Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 30 maja 2016
Obsesja miejsca na mapie - ConIFA 2016. Abchazja, Laponia i Kurdystan wygrywają do zera

mapa_conifa2

Pewnie pamiętacie to z podstawówki. Na geografii przychodzi czas na kartkówkę z europejskich stolic albo odpytywanie przy mapie i nagle wszystko się odwraca. Klasowe zakały, największe zgrywusy i naukowe olewusy, takie co to zamiast siedzieć przy książkach i atlasach, dzień w dzień ganiają za piłką, a wieczorami oglądają ją na ekranie, stają się prymusami.

- Stolica Liechtensteinu? No przecież, że Vaduz! Amica ich sprała. Ale tu profesor podchwytliwie zagrała, bo oni przecież w lidze szwajcarskiej grają.

- Wyspy Owcze? Między Islandią a Wielką Brytanią. To było niezłe jak ostatnio pyknęli Greków. A Gattuso jak się zdziwił, że policjant z lotniska zagrał przeciw niemu. Serio, nie czytała pani "81:1"?!

- Reykjavik? Proszę mnie nie rozśmieszać. A może pokazać Gardabaer albo Hafnarfjoerdur? Ale te nasze kluby narobiły wstydu...

- Gibraltar? To łatwe, Hiszpania im długo blokowała granie, a jak już nie była w stanie, to Lewandowski z resztą chłopaków sprawili, że się teraz zastanawiają, czy to aby był dobry pomysł.

- A wie pani, gdzie jest Nieciecza?

Tak te szkolne odpowiedzi uczniów-fanów mogą wyglądać. Nie ma nic z przesady w tym, co powtarzają kibice i działacze z krajów na aucie międzynarodowego futbolu: to piłka nożna pozwala zaistnieć na mapie.

„Futbol daje miejsce na mapie” - dokładnie tak mówił też m.in. Nathan Chichon, lekarz reprezentantów Gibraltaru, nim doznali oni od Polaków ciężkich razów. Mówił tak na filmie, który był elementem dużej kampanii PR-owej na rzecz włączenia do - tu ulubiony zwrot działaczy ze wszystkich zakątków świata - tzw. piłkarskiej rodziny. Umizgi trwały kilkanaście lat - ciągle kij w szprychy wsadzali Hiszpanie (ich muchom w nosie dziwić się nie można, im przyjęcie Gibraltaru nie mogło być na rękę, bo mają na głowie Kraj Basków i Katalonię). W końcu stało się: Gibraltarczycy są już i w UEFA (dzięki czemu grali z Polską w eliminacjach Euro 2016), i w FIFA też.

A ich nowy status to tylko paliwo dla kolejnych walczących o oficjalne zaistnienie w futbolu terytoriów.

ConIFA. Nowi bohaterowie nie zawsze mogą przyjechać

Co tam Euro z Polakami na pokładzie, niech się schowa turniej olimpijski w Rio, a Copa America Centenario może spać w nogach, dla prawdziwego piłkarskiego hipstera turniejem numerem 1 w 2016 roku jest właśnie rozpoczęty puchar świata ConIFA (Confederation of Independent Football Associations). Tego typu imprezy odbywały się już wcześniej (FIFI Wild Cup, ELF Cup, Viva World Cup), ale dopiero teraz można mówić o rozmachu i regularności. Konfederacja Niezależnych Związków Piłki Nożnej brzmi nieźle, choć - bądźmy szczerzy - odpowiedniejsza byłaby Konfederacja Nieprzyjętych (do FIFA).

Gdy dla Polski losowano rywali w eliminacjach mundialu w Rosji, furorę na Twitterze zrobiło zestawienie z groźnym Mordorem w pierwszym koszyku, Narnią, Laponią, Krainą Oz i Atlantydą w drugim, Gondorem i Zamundą w czwartym, Nibylandią w piątym i Doliną Muminków w szóstym. O ile w istnienie Św. Mikołaja niektórzy powątpiewają, o tyle Laponia istnieje nie tylko teoretycznie, ale ma też ma swoją reprezentację.

Sapmi - bo tak określa się Laponię i Lapończyków - zbiera tzw. solidnych ligowców z Norwegii, Szwecji i Finlandii, ale zdarza się też nakłonić graczy z wyższego szczebla. Dla Lapończyków zagrali m.in. reprezentanci Norwegii Trond Olsen i Tom Høgli.

Podczas pierwszej edycji pucharu świata „niezależnych” (ConIFA 2014), Laponia była gospodarzem, bukmacher NordicBet sponsorem, a jednym z ambasadorów - Thomas Myhre, wieloletni bramkarz Norwegów. Turniej w szwedzkim Östersund odbywał się pod hasłem, pardon, hashtagiem #NewHeroes, a kanał na YouTube pękał w szwach od porządnie nakręconych materiałów. Opakowanie było ładne, ale w środku nie wszystko grało - a raczej nie wszyscy.

Wśród "nowych bohaterów" zabrakło Quebecu, który wycofał się tuż przed imprezą, licząc na to, że jednak dostanie się do CONCACAF. Darfur ostatecznie przyjechał, ale - nie można tego niestety wykluczyć - jego zawodnicy piłkę mogli widzieć dopiero pierwszy raz w życiu. Tamilowie pokonali ich 10:0, Górski Karabach 12:0, Południowa Osetia 19:0, a Padania - z bratem Mario Balotelliego w składzie (Enochem Barwuahem) - aż 20:0.

