Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 17 maja 2017
Marek Citko czyli spełnienie w niespełnieniu


20 lat temu na murawie stadionu w Zabrzu, miało miejsce jedno z ważniejszych wydarzeń w najnowszych dziejach polskiego futbolu. Kiedy w 62 minucie ligowego meczu przeciwko miejscowemu Górnikowi, Marek Citko wyskakiwał do pojedynku o górną piłkę, nie mógł nawet przeczuwać, że gdy za moment boleśnie wyląduje na ziemi, w jego życiu zmieni się, jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. To być może najsłynniejsza kontuzja w całej historii futbolu nad Wisłą. Chyba tylko na boiskowy powrót Lubańskiego piłkarscy kibice w naszym kraju czekali z równie wielką nadzieją, jak na chwilę, gdy Citko znów wybiegnie na murawę czarować swą widowiskową grą. Okazało się jednak, że podobnie jak w przypadku Lubańskiego czy Nawałki, również i dla Citki powrót do tego, co było, nigdy już nie będzie możliwy. Kontuzja doznana wczesnym sobotnim popołudniem 17 maja 1997 roku w ogromnej mierze przekreśliła „brazylijczykowi z Białegostoku” - jak nazwał go kiedyś Franciszek Smuda - wspaniale zapowiadającą się międzynarodową karierę oraz uniemożliwiła wdarcie się do najściślejszego panteonu prawdziwych piłkarskich legend Rzeczpospolitej, a może nawet i do czegoś znacznie więcej.

Był moim pierwszym i ostatnim, rodzimym, prawdziwym piłkarskim idolem. Po nim nie było już nikogo. Gdy w dniu moich osiemnastych urodzin strzelał swą niezapomnianą bramkę na Wembley, rozkochał w sobie całą sportową Polskę, powodując wybuch zjawiska, którego fenomen ówczesny dziennikarz tygodnika „Piłka nożna” - Janusz Atlas, określił mianem „Citkomanii”. Zjawiska bezprecedensowego i niepowtarzalnego w naszych futbolowych dziejach. Marek Citko był bowiem nosicielem zupełnie nadzwyczajnego piłkarskiego talentu. Miał zadatki na wielkiego gracza światowego formatu. Ilu mieliśmy w ostatnim stuleciu polskich prawdziwych futbolowych artystów, geniuszów dryblingu, graczy, którzy niemal w pojedynkę mecz z własnym udziałem potrafili uczynić niepowtarzalnym spektaklem? Być może Wilimowski. Pewnie Deyna. Raczej Okoński. Może ktoś tam jeszcze. Tylko, że Okoński nie miał swojego koncertu na Wembley w biało-czerwonym trykocie.

„Rośnie nam wielki piłkarz” - ekscytował się po kolejnym znakomitym zagraniu Citki w meczu z Anglią, współkomentujący wówczas to spotkanie Zbigniew Boniek. Wydawało się naprawdę, że były gracz Juventusu doczekał się wreszcie swego godnego następcy. Ale Citko wielkiego futbolu dotykał niestety bardzo krótko. Kontuzja w jednym momencie bezlitośnie ucięła marzenia o wspaniałej piłkarskiej karierze. Z perspektywy czasu śmiało można jednak stwierdzić, że swoje przysłowiowe 5 minut, czy raczej kilkanaście miesięcy, jakie dostał, by pokazać się futbolowemu światu, wykorzystał najlepiej jak tylko mógł. Dokonał w tym czasie więcej niż niejeden polski piłkarz przez 20 lat kariery. Strzelał bramki Anglii, Brazylii, Borussii Dortmund czy w sposób najspektakularniejszy z możliwych - Atletico Madryt. Na krótką chwilę rozkochał w sobie piłkarską Europę. Po raz pierwszy od czasów Bońka o polskiego gracza biły się największe klubowe firmy Starego Kontynentu. A przede wszystkim w czasach posuchy epoki szesnastolecia międzymundialowego, był Citko uosobieniem nadziei polskich kibiców na lepsze czasy naszego futbolu. Kimś, kto na krótki czas zapalił światło w ciemnym pokoju oczekiwania na sportowy sukces. Mimo, że patrząc na całą sprawę wyłącznie szkiełkiem i okiem, był on przecież tylko wielkim wygranym przegranych meczów. Piłkarzem, który nigdy nie zagrał w ważnej imprezie, a dorobek reprezentacyjny zamknął na identycznym bilansie, jaki jest udziałem choćby Macieja Iwańskiego.

Citko przychodzi na świat w roku, w którym polski futbol święci na zachodnioniemieckim mundialu swe największe triumfy. Gdy w wieku szesnastu lat, młody wychowanek białostockiego Włókniarza przenosi się do potężniejszego sąsiada zza miedzy, Jagiellonia właśnie dopiero co z hukiem spada z ekstraklasy, choć przecież jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej toczy niezapomniany bój w finale Pucharu Polski z warszawską Legią. Citko w Jadze trafia pod skrzydła trenera Ryszarda Karalusa (to od niego przejmował białostocki zespół Janusz Wójcik, zanim wprowadził go w 1987 roku po raz pierwszy w historii do ekstraklasy), dysponującego wówczas naprawdę ciekawą grupą graczy, którzy po latach będą w polskim futbolu znaczyć bardzo wiele. Marek Citko, Mariusz Piekarski, Tomasz Frankowski, Jacek Chańko, Bartosz Jurkowski czy Daniel Bogusz to piłkarze, którzy od Karalusa słyszeć będą jak mantrę, że to „technika, technika, technika” jest w piłce najważniejsza. Citko nigdy tej nauki nie zapomni i dzięki temu jego gra wielokrotnie pieścić będzie oczy futbolowych fanów w naszym kraju. Podczas rozmowy z Dariuszem Faronem dla Onet.pl, Karalus tak wspomina Citkę: Od początku się wyróżniał. Dobrze grał ciałem, miał silne nogi. W młodszych rocznikach nie zabraniałem dryblingu, a w grze jeden na jeden, która jest tak ważna, Marek radził sobie kapitalnie.

16-letni białostoczanin grywa w juniorskiej reprezentacji Polski, prowadzonej przez Wiktora Stasiuka. W maju 1990 roku nie załapuje się jeszcze do kadry (czołowymi postaciami tamtej ekipy byli m.in. Onyszko, Ratajczyk, Chańko czy Wojciechowski) na Mistrzostwa Europy w NRD, która przywiezie stamtąd brązowe medale. Ale w sierpniu tego roku Citko strzela już gole w koszulce z orłem na piersi, zarówno Norwegom, jak i Węgrom. W turnieju eliminacyjnym do kolejnego europejskiego czempionatu, Citko gra w zdecydowanej większości spotkań, Irlandczykom strzeli nawet gola w Warszawie, ale jest raczej głównie zmiennikiem dla Sazonowicza czy Apryjasa. 3 czerwca 1992 roku zagra jeszcze pierwsze 41 minut w towarzyskim spotkaniu z Czechosłowacją, po czym nastąpi trwająca niemal trzy i pół roku przerwa w jego przygodzie z reprezentacyjną koszulką. Podczas lipcowego, kończącego się dosłownie kilka dni przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Barcelonie, turnieju Mistrzostw Europy juniorów w Niemczech, znów zabraknie dla niego miejsca. W pierwszej linii zespołu Stasiuka grają tam wtedy Moskalewicz, Bociek czy Róg (w ekipie są również takie postaci, jak Wyparło, Ledwoń, Bogusz, Ratajczyk, Berensztajn czy Wojciechowski). Biało-czerwoni przegrywają zarówno z Anglikami, jak i Niemcami i szybko odpadają z turnieju. Na pociechę pozostaje Citce wywalczone w imponującym stylu z Jagiellonią pod wodzą Ryszarda Karalusa, 8 lipca 1992 roku, mistrzostwo Polski juniorów. Jednak absencja na niemieckim turnieju to bolesny i zarazem jeden z kluczowych momentów w karierze Marka Citki. Po latach, w książce Bogdana Rymanowskiego „Gracze”, będzie to wspominać następująco: Reprezentacja kraju to jest coś pięknego. Od dzieciństwa o niej marzyłem. (...) Kiedy z Jagiellonią zdobyliśmy tytuł Mistrza Polski juniorów, moi klubowi koledzy pojechali na Mistrzostwa Europy juniorów. Ja powołania nie dostałem. Wracałem ze zgrupowania pociągiem i pół drogi przepłakałem. Ale powiedziałem sobie, że biorę się za siebie i że im wszystkim pokażę. Szkoła, treningi. Zacząłem się zdrowo odżywiać. Tak mnie ta porażka nakręciła, że szedłem już tylko do przodu.

