Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 28 czerwca 2009
Tournoi de France 1997 - wielkie mecze rok przed wielkim turniejem

Pomysł, by Puchar Konfederacji odbywał się na rok przed mistrzostwami świata w miejscu ich rozgrywania, uważam za zbawczy dla turnieju. Sama formuła mini-pucharu 12 miesięcy przed MŚ nie jest oczywiście nowa, a najciekawsze takie przedsięwzięcie rozegrano w 1997 roku. Tournoi de France godnie zapowiadał najlepszy mundial, jaki odbył się za mojego kibicowskiego życia.

Gospodarze zaprosili trzy drużyny: Brazylię (mistrzów świata), Włochy (wicemistrzów świata) i Anglię (pogromców Polaków ;) Stadiony w Montpellier, Nantes, Lyonie i Paryżu (Parc des Princes) aż roiły się od gwiazd światowego futbolu.

Jest kilku panów, którzy o ile dobrze pamiętam, mundial '98 oglądali w telewizji, m.in. John Scales, Lee Clarke (co to w ogóle są za ludzie?!), Marc Keller, Ibrahim Ba, Pierre Laigle, Stefano Torrisi, Gianfranco Zola, Marcio Santos, Ze Maria, Celio Silva, Ze Roberto, Mauro Silva, Djalminha, Flavio Conceicao, Nunes a przede wszystim - boski Ro... ale o nim później.

W pierwszym spotkaniu turnieju gospodarze zmierzyli się z Brazylią. Mistrzowie świata byli świeżo po porażce 2:4 z Norwegią

i obiecywali swoim fanom rehabilitację. Francuzi nie kryli, że ich wymarzonym finałem MŚ byłby właśnie pojedynek z Brazylią (prorok jaki, czy co?). Na Stade Gerland padł remis 1:1, ale mecz ten nie zapadł w pamięć z powodu wyrównującego gola autorstwa Marca Kellera (choć dobitka z trzech metrów po strzale Floriana Maurice'a to na pewno największe osiągnięcie w karierze b. gracza KSC, West Ham i Portsmouth). 3 czerwca 1997 roku Brazylijczyk Roberto Carlos da Silva Rocha zaprzeczył, że ma cokolwiek wspólnego z prawami fizyki. Była 21. minuta meczu, piłkę od bramki Bartheza dzieliło jakieś 35 metrów...

A więc 1:1 w meczu drużyn, które nie musiały walczyć w eliminacjach do Coupe de Monde. Duet Ro-Ro nie pokazał jeszcze mocy, choć Ronaldo szarpał mocno.



Najbardziej dostało się w prasie Giovanniemu. A na zdjęciu w tle ściana / galeria sław. O niej później.

3.06.1997, Lyon. FRANCJA - BRAZYLIA 1:1 (0:1)
Bramki: Keller (59.) - Francja; Roberto Carlos (21.) - Brazylia. Francja: Barthez - Candela Ż, Blanc, Desailly (66. Thuram), Lizarazu - Ba, Zidane, Deschamps Ż, Karembeu (17. Vieira) - Maurice, Pires (46. Keller). Brazylia: Taffarel - Cafu, Celio Silva, Aldair (87. Goncalves), Roberto Carlos - Giovanni (72. Djalminha), Mauro Silva Ż, Dunga Ż, Leonardo - Ronaldo, Romario (78. Paulo Nunes)

Drugi mecz to pojedynek - wówczas - znajomych z eliminacji do MŚ (również naszych znajomych). Anglia i Włochy były niecałe cztery miesiące po spotkaniu na Wembley (zolowe zwycięstwo Włochów), a przed 0:0 dającym bilety do Francji Anglikom. Glen Hoddle dał odpocząć po meczu w Chorzowie z Polską (cztery dni wcześniej) swoim dwóm asom: Shearer i Gascoigne usiedli na ławie. A i tak Anglicy wygrali łatwo. 2:0 było zasługą debiutującego w kadrze Paula Scholesa. Najpierw wspaniale zagrał przez pół boiska do Iana Wrighta i 33-letni napastnik strzałem z woleja pokonał Angelo Peruzziego. Tuż przed przerwą role się odwróciły. Wright podał do Scholesa i ten ładnym strzałem z pierwszej piłki strzelił drugiego gola.

