Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 31 maja 2009
Zmyłki, pomyłki, zwód zerowy

Dziwny sezon właśnie dobiegł końca. Na jego szczegółową analizę jeszcze przyjdzie czas. Teraz pora na rytualne uderzenie się ręką w pierś i słowa: "Myliłem się". Mimo kontrolowania pulsu spraw i - wydawało mi się - dość trzeźwej oceny sytuacji na ligowym froncie, pomyliłem się przynajmniej kilkakrotnie. Okazało się w zasadzie, że dużo częściej myliłem się w swych sądach niż miałem rację:)

1. Sprawa Górnika Zabrze

Spadek zabrzańskiej drużyny wydawał mi się kwestią tak nierealną, że aż niemożliwą. Nieraz zresztą dawałem temu wyraz. Dobry szkoleniowiec, relatywnie niezły skład, solidny sponsor. Działał tu taki piłkarski zwód zerowy - wszyscy myślą, że zawodnik zaraz zrobi jakiś zwód i na to się nastawiają, a że zawodnik nie robi żadnego zwodu, to wszyscy nabierają się na to, że zwodu jednak nie ma. Górnik działał podobnie - im bliżej końca było, im bardziej miernie wyglądała gra zabrzan, tym bardziej wydawało mi się, że to na pewno przykrywka, kalkulacja, zimne obliczenie i że tak ma być. Jeszcze przed sobotnim meczem byłem pewien, że Górnik spokojnie się utrzyma. Sam nie wiem czemu tak myślałem. Może to zadziałał psychologiczny efekt halo i związane z nim przeświadczenie, że bogaci nie mogą przegrać. Faktem jednak jest, że przyszły sezon będzie pierwszym od dawien dawna bez zabrzan. I tbez głębszego wikłania się w tę kwestię - tylko na marginesie trzy rzeczy. Po pierwsze, zastanawia mnie co dziś czuje Kasperczak. To może być dla niego "nocna przeprawa", chyba jeszcze gorsza niż praca w Bastii czy niepowodzenie z reprezentacją Senegalu. Po drugie, pół żartem, pół serio - gdzie są dziś ci wszyscy klakierzy Roberta Szczota? Po trzecie, paradoksalne i okrutne jest to, że Górnik uciekał katu spod topora w czasach strasznej biedy i bałaganu (1999/2000 i 2000/2001) a spada w czasach dobrobytu.

2. Sprawa Cracovii

Podobna sytuacja co w przypadku Górnika. Tutaj jedyną rzeczą wskazującą na spadek była obecność Stefana Majewskiego podczas rundy jesiennej:) Wydawało się, że Płatek odbudował jakość gry ofensywnej i Cracovia chociaż częściowo nawiąże do czasów Stawowego. Początek rundy zresztą na to wskazywał a zwycięstwa nad Polonią i Bełchatowem utwierdzały w przekonaniu, że "między nami dobrze jest". W tej chwili najbardziej interesujące jest to co się wydarzy wkrótce. Mój scenariusz - jako że krakowianie to zespół, bez jakiś szczególnych gwiazd (może poza Ślusarskim i Pawlusińskim), to skład zostanie utrzymany i Pasy będą walczyć o jak najszybszy powrót do Ekstraklasy. Wiele też zależy od Filipiaka i tego, w którą stronę będzie chciał pójść - czy w promocję wychowanków, czy w ściąganie zawodników z niższych lig czy uzbroi się po zęby zepnie się na wejście do elity.

3. Sprawa Piasta Gliwice

Nie kryłem się zbytnio ze swym krytycznym zdaniem na temat możliwości Piasta. Po pierwszej wiosennej kolejce Piast pokazał te wszystkie antywalory z których znany był jesienią - nijakość, miałkość, brak inwencji, zero ofensywy. W moim odczuciu Piastunki nie rokowali na jakikolwiek rozwój, postęp czy choćby przebłyski efektowności. Przyznaję, że się myliłem. Dariusz Fornalak tchnął w gliwiczan nowego ducha a pomogły mu w tym zimowe nabytki - Kamil Wilczek, Mateusz Kowalski i Jakub Smektała, wspomagani czynnie przez Kasprzika i Glika. Drużyna grała z zębem, a chwilami nawet z polotem (!). Pokonała Górnik i Bełchatów, urwała punkty Wiśle, napędziła stracha Kolejorzowi. Pytanie co dalej, bo część chłopaków wraca po wypożyczeniach, po część już zgłaszają się mocniejsze kluby. Pewne jest jednak jedno - Piast jak chce, to potrafi.

