Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 30 maja 2014
Ojcowie i synowie. Cz. 3. II liga

W swoich poszukiwaniach rodzicielskich więzi w polskim futbolu schodzimy jeszcze jeden szczebel niżej i odwiedzamy II ligę. A tam familijnych uczuć sporo.

W grupie zachodniej prym wiedzie Rozwój Katowice. Kontraktuje on aż pięciu synów niegdysiejszych zawodników ekstraklasy. Są to:

Maciej Wolny (ur. 1990), syn Dariusza Wolnego (ur. 1969) - Dariusz Wolny to wciąż wspominany w GKS Katowice bramkostrzelny pomocnik (113-30), którego karierę zakończył zawał serca, który piłkarz zaliczył po meczu z Girondins Bordeaux. 

Szymon Kapias (ur. 1984), syn Jerzego Kapiasa (ur. 1957) - ojciec ma na koncie 187 meczów i 6 goli w barwach GKS Katowice (lata 1982-1989); młody próbował swego czasu szczęścia w Zagłębiu Lubin (8 meczów w sezonie 2009/2010).

Przemysław Szymiński (ur. 1984), syn Marka Szymińskiego (ur. 1968) - senior to wieloletni defensor Ruchu Radzionków, a przedtem także GKS Katowice (88-0).

Robert Mandrysz (ur. 1991), syn Piotra Mandrysza (ur. 1962)

- wspominaliśmy już go tutaj; choć jego młodszy brat Paweł występuje szczebel wyżej, to jednak większe doświadczenie stoi za Robertem, który ma na koncie liczne występy na zapleczu ekstraklasy w barwach Pogoni Szczecin;

Tadeusz Tyc (ur. 1983), syn Wojciecha Tyca (ur. 1950) - Tyc senior to legenda Odry Opole, z którą awansował do ekstraklasy, zdobywał Puchar Ligii i grał w Pucharze UEFA, poza tym to jednokrotny reprezentant Polski, który brany był pod uwagę do kadry na MŚ 1978.

Familijnością pochwalić się może również Odra Opole. Tam znajdziemy czterech synów.

Bartosz Pawlak (ur. 1993), syn Rafała Pawlaka (ur. 1970) - Rafał to uznany ligowiec (355-35 w barwach ŁKS, Śląska, Widzewa i Pogoni), a ostatnio również trener Widzewa; Bartosz dopiero idzie w jego ślady.

Daniel Primel (ur. 1992), syn Paweł Primel (ur. 1969) - obaj panowie są bramkarzami; Paweł strzegł przez lata bramki Miedzi Legnica, a w ekstraklasie występował z Odrą Wodzisław (48-0); junior terminował w Zagłębiu, a obecnie jest pewnym punktem Odry.

Adrian Żmija (ur. 1993), syn Grzegorza Żmiji (ur. 1971) - ojciec-bramkarz ma na koncie mecze w ekstraklasie w Polonii Bytom (8-0), syn-defensor dopiero marzy o ekstraklasie.

Mateusz Krawiec (ur. 1993), syn Grzegorza Krawca (ur. 1964) - Krawiec senior to nieco zapomniany już dziś gracz; w drugiej połowie lat 80-tych grał on w ekstraklasie w Zagłębiu Sosnowiec i Górniku Wałbrzych (55-5), potem wyemigrował do Belgii (KTH Diest). Tam też futbolowe wprawki pobierał jego syn, który po powrocie rodziny do Polski terminował głównie w juniorach Lecha Poznań, a obecnie występuje właśnie w Odrze. 

Latorośle dwóch byłych reprezentantów Polski występuje w Rakowie Częstochowa.

Robert Brzęczek (ur. 1996), syn Jerzego Brzęczka (ur. 1971) - seniora nie trzeba przedstawiać; junior, pomimo młodego wieku, jest ponoć szalenie utalentowanym podstawowym zawodnikiem Rakowa, ale warto też zauważyć, że to ojciec pozostaje obecnie trenerem swojego syna. 