4.06.1997, Nantes. ANGLIA - WŁOCHY 2:0 (2:0)
Bramki: Wright (26.), Scholes (43.). Widzów 25 tys. Sędziował I. Benko (Austria). Anglia: Flowers - Pearce, Southgate, Keown, P. Neville, Ince Ż, Le Saux (46. G. Neville), Beckham Ż, Scholes Ż, Sheringham (78. Gascoigne Ż), Wright (75. Cole). Włochy: Peruzzi - di Livio, Ferrara, Cannavaro Ż, Costacurta, Bennarivo, D. Baggio, di Matteo (18. Fuser), Albertini, Zola, Casiraghi

Po dwóch dniach przerwy w turnieju gospodarze podejmowali Anglików. Ku rozpaczy Francuzów, jedynego gola spotkania strzelił na 5 min przed końcem niezawodny Szira (gol od 2:00)

7.06.1997, Montpellier. FRANCJA - ANGLIA 0:1 (0:0)
Bramka: Shearer (86.) Francja: Barthez - Thuram, N'Gotty, Blanc, Laigle (83. Lizarazu), Deschamps, Vieira, Djorkaeff, Keller, Ouedec (62. Loko), Dugarry (76. Zidane) ; Anglia: Seaman - G. Neville, P. Neville, Southgate, Campbell, Le Saux, Beckham (76. Lee), Gascoigne, Shearer, Wright (80. Sheringham), Batty (46. Ince)

Mecz Włochów i Brazylijczyków to było tak znakomite widowisko, że znalazło się nawet na znaczkach z Turkmenistanu jako... mecz MŚ '98.

W tym pojedynku było wszystko: piękne gole Del Piero, Ronaldo i Romario, karny po faulu na Pippo :), samobóje, słupki i poprzeczki. Było wszystko.

8.06.1997, Lyon. BRAZYLIA - WłOCHY 3:3 (1:2)
Bramki: Del Piero (6. i 62. [k]), Aldair (23., sam.) - Lombardo (35., sam.), Ronaldo (71.), Romario (85.) ; Brazylia: Taffarel - Cafu, Célio Silva, Aldair, Roberto Carlos, Mauro Silva (Flávio Conceição), Dunga, Denílson, Leonardo, Romário, Ronaldo ; Włochy: Pagliuca, Panucci, Cannavaro, Costacurta, Maldini (Di Livio) - Di Matteo, Albertini, Dino Baggio (Fuser), Lombardo - Vieri (Inzaghi), Del Piero

Przed trzecią serią gier, zwycięstwo w turnieju mieli już zapewnione Anglicy. Mecz z Brazylią był reklamowany jako pojedynek najlepszych napastników świata: Ronaldo i Shearera.

Hoddle mówił: - Przybyliśmy tu po naukę i doświadczenie, a w futbolu nie ma lepszego nauczyciela niż Brazylia. Ale najlepszy napastnik świata gra u mnie. I jest w szatańsko dobrej formie. Po prostu diament na boisku.

Jedynego gola strzelił jednak Romario. Pięknego gola. Do zobaczenia w 7:14 tego fantastycznego filmiku o Ro-Ro. A wideo zaczyna się od popisów w meczu z Polską.

10.06.1997, Paryż (Parc des Princes) BRAZYLIA - ANGLIA 1:0 (0:0)
Bramka: Romario (61.) ; Anglia: Seaman - Keown (21. G. Neville), Southgate, Campbell - P. Neville, Gascoigne, Scholes (75. Lee), Ince, Le Saux - Sheringham (75. Wright), Shearer. Brazylia: Taffarel - Cafu, Celio Silva, Aldair, Roberto Carlos - Flavio Conceicao, Dunga, Denilson (22. Djalminha), Leonardo (82. Ze Roberto); - Romario, Ronaldo

Po meczu przede wszystkim cieszyli się jednak Anglicy - zwycięzcy Tournoi de France.

 

Gospodarzom nie udało się odnieść ani jednego zwycięstwa w turnieju. W ostatnim meczu imprezy jeszcze w 89. minucie prowadzili z Włochami 2:1, ale gol Alessandro del Piero z karnego (tu od 0:28) zapewnił wicemistrzom świata remis 2:2. Z ciekawostek: w bramce Francji stał debiutujący Lionel Charbonnier, który zastąpił między słupkami Fabiena Bartheza, bo tego wciąż bolały dłonie po tym, jak zdeptał je Alan Shearer zdobywając gola.
A Park Książąt po raz kolejny okazał się pechowy w końcówce dla gospodarzy. W 1994 roku gol Bułgara Emila Kostadinowa w ostatniej minucie wyeliminował Francuzów z udziału w World Cup w USA.