4. Sprawa Arki Gdynia

Arka grała wiosną tak beznadziejnie, że od pewnego momentu jej spadek uznałem za pewnik. Pożegnanie się z Czesiem, kiepska passa z Chojnackim, problemy z odchodzącymi sponsorami - wszystko to nie napawało optymizmem. Dość powiedzieć, że pierwsze zwycięstwo w rundzie wiosennej gdynianie odnieśli... wczoraj! A jednak stał się przynajmniej połowiczny cud, ponieważ dzięki wczorajszemu zwycięstwu nad Odrą Arka zagra w barażach. Wcale nie jest powiedziane, że się utrzyma (szczególnie jeśli w drugim narożniku ringu będzie Korona), ale sam fakt, że już dziś gdynianie nie muszą sprawdzać na mapie gdzie leżą Ząbki i Jastrzębie Zdrój, to duży sukces.

5. Sprawa Lecha Poznań

Po zwycięskim meczu nad Wisłą w Krakowie nie wyobrażałem sobie, że może być jakikolwiek inny mistrz. Po pokonaniu 3-0 Polonii Bytom na zakończenie roku i usadowieniu się na szczycie tabeli mogłem się zakładać o duże pieniądze, że to Kolejorz będzie triumfował. Dobra postawa z Udine, mecz w swoim stylu na inaugurację z Bełchatowem oraz zwycięstwo z coraz silniejszą Jagiellonią tylko potwierdzały te przypuszczenia. Potem jednak coś się stało. Co? - o tym jeszcze będzie pora napisać. Mecz z Arką pokazał, że jest średnio, mecz z ŁKS-em pokazał, że tytuł może Lechowi odjechać a remis z Ruchem sprawił, że dopiero wtedy zrozumiałem, że Kolejorz mistrzem nie będzie. Co nie znaczy, że nie wierzyłem. Przestałem wierzyć dopiero po drugiej bramce Łobodzińskiego w meczu z Lechią.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że w paru kwestiach się też nie myliłem. W kwestii: Legii - że na pewno nie zdobędzie mistrzostwa; Jagiellonii - że spokojnie się utrzyma oraz Bełchatowa - że Ulatowski ładnie nastroi górniczy mechanizm. Może to i dobrze, że liga jest taka zakręcona - skoro już poziomem nie zachwyca, to niech chociaż płata figle.

P.

środa, 27 maja 2009
Finał: Manchester Utd. - Barcelona 2:1...

To 2:1 to oczywiście w finale, ale nie w roku 2009 a 1991 i nie w Lidze Mistrzów, a w Pucharze Zdobywców Pucharów. Kanał ESPN Sport Classic w swojej olbrzymiej dobroci nadał niedawno prawie godzinny skrót tamtego spotkania, więc mecz MU i Barcelony w finale LM jest świetnym pretekstem do przypomnienia wydarzeń sprzed 18 lat z rotterdamskiego De Kuip.

Najsampierw należy zauważyć, że choć Barca pokonała w półfinale Juventus, to MU rywala miał jeszcze groźniejszego, bo naszpikowaną gwiazdami, drużynę, która wyeliminowała późniejszego mistrza Włoch (Sampdorię) samą... Legię Warszawa (1:3 w Warszawie, 1:1 na Old Trafford)! Tak, to był ten sezon.

Mecz w Rotterdamie w pierwszej połowie, eufemistycznie ujmując, nie należał do oszałamiających widowisk. Dość powiedzieć, że obie drużyny drużyny nie oddały celnego strzału na bramkę, a w najlepszej (być może jedynej) sytuacji bramkowej Mark Hughes będąc sam przed bramkarzem przerzucił piłkę nad trybunami.