Darfur był jedynym przedstawicielem Afryki w turnieju, bo całej ekipie Zanzibaru odmówiono wiz do Szwecji. Problem z wizami mieli też Abchazowie (dostała je tylko połowa składu), ale z nimi dużo większa heca była rok później, w 2015, podczas pierwszego europejskiego turnieju ConIFA w Debreczynie. Zbigniew Rokita z „Nowej Europy Wschodniej” cytuje na swoim blogu znajomego dziennikarza z Abchazji: „Zaprotestowały Gruzja i Turcja, a węgierski premier pod groźbą odwołania turnieju zabronił organizatorom zapraszać reprezentacji Abchazji, Osetii Południowej i Cypru Północnego. Straciliśmy tylko pieniądze na wizy, bilety i przygotowanie reprezentacji”.

Abchazja w ramach wyrównania krzywd dostała do organizacji tegoroczny puchar świata ConIFA. Jeśli przy okazji kolejnych turniejów piłkarskich część społeczeństwa narzeka na budowanie obiektów ponad stan (Brazylia, Ukraina, RPA, nawet Polska), to co powiedzieć o inwestycji w nowy stadion w Suchumi?

Abchazja z bramkarką i najstarszymi góralami

W Abchazji na drogach straszą leje po bombach, a spora część budynków jest zrujnowana, z gmachem dawnej Rady Ministrów na czele. Odrestaurowany został niewielki kawałek Suchumi, jest nadmorska promenada, no i teraz też stadion. Co prawda starsi tubylcy od piłki wolą domino i szachy, ale nikt tu ich przecież o zdanie nie pytał.

Materiał wideo z lutego 2015: reporter w skórzanej kurtce i dżinsach z dumą przechadza się po murawie nowego stadionu w Suchumi: - Pole gry odpowiada wszelkim międzynarodowym wymogom zawodów piłkarskich! - zachwyca się, a w tym samym czasie dron unosi się nad murawą i z góry pokazuje biało-żółto-pomarańczowo-różowe trybuny na 4,5 tys. widzów.

Stadion trzeba było postawić na mokradłach, w podmokły grunt wbito 1200 pali wzmacniających. Że drogo? - Ale teraz możemy nie tylko zgłaszać się do organizacji różnych zawodów, ale też przyjmować drużyny, np. z Rosji! - przekonuje Biesłan Adżindżał, doradca prezydenta Abchazji ds. sportu. O kontaktach z Gruzją, na terenie której - teoretycznie - Abchazja wciąż się znajduje, mowy nie ma.

Za to z rosyjskimi i prorosyjskimi drużynami Abchazowie mierzą się chętnie. Wiosną 2015 roku w Suchumi podjęli ukraińskie republiki - Łużańską i Doniecką - więc i wizyta gości z Krymu wydaje się kwestią czasu.

Do Suchumi dotarły też najwyraźniej gender studies, bo w pierwszym meczu męskiej - podkreślmy - reprezentacji Abchazji, przeciwko Kubań Krasnodar, w ostatnich minutach bramki broniła Elvira Todua, wielokrotna reprezentantka Rosji.

Najbliżej wielkiego sportu Abchazja była podczas zimowych igrzysk w Soczi, ale tam pod swoją flagą wystartować nie mogła. Górskie obszary Abchazji są uznawane za tereny, na których ludzie żyją najdłużej na świecie, więc i może zamiany ConIFA na FIFA kiedyś się doczekają.

ConIFA 2016 - szacunek niechcianych

- Cieszymy się z tego, że Gibraltar jest w FIFA i UEFA, ale to tylko pokazuje niekonsekwencję tych organizacji. Wyspa Man, Jersey czy Guernsley cieszą się większą niezależnością od Gibraltaru, a jednak ich reprezentacje nie są uznawane - przekonuje Sascha Düerkop, sekretarz generalny ConIFA. Wyspa Man nie gra w Abchazji, bo władze brytyjskie tę wycieczkę odradziły. W ostatniej chwili wycofali się też Romowie, za których wskoczyła Seklerszczyzna, czyli region z mocnymi węgierskimi wpływami w Rumunii, obejmujący m.in. Braszow. W ConIFA 2016 gra 12 ekip:

Czagos, Kurdystan, Cypr Północny, Padania, Pendżab, Recja (Retoromanie), Seklerszczyzna (Szekely Land), Sapmi (Laponia), Somaliland, Koreańczycy z Japonii i Zachodnia Armenia.

które w ramach trollowania UEFA, robią sobie przedmeczowe zdjęcia z logiem ConIFA i hasłem UEFA - "respect". Wszystkie mecze można oglądać na żywo w sieci - o ile oczywiście transmisja nie zerwie, bo jak cała organizacja turnieju wszystko trzyma się tu nie na solidnych podstawach, a na entuzjazmie.

Pierwsze zwycięstwo Abchazji 9:0 nad wyspami Czagos wywołało w Suchumi euforię równą chyba tylko przyjazdowi czarnoskórej ekipy Somalilandu (o wspólnym podróżowaniu taksówką z częścią tej drużyny pisze holender ze strony staantribune.nl). Wysoko do zera wygrały też na otwarcie prowadzona przez Mortena Pedersena (ex- Borussia Moenchengladbach) Laponia (5:0 ze wspomnianymi gośćmi z Afryki) i Kurdystan (3:0 z Seklerszczyzną), a minimalnie - Cypr Północny z Padanią (2:1).

