainteresowana jest pozyskaniem trzech piłkarzy Tygodnika Miliardera Pniewy. Chodzi o Normana Mapezę, Tomasza Rząsę i Piotra Kasperskiego". Zainteresowanie klubu ze stolicy Mapezą można łączyć z meczem z końca sezonu, w którym Legia wygrała z Tygodnikiem Miliarder aż 5:0, ale trudno łączyć z postawą piłkarza w tym spotkaniu. Jak widać na skrócie, Radosław Michalski i Wojciech Kowalczyk zrobili z chłopaka wiatrak.

Goście ze Stambułu musieli widzieć bardziej udane mecze Mapezy (w sumie zagrał ich w ekstraklasie 26), bo handlującemu piłkarzami Sokoła biznesmenowi Krzysztofowi Sieji (formalnie Opałowi Lubosz) zapłacili za piłkarza 500 tys. dolarów.

Dwadzieścia lat później, latem 2004 roku, po wielu latach gry w Turcji i epizodzie w Austrii, Norman Mapeza był testowany przez Groclin Dyskobolię Grodzisk Wlkp. W zespole trenera Dusana Radolsky’ego i menedżera Jerzego Kopy był próbowany w sparingu z Metalurgiem Donieck, sprawa wydawała się dopięta na ostatni guzik, ale do transferu czegoś zabrakło. - Wszystko szło super, ale nie dogadałem się z prezesem klubu - tłumaczył Norman Mapeza w Dzienniku.

Galatasaray z Mapezą w Lidze Mistrzów

Paweł Muzyka pisał na Weszło, że o Normanie Mapezie w Turcji długo opowiadano anegdotę: "Jak tylko pojawił się w Stambule, by zawrzeć umowę, działacze Galaty zaproponowali, że klub wynajmie mu samochód. Mapeza zareagował jednak zdziwieniem. - Samochód, dla mnie? Nie chcę. Mnie wystarczy rower”. Do dwóch kółek mógł być przyzwyczajony z pobytu w Pniewach.

Nie mógł być za to przyzwyczajony do sław, z jakimi przyszło mu się mierzyć w pierwszym (i jedynym) sezonie gry dla Galatasaray: Romario, Stoiczkow, Koeman, Guardiola, Bakero, Schmeichel, Giggs, Hughes, Ravelli. Zresztą, szatnię dzielił z późniejszym atakiem reprezentacji Turcji na Euro 2000 (Hakan Sukur - Arif Erdem) oraz legendą Szwajcarii (Kubilay Turkyilmaz).

W Lidze Mistrzów dla Galaty Norman Mapeza zagrał w pięciu meczach:

- FC Barcelona - Galatasaray 2:1,

- Galatasaray - Manchester United 0:0,

- IFK Goeteborg - Galatasaray 1:0,

- Galatasaray - IFK Goeteborg 0:1,

- Galatasaray - FC Barcelona 2:1.

Zarówno tych wyników, jak i swojej gry, Mapeza absolutnie nie musi się wstydzić. Co prawda na YouTube najwięcej wyświetleń ma nieudany rzut wolny Mapezy z tego ostatniego meczu, ale dłuższa analiza skrótów pokazuje, że dobrze wyprowadzał akcje, świetnie podłączał się do ataków i często próbował strzałów z dystansu. Jedyne dwa gole dla Galaty zdobył w prestiżowych derbach Stambułu z Besiktasem. To wszystko do obejrzenia na zmontowanym na tę okazję filmiku.

Ile prawdy jest w opowieści o zainteresowaniu nim ze strony FC Barcelona, tego się nie dowiemy. „Szkoda, że nie wyszło. Barcelona chciała mnie kupić po meczu z Galatasaray w Lidze Mistrzów, kiedy zagrałem naprawdę nieźle. Niestety, Turcy postawili zaporową cenę” - mówił Mapeza Dziennikowi. W meczach z Dumą Katalonii faktycznie był bardzo aktywny, powinien strzelić co najmniej jednego gola, ale jego dalsza kariera w Turcji pokazuje, że jego umiejętności jednak nie mogły wystarczyć do zatrudnienia na Camp Nou. Dużo wiarygodniejsza jest druga jego transferowa opowieść, o próbie podbicia Anglii. Jeszcze jeden fragment z Dziennika:

- Były jeszcze szanse w Anglii. W Sunderlandzie gwarantowali panu kontrakt za 20 tysięcy funtów tygodniowo, a pan wolał testy w Arsenalu.

- Suma, którą pan wymienia, jest przesadzona. Gra w Arsenal była znacznie większym wyzwaniem niż w Sunderlandzie, więc chciałem podjąć ryzyko. Nie wyszło.

Po Galatasaray, występował w Ankaragucu, Altay SK, Dardanelsporu, znów Altay, epizod w Austrii - w Ried, Gaziantepspor i Malatyaspor, w Zimbabwe w barwach CAPS United, a karierę zakończył w RPA jako piłkarz Ajaxu Kapsztad.

Już raz, tymczasowo, był selekcjonerem Zimbabwe. Teraz przyjął tę propozycję, choć jednocześnie prowadzi FC Platinum, czołowy zespół ligi w Zimbabwe. Jest selekcjonerem tymczasowym, ale raczej zostanie już nim na stałe. Jak przekonuje - „robi to dla kraju, dla kraju, dla kraju”. Machnął ręką na tysiące dolarów, które federacja piłkarska jest mu winna za poprzedni okres pracy. Federacja z kolei puściła w niepamięć oskarżenia o udział Mapezy w handlu meczami.

Historii Mapezy, przenoszącego się z Pniew do Ligi Mistrzów, zapomnieć jednak nie sposób.

B.

Szczegółowe dane na temat występów Normana Mapezy w Turcji dostępne są na stronie: http://www.mackolik.com/Futbolcu/49313/Norman-Mapeza