Z tym Hughesem to w ogóle zabawna historia. Mówimy o najdroższym wówczas piłkarzu na Wyspach, bo sprowadzonym za 1,8 mln funtów. Najzabawniejsze jest jednak to, że Hughes wrócił do MU po krótkim pobycie w... Barcelonie.

Hughes odszedł, bo po Heysel angielskie kluby nie występowały w pucharach. Barca go kupiła, bo Terry Venables liczył, że Walijczyk będzie dobrym partnerem dla Gary'ego Linekera w ataku. Wszyscy zadowoleni? Niekoniecznie. W 28 meczach Primera Division sprowadzony napastnik strzelił tylko 4 gole. Niezadowoleni Hiszpanie na sezon 1987/88 wypożyczyli go do Bayernu, ale i tam się nie sprawdził (6 goli w 18 meczach). No i Hughes znów został Czerwonym Diabłem. Działacze z Old Trafford sprzedali go za 2 mln, a gdy Walijczyk kontynentu nie zwojował, odkupili go płacąc Katalończykom 200 tys. mniej.

Wróćmy jednak do spotkania finałowego PZP. W składzie Barcelony

1 Busquets; 2 Nando, 3 Alexanco (Pinilla 73), 4 R. Koeman, 5 Ferrer; 8 Eusebio, 6 Bakero, 10 M. Laudrup, 7 Goikoetxea; 9 Salinas, 11 Beguiristain

zabrakło wówczas z powodu kontuzji Stoiczkowa i Amora, a przede wszystkim (przez kartki) Andoniego Zubizaretty. Miało to o tyle wielkie znaczenie, że Carlos Busquets (tatuś Sergi Busquetsa) bronił z pewną taką nieśmiałością. Zwłaszcza w drugiej połowie. Najpierw doszło do nieporozumienia pomiędzy nim a Alexanco, w efekcie czego Lee Sharpe stanął przed sporą szansą na gola. Strzelił od razu, z powietrza, wślizgiem, ale trafił tylko w boczną siatkę

67 minuta. Les Sealey (tak, to jeszcze ostatnie chwile przed panowaniem Petera Schmeichela) wybił piłkę daleko, na połowę Barcelony, gdzie sfaulowany został Hughes. Piłkę ustawił Bryan Robson (pierwsza z wielkich siódemek MU [?]), dośrodkował, Bakero przegrał główkę z Brucem, futbolówka minęła niezdecydowanego Busquetsa i Hughes z bliska strzelił do pustej bramki. Barca ruszyła do ataku, ale nadziała się na kontrę. Robson podał do Hughesa, Busquets wyszedł przed pole karne, Walijczyk minął hiszpańskiego bramkarza i... z ostrego kąta strzelił mocno i celnie. 2:0 w 74 minucie! Nowi mistrzowie Hiszpanii mieli kwadrans na odrobienie dwubramkowej straty. I nie zamierzali stać z założonymi rękami.

Laudrup pięknie minął Ince'a, a Bryan Robson (kapitan MU) musiał zatrzymać go faulem.

Dystans ponad 30 metrów do bramki przy rzucie wolnym sprawia, że drużyna broniąca musi się obawiać tylko wybitnych egzekutorów (vide Tomasz Brzyski ;) jednak gdy strzelcem był Holender Ronald Koeman - strach był wręcz potężny. Koeman strzelił mocno (choć nie bardzo mocno) i precyzyjnie (choć nie bardzo precyzyjnie) i piłka po ręce Sealeya wpadła do siatki. 2:1. Barca nacierała, ale najgroźniejsza była po akcji w której rezerwowy Pinilla strzelił do bramki, ale był na minimalnym spalonym i gola oczywiście nie uznano. Warto przy okazji wspomnieć, że Alex Ferguson zagrał cały mecz tą samą jedenastką. Barca atakowała, a MU wyprowadzał kontry. Po jednej z nich Hughes wychodził sam na sam, a na ziemię powalił go Nando i z czerwoną kartką wyleciał w 84 min z boiska. W samej końcówce fantastyczną okazję miała Barca. Błąd obrony, błąd Sealeya, strzał Laudrupa po ziemi i z bramki wybił Clayton Blackmore. Być może dzięki temu Blackmore łapie się teraz do sztabu trenerskiego Fergusona?