Zwycięstwa są oczywiście przyjemne, ale każdy w tym turnieju tak naprawdę marzy o czym innym: by już więcej w pucharze niechcianych nie musiał grać.

środa, 18 maja 2016
Każdy miał być Okońskim albo Juskowiakiem...

W Lechu jak co (pół) roku trwają gorączkowe poszukiwania napastnika. Przy tej okazji warto przypomnieć sobie kilka postaci, które miały stać wielkimi poznańskimi goleadorami, ale... się nie stały.

Każdy z nich miał zostać nowym Okońskim albo Juskowiakiem – gwiazdą Lecha i asem ataku reprezentacji Polski. Łączy ich jednak to, że w ogóle nie wywalczyli sobie miejsca w składzie Kolejorza, a później ich kariery biegły po bardzo dziwnych ścieżkach. Wymienieni w tekście zawodnicy trafiali do pierwszego zespołu Lecha zwykle w podobnych okolicznościach. Byli młodzi i zdolni, ale już z dorobkiem w niższych ligach albo imponującymi osiągnięciami juniorskimi. Większość z nich regularnie występowało także w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Nie byli od razu przewidziani od podstawowej jedenastki, ale pokładano w nich spore nadzieje. Najpierw mieli okrzepnąć i dopiero z czasem zacząć seryjnie strzelać bramki. Życie potoczyło się jednak inaczej.

Marcin Klatt jako junior trafiał dla Lecha seriami i kwestią czasu wydawało się, kiedy tylko podbije ekstraklasę. W Kolejorzu debiutował jeszcze przed osiemnastymi urodzinami. Do końca sezonu 2002/2003 siedmiokrotnie wbiegał na boisko w końcówkach spotkań. Bramki jednak nie zdobył. Dość nieoczekiwanie po zakończeniu rozgrywek wytransferowano go do Kujawiaka Włocławek. Klatt na tyle dobrze radził sobie w III i II lidze, że sidła na niego zarzuciła… Legia Warszawa. Wejście do nowego zespołu zaliczył wspaniałe. W swoim trzecim meczu z „L” na piersi ustrzelił hat-tricka (3:0 z GKS Bełchatów),

a później trafił jeszcze do siatki Wisły Płock. Sezon zakończył z czterema golami i mógł się czuć pełnoprawnym mistrzem Polski 2006. Z czasem jednak „Klacik” mocno obniżył loty, a do tego doszły liczne kontuzje. Piłkarz krążył między kolejnymi klubami (Korona, Zawisza, ŁKS, Pogoń), ale nigdzie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Dobrze czuł się tylko w Warcie Poznań, gdzie przypomniał sobie jak się strzela bramki. Kolejne urazy sprawiły jednak, że mając 28 lat zakończył profesjonalną karierę. Obecnie prowadzi firmę budowlaną.

Marcin Pontus trafił do Lecha za sprawą swojego ojca – Janusza Pontusa, w przeszłości piłkarza Kolejorza (występy jesienią 1981). Rosły snajper strzelał sporo bramek w sparingach, ale nie był w stanie wygryźć ze składu Zakrzewskiego, Gajtkowskiego ani Nawrocika. Dla Kolejorza w ekstraklasie zagrał raptem kwadrans. Ciekawie ułożyła się jednak jego dalsza przygoda z piłką. Oprócz polskich klubów z niższych lig występował on również w hiszpańskim czwartoligowcu UD Horadada oraz drużynach z Cypru, Czech i Słowacji.

Przy okazji warto wspomnieć, że zdecydowanie najbardziej egzotyczny kierunek obrał piłkarz, którego trudno traktować jako pełnoprawnego lechitę, ale jednak rozegrał jeden oficjalny mecz w niebiesko-białych barwach w Pucharze Ekstraklasy. Jacek Magdziński nie zyskał jednak uznania trenera Smudy, a przez kolejne lata grał w takich klubach jak Flota Świnoujście, Zawisza Bydgoszcz, Chojniczanka Chojnice, Gwardia Koszalin, kluby z niższych lig angielskich, a po powrocie do Polski jeszcze Puszcza Niepołomice i Promień Kowalewo Pomorskie. W Ekstraklasie nie zadebiutował i dziś zapewne nikt by o nim nie pamiętał, gdyby nie to, że w wieku 28 lat zdecydował się na kontynuowanie kariery w… Angoli. W zeszłym roku grał w Académica Petróleos Clube do Lobito, zdobył dla tego klubu 10 goli i pomógł w utrzymaniu w tamtejszej Ekstraklasie, a zimą zmienił barwy klubowe na Progresso Associação do Sambizanga. W internecie można znaleźć relacje Magdzińskiego z jego afrykańskiej przygody.