W tak zwanym międzyczasie wychowanek Włókniarza zaczyna powolutku przebijać się do piłki seniorskiej. W czerwcu 1991 roku Jagiellonia jest już jedną nogą w ekstraklasie. W barażowym meczu pokonuje w Sosnowcu tamtejsze Zagłębie 2:0. Ale w rewanżu na własnym boisku gospodarze dokonują rzeczy niemal niemożliwej. Wypuszczają awans z rąk. Gdy po godzinie gry, młodziutki Citko schodzi z boiska, jego zespół przegrywa z piłkarzami z Sosnowca 0:1. Ale podopieczni Zbigniewa Mygi, wśród których brylują m.in. Czerwiec i Mandrysz, dokładają drugiego gola i ostatecznie po serii jedenastek goście wywalczają pierwszoligowy awans.

Rok później Jaga powraca jednak do ekstraklasy. A gdy po Szerszenowiczu trenerem zespołu zostaje były bramkarz Mirosław Sowiński, 18-letni Citko dostaje swą upragnioną szansę na pierwszoligowe szlify. 26 września 1992 roku przed własną publicznością Marek Citko debiutuje w rozgrywkach ekstraklasy, zmieniając w 67 minucie bezbramkowego meczu z GKS Katowice Roberta Grzankę. Gdy w rundzie wiosennej pierwszy zespół obejmie Ryszard Karalus, który odważnie stawia na swych młodych wychowanków, Citko będzie grywał już regularnie, a 13 marca 1993 roku w białostockim meczu przeciwko poznańskiej Olimpii uzyska swe pierwsze trafienie na dorosłych boiskach. Ponad miesiąc później, również przed własną publicznością pokona także Adama Matyska z wrocławskiego Śląska i zakończy sezon z dwoma trafieniami na koncie oraz spadnie z hukiem wraz ze swym klubem na drugoligowe zaplecze. Tam jesienią tworzyć będzie duet napastników z białostocką gwiazdą - Jackiem Bayerem i spędzi na tym poziomie rozgrywkowym dwa następne sezony, strzelając łącznie 10 goli.

I wcale nie wykluczone, że Citko ugrzązłby tam na dobre, ale wiosną 1995 roku Jagiellonia gra sparing z pierwszoligową Stalą Mielec. Stal trenuje wówczas Franciszek Smuda i jest on pod ogromnym wrażeniem gry wychowanka Włókniarza. Zaraz po meczu Smuda proponuje mieleckim decydentom, by jak najszybciej ściągnęli Citkę do Stali. Oni jednak przygotowywali się raczej powoli do pożegnania z Franzem i nie byli nadmiernie skorzy do realizacji jego transferowych zamierzeń. Kilka tygodni później, na początku maja 1995 roku, Smuda jest już w łódzkim Widzewie, gdzie przejmuje posadę po Władysławie Stachurskim i nie zapomina o Citce. Wypytuje o niego wielokrotnie obrońcę Widzewa Daniela Bogusza, który świetnie zna go jeszcze z czasów wspólnej gry dla Jagielloni. Smuda kilkukrotnie jeździ do Białegostoku oglądać obiecującą dychę Jagi. Jak powie po latach, w niektórych z tych meczów przyszły bohater z Wembley grał straszną „padlinę”, ale w przeważającej części były to jednak występy znakomite.

Wydawało mi się, że ten chłopak przyjechał z Brazylii, bo takie umiejętności techniczne posiadał - wyzna przyszły polski selekcjoner w filmowym dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”. Smuda przyjechał kiedyś na mecz do Białegostoku no to zrobiłem show. Sześciu rywali kiwnąłem, później bramkarza, poczekałem aż wrócą i strzeliłem do bramki, od słupka. Tak przedstawiłem się Smudzie - wspominał z kolei w zeszłorocznej rozmowie z Piotrem Wołosikiem dla „Przeglądu Sportowego” sam Citko. Smuda jest oczarowany umiejętnościami młodego gracza Jagielloni i chce za wszelką cenę wzmocnić nim prowadzony przez siebie zespół łódzkiego wicemistrza kraju, walczącego z Legią o prymat w ekstraklasie. Citko staje się bezwzględnym transferowym priorytetem na liście życzeń RTS-u. I choć wychowankiem Włókniarza interesuje się w tamtym czasie również grająca przecież wówczas w Champions League warszawska Legia, ten wybiera jednak Smudę i jego Widzew.

Latem 1995 roku Marek Citko rozegra jeszcze w Iławie przeciwko tamtejszemu Jeziorakowi swój pożegnalny mecz w barwach Jagielloni (w kadrze Jagi są wówczas m.in. Dariusz Bayer czy Radosław Sobolewski) i po ponad dwóch latach przerwy, znów pojawia się na boiskach ekstraklasy. Widzewski debiut przeciwko Pogoni Szczecin 20 września 1995 roku jest bardzo udany. W 63 minucie meczu Citko wchodzi na boisko za Piotra Szarpaka, znacznie napędza ofensywne poczynania zespołu, popisuje się kilkoma efektownymi zagraniami i dryblingami, a Widzew strzela w tym czasie dwa gole i po hat-tricku Koniarka wygrywa 3:0. Białostocki wirtuoz niemal z miejsca staje się ulubieńcem łódzkiej publiczności, a miejsca w podstawowym składzie Widzewa już nie odda nikomu.

Początki Citki w Widzewie, tak wspominał w rozmowie z Weszlo.com Tomasz Łapiński: Jak Franek go wyciągnął z Białegostoku, Citek był strasznie zapuszczony fizycznie. Trenowaliśmy w Buku i jeszcze nie było żadnych poważnych obciążeń: 15-20 minut biegu, spokojne tempo. Tymczasem Citek sto metrów za nami i ledwo dycha. Rozciąganie na treningu? Sięgał dłońmi do kolan, dalej nie dawał rady. Był twardy jakby kija połknął. A potem wychodził na boisko i zabierz mu piłkę. Kapitalny technicznie, świetne panowanie nad piłką, dużo widział... Był też bardzo silny, fizycznie jak klocek. Mało jest takich ludzi, którzy z piłką przy nodze potrafią wygrać fizycznie pojedynek – Lewy też to ma.

Wszystko nabiera teraz coraz większego przyspieszenia. 28 października 1995 roku o Marku Citce jest już głośno, gdy w hitowym, zremisowanym 1:1 meczu polskiej ekstraklasy Widzewa z Legią (będącą wówczas w trakcie dwumeczu z Blackburn), piłkarz z Białegostoku niejednokrotnie wręcz ośmiesza tak renomowanych obrońców zespołu mistrza Polski, jak Jóźwiak czy Mandziejewicz. Po spotkaniu trener legionistów, Paweł Janas nie może się nachwalić młodego piłkarza rywali. 4 listopada 1995 roku, na zaśnieżonym boisku w Mielcu, Citko strzela tamtejszej Stali, dla której mógł przecież grać, swego pierwszego widzewskiego gola w ekstraklasie. W 58 minucie gry pokonuje pięknym strzałem piętą kolegę z juniorskich reprezentacji, Bogusława Wyparłę. Dziesięć dni później po kilkuletniej przerwie zagra też wreszcie w reprezentacyjnym stroju. W tureckim Akhaabat podczas ostatniego eliminacyjnego meczu olimpijskiej reprezentacji Mieczysława Broniszewskiego, teoretycznie już tylko zmagającej się o awans na igrzyska w Atlancie, Citko pokonuje w 17 minucie azerskiego bramkarza i biało-czerwoni wygrywają 2:1.