2:1 dla MU. Czy taki wynik padnie też dziś?

I tak oto Alex Ferguson zdobył z MU pierwsze europejskie trofeum, a swój drugi Puchar Zdobywców Pucharów (wcześniej zwyciężył z Aberdeen).

Mark Hughes, wówczas bohater, nawet nie przypuszczał, że po ponad 13 latach będzie ze złości ciskał komórką o ziemię, bo jego Walia będzie przegrywać na Millenium Stadium w Cardiff z Polską Pawła Janasa :)

A cała jedenastka Manchesteru wyglądała w tamtym meczu następująco.

 

Górny rząd od lewej: Paul Ince, Mike Phelan, Les Sealey, Gary Pallister, Brian McClair, Steve Bruce
Dolny rząd od lewej: Lee Sharpe, Clayton Blackmore, Bryan Robson (k), Mark Hughes, Denis Irwin

Aha, dla mnie największym smaczkiem tego finału jest chyba obecność grupy kibiców Legii. Czyżby wierzyli w awans warszawskiego zespołu do meczu o puchar i kupili bilet odpowiednio wcześniej?

No i w końcu, powód powstania tej notki. Obejrzałem skrót tego finału, bo przypomniała mi się jedna z gier mojego dzieciństwa. Manchester United Europe!

B.

Pan Trener Jacek 'Znakomity Szacunek' Grembocki

Sobotnia konferencja prasowa przy Konwiktorskiej to było dla mnie doświadczenie z tych bardziej przełomowych. I nie z powodu Franciszka Smudy (bo na nią nie przyszedł), ani też - oczywiście - z powodu jak zawsze spokojnego Marka Bajora. Pan Trener Jacek Grembocki wygłosił za to tak płomienną mowę, że pewnie i sam Piotr Skarga by się nie powstydził.

- Pytanie: pojawił się na boisku Chałbiński i zagrał katastrofalnie. Nie lepiej było wystawić choćby Gajtkowskiego, który grając przeciwko Lechowi miałby większą motywację?
- Z jakiej Pan jest gazety? Bo chciałbym wiedzieć.
- Ja nie jestem z gazety.
- To kim Pan jest?
- Jestem komentatorem, komentowałem ten mecz.
- W jakiej stacji?
-Orange Sport.

- Jeżeli Pan ocenił jego występ jako katastrofalny, to gdyby to był mecz katastrofalny, to mogłoby tak być. Zawody były znakomite. Przeciwnik - czapka z głów. Zdobywca Pucharu Polski, główny kandydat do mistrzostwa Polski. Sześć tysięcy widzów
[rozumiem, że to ma być dowód do dumy... no, chociaż dla Polonii to był rekord sezonu], sześć bramek... Dziwię się, że Pan nie zapytał o trzecią bramkę, to bym Panu coś powiedział. To, że wzięliśmy Michała Chałbińskiego, świadczyło o tym, jakimi jesteśmy desperatami. Mieliśmy jednego napastnika, który się zaciął, nie strzelał [Ivanovski], kilku kontuzjowanych [z napatników chyba tylko Kosmalski], kilku zawodników młodych, Gajtkowski sprawa wiadoma [odsunięty od drużyny, bo za wcześnie powiedział, że "nie widzi dla siebie miejsca w Polonii"]. I moim zdaniem, jeżeli Pan ocenia go [Chałbińskiego] po pięciu miesiącach kontuzji, że to był występ katastrofalny, to Pan jest bardzo młodym człowiekiem i chyba w ogóle meczy nie widział, bo ja widziałem o wiele bardziej katastrofalne występy piłkarzy. Szacunek dla człowieka, który zaryzykował swoje zdrowie dla Polonii! Normalnie po takiej kontuzji jest 8-9 miesięcy pauzy, rekonstrukcja wiązadeł krzyżowych. I Pan, zamiast mu pomóc takiemu człowiekowi, który za chwilę będzie grał, to Pan mówi, że on grał katastrofalnie. Ale myślę, że Pan jest młodym człowiekiem i bardziej szuka Pan sensacji niż oceny tego, co się działo.
- Dziękuję bardzo.