Miał być talentem czystej wody wyciągniętym ze słynnej szkółki Gwarka Zabrze - Marcin Sobczak, dobrze zapowiadający się junior i młodzieżowy reprezentant Polski. Gdy jednak przyjechał do Poznania, to szybko się okazało, że to zbyt wysokie progi dla niego. W ciągu całego sezonu 2006/2007 grał tylko w meczach Pucharu Ekstraklasy. Po odejściu z Kolejorza próbował szczęścia w drużynach ekstraklasy (Ruch, GKS Bełchatów) i niższych lig (Zawisza, GKS Tychy) oraz w zagranicznych ekipach (w Grecji i Niemczech). Ostatnio Sobczak występował w Pniówku Pawłowice Śląskie (III liga).

Maciej Kononowicz miał – teoretycznie – lepsze warunki do odnoszenia sukcesów w Lechu.

z11467296Q,Maciej-Kononowicz

Był on bowiem liderem młodzieżowych drużyn Amiki Wronki, a gdy ta połączyła się z Lechem, to Kononowicz również przeniósł się do Poznania. Pomimo personalnych zawirowań dostał się do pierwszego zespołu „nowej” drużyny. Konkurencja jednak była dla niego za silna. Kononowicz wystąpił jesienią 2007 w dwóch spotkaniach ligowych. W obu wbiegł na boisko w… 90. minucie. Piłkarz pojawiał się potem w różnych wielkopolskich klubach (Polonia Środa Wielkopolska, Unia Swarzędz), miał też epizody w Chrobrym Głogów i Sandecji Nowy Sącz. W sezonie 2015/2016 gra w Sprotavii Szprotawa (IV liga).

Tomasz Mikołajczak – to miał być pewny transfer. Zawodnik o dobrych warunkach fizycznych, na dodatek długo obserwowany w barwach Nielby Wągrowiec, w której radził sobie znakomicie (18 i 16 goli w kolejnych sezonach). W Kolejorzu jednak kompletnie się zablokował. Nie tylko nie sprawdził się jako partner Roberta Lewandowskiego, ale nie sprawdził się nawet jako jego zmiennik. Jeśli trzeba byłoby wskazać jeden jego dobry mecz, to pewnie byłoby to spotkanie z Koroną (2:0, a Mikołajczak strzelił obie bramki).

Z Lecha trafił do Bytomia, później do Wągrowca, a od czterech lat gra w Chojniczance Chojnice.

Transfer Krzysztofa Chrapka już od samego początku poddawany był w wątpliwość przez wielu kibiców.

z14042346Q,Krzysztof-Chrapek-w-barwach-Lecha-Poznan

Zawodnik ten przed przybyciem do Kolejorza mógł się pochwalić występami dla Podbeskidzia Bielsko-Biała na drugim i trzecim szczeblu rozgrywek. Co prawda sezon poprzedzający przenosiny na Bułgarską (2008/2009) miał świetny (31 meczów i 18 goli), ale pamiętać należy, że było to tylko zaplecze ekstraklasy. Faktycznie pobyt Chrapka w Poznaniu to jedno pasmo porażek. W mistrzowskim sezonie (2009/2010) rozegrał 12 spotkań, w żadnym nie trafiając do siatki. Później zaś rozpoczęła się fatalna seria jego kontuzji, która wyłączyła go z gry niemal na trzy lata. Choć próbował jeszcze wrócić do profesjonalnej piłki, to kolejne próby okazały się nieudane. Dziś Chrapek gra w III-ligowym BKS Stal Bielsko-Biała.

O Patryku Wolskim w ostatnio sporo się mówiło z racji bardzo ciekawego artykułu, który pojawił się w „Przeglądzie Sportowym”. Urodzony w Radomiu zawodnik najpierw terminował w tamtejszych klubach, by później zasilić zespół Młodej Ekstraklasy Lecha. Radził w nim sobie na tyle dobrze, że jeszcze jako osiemnastolatek zadebiutował w ekstraklasie. Wiosną 2012 roku Wolski rozegrał trzy mecze, jesienią dorzucił trzy kolejne. Do tego zdobył pięknego gola w spotkaniu z Piastem Gliwice (4:0). Później jednak nabawił się fatalnej w skutkach kontuzji, po której nie wrócił już do zdrowia. Próbował jeszcze odbudować się w rodzinnym Radomiu oraz rezerwach Kolejorza, ale nie dał już rady rywalizować na wyższym poziomie. Po zawieszeniu butów na kołku został… trenerem! W wieku 22 lat objął występujący w A klasie zespół Centrum Radom.

Ostatnim zawodnikiem w tej wyliczance jest Michał Jakóbowski. Jego historia jest zupełnie świeża i niewykluczone, że zawodnik ten jeszcze kiedyś wróci do Lecha. Choć do Kolejorza był dokooptowany pod kątem drugiego zespołu, to jego świetne występy w rezerwach, a przedtem także w Warcie Poznań, dawały nadzieję, że młody zawodnik szybko zostanie zmiennikiem Ślusarskiego. Jakóbowski zagrał jednak tylko trzy „ogony” i pożegnał się z zespołem. Obecnie występuje w Bytovii.