1996 rok cały należy już do Marka Citki. Nowy selekcjoner, Władysław Stachurski, powołuje piłkarza Widzewa na wyjazd do Hongkongu i 19 lutego Citko debiutuje w pierwszej reprezentacji Polski meczem przeciwko Japonii. Zaliczy pełne 90 minut i nie gra źle, stara się, szarpie, trafia nawet w poprzeczkę japońskiej bramki, ale debiut kończy się blamażem 0:5. Dziewięć dni później w Rijece jest już dużo lepiej. Biało-czerwoni przegrają co prawda z Chorwatami 1:2, tracąc bramkę w ostatnich minutach meczu, ale fatalne wrażenie po japońskim laniu zostaje nieco zatarte. 27 marca 1996 roku w dniu swych 22 urodzin Marek Citko rozegra na stadionie Widzewa 63 minuty w meczu przeciwko Słowenii. I będzie to jedyny niepełny mecz pośród jego występów w dorosłej reprezentacji. Na niwie klubowej, Citko uzyskuje wiosną łącznie 4 trafienia w ekstraklasie, a po zwycięstwie 22 maja w Warszawie nad Legią 2:1, widzewiacy mogą praktycznie cieszyć się z mistrzostwa kraju. Pamiętam, że gdy przed meczem z Legią, Franciszek Smuda powiedział w jednym z wywiadów, że Citko jest obecnie najlepszym polskim piłkarzem, wydawało mi się, że sporo w tym stwierdzeniu jednak przesady. Kilka miesięcy później niewielu pewnie odważyłoby się z tą śmiałą tezą Franza polemizować.

Jednak o tym, że Citko znakomitym piłkarzem jest, przekonały ostatecznie sierpniowe batalie Widzewa o Champions League z zespołem Broendby Kopenhaga. Wychowanek Karalusa błyszczał niesamowicie. To właśnie on wypracował pierwszą bramkę dla gospodarzy w łódzkim starciu, a w Danii przy stanie 0:3 strzelił bezcennego gola, który natchnął podopiecznych Smudy wiarą, że jeszcze nie wszystko stracone. 21 sierpnia 1996 roku w Kopenhadze po heroicznej końcówce spotkania, która zapewne już na zawsze kojarzyć nam się będzie z emocjonalnym, radiowym komentarzem Tomasza Zimocha, Widzew powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Legii i wdarł się do Ligi Mistrzów. 10 września w Dortmundzie, łódzki zespół rozegrał naprawdę znakomite spotkanie przeciwko Borussi. Bramki, które strzelali Niemcy, padły po niepotrzebnych błędach, ale Widzew walczył do końca i Marek Citko, ładnym strzałem (piłka obiła się jeszcze o Jurgena Kohlera) pokonał Stefana Klosa. W końcówce Polacy gnietli podopiecznych Hitzfelda niemiłosiernie, ale ci zdołali dowieźć minimalne zwycięstwo do końcowego gwizdka. Widzew z Citką na czele wjechał więc na europejskie salony z przytupem.

Dwa tygodnie później w Łodzi, gospodarze przetrzebieni kontuzjami, tylko przez godzinę prowadzili równorzędną walkę z Atletico Madryt. Ostatecznie polegli aż 1:4, ale to właśnie tego wieczoru, 24 września 1996 roku, tuż przed zejściem do szatni na przerwę, Marek Citko strzelił lobem Molinie, jedną z najpiękniejszych bramek w całej historii Ligi Mistrzów. To był strzał z premedytacją - opowiadał po latach sam bohater, Bogdanowi Rymanowskiemu w „Graczach” - Obejrzeliśmy wcześniej skróty meczów Atletico i wiedziałem, że Molina lubi wychodzić daleko od bramki. Zapamiętałem to i od początku spotkania go obserwowałem. Kiedy nadarzyła się okazja, pociągnąłem do przodu z piłką, spojrzałem na bramkę i nie zastanawiając się, uderzyłem. Uczestnik tamtego meczu, Andrzej Michalczuk, mówiąc o całej tej sytuacji w rozmowie z Weszlo.com, wspominał: Marek często próbował lobować, a Molina często wychodził. W Hiszpanii też go ktoś tak z dystansu zaskoczył. Marek przed meczem zapowiadał: zobaczycie, strzelę tak! Strzelę! No i jak powiedział tak zrobił. Po cudownym golu strzelonym Atletico, piłkarz Widzewa staje się powoli postacią rozpoznawalną w futbolowej Europie. Znajdujemy się więc już u progu Citkomanii, ale to, co najważniejsze dopiero nadejdzie.

Gdy po dymisji Stachurskiego, stery reprezentacji obejmuje Antoni Piechniczek, Citko otrzymuje powołanie na lipcowy obóz kadry w Wiśle. Ale początki współpracy z nowym selekcjonerem wcale nie są dla wychowanka Włókniarza Białystok łatwe. Citko otwarcie wyraża swoje zdanie, że największy pożytek dla kadry będzie z jego gry w ataku. Selekcjoner ma jednak własną koncepcję. W sparingowym meczu przeciwko Banikowi Ostrawa, Piechniczek wprowadza Citkę do gry z ławki i wystawia na prawej pomocy. Dla piłkarza bieganie od jednego pola karnego do drugiego to istna katorga. Gdy selekcjoner widzi, że piłkarz Widzewa odważnie drybluje również pod własnym polem karnym, zdejmuje go z boiska już po kilkunastu minutach, a prasie mówi potem rozżalony, że dopóki Citko nie dostosuje się do jego wizji gry zespołu, o miejscu w reprezentacji może zapomnieć. Trener szybko jednak się orientuje, że piłkarz Widzewa znajduje się w tak znakomitej formie, że rezygnowanie z niego, byłoby samobójstwem. A po wspaniałych meczach z Broendby, Borussią i Atletico, selekcjoner bez mrugnięcia okiem stawia na Citkę w otwierającym eliminacyjne zmagania o francuski mundial, meczu z Anglią na Wembley.