11.06.1997, Paryż (Parc des Princes) FRANCJA - WŁOCHY 2:2 (1:0)
Bramki: Zidane (12.), Djorkaeff (72.) - Casiraghi (61.), Del Piero (90. - karny) ; Francja: Charbonnier, Thuram, Leboeuf, Desailly (85. N'Gotty), Lizarazu, Ba, Deschamps, Zidane, Karembeu (66. Vieira), Dugarry, Maurice (64. Djorkaeff) ; Włochy: Pagliuca, Nesta, Costacurta (46. Torrisi), Cannavaro, Maldini, Lombardo, Di Livio, Di Matteo, Zola (55. Panucci), Casiraghi (77. Vieri), Del Piero

Wspominana galeria sław - jedna z trybun Stade Gerland w Lyon - to ściana z 32 najlepszymi piłkarzami świata. Najlepszymi wg Michela Platiniego, więc nie dziwota, że w tym gronie znalazł się Zbigniew Boniek. Wśród "sławnych" zabrakło za to m.in. Niemca Franza Beckenbauera, jedynego człowieka, który zdobył mistrzostwo świata jako zawodnik i trener. Platini siebie też umieścił, oczywiście. A Bońka widać bardzo wyraźnie.

A oto pełna lista:
Florian Albert (Węgry), Gordon Banks (Anglia), George Best (Irlandia Płn.), Zbigniew Boniek (Polska), Antonio Carbajal (Meksyk), Bobby Charlton (Anglia), Johan Cruyff (Holandia), Didi (Brazylia), Alfredo di Stefano (Argentyna), Eusebio (Portugalia), Just Fontaine (Francja), Garrincha (Brazylia), Francisco Gento (Hiszpania), Raymond Kopa (Francja), Laszlo Kubala (Węgry), Sepp Maier (Niemcy), Diego Maradona (Argentyna), Stanley Matthews (Anglia), Roger Milla (Kamerun), Gerd Mueller (Niemcy), Johan Neeskens (Holandia), Daniel Pasarella (Argentyna), Pele (Brazylia), Michel Platini (Francja), Ferenc Puskas (Węgry), Roberto Rivelino (Brazylia), Juan Alberto Schiaffino (Urugwaj), Luis Suarez (Hiszpania), Marco van Basten (Holandia), Lew Jaszyn (ZSRR), Zico (Brazylia), Dino Zoff (Włochy)

środa, 24 czerwca 2009
Spoiwo i przeszkoda. "Sport w stosunkach międzynarodowych".

Sam fakt pojawienia się na polskim rynku takiej pozycji traktuję jako dobry omen. Związki sportu z szeroko rozumianymi naukami społecznymi przypominają relacje Wokulskiego z Izabelą Łęcką. Ten pierwszy by bardzo chciał bliższych relacji, ale ten drugi trzyma go na dystans i to na dodatek z lekkim pobłażaniem. Choć na Zachodzie sport jest pełnoprawnym przedmiotem refleksji naukowej u nas wciąż traktowany jest z przymrużeniem oka. Dlatego "Sport w stosunkach międzynarodowych" to zbiorek ze wszech miar zasługujący na przyklaśnięcie. Zwrócenie uwagi na dość niezwykły i zróżnicowany wkład sportu (w tym piłki nożnej) w międzynarodowe relacje było z jednej strony tematem-samograjem, z drugiej strony nikt nie chciał się schylić, żeby tę monetę podnieść.

Co więc znajduje się w książce? Od razu muszę ostrzec - pierwsza część nie jest dla przeciętnego kibica zbyt interesująca (ba, może być dla niego śmiertelnie nudna). Najpierw bowiem przytaczane są różne teorie stosunków międzynarodowych i miejsce jakie zajmuje w nich sport, potem jeden z autorów pisze o regulacjach prawnych w działaniach sportowych. Potem są już tylko artykuły ciekawe i ciekawsze. Do kategorii "ciekawe" zaliczyłbym trzy teksty.