Zawodnik

Wiek, gdy trafił do Lecha

Okres pobytu w Lechu

Dorobek w lidze dla Lecha

Marcin Klatt

18

Wiosna 2003

7-0

Marcin Pontus

19

Jesień 2004

1-0

Marcin Sobczak

19

2006/2007

0-0

Maciej Kononowicz

19

Jesień 2007

2-0

Tomasz Mikołajczak

22

2009-2010, wiosna 2011

32-5

Krzysztof Chrapek

24

2009/2010

12-0

Patryk Wolski

19

2012

6-1

Michał Jakóbowski

21

Jesień 2013

3-0

Gdy trafiali do Kolejorza wierzono, że na trwałe zapiszą się w klubowej historii. Dzisiaj ich nazwisk przeciętny sympatyk Lecha już nie pamięta.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

"Heej Lech!"

P.

sobota, 07 maja 2016
Kosowo chce grać. I już może. UEFA się zgodziła, FIFA wkrótce

kosova

Mecz Serbia - Albania w Belgradzie, nad boiskiem pojawia się dron z flagą Wielkiej Albanii, a na boisku wybucha awantura. Jednym z pierwszych, który startuje z rękami do Serbów, jest Taulant Xhaka. Jego brata, Granita, rozpiera duma. Na swój profil na Instragramie od razu wrzuca zdjęcie Taulanta ruszającego na grupkę Serbów i komentuje: "Pokazujemy albańską siłę, pamiętamy spluwę Adema Jashariego". ("Showing the strength of the Albanian, remembering the gun of Adem Jashari!!! #love #my #bro #proud #of #you #taulantxhaka.").

Sam ten krótki wpis (potem usunięty) świetnie pokazuje jak zagmatwane są tu sprawy: Granit Xhaka - reprezentant Szwajcarii - pisze o "albańskiej sile", by w tym samym zdaniu przywołać Jashariego, bohatera walk o niepodległość Kosowa, którego imieniem nazwany jest stadion w Mitrowicy, lotnisko i teatr.

Rodzina Xhaka opuściła Kosowo w 1989 roku, lepszego życia poszukała w Bazylei. Tam też rodzice zapisali Taulanta i Granita do pierwszej szkółki piłkarskiej. O karierach dla nich nie myśleli, mieli po prostu się ruszać, tak jak ma to we krwi młodzież na Bałkanach. Seniorom Xhaka do głowy pewnie nie przyszło, że bracia będą grali w piłkę pod dwoma różnymi flagami (precedensu nie tworzą, przed nimi byli choćby bracia Boateng - Kevin-Prince i Jerome).

 

Granit w jednym z wywiadów dla specjalnego serwisu internetowego dla Albańczyków w Szwajcarii (albinfo.ch) opowiadał, że tak samo dobrze czuje się w Szwajcarii, jak i w Kosowie. Zaraz potem poprawiał jednak Wikipedię, która błędnie podawała jego miejsce urodzenia jako kosowskie Gnjilane zamiast Bazylei.

Bracia Xhaka kłócą się rzadko, najczęściej o to, który z nich jest lepszy: prześcigają się w uprzejmościach, pytani w wywiadach zawsze jeden wskazuje na drugiego. Przyjdzie jednak moment, gdy będą musieli pogadać serio: czy Kosowo jest tą drużyną, w której powinni grać razem?

To pytanie, na które już odpowiedział sobie Ardian Gashi (po 14 grach w reprezentacji Norwegii grzecznie podziękował za dalsze powołania), a z którym muszą się zmierzyć urodzeni w Kosowie reprezentanci Albanii (m.in. Berisha, Cana i Kukeli) i przede wszystkim Szwajcarii (z Behramim i Shaqirim na czele). Szwajcarzy się tych osłabień zwyczajnie boją.

Xherdan Shaqiri jakiej decyzji ostatecznie nie podejmie, i tak pewnie pozostanie w Kosowie bohaterem. Regularnie gra w butach przystrojonych trzema flagami (Szwajcarii, Albanii i Kosowa), a gdy na Wembley w finale Ligi Mistrzów Bayern pokonał Borussię, triumf celebrował z flagą Kosowa (na filmie od 4:47). Potem - oczywiście - były protesty Serbów, ale obrazek poszedł w świat: na szczycie jest piłkarz z Kosowa, który nie wstydzi się swoich korzeni. Kolejne sukcesy mają należeć już nie do jednostek, a do drużyny.

Do serbskich protestów i wywieszanego na wielu stadionach Europy hasła „Kosovo je Srbija” wszyscy są już przyzwyczajeni. Ale UEFA Kosowo już uznała, a za chwilę zrobi to też pewnie FIFA i ekspresowo dołączy do eliminacji mistrzostw świata w Rosji. Wtedy wystrzelą petardy i korki od szampana, jak w Polsce po przyznaniu organizacji mistrzostw Europy.

Gdy Albania awansowała na Euro 2016, Kosowo świętowało hucznie jej nieoczekiwany sukces, też w ruch poszły fajerwerki. Pytanie, czy sielanki nie zaburzy podebranie do nowej reprezentacji takiej albańskiej opoki jak kapitan Lorik Cana. Sami Kosowarzy w Albanii też nie zawsze czują się komfortowo. Noar - w tekście na stronie Kosovo 2.0 - tak opisał swoją wizytę na meczu Albania - Białoruś: "Mój kosowski akcent wyraźnie nie spodobał się nie tylko jednemu z kibiców w Tiranie, ale też policjantowi wezwanemu przeze mnie do pomocy. Może nam w Kosowie tylko się wydaje, że Albańczycy tak nas lubią?".