Ten wieczór, ten mecz, to kluczowy moment dla zrozumienia zupełnie niezwykłego fenomenu Marka Citki w dziejach polskiego futbolu. Anglicy, którzy nie tylko, że regularnie lali nas Wembley to jeszcze od 23 lat i pamiętnego trafienia Jana Domarskiego nie pozwalali Polakom nawet strzelić choćby honorowego gola. Polska reprezentacja zaś od 10 lat nie tylko nie znała smaku wielkiej imprezy, ale nawet choćby namiastki podjęcia w wyjazdowym starciu o punkty wyrównanej walki z naprawdę liczącą się w świecie futbolową siłą. Anglicy byli wówczas mocni jak rzadko kiedy. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej zajęli trzecie miejsce na Euro ’96, a przecież półfinałową potyczkę z Niemcami przegrali bardzo pechowo, po karnych i nie brakowało głosów, że to właśnie Wyspiarze byli najlepszym zespołem Starego Kontynentu. I wtedy wchodzi on - Marek Citko. Może nie cały na biało, ale częstuje kibiców takim koncertem futbolu, jakiego nie da się zapomnieć nawet po ponad dwudziestu latach. I tu już nawet nie chodzi wyłącznie o tę bramkę strzeloną w 7 minucie gry Davidowi Seamanowi po wrzutce Henryka Bałuszyńskiego. 9 października 1996 roku Citko bowiem od początku do końca grał jak w transie. To było niesamowite i niepowtarzalne widowisko w jego wykonaniu. Na tle przecież znakomitych rywali wychodziło Citce niemal dosłownie wszystko. Człowiek, który jeszcze rok wcześniej biegał po drugoligowym boisku w Iławie, teraz jest królem wieczoru na Wembley, ośmiesza największe gwiazdy europejskiej piłkarskiej potęgi, jaką jest Anglia, zakładając siatki takim tuzom, jak Gascoigne, Mc Manaman czy Ince, oraz pokonując Seamana. Czułem się jak ryba w wodzie, ciągle chciałem być przy piłce, robić akcje - wspominał Citko kilka lat temu na łamach „Przeglądu Sportowego”, pamiętne chwile na Wembley. Grał jak natchniony, bez najmniejszych kompleksów, efektownie, odważnie, finezyjnie, z polotem. Pchał polską drużynę do ataku. Każde jego dojście do piłki pachniało kłopotami dla Synów Albionu. Nic dziwnego, że zakochała się w tym graczu niemal połowa zespołów z Premier League. I to właśnie Wembley przeniosło niczym katapulta Citkę do historii polskiego futbolu. Bo czy może poza występem Wilimowskiego z Brazylią i Bońka przeciwko Belgii, mieliśmy w dziejach naszego piłkarstwa jakiegokolwiek innego gracza, który by już nawet nie błyszczał, ale w aż takiej mierze wręcz zdominował cały ważny mecz o punkty ze światową piłkarską potęgą?

Po cudownym wieczorze na Wembley, przychodzi miesiąc później znacznie słabszy, choć wreszcie zwycięski, w Katowicach przeciwko Mołdawii. Citko zalicza w październiku jeszcze dwumecz w Champions League ze Steauą Bukareszt (w Łodzi zdobywa nawet swego trzeciego gola w Lidze Mistrzów, ale sędzia nie uznaje go, bo w momencie, gdy Citko pokonywał Steleę, gdzieś przy bocznej linii autowej znajdowała się na boisku druga piłka wrzucona z trybun przez kibica). Potem listopadowa potyczka z Borussią i grudniowa z Atletico w Madrycie, kończą piękną przygodę Widzewa w Champions League. Zespół Smudy zostawia po sobie znakomite wrażenie, prezentując solidną piłkarską jakość, grę otwartą i zyskującą uznanie na Starym Kontynencie. Skromne zdobycze punktowe nawet w części nie oddają możliwości zespołu. Rundę jesienną w ekstraklasie kończy Citko z łącznym dorobkiem pięciu trafień.

Marek Citko staje się teraz najpopularniejszym polskim sportowcem. W zorganizowanym przez TVP konkursie audio-tele, dystansując nawet złotych medalistów z Atlanty, zostaje wybrany Sportowcem Roku 1996. Odbierając nagrodę, publicznie składa wówczas obietnicę, że jeszcze przez pół roku będzie chciał pograć w kraju dla rodzimych kibiców.

Czytelnicy katowickiego „Sportu” wybierają go Piłkarzem Roku ’96, a tygodnik „Piłka nożna” nieco się kompromitując przyznaje mu wówczas zaledwie tytuł Odkrycia Roku ’96, nie po raz pierwszy i nie ostatni przedkładając nad zdrowy rozum, jakąś bliżej nieokreśloną politykę. Paweł Zarzeczny pisał wówczas, że o wyborze Piotra Nowaka (który sam publicznie podkreślał, że znacznie lepszą formę prezentował w 1995 roku) zadecydował doproszony do redakcyjnej kapituły selekcjoner Piechniczek, który miał powiedzieć, że jeśli Nowak nie zostanie Piłkarzem Roku, to on nie zamierza firmować swym nazwiskiem jakiegokolwiek innego wyboru. Wszelakie nagrody spływają jednak do Citki z różnych stron. Nad wszystkim unoszą się opary Citkomanii. Piłkarz dostaje codziennie nawet kilkaset listów, na które stara się w miarę możliwości odpisywać do drugiej, trzeciej w nocy. Dziesiątki telefonów, wyznań miłosnych, próśb o spotkanie, o autograf, zdjęcie, rozmowę, pomoc finansową czy egzystencjalną. Momentami wręcz było nam go szkoda. Teraz to normalne, że piłkarze-celebryci rozdają autografy, ale wtedy byliśmy Citce wdzięczni, bo jak gdzieś wychodziliśmy, to wszyscy biegli do niego. Ściągał na siebie cale zainteresowanie, a my mieliśmy luz - wspominał w rozmowie z Weszlo.com czasy Citkomanii, kolega z Widzewa i reprezentacji, Radosław Michalski. Z czasem Citko poprosi o pomoc w kontaktach z kibicami i dziennikarzami Tomasza Zimocha, by on sam miał choć troszkę czasu na grę w piłkę.

Po wspaniałej jesieni w wykonaniu Citki, bramkach z Borussią i Atletico, ale przede wszystkim po meczu na Wembley ustawia się po piłkarza łódzkiego Widzewa długa kolejka znaczących europejskich klubów. Sam Citko potwierdza autentyczność ofert z Interu, Milanu, Udinese, Arsenalu, Liverpoolu, Blackburn, Evertonu, West Ham, Atletico, Bayeru Leverkusen. Jemu samemu nie mówiono jednak wtedy o wszystkich wpływających do klubu ofertach. W mediach dywagowano wówczas również o Realu Madryt, Leeds, Sunderlandzie czy Bochum. Najkonkretniejszą i najbardziej atrakcyjną finansowo ofertę składa jednak Blackburn. Rozmowy toczą się na przełomie stycznia i lutego 1997 roku. Włodarze Widzewa wywierają ogromną presję na Citkę, by ten zgodził się na transfer do byłych mistrzów Anglii i dał zarobić sobie, klubowi i im. Grajewskiego nie interesował mój sportowy rozwój. Myślał tylko o pieniądzach. Gdyby traktował mnie w negocjacjach jak partnera, a nie jak rzecz, na której można się wzbogacić, może podjąłbym inną decyzję - wspominał po latach w tekście Dariusza Farona dla Eurosport.onet.pl, Marek Citko. Na wyjazd do Blackburn namawia też swego byłego wychowanka trener Ryszard Karalus. Sceptyczny jest natomiast Franciszek Smuda. Citko od samego początku nie ma zamiaru wiązać się z walczącym o utrzymanie w Premier League (ostatecznie się utrzyma z dwoma punktami nad strefą spadkową, a w sezonie 1997/98 zaatakuje górną część tabeli), prezentującym toporny styl gry klubem. Ale kwota 9 milionów dolarów sprawia, że włodarze Widzewa za wszelką cenę nakłaniają piłkarza, by przyjechał do Blackburn i wziął udział w treningu. Wychowanek Włókniarza spełnia tę prośbę, przyjeżdża na trening i niemiłosiernie wręcz kręci niedoszłymi klubowymi kolegami, czym jeszcze bardziej wzmaga zainteresowanie tamtejszych włodarzy własną osobą, po czym spokojnie wraca do Polski i ostatecznie ogłasza, że pozostaje w Łodzi do końca rundy wiosennej 1997 roku. Po latach przyzna, że głównym powodem był niski poziom sportowy zespołu Blackburn, podczas, gdy on miał ambicje trafić do wielkiego klubu, który walczy o najwyższe laury. Tym bardziej, że ofert z tego typu drużyn nie brakowało. Również sam klimat miasta, mglisty, szary, depresyjny mu nie odpowiadał. Kwota miliona funtów gwarantowanej pensji nie skusiła go do zmiany zdania. Citko po prostu celował w zupełnie inne miejsca na futbolowej mapie Europy.