Paweł Burzała w swoim dość długim artykule o globalizacji sportu może nie mówi żadnych nowych rzeczy w tym temacie, natomiast niewątpliwie porządkuje zagadnienie. Zwraca uwagę na trzy główne wymiary globalizacji sportu (i liczne podwymiary): wymiar społeczny, ekonomiczny i polityczny. Mnie szczególnie zainteresował przytaczany przez autora projekt 'Football fo Peace' (F4P), mający przy wykorzystaniu piłki nożnej doprowadzić do pokojowego spotkania (i pogodzenia) poróżnionych grup/ państw/ narodów.

Marta Mickiewicz pisze o sporcie w dyplomacji publicznej i zwraca uwagę na pewne myślenie o nim jako istotnym elemencie budowania wizerunku państwa i rozwoju współpracy międzypaństwowej. Wspomina o ciekawym projekcie SportUnited (rozwój i promocja sportu wśród młodzieży w wieku 7 - 17 lat, zakładająca wymiany sportowców np. na linii USA - Iran) a także o formach promocji miast-gospodarzy Igrzysk (trzy główne hasła Olimpiady w Pekinie - People's Olympics, High-Tech Olympics, Green Olympics). W międzyczasie pojawia się wiele ciekawostek i empirycznych/ liczbowych dowodów na istnienie zjawisk o których dobrze się wie, że istnieją, ale trudno znaleźć jakieś konkretne dane - np. muzeum FC Barcelony odwiedza rocznie 1.16 mln turystów a gigantem w dziedzinie organizacji międzynarodowych imprez sportowych jest... Dubaj (tenisowe The Dubai Tennis Championship, rajdy samochodowe UEA Desert Challange, turniej rugby Dubai Rugby Sevens czy gonitwy konne Dubai World Cup).

Tekst Andrzeja Polusa z kolei to esej na temat Igrzysk Commonwealthu (Brytyjskiej Wspólnoty Narodów czyli wspólnoty państw skupiającej Wielką Brytanię i znaczną część jej byłych kolonii, które obecnie są niepodległe). Turniej rozgrywany jest co 4 lata (pokrywa się datą z zimowymi IO) i autor pokazuje jego ewolucję wynikającą z ruchów "tektonicznych" w Imperium Brytyjskim (oderwanie się Indii, rozpad Imperium, segregacja rasowa w RPA). Przy okazji Polus przytacza opisywany przez Arjuna Appaduraia przypadek globalizacji krykieta - ta typowo brytyjska dyscyplina uległa hinduizacji i dziś jest ikoną indyjskiej narodowości. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt - jak pisze Appandurai - że krykiet to 'twarda forma kulturowa', która przenosi się z 'wraz z całym układem powiązań między wartościami, znaczeniem i zawierającymi się w nich praktykami, które są trudne do przerwania i nie poddają się transformacji [...] krykiet jest twardą formą kulturową, która zmienia raczej wychowanych w niej graczy niż zmienia się sama'.

Do najbardziej interesującej grupy zaliczam trzy teksty dwóch autorów - dwa Marzeny Józefczyk i jeden Raffaela Poliego. Pierwsza autorka, choć pisała o dwóch różnych kwestiach stworzyła teksty bardzo podobne. Oba są  uporządkowane, usystematyzowane, klarowne i przeprowadzone w bardzo konsekwentny i logiczny sposób. W pierwszym tekście na warsztat wzięto kwestię już mocno oklepaną - upolitycznienie igrzysk olimpijskich. Mimo to, udało się napisać rzecz całkiem świeżą a także przydatną w ramach podręcznego mikrovademecum tematycznego. Pomimo tego, że większość opisywanych przypadków jest dobrze znana (Berlin 1938, Monachium 1972, Moskwa 1980, Los Angeles 1984, Pekin 2008), to warto sobie jeszcze raz poukładać kto, z kim, co i dlaczego bojkotował. Natomiast tekst o roli sportu w dążeniach niepodległościowych, oprócz przywołania ciekawej systematyki przejawów nacjonalizmu, zaskakuje świeżością sportowych przykładów. I tak autorka pisze o sporcie jako sile dezintegrującej (przykład Jugosławii i republik byłego ZSRR), dekolonizacyjnej (przykład Algierii i kilku innych państw afrykańskich; autorka przywołuje tzw. prawo Bordes'a, które to mówiło, że w każdym muzułmańskim klubie musi występować co najmniej trzech graczy europejskich - Francuzi wprowadzili ten przepis w swoich koloniach, aby państwa afrykańskie nie wykorzystywaly swoich ligowych drużyn piłkarskich jako przyczółków emancypacji), sile niepodległościowej (Tybet, Grenlandia, Palestyna, Czeczenia, Katalonia i inne państwa non-FIFA Board; świetny przykład katalońskiej reprezentacji hokeja na wrotkach) i wreszcie sile tworzącej poczucie wspólnoty (Puchar Federacji Społeczeństw Studentów Muzułmańskich czy inicjatywa Kurd Stars).