- Myślę, że to był bardzo dobry mecz. Wiedzieliśmy, że Lech tu nie wygra. Trzecią bramkę.. Nie mam pretensji do sędziego głównego, Pana Małka, bo sędziował te zawody znakomicie. Ale. Liniowy, który był 10 metrów od tego, po pierwsze nie widział spalonego powrotnego, po drugie przyjęcia ręką. Czy to jest, proszę Państwa, ukartowane? Nie wiem, raczej nie. Nie, nie jest. Po prostu to jest słaby liniowy sędzia. Eliminować takich sędziów liniowych. Bo to jest z niekorzyścią dla piłki, dla mnie, dla piłkarzy i dla sędziego głównego, który jest znakomitym sędzią. Małek jest znakomitym sędzią. Ale ludzi, z którymi współpracuję, zwłaszcza tego, który to puścił, to mu serdecznie współczuję. Dlaczego? Mynar, który tydzień nie trenował, nawet więcej, dwa tygodnie. Jodłowiec gra z kontuzją trzeci tydzień. Mierzejewski cały tydzień nie trenował. Mąka - cały tydzień czy trzy tygodnie nie trenował. Ja ich muszę wystawić. I ja żądam szacunku dla tych piłkarzy. Oni narażają swoje ży... swoje zdrowie. A facet się śmieje, wie, że popełnił błąd i się śmieje. Ja go tam w telewizji nazwałem, już go nie będę więcej nazywał. Nie pozwolę sobie, bo ja gram o życie, o przyszły kontrakt. Ci chłopcy ryzykują zdrowie, a taki... który stoi z boku, udaje, że nie widzi. Współczuję Panu Małkowi, myślę, że kara dla tego liniowego będzie wielka, tak uważam, bo tak powinno być.

(...) Proszę Państwa, to był naprawdę dobry mecz. Lech jest znakomitą drużyną, trener Smuda jest znakomitym trenerem. My, moim zdaniem, dorównaliśmy im. Może nawet w pewnych elementach przewyższyliśmy. Szkoda tylko, że się tak stało, jak się stało, przy tej trzeciej bramce.

(...) Jeżeli zdobędę puchary europejskie, z tego co prezes mówił, będę miał kontrakt. Wierzę prezesowi, wierzę, bo jeszcze nigdy mnie nie okłamał.

(...) Widowisko naprawdę dobre, a popatrzcie Państwo, jakich zawodników nie mamy z tych, którzy zaczynali sezon. Kosmalski, Gajtkowski, Kozio, Sokołowski. Mynar, ja go naprawdę podziwiam. 35 lat, grał z naderwanym mięśniem czworogłowym. Podziwiam go. On był zły, że ja się go pytałem, czy on może grać. Czesi są naprawdę bardzo twardzi, ja myślałem, że tylko my, Polacy dużo przeżyliśmy. On był zły, jak ja się go pytałem, czy będzie grał czy nie. Tak się krzywił na mój widok, jak się go pytałem. Musieliśmy szykować Kępę - tak, musieliśmy Kępę szykować, bo nie mamy innych prawych obrońców. Podziwiam, podziwiam tych ludzi, bo to są prawdziwy sportowcy.
Smutno mi tylko z jednej rzeczy. To samo może Marka spotkać czy Pana Smudę. Granica między zwycięstwem a porażką jest bardzo cieńka. I nie ode mnie to dziś zależało, że ja tego meczu nie wygrałem. Lech, znakomity przeciwnik, ja to powtarzam. Może byśmy dowieźli to 3:2, nie jest powiedziane, że byśmy dowieźli. Ale mielibyśmy pewność, że nas ktoś nie skrzywdził. Nie chcę żeby ktoś pisał, że nas skrzywdzono. Znakomity mecz.