W wywiadzie udzielonym pod koniec lat 90. Tomaszowi Lipińskiemu dla „Piłki nożnej”, Citko tłumaczył: Przedstawiciele Interu Mediolan byli w Madrycie podczas naszego ostatniego meczu Champions League z Atletico. Po meczu podeszli do mnie i zaczęli rozmowę. Kiedy tylko pan Grajewski to zobaczył, natychmiast do nas doskoczył i powiedział, żebym nie rozmawiał i że on wszystkim się zajmie. Podyktował Włochom zaporową cenę i na tym jego rozmowy się skończyły. Nie chciałem iść do Blackburn. Natomiast do Interu bym odszedł. Po latach były już piłkarz dopowiedział Piotrowi Wołosikowi w „Przeglądzie Sportowym”: Inter miał na transfer i mój trzyletni kontrakt dziesięć milionów dolarów. Ale skoro mieli zapłacić Widzewowi 9 milionów, bo tyle żądali, to nie miałem zamiaru tam iść, by w trzy lata zarobić milion dolarów. Włosi tłumaczyli: „OK, jeżeli klub weźmie pięć, to ty dostaniesz drugie pięć. Ale Widzew żądał za wiele. 9 milionów dolarów dawało tylko Blackburn. Citko przyznaje, że gdyby miał wtedy kilka lat więcej dałby się skusić gigantycznej gaży i poszedłby do Blackburn. Ale w wieku 22 lat, mając mnóstwo wspaniałych ofert z wielkich klubów, patrzył też na poziom sportowy, który mu oferowano. Chciał trafić do klubu, który stawiałby na bardziej techniczną piłkę, a w Blackburn spotkał się tylko z ponurą kopaniną. Co prawda pouczający przykład filigranowego i fantastycznie wyszkolonego technicznie Gruzina Georgi Kinkładze, który w barwach Manchesteru City błyszczał wówczas na boiskach Premier League, przekonywał, że i dla futbolowej finezji jest miejsce w nieco topornej wówczas wyspiarskiej piłce. Niemniej Citko postanowił jednak poczekać jeszcze pół roku. Tym bardziej, że czuł się zobowiązany dotrzymać słowa danego publicznie polskim kibicom. W międzyczasie nawiązał kontakt z przedstawicielami Liverpoolu, z którym miał podpisać kontrakt pod koniec maja. Kontuzji nie mógł przecież przewidzieć...

W połowie lutego, Citko zalicza na Cyprze dwa kolejne, zwycięskie towarzyskie mecze z orzełkiem na piersi, wygrane po 3:2 zarówno z gospodarzami, jak i z Łotwą. 26 lutego pośród wysokich traw na boisku w Goianii, pomimo nieco zwodniczego wyniku 2:4 (to najłagodniejszy z możliwych wymiarów kary), biało-czerwoni dostają srogą lekcję futbolu od Brazylijczyków, napędzanych tego dnia przez fantastyczny duet Romario-Ronaldo. Marek Citko notuje piękną asystę oraz zdobywa gola po dobitce własnego strzału z karnego. Oceniając postawę gracza Widzewa w tym meczu, Janusz Atlas relacjonował z Goiani, iż Citko potwierdził, że nadal jest najbardziej uzdolnionym polskim piłkarzem, najbliższym klasy Brazylijczyków. Gdyby Citko miał obok siebie równorzędnych partnerów, zapewne postępowałby na boisku mniej egoistycznie.

Z początkiem marca wznowione zostają rozgrywki ekstraklasy. Widzew niespodziewanie przegrywa dwa pierwsze mecze, a Marek Citko coraz częściej uskarża się na stan zdrowia. Nie gra w dwóch następnych marcowych ligowych spotkaniach. Wystąpi dopiero 2 kwietnia 1997 roku w eliminacyjnym meczu z Włochami w Chorzowie. Polacy są bliscy zwycięstwa, ale bezbramkowy remis musi wystarczyć, Citko nie błyszczy może równie mocnym blaskiem jak na Wembley, ale wciąż jest pomysłowym, nieszablonowym graczem, który stanowi o wartości reprezentacji. Efektowne siatki zakładane wielkim gwiazdom europejskiego futbolu - Paolo Maldiniemu czy Alessandro Costacurcie też mają swoją wymowę. W kwietniu Citko gra już w lidze regularnie i strzela bramki Odrze oraz Lechowi. 30 kwietnia 1997 roku na Stadio San Paulo w Neapolu, który kiedyś przez lata czarował swą grą Diego Maradona, Citko jak się później okaże, po raz ostatni wybiegnie na murawę w koszulce z orłem na piersi. Włosi tłamszą Polaków, rozbijając ich 3:0. Citce udaje się postraszyć squadrę azzurra tylko jedną akcją w pierwszych minutach meczu.

Po powrocie z kadry Citko zagra jeszcze 3 maja w spotkaniu przeciwko Wiśle Kraków, w którym nie wykorzysta rzutu karnego. Potem przez aż trzy kolejki ligowe nie pojawi się na boisku. I wreszcie wybiegnie na nie w Zabrzu w sobotę 17 maja 1997 roku o godzinie 14. Dla nas to będzie mecz na śmierć i życie. Na żadną wpadkę nie możemy już sobie pozwolić. Mistrzostwo jest dla nas celem absolutnie nadrzędnym - mówił przed meczem Franciszek Smuda. Gdy w 62 minucie spotkania, na wysokości ławki trenera Widzewa Marek Citko wyskoczył do piłki, a następnie upadł na murawę, Smuda wiedział, że stało się coś poważnego. Miał wrażenie, jakby bezwładnie spadała kłoda, a nie piłkarz. Citko zszedł z boiska i ostatnie pół godziny spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Widzew wygrał 1:0. Bohater z Wembley dowiedział się natomiast, że zerwał ścięgno Achillesa.

„Idol na noszach” - krzyczał na pierwszej stronie katowicki „Sport”. Prognozowano półroczną przerwę w grze. Rozpoczął się najbardziej dramatyczny etap w piłkarskiej karierze Marka Citki. Problem ze ścięgnem zaczął się już w styczniu podczas okresu przygotowawczego do rundy wiosennej. To wtedy Citko zaczął odczuwać bóle, ale intensywność spotkań i treningów była tak duża, że nie było kiedy się leczyć. W marcu pojechał do Freiburga, jednak masaże i ćwiczenia niewiele pomogły i piłkarz nadal utykał wychodząc na boisko. Momentem przełomowym była wizyta u pewnego lekarza z Łodzi, który zamiast leczyć piłkarza, po prostu założył mu blokadę, wstrzykując preparat sterydowy uśmierzający ból. Piłkarz powrócił do treningów i gry, ale miało to fatalne konsekwencje w zdarzeniu z 17 maja. Marek Citko znajdował się pod nieustanną presją wyniku. Gdy wracałem ze zgrupowania kadry i mówiłem, że chcę odetchnąć, trener Smuda odpowiadał: Aha, dla Piechniczka to grałeś, a w klubie chcesz odpoczywać, tak? Kiedy jechałem na kadrę, trenerzy zamieniali się rolami. No tak, dla Smudy to grać mogłeś. No więc grałem cały czas. To były czasy, gdy lekarz nie miał praktycznie nic do powiedzenia, decydował trener. Lekarz miał zrobić wszystko, żeby piłkarz zagrał. A nie wolno z bólem grać w piłkę. Męczyłem się ja, męczył się ze mną zespół, bo nie korzystał z mojej gry - zwierzał się piłkarz Bogdanowi Rymanowskiemu. Po operacji w Polsce Citko zaczął szukać pomocy na własną rękę. W czasie leczenia i rehabilitacji piłkarz czuł się całkowicie opuszczony przez działaczy Widzewa i pozostawiony sam sobie. Pojechał więc do Szwecji. Jak tamtejsi lekarze zobaczyli, że mam gips od stopy do pachwiny, chwycili się za głowy - opowiada dalej w „Graczach” - Powiedzieli, że u nich operowano tak 20 lat temu. Kiedy ten gips mi zdjęli nie mogłem wyprostować kolana. Okazało się też, że mam stan zapalny wokół drugiego Achillesa. Zaproponowali mi zabieg. O dziewiątej rano była operacja, o szesnastej siedziałem w samolocie do Polski. Na nogę, z której zdjęli gips, dostałem usztywniający but. Lewą, którą mi zoperowali, od razu mogłem obciążać. Do Warszawy wróciłem jedynie o kulach. To był szok. Gdybym tam trafił od razu, do dawnej formy mogłem wrócić błyskawicznie.