Bartosz Soczyński (ur. 1990), syn Piotra Soczyńskiego (ur. 1967) - Soczyński i Brzęczek juniorowie to koledzy z Rakowa, a ich ojcowie grali razem w Olimpii Poznań. Bartosz był nawet w kadrze ekstraklasowej Jagiellonii (bez meczu), o Piotrze i jego ciekawym życiu pisaliśmy tutaj.

Dwóch synów gra także w Ruchu Zdzieszowice - Michał Łęszczak (ur. 1994), syn Marcina Łęszczaka (ur. 1971), byłego gracza Sokoła Pniewy i GKS Bełchatów (4-0) oraz Mateusz Bodzioch (ur. 1990), swego czasu w kadrach Piasta i Korony, syn Janusza Bodziocha (ur. 1965), grającego w ekstraklasie w Rakowie Częstochowa (108-7). W Warcie Poznań występuje Dominik Chromiński (ur. 1993), syn Jacka Chromińskiego (ur. 1972), zawodnika Sokoła Pniewy i Dyskobolii (56-1). W Nielbie Wągrowiec znaleźć można Adriana Owczarka (ur. 1991), syna Czesława Owczarka (ur. 1969), w ekstraklasie zawodnika Olimpii, Sokoła, Warty i Amiki (80-1), a niedawno także szkoleniowca Warty. Wreszcie podstawowym zawodnikiem awansującej właśnie Bytovii Bytów jest Maciej Szewczyk (ur. 1994) - syn Zbigniewa Szewczyka (ur. 1968), wieloletniego gracza Zagłębia Lubin, mistrza Polski 1991, mikrego pomocnika z dobrą techniką (192-1).

Mniej rodzinnych karteli znajdziemy w grupie wschodniej. Tam prym wiedzie Pogoń Siedlce. Dodatkowo zebrały się w niej wyjątkowo interesujące osoby.

Adam Dziubiński (ur. 1992), syn Tomasza Dziubińskiego (ur. 1968) - króla strzelców polskiej ekstraklasy 1991, pierwszego polskiego zdobywcę bramki w Lidze Mistrzów, zawodnika Wisły Kraków (62-30) i Club Brugge. Więcej o jego przygodzie w belgijskim klubie można poczytać tutaj.

Jakub Więzik (ur. 1991), syn Grzegorza Więzika (ur. 1963) - gracza m.in. ŁKS i Dyskobolii (101-16), jednego z najbardziej niespełnionych talentów w polskiej piłce drugiej połowy lat osiemdziesiątych, piszemy o nim tutaj. Jakub zasmakował już ekstraklasy w barwach Śląska (10-0), ale to wciąż za wysokie dla niego progi.

Marcin Stromecki (ur. 1994), syn Ryszarda Stromeckiego (ur. 1970) - zawodnika Polonii Warszawa (11 meczów w jesienią 1993).

Dwóch synów znajdziemy w Motorze Lublin. To Aleksander Komor (ur. 1994), niedawno w kadrze Ruchu Chorzów, syn Grzegorza Komora (ur. 1968), zawodnika Motoru Lublin (79-1), oraz Damian Kądzior (ur. 1992), który ma koncie dwie gry w ekstraklasie dla Jagiellonii, syn Roberta Kądziora (ur. 1970), w przeszłości również gracz Jagiellonii (6-0).

Pozostałe przypadki trafiają się już pojedynczo. Oto one:

Adrian Fedoruk (ur. 1986), Garbarnia Kraków - syn Adama Fedoruka (ur. 1966), reprezentanta Polski, ekstraklasowego wyjadacza w barwach Stali Mielec, Legii, Amiki i Rakowa (304-52).