(...) Ostatnio czytałem kilka wywiadów, których udzielałem. Ostatnie moje wywiady, z ostatnich dwóch tygodni, to jest tyle rzeczy dodanych... Czy na Pana Kaczmarka, w tytułach jakichś... Tyle rzeczy dodanych, że po prostu, no, ręce opadają. Ja wiem, że wy z tego żyjecie, ale troszeczkę profesjonalizmu. Ja daję wywiad autoryzowany wywiad, facet mi mówi, że do gazety Polska, a idzie do Dziennika Bałtyckiego też! I to jeszcze, tam gdzie ja mieszkam! [No faktycznie, ten to przegiął]

Ja mam szacunek olbrzymi do Pana Kaczmarka, bo ja mu też dużo zawdzięczam. Mam w ręku stoper, który włączam i czytam w Fakcie, że rozmawiam z prezesem przez telefon. Ludzie, ja mam dzieci. Mam dzieci. I mam w Gdańsku szkółkę z dziećmi, które trenują. Szacunku. SZA-CUN-KU. Jeżeli chcecie ludziom kłody podstawiać - podstawiajcie. Jeżeli ktoś by był słaby psychicznie, to prawdopodobnie... Już teraz wiem, czemu wielu trenerów skończyło bardzo marnie. Znakomitych trenerów. Bo po prostu nie wytrzymywali tej presji. Pięć, dziesięć lat temu - znakomici trenerzy. Znakomici, nie będę mówił nazwiskami. Problemy alkoholowe i inne. Wiem z czego to się bierze. Całe szczęście, że jestem abstynentem i to stuprocentowym. Bo jeżeli miałbym słabość do alkoholu, to po tym wszystkim co wyczytałem to na pewno musiałbym się upić, bo to jest nie do przyjęcia. Jestem abstynentem - ci co mnie znają to wiedzą - i jestem twardy. Takie rzeczy przyjmuję, ale wiem, z kim mam do czynienia.

(...) Naprawdę cieszę się, bo Marek - to był znakomity piłkarz - pracuje w znakomitym klubie. My równamy do nich.

Myślę, że zaskoczymy Państwa wielkimi transferami.
- Do klubu czy z klubu?
Do klubu.

(...) Majewski dzisiaj zagrał znakomite zawody. Jeśli ktoś go dzisiaj oglądał - biorą go w ciemno.

(...) Dzisiaj, gdyby nasi zawodnicy się nie zmobilizowali, to Lech by nas rozjechał 6:0. To są znakomici piłkarze. Ja trenowałem Lewandowskiego. Niesamowita łatwość grania. Lewandowski w trzech meczach nam nie strzelił gola. To znaczy, że Jodłowiec to klasa europejska, bo Lewandowski za chwilę pójdzie za pięć milionów euro. Za pięć mln euro byle kto nie idzie.

- Panie Trenerze, ostatnio jak Ivanovski był wysłany na trybuny, to potem zagrał dobrze. Prezes Wojciechowski powiedział, że może znowu by mu się przydały te trybuny, a on jednak zagrał.
- No widzicie. Trener Wojciechowski składu nie ustala. Bo gdyby tak było, to tre... prezes Wojciechowski ... (śmiech). A jak to przeczytałem we wtorek [że będzie odesłany], to powiedziałem Ivanovskiemu w szatni przy wszystkich, że będzie na pewno grał. Choćby miał nogę urwaną. Tylko po to, by wam pokazać. Że ja ustalam skład. Ja. Ja. Taka jest prawda. Piszcie dalej. Napiszcie, że Lato będzie na trybunach, to będzie grał. Albo że będzie grał, to go na trybuny puszczę. A Lato grał znakomicie. Dziękuję serdecznie.

No a wcześniej, przed konfą, wiadomo: ''sędzia-gamoń''.

 

Mimo wszystko sędzia Małek nie jest chyba osobą, której należy najbardziej współczuć.

B.

wtorek, 26 maja 2009
Mariusz Nosal. Postscriptum

Był człowiek i nie ma człowieka, rozpłynął się w powietrzu. Albo po prostu dobrze ukrył.

Poprzednia notka o Mariuszu Nosalu kończyła się słowami:

(...) już na pierwszym treningu wybił sobie bark... W konsekwencji założył wodzisławską koszulkę dwukrotnie po czym... zniknął. Długo próbowałem znaleźć jakiś jego trop, ale niestety ani widu, ani słuchu... Może wrócił do rodzinnego Zamościa i wprawia się, żeby zostać w nieodleglej przyszłości trenerem, jak się kiedyś odgrażał?