Ostatecznie Achillesa Citki i zarazem Citkę dla polskiego futbolu ratuje dopiero w sierpniu 1997 roku dr Robert Śmigielski, który tak opowiada o tym w dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”. Wiele osób odradzało mi podjęcie się tego zabiegu. Bo to przecież Citko i jeśli coś nie wyjdzie, będzie się to potem za mną ciągnęło. Pomyślałem, że jeśli w ten sposób my lekarze będziemy do sprawy podchodzili to ten facet zostanie sam. Każdy będzie umywał ręce, bo to Citko. Wszyscy zamknęli mi drzwi przed nosem na hasło, że chcę operować Marka Citkę (...) Operacja trwała 7 godzin i jest to wykładnikiem jak skomplikowany był to proces. Normalnie zabieg na Achillesie trwa ok. godziny do półtorej. Ale to nie było świeże uszkodzenie. To było uszkodzenie już z historią. Kolejne zerwanie tego samego ścięgna. Były blizny. Po tej operacji wypiłem chyba ze 3 litry wody jednym ciurkiem. Wszyscy czekali, żeby mi nie wyszło i żeby można było mnie ukrzyżować. (...) Potem sporo rozmawiałem z różnymi ludźmi na świecie i oni uważali, że to że udało się Citce wrócić do piłki to jest naprawdę cud. (...) Gdyby udało się za pierwszym razem zrobić to tak, jak należy to podejrzewam, że nie byłoby tego wszystkiego.

Ostatecznie z prognozowanej początkowo półrocznej przerwy zrobiło się półtora roku. Z samego epicentrum Citkomanii, wychowanek Włókniarza Białystok i jeszcze przed chwilą idol tysięcy młodych ludzi w Polsce, wpadł w czarną piłkarską dziurę oczekiwania na powrót do wielkiej gry. Na szczęście najważniejsze rzeczy piłkarz poukładał sobie w głowie, sercu i życiu już znacznie wcześniej, więc był dobrze przygotowany do trudnego czasu próby.

Będąc jeszcze młodym piłkarzem Jagielloni doświadczył głębokiej duchowej przemiany, która uporządkowała jego życie. Dzięki regularnej modlitwie i Eucharystii znalazł wewnętrzną siłę m.in. do uwolnienia się z hazardowego nałogu, który swego czasu wpędził go w takie długi, że musiał sprzedać samochód. Zaczął odważnie świadczyć o Bogu, własnym życiem przede wszystkim, co zawsze jest najbardziej przekonujące. Swoją skromnością, pogodą ducha i naturalnością w chwilach największej popularności zjednywał sobie sympatię zwykłych ludzi. O tym, że istotą chrześcijaństwa jest nadzieja nie zapomniał również podczas trudnego czasu zmagania się z kontuzją. Citko zaczytywał się w Księdze Hioba, który pomimo utraty wszystkiego, co było dla niego najcenniejsze, nie przestał żyć w przyjaźni z Bogiem, Który zawsze widzi dalej i głębiej. Kontuzjowany piłkarz starał się z ufnością, uśmiechem i pokorą przyjmować rzeczywistość, która go dopadła. Miał teraz czas i możliwość, by nabrać dystansu do tego wszystkiego, co pochłaniało go jeszcze do niedawna. Tłum wielbicieli coraz bardziej topniał w coraz dłuższym oczekiwaniu na powrót idola. Pozostali tylko ci najwierniejsi przyjaciele. Między innymi przyszła żona, Agnieszka - studentka dziennikarstwa, z którą Citko poznał się podczas wywiadu dla „Rzeczpospolitej” i z którą właśnie w okresie rekonwalescencji wziął ślub i założył rodzinę.

Bardzo ciepło o pozaboiskowej postawie kolegi z reprezentacji juniorów wypowiada się w książce Izabeli Koprowiak „Fucking Polak. Nowe życie”, Arkadiusz Onyszko: Citkę znałem już od dawna. Graliśmy razem w kadrach juniorskich. Bardzo zbliżył się do Boga i podejrzewam, że dzięki temu tak dobrze układało mu się na boisku. Podczas jednego ze zgrupowań reprezentacji pojechałem z nim do Częstochowy. Na miejscu nie mogliśmy spokojnie przejść stu metrów, wszyscy nas zatrzymywali, by zrobić sobie zdjęcie z Markiem. W Sanktuarium na Jasnej Górze wygłosił świadectwo wiary. Opowiedział w jaki sposób doświadczył obecności Boga. Zawsze biło od niego ciepło, dobroć, choć podejrzewam, że wiele osób mogło to wykorzystywać.

Andrzej Michalczuk, wspomina w rozmowie z Weszło: Środek Citkomanii, Marek rozdaje pięćdziesiąt autografów gdziekolwiek się pojawi. Gdy dowiedział się, że mam przeprowadzkę, od razu sam zaoferował się, że pomoże mi taszczyć meble. Tego typu sytuacje były codziennością.

Swoje trzy grosze na temat brazylijskiego podopiecznego dorzuca też Franciszek Smuda: Przeporządny człowiek, inteligentny, uczciwy, lojalny.

Choć pozasportowo Citko wyszedł z okresu kontuzji zdecydowanie obronną ręką, na boisku nic już nie było jak wcześniej. Nie grałem przez półtora roku - zwierza się Rymanowskiemu w „Graczach” - Mięśnie prawej nogi na skutek gipsu zmniejszyły się o 30 procent. Na początku nie miałem żadnej rehabilitacji, a przecież trzeba je było odbudować. Siadły mi mięśnie, które decydowały o szybkości i zwinności. Straciłem wszystkie atuty. Powinienem był pół roku ćwiczyć bez piłki, tylko odbudowując mięśnie. Ale skąd ja to miałem wiedzieć? Wróciłem za szybko. Biegałem po boisku, utykając. Technicznie jakoś sobie radziłem, ale szybkościowo wszyscy mnie przeganiali. Nie było już czasu, żeby mięśnie odbudować w stu procentach.

W rozmowie z portalem widzew.com, Citko podkreśla: Z perspektywy czasu wiem już, że byłem wtedy bez szans. Po takiej przerwie powinienem minimum pół roku odbudowywać mięśnie. Na to nie było czasu, bo każdy chciał, żebym jak najszybciej wrócił do gry. Wróciłem więc na boisko, ale zupełnie bez szybkości. Brakowało też dynamiki oraz wielu innych ważnych piłkarskich elementów. Marek Citko po kontuzji po prostu nie miał najmniejszych szans, by zademonstrować na murawie choć odrobinę więcej niż 70-80 procent tego, na co było go stać jeszcze na chwilę przed feralnym wyskokiem do główkowego pojedynku 17 maja 1997 roku. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był po prostu brak odpowiedniej rehabilitacji i odbudowania organizmu.