Wreszcie tekst Raffaele Poliego - wisienka na torcie:) Autor - geograf i socjolog - opierając się na własnych badaniach oraz na zebranych materiałach opisuje proces migracji afrykańskich piłkarzy. Opisuje on uwarunkowania historyczne zjawiska (np. 'zabieranie' graczy z kolonii do swoich reprezentacji vide Ben Barek a z drugiej strony odgórny zakaz powoływania graczy afrykańskich grających w Europie do reprezentacji afrykańskich jako kara za 'zdradę'), wskazuje (świetne mapki) główne kierunki migracji afrykańskich piłkarzy - obok klasycznych destynacji (Francja) nieco zaskakuje prawdziwy tranzyt do takich państw jak Wietnam czy Malezja (przy okazji przywołany jest ciekawa sprawa Nigeryjczyka Colly'ego Barnesa - zawodnik ten występujący w lidze Hong Kongu, korzystając z letniej przerwy w meczach, przez 5 lat grał także... w rozgrywkach ligi Bangladeszu), a także podkreśla konsekwencje kulturowe procesu (ciekawa diagnoza 'modelu Wybrzeża Kości Słoniowej' jako chciwego konsumenta zachodnich zachowań i gadżetów - młodzi ludzie w tym kraju nie zwracają żadnej uwagi na rodzime rozgrywki ligowe, tylko w specjalnych 'klubach video' godzinami oglądają mecze zachodnich lig).

Podsumowując - "Sport w stosunkach międzynarodowych" to bardzo ciekawa pozycja, w której każdy powinien znaleźć coś interesującego dla siebie - naukowcy i kibice, laicy i fachowcy. Choć nawet jeśli nie atakuje nowościami i jako całość pozostawia nieco do życzenia (chwilami bardzo wąska specjalizacja tekstów), to poszczególne artykuły prezentują solidny poziom. Polecam!

P.

wtorek, 23 czerwca 2009
Dramat Kleurrijk Elftal. Część II: drużyna

Kolorowa Jedenastka (ang. Colourful XI) powstała z inicjatywy Sonny'ego Hasnoe. Hasnoe był działaczem społecznym, który chciał pomóc biednym dzieciom surinamskim z okolic Amsterdamu - przede wszystkim z miasteczka Bijlmer, gdzie mieszkała większa populacja Surinamczyków. Hasnoe chciał wychowywać młodzież przez sport - konkretnie piłkę nożną. Dzięki temu dzieci z biedniejszych rodzin miały mieć większe możliwości do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie holenderskim.

W 1986 roku Hasnoe zorganizował na stadionie olimpijskim w Amsterdamie pierwszy mecz, pomiędzy gwiazdami holenderskiej piłki - gwiazdami pochodzącymi z Surinamu - a SV Robinhood, drużyną mistrza Surinamu. Spotkanie okazało się wielkim sukcesem, dochód przeznaczono na cele charytatywne, a Kleurrijk Elftal miała od tego czasu raz w roku grać mecze. W 1987 r. impreza odbyła się Hengelo, a w 1988 r. w Enschede. W 1989 r. drużyna miała odwiedzić Surinam, by zmierzyć się w mini-turnieju z miejscowymi SV Boxel, SV Robinhood i SV Transvaal,

Wśród piłkarzy, którzy nie polecieli, a grali we wcześniejszych meczach, były naprawdę wielkie gwiazdy. Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Aron Winter, Bryan Roy czy Regi Blinker nie wsiedli do samolotu na prośbę/groźbę swoich klubów. Stanley Menzo i Hennie Meijer zignorowali zakaz wydany przez Ajax, ale do Paramaribo wybrali się wcześniej. Winston Haatrecht (SC Heerenveen) nie udał się na turniej, gdyż jego klub miał niebawem grać w barażach. Haatrecht poprosił swojego brata, by poleciał do Surinamu za niego. Jerry oczywiście się zgodził...

W katastrofie zginęło 14 zawodników i trener.