Tenże serwis Kosovo 2.0 mocno wspiera akcję crowdfundingową "Kosowo chce grać", która ma pomóc raczkującym federacjom sportowym i polepszyć kulejącą infrastrukturę. Na razie idzie powoli: przez rok wpłacono tylko 5 tys. dolarów, podczas gdy celem jest 30 tys. USD.

Zdaje się jednak, że gdy tylko Kosowo zostanie dopuszczone do gry o stawkę pod swoją flagą, wszystko inne kibice zniosą. Na razie muszą znosić mierną grę kształtującej się kadry.

W spotkaniu z Haiti, czyli w pierwszym meczu uznawanym przez FIFA (oficjalnym, ale wciąż bez hymnu i powiewającej na maszcie flagi Kosowa), nie było goli (można je obejrzeć w całości na YouTube, pytanie, czy ma to sens). O większy kontrast trudno - spięci doniosłością święta Kosowarzy, po tym jak uścisnęli dłoń prawdopodobnie wszystkim oficjelom w kraju, musieli powtarzać nawet pierwsze kopnięcie piłki (Albert Bunjaku podał do tyłu zamiast do przodu). Trema udzieliła się zresztą nie tylko piłkarzom: realizator z wrażenia aż cztery razy pokazał podstawowy skład Kosowa, a dzieci niosące flagi FIFA i Fair Play prawie je upuściły.

Haitańczycy przy nich byli wyluzowani i beztroscy jak dzieci w pierwszym dniu ferii. Kosowarzy pudłowali nawet do bramki bez bramkarza, podawali sobie piłkę w idealnych sytuacjach zamiast strzelać, jakby bali się ciężaru historycznego gola. Pewnie naoglądali się promocyjnego wideo, mówiącego, że 5 marca 2014 roku "historia pisana jest tylko raz".

To nie do końca tak: bo jak nazwać inaczej niż historycznym dzień, w którym Kosowo pierwszy raz zagra o punkty?

B.

środa, 04 maja 2016
A z jakimi meczami Ty kojarzysz swoją maturę?

macbeth-2015-film-reviews-cast

"Trzeba wyjątkowej nieodpowiedzialności, by zakochiwać się w maju przed mundialem, bo potem w czerwcu ten sam dylemat po kilka razy dziennie - mecz czy miłość, Argentyna czy dziewczyna" - pisał Wojciech Kuczok w doskonałym tekście w pierwszym Magazynie Kopalnia. Racji odmówić mu nie sposób, o ile jednak z wyborami serca można czasem - najczęściej bezskutecznie - walczyć, to z kalendarzem matur dyskutować nie sposób. Pewne są śmierć i podatki, ale też to, że po ich rozliczeniu przez naród, rzeszę uczniów ogólniaków czekają testy maturalne (z nieznanych mi powodów nazywane w mediach egzaminami dojrzałości).

Tegoroczni maturzyści, którzy interesują się futbolem, za 10 lat mogą nie pamiętać tematu swojej pracy z polskiego. Ale nie zapomną, że dzień przed jej napisaniem, Atletico triumfowało nad Bayernem, a świetne role w tym dramacie odegrali Simeone i Lewandowski. Mam takie przekonanie graniczące z pewnością. Mam też w tym temacie doświadczenie, bo tak się składa, że równo dekadę temu, sam z egzaminami maturalnymi walczyłem. Przesłuchujcie mnie i torturujcie, ale poza tym, że z polskiego pisałem Szekspira ("Makbeta") skrzyżowanego z dramatem antycznym (raczej "Król Edyp" niż "Antygona"), a na ustnym analizowałem etymologię nazw miejscowych (chwilę zajęło, ale sobie przypomniałem), wspomnień z samych egzaminów nie mam żadnych. Pewnie zjadł je stres, jak przy karnych połknął Müllera do spółki z Torresem. Ale jeśli chcecie pogadać o samym kalendarzu matur 2006, tu już problemu nie ma żadnego. Wszystko, bądź prawie wszystko, jestem w stanie odtworzyć - oczywiście - dzięki meczom.

Polskim piłkarzem, który podczas tzw. nauki do matury (czytaj: siedzenie z książką przed telewizorem, w którym jest mecz) najbardziej mnie zachwycił, był Ireneusz Jeleń. Podczas gdy męczyłem się pradolinami i innymi morenami czołowymi, on w pojedynkę, w dwie ostatnie nie-maturalne środy, wygrał finał Pucharu Polski dla Wisły Płock, robiąc tata-wariata z Zagłębia Lubin już w pierwszym meczu. Rewanż, 3 maja, czyli dzień przed premierowym polskim, był już formalnością.

Irek - jak sam powiedział potem w wywiadzie - był też "najszybciejszy" w meczu Polska - Kolumbia, w sytuacji, gdy zdobył honorowego gola na 1:2. To był 30 maja - już po wszystkim. Przymierza sobie człowiek w spokoju garnitur na bal maturalny, a tu za kołnierz Tomasza Kuszczaka wpada piłka po strzale bramkarza Kolumbii. I to rezerwowego. Koszmar, coś jak zapomnieć na matmę linijki razem z cyrklem. Na dodatek, wcześniej - we wtorek 2 maja - Polska przegrała z Litwą 0:1. O stanie przygotowań kadry Janasa do niemieckiego mundialu najlepiej świadczył wywiad z przerwy tego meczu - Seweryn Gancarczyk, grający wtedy na Ukrainie, przyznał, że cieszy się z powołania, bo może się przypomnieć znajomym i rodzinie w Polsce. I że dobre i to, bo na obecność w kadrze na mistrzostwa nie liczy. A Paweł Janas, znany figlarz, na mundial go przecież wziął.