Grzegorz Kmiecik (ur. 1984), Limanovia Limanowa, zawodnik ciągany na siłę w przeszłości po wielu klubach ekstraklasy (Katowice, Bełchatów, ŁKS, Polonia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła, w sumie 70-12) - syn Kazimierza Kmiecika (ur. 1951),

legendy Białej Gwiazdy (304-153), którego nie ma co tutaj nawet specjalnie przedstawiać.

Adrian Świątek (ur. 1986), Pelikan Łowicz, w przeszłości również w ekstraklasie (24-2 w ŁKS i Górniku) - syn Sławomira Świątka (ur. 1961), zawodnika Olimpii Poznań (25-0).

Grzegorz Wojdyga (ur. 1987), Radomiak Radom - syn Piotra Wojdygi (ur. 1962), etatowego golkipera w ekstraklasie (327-0) w barwach Bałtyku, Stali, Widzewa, Olimpii i Polonii.

Sebastian Łętocha (ur. 1991), Stal Mielec - syn Krzysztofa Łętochy (ur. 1964), wieloletniego filaru Stali Mielec, zawodnika Wisły Kraków (209-4)

Igor Biedrzycki (ur. 1993), Znicz Pruszków - syn Andrzeja Biedrzyckiego (ur. 1966), legendy Stomilu Olsztyn (196-2).

Druga liga również ma się czym pochwalić w kontekście polityki rodzinnej. W kolejnej odsłonie przeniesiemy się natomiast poza granicę Polski.

P.

Czytaj także:

Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

Ojcowie i synowie. Cz. 2. I liga

piątek, 23 maja 2014
Ojcowie i synowie. Cz. 2. I liga

Dziś schodzimy jeden szczebel niżej w poszukiwaniu synów kontynuujących futbolowe tradycje swoich ojców. Wciąż trzymamy się założenia - ojciec musiał grać w ekstraklasie, syn gra (albo znajduje się w kadrze) w klubie I-ligowym.

Na zapleczu ekstraklasy szczególnie dwa zespołu mogą pochwalić się piastowaniem pokoleniowych klimatów. Pierwszym z nich jest Miedź Legnica. Znajdziemy w niej aż czterech "synów swoich ojców".

 

Wyjątkowy w tym towarzystwie pozostaje z pewnością Mariusz Mowlik (ur. 1981). To wieloletni piłkarz ekstraklasy (83 mecze i 3 gole w barwach Lecha, Polonii, Dyskobolii i ŁKS) oraz jednokrotny reprezentant Polski. Jego ojcem jest zaś świetnie znany Piotr Mowlik (ur. 1951) - golkiper Legii i Lecha, 21-krotny reprezentant, srebrny medalista olimpijski z Montrealu (1976) i członek brązowej kadry z MŚ 1982. Taki układ czyni z Mowlików jedną z dziewięciu par ojciec - syn, która zagrała w seniorskiej reprezentacji.

 

Klubowym kolegą Mariusza Mowlika pozostaje Marcin Burkhardt (ur. 1983). Burego nie trzeba nikomu przedstawiać. W ekstraklasie zagrał w 180 meczach (dla Amiki, Legii i Jagiellonii; poza tym występy w Szwecji, na Ukrainie i w Azerbejdżanie), do tego jeszcze zaliczył 10 meczów w seniorskiej reprezentacji Polski. Jednocześnie w I lidze, w Wiśle Płock, występuje także młodszy brat Marcina - Filip Burkhardt (ur. 1987). Filip ekstraklasę poznawał w koszulkach Amiki, Widzewa i Arki Gdynia (74-6). Obaj zawodnicy są synami Jacka Burkhardta (ur. 1960) - w drugiej połowie lat osiemdziesiątych pomocnika Olimpii Poznań (77-3).