Ale mogło być przecież jeszcze gorzej. Bo dziś Citko ma już świadomość, że w początkowym procesie jego leczenia popełniono rażące błędy. Gdyby ich w porę nie wykryto najprawdopodobniej już nigdy nie mógłby normalnie chodzić. A jednak udało się wrócić do piłki. 23 września 1998 roku po godzinie gry przeciwko Pogoni Szczecin, Citko pojawia się wreszcie na boisku po 16-miesięcznej przerwie. Jednak tuż po powrocie gra, zamiast przyjemnością, staje się dla Citki istną męczarnią. Dopiero 18 listopada 1998 roku po raz pierwszy wyjdzie w podstawowym składzie Widzewa i strzeli nawet gola Amice we Wronkach. 22 maja 1999 roku pokona też bramkarza Ruchu Chorzów i będzie to jego ostatnie trafienie dla Widzewa. Choć jesień 1999 roku spędzi jeszcze w Łodzi (nie odnotuje żadnych zdobyczy bramkowych) to jednak zimą przechodzi już do prowadzonej przez Franciszka Smudę warszawskiej Legii.

Wejście do stołecznego zespołu ma Citko bardzo mocne, bo w swym debiucie 15 marca 2000 roku już kilkanaście minut po pojawieniu się na boisku w Lubinie strzela Zagłębiu zwycięskiego gola na 3:2 dla swojej nowej drużyny. Wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze.

Jeszcze w kwietniu 2000 roku nowy selekcjoner polskiej reprezentacji, Jerzy Engel, chwali legionistę na łamach „Piłki nożnej”: Marka Citkę zaliczam do zawodników wysokiej klasy, którzy nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Dlatego od dłuższego czasu bacznie mu się przyglądam. Powiedziałbym, że jego powrót do wysokiej formy przebiega planowo. Nie jest on jeszcze w dyspozycji, jaką zachwycał nas jesienią 1996 roku, choć w kolejnych meczach potwierdza swe nieprzeciętne umiejętności. Bezwzględnie znajduje się w kręgu moich zainteresowań.

Jesienią 2000 roku Citko strzela cztery gole dla Legii. Robi co może, Miewa chwilowe przebłyski dawnej świetności. Kibice wybierają go najlepszym piłkarzem klubu rundy jesiennej. Tygodnik „Piłka nożna” umieści go wśród piątki najlepszych polskich bocznych napastników. Ale do dyspozycji sprzed kontuzji Citko już nigdy nie wróci. Po odejściu Smudy i nowych porządkach Dragomira Okuki w 2001 roku dla Citki zaczyna brakować miejsca w szatni legionistów. Jesienią Citko odejdzie do Grodziska, gdzie z powodu kontuzji rozegra jednak zaledwie trzy spotkania, a wiosną 2002 roku wyjeżdża do Izraela. W Hapoelu Beer-Sheva zawodnik nieco się odradza. Zespół jest wysoko w tabeli, ale okres wypożyczenia się kończy i Citko wraca do Warszawy. Okuka jednak wciąż nie chce go w zespole, więc przez moment bohater z Wembley biega nawet po boisku w zespole rezerw stołecznego zespołu.

W 2003 roku Marek Citko trafia do szwajcarskiego FC Aarau i tam przeżywa bodaj ostatnie podrygi swej futbolowej świetności. Jest ważną i szanowaną postacią w zespole. Strzela gole, notuje mnóstwo asyst, jest w świetnej dyspozycji, rozgrywa wiele udanych spotkań. Mówi nawet, że zbliża się do formy z Wembley. Na nowo zaczyna wierzyć w wymarzony powrót do reprezentacji. Zdaje sobie jednak sprawę, że ze Szwajcarii nie będzie łatwo przebić się do narodowej kadry. Dlatego, gdy na przełomie kwietnia i maja 2004 roku pojawia się oferta z szykującej się do powrotu na salony Bundesligi Arminii Bielefeld (były też oferty z walczących o awans do Serie A Cagliari i Palermo), 30-letni Citko czuje, że znów wraca do poważnej gry. Zresztą to już naprawdę ostatni dzwonek. Testy w Arminii wypadły znakomicie, a polski piłkarz ma już wybrać sobie samochód. Niestety przedostanie się do mediów informacji o planowanym transferze sprawia, że telefony z Polski dwóch osób „życzliwych”,(jedna z nich przed laty za wszelką cenę próbowała upchnąć Citkę w Blackburn), sugerujące niedoszłym pracodawcom, że piłkarz jest po ciężkiej kontuzji, a w dodatku ma trudny charakter, przesądzają o tym, iż decydenci z Bielefeldu wycofują się z zamiaru pozyskania polskiego piłkarza.

Citko wraca więc do ojczyzny. Ale sezon w Cracovii nie jest dla niego udany. U trenera Stawowego piłkarz z numerem 10 na plecach najczęściej bywa zmiennikiem, zaledwie raz rozgrywając pełne spotkanie. Jesień 2005 roku to znów wyjazd do Szwajcarii, ale pobyt w Yverdon, ze względu na kontuzję, jest raczej wyłącznie epizodem (łącznie niespełna 250 minut spędzonych na boisku). Po ponownym powrocie do kraju, wiosną 2006 roku, Marka Citkę przygarnia Polonia Warszawa. Dla Czarnych Koszul Citko staje się ważną postacią, a 25 marca, na dwa dni przed swymi 32 urodzinami w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze, który już zawsze będzie mu się pewnie kojarzył z feralną kontuzją i zarazem po 13 latach od swego debiutanckiego gola w barwach Jagi przeciwko poznańskiej Olimpii, zaliczy Citko swe ostatnie trafienie na boiskach ekstraklasy.

Podobnie jak kiedyś z Jagiellonią, tak teraz z Polonią Warszawa poznaje Marek Citko gorzki smak degradacji na drugoligowe zaplecze. I to właśnie tam, wychowanek Włókniarza raz jeszcze zaprezentuje na do widzenia przebłysk swego futbolowego geniuszu, strzelając Zawiszy Bydgoszcz bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Łącznie Citko strzeli dla drugoligowej Polonii sześć goli i 26 maja 2007 roku rozegra w Legnicy swój ostatni mecz w piłkarskiej karierze.

CITKA1

Antoni Piechniczek w samych superlatywach opowiada w tekście Farona „Być jak Hiob” o swoim byłym podopiecznym z polskiej reprezentacji: To na pewno jeden z większych talentów, jakie trenowałem. Świetnie się z nim współpracowało. Kochał piłkę i treningi. Lubił grać indywidualnie, błyszczeć, a ja mu na to pozwalałem. Dostrzegałem, że ma wielki talent i jedną akcją może odwrócić losy meczu. Wiedziałem, że jak wkomponuje się w zespół, to dużo da tej drużynie. Potwierdzeniem tego było spotkanie na Wembley. Marek Citko był niewątpliwie piłkarzem wybitnie utalentowanym, który mógł zrobić wspaniałą międzynarodową karierę. I choć czuje się jednak trochę ofiarą polskiej medycyny lat 90., to nie hoduje w sobie żalu do kogokolwiek. Po prostu samemu będąc dziś menedżerem stara się towarzyszyć swym piłkarzom na dobre i na złe, wyciągać do nich pomocną dłoń również w tych najtrudniejszych dla nich chwilach. I zdecydowanie nie traci czasu na snucie historii alternatywnych, co by było, gdyby skorzystał z bajecznej oferty Blackburn i został polskim Kinkładzem Premier League. Ma na to wszystko pod ręką prostą odpowiedź, którą dzieli się z nami w dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”: Nie żałuję tego, że nie wyjechałem. Zawsze patrzę do przodu. Widocznie tak to miało być. A dzięki temu, że nie wyjechałem, podpisałem znacznie lepszy kontrakt - kontrakt małżeński. Mam wspaniałą żonę, fajne dzieciaki, jesteśmy fajną rodzinką. Opatrzność czuwa. A w rozmowie z Rymanowskim precyzuje: Nie wiem, czy byłbym przygotowany na większy sukces i wielkie pieniądze. A może by mi odbiło? A może byłbym bardzo bogatym i równie nieszczęśliwym człowiekiem? I teraz pytanie, co jest ważniejsze: kariera czy szczęście rodzinne? W pewnym momencie oddałem swoje życie w ręce Boga i powiedziałem: „Co ma być, to będzie”.