We wtorek 9 maja, umiarkowanie udanym egzaminem z geografii, żegnałem się de facto z modnym i obleganym wówczas kierunkiem, jakim była gospodarka przestrzenna, a nazajutrz z Bułgarską żegnał się trener Czesław Michniewicz. Piłkarze Lecha Poznań prezentu mu nie zrobili, przegrali 1:2 z Odrą Wodzisław, czemu dziwię się do teraz. Tego samego dnia, w środę 10 maja, fetowała za to Warszawa i Sewilla. Popołudniem Legia, po pokonaniu Górnika Zabrze, zdobyła mistrzostwo Polski, a wieczorem Sevilla obróciła w pył Middlesbrough (4:0), choć wynik jest tu trochę krzywdzący dla Anglików. Moment rozgrywania tego finału był jednak przede wszystkim krzywdzący dla mnie. Usiłowałem powtarzać matmę, ale poległem z kretesem - i następnego dnia na egzaminie, i tego wieczoru - ani to nie powtarzałem, ani oglądałem. Gdy mówi się, że ktoś coś widzi kątem oka, to jest mowa o mojej trudnej relacji z telewizorem tej środy.

Szczęśliwie, w czwartek meczów mi oszczędzono, więc na piątkowy niemiecki mogłem iść wyspany i nieznerwicowany. Gut.

Tymczasem kadra Janasa naczytała się poradników dla maturzystów, gdzie zaleca się spacery po Lesie i w niedzielę, we Wronkach, pokonała 4:0 Wyspy Owcze. Przypomnijmy, to ten mecz z pięknym golem Grzegorza Rasiaka.

To rozluźnienie przydało się przed finałem, czyli ustnym z polskiego. Komisja zareagowała pozitiwnie, więc spokojny mogłem wieczorem, w środę 17 maja, patrzeć jak FC Barcelona odwraca losy finału Ligi Mistrzów z Arsenalem.

Co przyniosła ta dekada?

Barca na parę ładnych lat rozkwitła do drużyny absolutnie wybitnej. Ligi Mistrzów nie obroniła, ale puchary - podobnie jak Sevilli - w gablotach już jej się prawie nie mieszczą. A przecież przez lata to były firmy z wielkimi nazwiskami, ale i niedoborem europejskich trofeów.

Reprezentacja Polski dwa razy zagrała na Euro, a zaraz zagra trzeci, ale dwa mundiale przeszły jej koło nosa. Seweryna Gancarczyka (w Lechu) i Grzegorza Rasiaka (w Warcie) oglądałem w Poznaniu, choć wtedy nigdy bym na to nie wpadł.

Ireneusz Jeleń podbił serca w Auxerre, ale piłkę przestał kopać szybciej niż można było przypuszczać, a ostatnio opowiedział trochę o mało różowym życiu po zakończeniu kariery.

Kolumbia dochowała się króla strzelców mistrzostw świata. A dopiero co gola na polskim boisku strzelił bramkarz klubu ze wsi Nieciecza.

A ja czasem coś napiszę, choć do Szekspira daleko.

B.

 

poniedziałek, 02 maja 2016
Przed finałem PP: dwa kluby, na ławce i w korkach

Rzadko zdarza się, aby trenerzy tak bardzo związani z Legią zasiadali na ławce Lecha Poznań. Jan Urban nie jest jednak jedynym takim przypadkiem w historii Kolejorza. Funkcję trenera poznańskiej Lokomotywy piastowali już szkoleniowcy z przeszłością na Łazienkowskiej.

To grono można podzielić na dwie kategorie: osoby, które występowały w Legii jako piłkarze, a później trenowały Kolejorza oraz osoby, które trenowały Legię, a później prowadziły Lecha.

Z wojskowego boiska na niebiesko-białą ławkę

Trzy nazwiska znajdziemy w zestawie byłych zawodników wojskowego klubu, którzy potem prowadzili Kolejorza.

Nestorem w tym towarzystwie jest śp. Leszek Jezierski. Choć przez większość kibiców kojarzony jest on przede wszystkim z łódzkimi zespołami, to ma na koncie również piłkarski epizod w Legii. W sezonie 1950/1951 wystąpił bowiem w kilku jej meczach (6 spotkań – 1 gol). Kolejorza zaś prowadził w nieco awaryjnych warunkach, do spółki z Jackiem Machcińskim, od stycznia do końca maja 1985 roku. W ramach ciekawostki warto dodać, że w Poznaniu zaliczył również krótki moment jako czynny piłkarz. Przez rok reprezentował nieistniejący już Stomil Poznań (1963-164).

O wiele większe dokonania w koszulce Legii ma Henryk Apostel. W stolicy występował w latach 1962-1968 oraz w 1970 roku. Z warszawskim klubem wywalczył mistrzostwo Polski 1969, wicemistrzostwo Polski 1968 oraz Puchar Polski 1964 i 1966. Do sukcesów tych nawiązał nieco podczas pobytu w Poznaniu. Choć jego pierwsze podejście do Kolejorza okazało się kompletnie spalone (lipiec – listopad 1988), to w drugim rzucie wywalczył z drużyną mistrzostwo Polski 1992 i 1993 (choć w tym drugim przypadku odszedł w trakcie sezonu).