W Miedzi znaleźć można także Zbigniewa Zakrzewskiego (ur. 1981) - byłego gracza Kolejorza, Arki, Bełchatowa oraz szwajcarskich Thun i Sion. Jego ojciec Wiesław Zakrzewski (ur. 1955) spędził pół dekady (1972-1977) w Lechu Poznań (lecz przez cały ten czas był jednak głównie rezerwowym golkiperem), poza tym występował także w Bałtyku Gdynia i Olimpii Poznań. Później występował także w Olimpii Poznań oraz na Wyspach Owczych.

Kompanię synów z Legnicy domyka Piotr Kasperkiewicz (ur. 1988), były zawodnik Lechii Gdańsk, brat Arkadiusza (Widzew) i syn Mieczysława, o których pisaliśmy tutaj.

Drugim familijnym klubem na zapleczu jest Energetyk ROW Rybnik. Tutaj również mamy dzieci dwóch reprezentantów Polski oraz dwóch uznanych ligowców.

Konrad Gilewicz (ur. 1992) to syn Radosława Gilewicza (ur. 1971). Gilewicz senior może się pochwalić grą w Ruchu Chorzów, klubach szwajcarskich, niemieckich (Puchar Niemiec z VfB) i austriackich (cztery mistrzostwa, dwa puchary i tytuł króla strzelców 2001). Gilewicz junior może na razie tylko wzdychać w stronę ojca - w tym sezonie jeszcze nie zagrał ani minuty, a na zapleczu ekstraklasy ma zaliczone tylko trzy gry dla Floty Świnoujście.

Łukasz Bałuszyński (ur. 1992) jest natomiast synem tragicznie zmarłego Henryka Bałuszyńskiego (ur. 1972, zm. 2012). O byłym graczu Górnika i Bochum napisaliśmy już bardzo dużo tutaj. Junior zaś coraz odważniej stawia kroki w drużynie z Rybnika, niedawno strzelił swoją pierwszą bramkę.

Paweł Mandrysz (ur. 1997) ma dopiero 16 lat, ale młody wiek nie przeszkadza kolejnym trenerom Energetyka, aby puszczać go w ligowy bój. Chłopak ma dobre wzorce, bo Piotr Mandrysz (ur. 1962), obecny trener Niecieczy, w ekstraklasie uzbierał niemal 200 występów i 41 goli (!) dla Zagłębia Sosnowiec, Pogoni Szczecin i Rakowa Częstochowa. Ród Mandryszów jeszcze się pojawi w tym cyklu, bo w II-ligowym Rozwoju Katowice występuje drugi z braci - Robert.

Ciekawym przypadkiem jest Jarosław Wieczorek (ur. 1985). To syn Ryszarda Wieczorka (ur. 1962), zwanego swego czasu "Platinim z Wodzisławia" (50-10 w ekstraklasie). Otóż Wieczorek senior, gdy został trenerem, ciągnął syna za sobą do wielu klubów, w których pracował (Odra, Korona, Energetyk). Jarosław odetchnął chyba dopiero wtedy, gdy uwolnił się od ojca i w Rybniku jest obecnie kluczowym zawodnikiem.

W Niecieczy z kolei możemy znaleźć Kamila Moskala (ur. 1993). Grywający na razie ogony defensor jest synem popularnego Kazimierza Moskala (ur. 1967) - reprezentanta Polski, zawodnika m.in. Lecha, Wisły i Górnika (283-44). Co zabawne obaj panowie minęli się w klubie - Kamil został zawodnikiem Termaliki, gdy Kazik właśnie się z nią pożegnał.

Utytułowanym ligowcem był także Krzysztof Sadzawicki (ur. 1970). W ekstraklasie uzbierał niemal 300 meczów jako piłkarz Olimpii Poznań, Polonii Warszawa, Śląska Wrocław i GKS Katowice. W tym ostatnim klubie od roku występuje również jego syn - Dominik Sadzawicki (ur. 1994). Od kilku kolejek jest podstawowym elementem defensywy Gieksy.