Gdy żona Agnieszka była w drugim miesiącu ciąży - snuje dalej swą opowieść Citko - lekarze wykryli u dziecka poważną wadę serca. Sugerowano, że dziecko będzie rośliną, że jesteśmy młodzi i po co się męczyć. Powiedziałem, że nie ma mowy o aborcji. Mówiono żonie, że dziecko nie tylko urodzi się chore, ale zaraz po porodzie umrze. Pomyślałem: Niech pożyje chociaż godzinę czy dwie, ale niech się urodzi. Lekarze naciskali, że mało czasu zostało i trzeba usuwać. Ale nie poddawaliśmy się. Zaufałem Jezusowi. Wierzyłem, że może zdarzyć się cud. Uruchomiłem przyjaciela, księdza, z prośbą o modlitwę. O wsparcie poprosiłem siostry zakonne, rodzinę, znajomych. Sam też napisałem modlitwę i codziennie ją odmawiałem. Żona skontaktowała się z matką dziecka z podobną wadą, która powiedziała, żeby nie słuchała lekarzy, bo jej dziecko, które rzekomo nie miało szans się narodzić żyje i dobrze się rozwija. Gdy Konrad się urodził bardzo szybko go ochrzciliśmy. Byliśmy z nim jeden dzień, a po tygodniu miał już pierwszą operację na otwartym sercu. My w tym czasie modliliśmy się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Dziecko wymagało jeszcze dwóch kolejnych operacji, ale obie skończyły się pomyślnie. Dziś Konrad ma czternaście lat. I normalnie się rozwija. Biega, gra w piłkę. Zawodowym piłkarzem na pewno nie zostanie. Ma przecież połowę serca. Wie, że jak się zmęczy, musi odpocząć, zrobić sobie przerwę. Ale co roku wyniki badań są lepsze. To taki kolejny cud w moim życiu. Księga Hioba pozwala mi wierzyć, że to wszystko ma sens.

To między innymi dlatego Marek Citko lubi o sobie mówić, że jest niespełnionym piłkarzem, ale spełnionym człowiekiem.

piątek, 05 maja 2017
Strzelaj Poskus

On na pewno pojawi się jeszcze na tym blogu w zestawieniu najlepszych obcokrajowców polskiej ekstraklasy lat dziewięćdziesiątych (work in progress). Dziś ma jednak urodziny, więc choćby krótko. Robertas Poskus (ur. 5.05.1979), oto nasz bohater.

poskus

Warto o nim wspomnieć, bo to faktycznie jeden z najlepszych stranieri grających u nas na przełomie XX i XXI wieku. Poza tym - i o tym już wspomina się rzadziej - gość miał również interesującą karierę po opuszczeniu Polski oraz - uwaga! - dokonania trenerskie po zawieszeniu butów na kołku. Poniżej zatem cztery fazy futbolowego życia snajpera RoPos-a.

Przed

Zanim trafił do Polski zdążył już sobie wyrobić nazwisko na Litwie. W domowej lidze debiutował jako 16-latek, a jako 18-latek terminował w HSV (występował w rezerwach, strzelił nawet gola w Pucharze Niemiec). W wieku lat dwudziestu miał już na koncie Puchar Litwy, ćwierć setki goli i debiut w reprezentacji. Co było więcej robić, trzeba się zawijać.

PL

Transfer do Widzewa to początek 2000 roku. Świetna wiosna 2000 - 12 meczów i 5 goli. Potem świetna jesień 2000 - 15 meczów i 7 goli. Uczucia widzewskich kibiców zaskarbił sobie przede wszystkim dwoma golami w derbach z ŁKS (2:0 w 2000 roku). Poskus był skoczny, dobrze grał ciałem i świetnie się ustawiał w polu karnym. Typowy snajper.

Biedujący łodzianie godzą się więc na transfer Poskusa do Polonii Warszawa - panującego wciąż mistrza Polski (pojawiał się też temat Energie Cottbus i Derby County). Wywiad z nim tutaj. Tam jednak skończyło się wszystko, co dobre dla Litwina. 8 meczów bez trafienia, na osłodę tylko dwa gole w Pucharze Polski (który Polonia ostatecznie zdobyła).

Wysoki napastnik pokazał jednak, że warto w niego inwestować. To coś sprawiło, że na ściągnięcie go zdecydowali się Rosjanie z pierwszoligowego zespołu Krylja Sowietow Samara. Czyli w sumie sportowy awans.

Po - na boisku

Poskus błyskawicznie odnalazł się u naszych sąsiadów. Przez 3,5 roku był kluczowym zawodnikiem Krylji. Szczególnie pierwszy sezon w Rosji w jego wykonaniu był imponujący (11 goli!). Naprawdę był tam gwiazdką co najmniej średniego zasięgu.

Wyrobił sobie na tyle mocną pozycję, że jesienią 2005 przeniósł się do Zenitu Sankt Petersburg. Ta przygoda jednak nie do końca mu się udała. W klubie spędził 1,5 roku (głównie na ławce) i zdobył raptem trzy gole w 22 meczach (ale za to cieszą go pewnie ówczesne występy w Lidze Europy).

2013.10.10.09.47.29.142013242.1

Potem zaczął się okres krótkich i nieefektownych zwykle pobytów. Najpierw Poskus trafił do Dynama Moskwa (porażka), potem FK Rostow (porażka), izraelskiego Ihud Bnei Sakhnin (porażka) i Urał Swierdłowskaja obłast (porażka).

Odżył dopiero po transferze do Azerbejdżanu w 2009 roku. W Interze Baku strzelał jak za starych czasów (12 goli), zdobył z nim mistrzostwo i pokazał się w europejskich pucharach (m.in. w dwumeczu z... Lechem Poznań). Kolejny sezon w Baku był jednak nieco słabszy, a następny spędził już w Simurq Zaqatala (14 meczów i 8 goli). Potem wrócił na chwilę do Rosji (jesień 2012 w Sibirze Nowosybirsk), bo osiąść w ojczyźnie (dwa lata w Kłajpedzie).

Żeby domknąć statystyki jego kariery należy także wspomnieć o wątku reprezentacyjnym. W kadrze wystąpił 48 razy, strzelając 8 bramek. Grał w el. EURO 2004, 2008 i 2012 oraz el. MŚ 2006 i 2010. Jego najskuteczniejszy występ to dublet w meczu z Mołdawią, a jedyny gol w kwalifikacjach strzelony został w meczu z Wyspami Owczymi (2:0 w 2002 roku).

Po - na ławce

Po zakończeniu kariery Poskus wziął się za trenowanie swoich następców. Najpierw pracował jako asystent w Kłajpedzie, ale na początku 2016 roku został trenerem litewskiego średniaka FK Lietava Jonava. Ze skazywanym na porażkę zespołem zajął solidne 5. miejsce. Ten mikrosukces został doceniony w jego ojczyźnie. W konkursie na najlepszego trenera na Litwie w 2016 roku Poskus zajął drugie miejsce (za Valdasem Dambrauskasem z Żalgirisu).

Co ciekawe jednak, po sezonie pożegnano się z nim i oddano drużynę w ręce innego naszego byłego ligowca - Donatasa Venceviciusa. Nigdzie nie mogę znaleźć przyczyn rozstania, ale faktem jest, że Poskus w chwili obecnej nigdzie nie pracuje.

Gdziekolwiek by jednak nie trafił w przyszłości -  przy okazji urodzin wypada mu życzyć powodzenia.

P.