Piłkarską legendą Legii Warszawa jest Adam Topolski. Choć pochodzi on z wielkopolskiego Witkowa, to barwy stołecznej ekipy reprezentował przez ponad 8 lat. Zasłynął tam jako defensor obdarzony piekielnie mocnym uderzeniem i zdobywca trzech Pucharów Polski (1973, 1980, 1981). Już po przekwalifikowaniu się na trenera dwukrotnie prowadził Lecha Poznań. Najpierw działo się to w sezonie 1998/1999 (sezon zakończony na czwartej pozycji), a później w latach 2000-2001.

Imię i nazwisko

W Legii jako piłkarz

W Lechu jako trener

Leszek Jezierski

1950 - 1951

01.01.1985 - 26.05.1985

Henryk Apostel

1962 – 1968

1970

01.07.1988 - 30.11.1988

20.05.1991 - 05.04.1993

Jerzy Kasalik

1968 - 1969

09.05.1987 - 23.05.1987

05.09.1987

Adam Topolski

1973 - 1981

17.05.1998 - 05.09.1999

29.08.2000 - 01.04.2001

 Trener i trener

Tercet trenerów wyłącznie zasiadało na ławkach obu drużyn. Pierwszym z nich jest Jerzy Kopa. Co ciekawe, do obu klubów miał po kilka podejść. W Lechu był aż trzykrotnie - w latach 1976-1979, 1989-1991 oraz w 1998 roku. Na swoim koncie ma zatem mistrzostwo Polski 1990 (wraz z Andrzejem Strugarkiem). Legię natomiast prowadził dwukrotnie: w latach 1982-1985 oraz 1998-1999. Tutaj z kolei osiągnął wicemistrzostwo 1985.

Dość niezwykle prezentują się perypetie Macieja Skorży.

skorza24_djmouuigqikwooz

Był on wielką nadzieję Legii na odzyskanie mistrzostwa Polski. Złośliwy los chciał jednak, że dwa razy tytuł znajdował się w zasięgu jego rąk i dwa razy się wymykał – raz na rzecz Wisły Kraków, raz na rzecz Śląska. Na pocieszenie zostały mu dwa Puchary Polski (2011, 2012), choć z pewnością nie osłodziły mu fiaska warszawskiego projektu. Co się jednak nie udało w Warszawie, to udało mu się w Poznaniu.

Janowi Urbanowi udało się to, co nie udało się Skorży.

jan_urban_obrazony_legia_le2012_470z19012045Q,Jan-Urban--nowy-trener-Lecha-Poznan

Zdobył on z legionistami mistrzostwo Polski 2013 oraz dorzucił cegiełkę do mistrzostwa 2014. Warto jednak pamiętać, że jego pierwsze podejście do Legii było mniej szczęśliwe. Przez trzy lata (2007-2010) wywalczył tylko Puchar Polski 2008. Jakimi osiągnięciami będzie mógł się pochwalić opuszczając Kolejorza? Poczekamy, zobaczymy.

Imię i nazwisko

W Legii jako trener

W Lechu jako trener

Jerzy Kopa

1982 – 1985

1998 - 1999

01.10.1976 - 20.10.1979

22.08.1989 - 19.05.1991 (wspólnie z A. Strugarkiem)

24.03.1998 - 29.04.1998

Maciej Skorża

2010 - 2012

01.09.2014 – 12.10.2015

Jan Urban

2007 – 2010

2012 - 2013

12.10.2015 - wciąż

Buty, ławka, ławka

Wreszcie dwóch trenerów ma podwójnie zakręcony legijno-lechicki życiorys. W jednym z dwóch klubów nie tylko bowiem zasiadali na ławce, ale i reprezentowali go na boisku.

Jerzy Kasalik zarówno występował w Kolejorzu (1976-1982), jak i prowadził go – choć krótko – jako trener (dwa epizody w 1987 roku). Pomimo tej bogatej poznańskiej biografii, to piłkarskie kroki na początku swej kariery stawiał właśnie w Legii. W Warszawie spędził sezon 1968/1969.

Odwrotną sytuację zaliczył Franciszek Smuda. Franz najpierw był piłkarzem Legii (1975-1977), potem jej trenerem (1999-2001), a następnie zasiadł za sterami poznańskiej Lokomotywy (2006–2009). Niewielu fanów o tym pamięta, ale pobyt Smudy jako trenera w Warszawie był kompletną klapą zakończoną bez żadnych sukcesów. W Poznaniu zaś ten etap jego pracy został przypieczętowany Pucharem Polski 2009 oraz świetnymi występami w europejskich pucharach.

Imię i nazwisko

W Legii jako piłkarz

W Legii jako trener

W Lechu jako piłkarz

W Lechu jako trener

Jerzy Kasalik

1968 - 1969

-

1976-1982

09.05.1987 - 23.05.1987

05.09.1987

Franciszek Smuda

1975 - 1977

1999 - 2001

-

30.06.2006 - 30.06.2009

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

"Heej Lech!"

P.