Domykając ten rozdział należy jeszcze wymienić dwóch graczy. Marcin Stefanik (ur. 1987), gracz Kolejorza Stróże (ma też na koncie jeden mecz dla ekstraklasowego Widzewa) jest dzieckiem Józefa Stefanika (ur. 1964). Stefanik senior na początku lat dziewięćdziesiątych zaliczył w ekstraklasie ponad 100 gier dla Igloopolu Dębica i Siarki Tarnobrzeg. Piłkarzem Arki Gdynia jest natomiast Kamil Juraszek (ur. 1991) - syn Piotra Juraszka (ur. 1972), swego czasu zawodnika Dyskobolii (13-2 w sezonie 1997/1998).

Jak widać silne piłkarskie więzi nie słabną wraz z obniżaniem pułapu ligowego.

P.

Czytaj także:

Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

czwartek, 22 maja 2014
Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

Piłka to niewątpliwie sport rodzinny. Ojcowie często kopią piłkę wraz ze swoimi synami. Często zdarza się, że jeśli kopiącym piłkę ojcem jest piłkarz, to i jego pociecha wyrasta na piłkarza. Zapraszamy więc na krótki cykl tekstów na temat ojców i synów na różnych szczeblach polskiej piłki. Zaczynamy od ekstraklasy. Warunek: ojciec musiał w niej występować, dziecko występuje w niej obecnie (albo znajduje się w kadrze ekstraklasowego klubu).

 

Nie jest żadną tajemnicą, że obecny gracz Legii Bartosz Bereszyński (ur. 1992) to syn świetnie znanego wszystkim kibicom Kolejorza Przemysława Bereszyńskiego (ur. 1969). Ojciec występował w ekstraklasie w latach 1988-2002 i uzbierał w niej ponad 200 występów. Z poznańskim klubem trzykrotnie sięgnął po mistrzostwo Polski (1990, 1992 i 1993) i dwa razy po Superpuchar. Poza tym grał także w Sokole Tychy i Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Choć otrzymał raz powołanie do reprezentacji Polski, to nigdy w niej nie zagrał. Wyręczył go w tym dopiero Bartosz. Junior występował przez cztery lata w Kolejorzu (2008-2012), by na początku 2013 roku przenieść się do Legii Warszawa. Tam wygrał ligę (2013), zagrał w europejskich pucharach i seniorskiej kadrze (dwa występy).

Jeszcze bardziej utytułowaną relacją syn – ojciec może się pochwalić klubowy kolega Bereszyńskiego. Jakub Kosecki (ur. 1990) jest potomkiem Romana Koseckiego (ur. 1966). Romana, byłego gracza m.in. Galatasaray, Atletico i Nantes oraz wieloletniego kapitana reprezentacji, nie trzeba nikomu przedstawiać. Kosecki junior z kolei ma na razie na swoim koncie niemal 51 meczów w ekstraklasie, 11 goli, tytuł mistrzowski (2013) i kolejny na wyciągnięcie ręki, status reprezentanta Polski (5 meczów i 1 gol) oraz opinię szybkiego skrzydłowego.

Niemal równie słynnym zawodnikiem co Kosecki senior był Andrzej Iwan (ur. 1959). To brązowy medalista MŚ 1982, etatowy reprezentant, czterokrotny mistrz Polski (jeden tytuł z Wisłą Kraków i trzy z Górnikiem Zabrze), legenda Białej Gwiazdy oraz zawodnik Vfl Bochum i Arisu Saloniki. W ekstraklasie rozegrał 269 meczów i strzelił 90 goli. Jego osiągnięć na pewno nie powtórzy już jego syn – Bartosz Iwan (ur. 1984). Przez wiele lat miotał się on po różnych klubach (Widzew, Odra Wodzisław, GKS Katowice, Piast Gliwice), by ostatnio zakotwiczyć w Górniku Zabrze. Dobija powoli do 80. występu na boiskach ekstraklasy.