Ostatnim meczem ligowym Nosala był pojedynek Odry Wodzisław z Arką Gdynia. 22 października 2005 roku.

Potem Maniek wystąpił jeszcze w trzech meczach Pucharu Polski (z Zagłębiem Sosnowiec [3:0] strzelił nawet gola; w dwumeczu z Amiką [0:0, 3:2 dla Odry] wchodził odpowiednio w 83. i 81. min) - ostatni raz na boisku, w oficjalnym meczu był więc widziany 15 XI 2005.

A potem? No właśnie, rąbka prawdy ujawnia fantastyczny materiał Łukasza Olkowicza i Piotra Wołosika w ''Magazynie Sportowym'' z piątku 22 maja.

Story pt. ''Tego meczu nie mogli wygrać'' traktuje o piłkarzach mających problemy z hazardem (Gevorgyan, Dawidowski, Sobczak i inni). W tym smutnym gronie znalazł się też Mariusz Nosal. Pozwolę sobie zacytować:

(...) Trzy lata temu, w wieku 31 lat niespodziewanie zakończył karierę i przepadł jak kamień w wodę. Dopiero wtedy na światło dzienne wyszły pewne fakty, o których nie wiedzieli nawet jego najbliżsi koledzy z ostatniej drużyny, w jakiej występował, Odry Wodzisław. Okazało się, że Nosal był nałogowym hazardzistą. Przegrał wszystkie swoje pieniądze, zapożyczył się na ogromne sumy, które też przegrał, aż w końcu zaczął ukrywać się przed wierzycielami, którzy zniecierpliwieni brakiem spłat, zaczęli mu grozić.

Historia jego upadku ma początek w Górniku Zabrze.

Rozmawiamy z jednym z byłych trenerów Nosala: - Maniek trafił tam w wieku 17 lat i wydawało się, że złapał Pana Boga za nogi. To był Górnik z kilkoma reprezentantami Polski i wspaniałymi planami na przyszłość. Niestety, Mariusz zawsze był podatny na wpływy innych. Wtedy imponowali mu Tomasz Hajto i Arkadiusz Kubik, szybko złapał z nimi kontakt. A ci dwaj piłkarze, wiadomo, święci nigdy nie byli. Pociągnęli ze sobą Mańka.

Nosal pozrywał wszystkie kontakty z kolegami, zmienił numer telefon i wyprowadził się ze Śląska. Rozwiódł się z żoną. Ostatnie ślady prowadziły do jego rodzinnego Zamościa. Odnaleźliśmy tam brata piłkarza: - Mariusz wyjechał za granicę i nie mamy z nim żadnego kontaktu - usłyszeliśmy tylko.

- Nigdy bym się nie spodziewał, że Maniek tak skończy - opowiadał Geworgian. - Poznaliśmy się w Płocku, kiedy przyszedł do Petro. Był małomówny, w ogóle się nie denerwował. Mówiliśmy o nim, że ma wycięty układ nerwowy - mówił Geworgian. - Być może w taki sposób przeżywał swój życiowy dramat.

B.

poniedziałek, 25 maja 2009
Politycy i sport przed wyborami. Postscriptum

Temat wcześniej i szerzej opisywany na tym blogu.

7 czerwca - wybory do Parlamentu Europejskiego

23 maja - mecz Polonii i Lecha przy Konwiktorskiej w Warszawie

Zagrali: 

Paweł Poncyljusz (Prawo i Sprawiedliwość)

Józef Oleksy, Wojciech Olejniczak [co na to fani Pelikana Łowicz?!], Jerzy Szmajdziński (Sojusz Lewicy Demokratycznej)

Na trybunach był transparent (tekst z pamięci): Wie o tym Polska cała, HGW nas oszukała. Może dlatego nikt z Platformy nie zagościł na Polonii (a przynajmniej nie był widoczny). 

O samym meczu będzie później. Może o Lechu, a może o Grembockim (Pan Trener chyba trochę stracił kontakt z rzeczywistością). W każdy razie - później.

B.

 
1 , 2 , 3