Na to, że pójdzie w ślady swoich ojców-reprezentantów liczy jeszcze dwóch nieco młodszych zawodników naszej najwyższej klasy rozgrywkowej. Michał Szewczyk (ur. 1992) z Wisły Kraków (13 meczów w ekstraklasie) chciałby osiągnąć równie wiele co ojciec – Mirosław Szewczyk (ur. 1962). W barwach chorzowskiego Ruchu rozegrał on 263 mecze, strzelając 36 bramki w ekstraklasie. Zdobył także mistrzostwo Polski (1989) i raz zagrał w reprezentacji.

Natomiast Sebastian Janik (ur. 1989) zadebiutował niedawno w ekstraklasie w koszulce Ruchu Chorzów i tym samym wykonał pierwszy krok w naśladowaniu taty - Zdzisława Janika (ur. 1964). Janik senior znany jest z gry w Wiśle Kraków (116 meczów i 21 goli) i w klubach belgijskich oraz z trzech występów z orzełkiem na piersi.

Łukasz Janoszka (ur. 1987) występuje w ekstraklasie już siódmy sezon, czym przegonił swojego ojca – słynnego Mariana „Ecika” Janoszkę (ur. 1961). Dorobek Łukasza: 163 meczów i 26 goli (dla Ruchu Chorzów i Zagłębia Lubin). Dorobek Mariana: 132 mecze i 45 goli (dla GKS Katowice i Ruchu Radzionków) oraz Puchar Polski 1993. Sprawa jest dynamiczna, bo jeśli Łukasz będzie równie długowieczny co Ecik, to może pobić wiele rekordów.

Ojca dopiero goni przywoływany już Adam Dźwigała (ur. 1995). Zadanie ma o tyle trudne, że Dariusz Dźwigała (ur. 1969) był prawdziwym wyjadaczem naszej ligi. Uzbierał aż 258 meczów i 34 gole (dla Polonii Warszawa, GKS Katowice, Górnika Zabrze i Pogoni Szczecin). Adam na razie dobija dopiero do 50 gier w ekstraklasie, ale pamiętać należy, że piłkarz Jagiellonii ma dopiero 18 lat.

Swojego rodzica naśladować chciałoby także dwóch młodych graczy Ruchu Chorzów, którzy jeszcze nie poznali smaku najwyższej klasy rozgrywkowej. Kamil Lech (ur. 1994) marzy o powtórzeniu kariery swojego znanego ojca Piotra Lecha (ur. 1968). Zagrał on w aż 357 meczach ekstraklasy (dla Ruchu Chorzów, Zagłębia Lubin, GKS Katowice, Górnika Zabrze, GKS Bełchatów i Jagiellonii Białystok). Miłosz Trojak (ur. 1994) z kolei ma chciałbym osiągnąć choćby tyle, co Józef Trojak (ur. 1966, zm. 2014), grający w ekstraklasie w barwach Górnika Wałbrzych i Śląska Wrocław (36 meczów w latach 1984-1990). Podobne przykłady mamy w lidze jeszcze dwa. Arkadiusz Kasperkiewicz (ur. 1994) z Widzewa Łódź czeka wciąż na debiut, a jego ojciec Mirosław Kasperkiewicz (ur. 1959) zagrał w ekstraklasie siedmiokrotnie (też dla Widzewa, w latach 1985 i 1989). Natomiast Paweł Jaroszyński (ur. 1994) zaczął już grywać w barwach Cracovii (11 meczów) i pewnie szybko przegoni swojego ojca Piotra Jaroszyńskiego (ur. 1971), który ma na koncie raptem 11 gier dla Górnika Łęczna w sezonie 2003/2004.

Swojego rodzonego już dawno z kolei pobił Tomasz Hołota (ur. 1991) ze Śląska Wrocław. Zdolny pomocnik uzbierał już 42 mecze oraz 4 gole dla Polonii Warszawa i Śląska Wrocław, a także był powołany raz do reprezentacji Polski. Jego ojciec Janusz Hołota (ur. 1964) zaliczył zaś tylko jeden mecz w ekstraklasie dla GKS Katowice (w 1985 roku).

Tak jak dzieci często naśladują rodziców, tak dzieci piłkarzy często naśladują swoich ojców.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego "Heej Lech"

P.

wtorek, 20 maja 2014
Czerwone Diabły w chodakach

Louis van Gaal został ogłoszony nowym trenerem Manchesteru United. Wielu kibiców drapie się w głowę zastanawiając co czeka ich ukochany zespół pod wodzą holenderskiego coacha.

Warto w tym miejscu przypomnieć podobny dreszczyk emocji, który przebiegł po plecach fanów Dumy Katalonii, gdy van Gaal obejmował FCB w 1997 roku. W krótkim czasie dokonał prawdziwej personalnej pomarańczowej rewolucji. Po jego przybyciu z klubem pożegnali się tacy zawodnicy jak Laurent Blanc, Gheorghe Popescu, Christo Stoiczkow i Ronaldo. W ich miejsce na Camp Nou trafiło... ośmiu Holendrów!

1997

Ruud Hesp

Michael Reiziger

Winston Bogarde

1998

Frank De Boer

Ronald De Boer

Phillip Cocu

Boudewijn Zenden

Patrick Kluivert

O ile klasy Franka De Boera, Kluiverta czy nawet Phillipa Cocu nikt nie negował, o tyle ściąganie Zendena było już dość ryzykowne, a Bogarde to już prawdziwy sabotaż.

Taka taktyka okazała się jednak połowicznie skuteczna. Duma Katalonii z holenderską wkładką wywalczyła mistrzostwo Hiszpanii 1998 i 1999, wicemistrzostwo 2000 oraz Puchar Hiszpanii 1998.

Ten czas domowych sukcesów znaczony jest także klęskami w Lidze Mistrzów. W sezonie 1997/1998 Barca nie wyszła nawet z grupy. Ba, nie wyszła z niej z przytupem! W sumie udało jej się wywalczyć raptem 5 punktów - trzy oczka z Newcastle (2:3 i 1:0), dwa oczka z PSV (2:2 i 2:2)  i kosmiczna kompromitacja z Dynamem Kijów (0:3 i 0:4).

Rok później Barcelona... powtórzyła swój wyczyn. Tym razem lepszy okazał się Bayern (1:2 i 0:1) i Manchester (3:3 i 3:3), słabsze zaś Broendby (2:0 i 2:0).

Lepiej było dopiero w sezonie 1999/2000. Barcelona dotarła w niej aż do półfinału, po drodze bijąc m.in Arsenal i Chelsea. W 1/2 finału lepsza okazała się jednak Valencia (1:4 i 2:1).

Barcelońskie problemy to oczywiście tylko drobne uszczypnięcie wielkiego trenera. Misja przed nim trudna, bo Czerwone Diabły spadły naprawdę nisko. Czy w realizacji tego trudnego zadania znowu skorzysta z armii w chodakach? Na razie ma ich na stanie dwóch - Alexandra Buttnera i Robina Van Persiego.

P.

piątek, 16 maja 2014
Jamajskie dyscyplinowanie fok

Od wczoraj jest już w sprzedaży wyjątkowa pozycja "Kopalnia - Sztuka Futbolu". Fanom tego bloga nie trzeba jej przedstawiać, ale jeśli ktoś jeszcze o niej nie słyszał - to zbiór wyjątkowych historii okołomundialowych popełnionych przez absolutną elitę polskich dziennikarzy sportowych, w tym także skromnych twórców niniejszego bloga.

Po szczegóły odsyłamy tutaj, a w ramach zachęcenia do lektury i połechtania kubków smakowych - oto małe promo tekstu naszego autorstwa dotyczącego maluczkich na mundialach. Na tapecie Jamajka i jej barwna załoga (uwaga - fragment tekstu w wersji reżyserskiej, niepociętej jeszcze przez redaktorów; słowem - unikat:)).

Żadne inne wydarzenie w historii Jamajki nie wywołało takiej euforii jak bezbramkowy remis z Meksykiem w ostatniej kolejce kwalifikacji do mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Dwa punkty przewagi nad Kostaryką wystarczyły, aby to Reggae Boyz wraz z USA i Meksykiem wywalczyli sobie przepustki na mundial.


Euforia była tym większa, że jeszcze pół roku wcześniej w awans nie wierzyli nawet najbardziej odurzeni rumem fani futbolu. Jamajka w czterech pierwszych spotkaniach IV rundy eliminacji zdobyła bowiem tylko dwa punkty (0-0 z USA, 0-6 z Meksykiem, 0-0 z Kanadą i 1-3 z Kostaryką). Potem jednak nastąpiła niezwykła passa sześciu meczów bez porażki i można było świętować sukces. Kibice urządzili więc prawdziwy karnawał na ulicach Kingston i innych jamajskich miast, który dodatkowo wydłużył premier P.J. Patterson, ogłaszając dzień po konfrontacji z Meksykanami dniem wolnym od pracy.

Jednym z głównych architektów wyjątkowego sukcesu był brazylijski szkoleniowiec drużyny Rene Simoes. „Gdy trener po raz pierwszy zobaczył na treningu swoich nowych podopiecznych, to powiedział, że przypominają mu oni foki żonglujące piłeczkami. Wszystko wygląda efektownie, ale pożytek z tego żaden. Taktyki i schematów gry musieli się nauczyć w zasadzie od zera” – opowiada nam Tym Glaser, redaktor sportowy dziennika „Jamaica Gleaner” w latach 1995-2009. „Choć – wbrew pozorom – futbol jest najpopularniejszym sportem na Jamajce, to rozgrywki tutaj mają półamatorski charakter. Większość występujących w ojczystej Premier League piłkarzy zwykle gdzieś jeszcze pracuje – za barem albo w hotelach”.

Zakontraktowany w 1994 roku Simoes miał więc trudne pole do uprawy. Krok po kroku starał się jednak pogodzić pół-amatorską fantazję z rygorami światowego futbolu. W pierwszej kolejności Brazylijczyk wziął się za zastanych już kadrowiczów. Zaproponował im specjalną dietę, skłonił do zajęć fitness, a reprezentacyjnym golkiperom zafundował oddzielne treningi bramkarskie. „To drobne rzeczy, ale właśnie w kwestiach organizacji i dyscypliny jamajska kadra najbardziej kulała. Udało mu się zaszczepić wyluzowanej karaibskiej kulturze trochę dyscypliny” – twierdzi Glaser.

Kolejnym krokiem było zaproszenie do reprezentacji zawodników urodzonych w Anglii, ale legitymujących się jamajskimi korzeniami. Tym sposobem drużynę zasilili występujący na Wyspach Brytyjskich - Deon Burton i Darryl Powell (obaj Derby County), Paul Hall i Fitzroy Simpson (obaj Portsmouth), Marcus Gayle i Robbie Earle (obaj Wimbledon) oraz Frank Sinclair (Chelsea).

Ich nagłe pojawienie się w reprezentacji wywołało spory szok. Zarówno kibice jak i zawodnicy przyjęli angielski zaciąg z rezerwą. „Fani pytali - skoro drużyna radzi sobie nieźle, to po co ściągać ludzi z zewnątrz? Z czasem jednak, najpierw piłkarze, a potem sami sympatycy, przekonali się, że z ‘Anglikami’ ekipa radzi sobie jeszcze lepiej” – mówi Glaser.

Co było dalej? Dlaczego po meczu z Argentyną łajano selekcjonera? Jaki deal Jamajczycy dobili z japońskimi kibicami? Sprawdźcie w "Kopalni - Sztuce Futbolu".

P.

 
1 , 2