Ruud Degenaar, 25, Heracles Almelo, mocny punkt zespołu przez pięć sezonów (106 meczów); w katastrofie zginęła również jego dziewczyna; ojciec Degenaara również był piłkarzem

Lloyd Doesburg, 29, AFC Ajax, rezerwowy bramkarz, zmiennik Stanleya Menzo i Freda Grima, 5 meczów w Eredivisie

Steve van Dorpel, 23, FC Volendam; wielki talent, po sezonie miał przejść do Rody Kerkrade, ale zainteresowanie wykazywał też sam Feyenoord; przy okazji pobytu w Surinamie po raz pierwszy w życiu miał spotkać się z ojcem...

Wendel Fräser, 22, RBC Roosendaal/SVV ; wyszkolony przez Feyenoord, w Rotterdamie nie zadebiutował jednak w pierwszym zespolu; RBC przyznaje nagrodę imienia Fräsera dla najlepszego zawodnika sezonu

Frits Goodings, 25, FC Wageningen

Jerry Haatrecht, 25, Neerlandia; zginął, by mógł przeżyć jego brat Winnie; w dzieciństwie obaj kopali piłkę na Balboa Square w Amsterdamie wspólnie z Gullitem i Rijkaardem; cała czwórka trenowała potem w Ajaxie, ale profesjonalny kontrekt zaproponowano ostatecznie tylko Gullitowi i Rijkaardowi

Virgall Joemankhan, 20, Cercle Brugge; w czasach trenowania w Ajaxie, po jednej z imprez, wspólnie z Dennisem Bergkampem, został wyrzucony do rezerw; Bergkamp został w Amsterdamie, Joemankhan wyjechał do Belgii

Andro Knel, 21, NAC Breda; wcześniej gracz Spart Rotterdam; od czasu śmierci Knela, NAC i Sparta przy okazji swoich meczów ligowych, rywalizują o trofeum jego imienia, a kibice obu klubów utrzymują przyjazne stosunki; Knel był bardzo sprawny w młodości trenował też hokej na lodzie i gimnastykę

Ruben Kogeldans, 22, Willem II Tilburg; jego rodzice długo po katastrofie walczyli w sądzie o ukaranie odpowiedzialnych osób ze strony linii lotniczych; solidny defensywny zawodnik, osiem meczów w Eredivisie

Ortwin Linger, 21, HFC Haarlem; zginął na skutek obrażeń trzy dni po katastrofie; w szpitalu nie rozpoznano, że to on, Linger widniał zarówno na liście osób, które przeżyły, jak i zmarłych; ciało zidentyfikowała dopiero rodzina oraz Stanley Menzo; Linger chodził do tej samej szkoły co van Dorpel

Fred Patrick, 23, PEC Zwolle; jeden z sektorów na stadionie Zwolle nosi imię Patricka

Andy Scharmin, 21, FC Twente; jego ojciec pochodził z Niemiec, matka z Surinamu; Scharmin był kapitanem reprezentacji Holandii U-21; w młodzieżówce zagrał m.in. przeciwko Niemcom, a krótko potem znalazł się na stadionie, by obserwować mecz reprezentacji seniorów - wcześniej jednak Scharmin ''pożyczył'' strój porządkowego i przy pomocy języka niemieckiego, którym świetnie władał, zakpił sobie z samego Franza Beckenbauera, prosząc go o bilet, gdy ten zbliżał się na obiekt! wspólnie z Scharminem zginęła jego matka oraz ciotka, które po wielu latach leciały odwiedzić ojczyznę...

Elfried Veldman, 23, De Graafschap; zginął dwa dni po swoich urodzinach

Florian Vijent, 27, Telstar; był tak podobny do swojego przyjaciela Stanleya Menzo, że ten pożyczał mu nawet swoje prawo jazdy

Nick Stienstra, 33, RC Heemstede (trener); urodzony w Paramaribo, jako jedyny został pochowany w Surinamie

W wypadku zginęła też matka późniejszego piłkarza - Romeo Castelana.

Przeżyło trzech członków Kleurrijk Elftal: Sigi Lens, Edu Nandlal i Radjin de Haan. Tylko ostatni z nich był w stanie wrócić potem do piłki, ale ponieważ nie potrafił już grać na takim poziomie jak wcześniej, szybko zakończył karierę.

O katastrofie i zmarłych powstała książka ''Ostateczne przeznaczenie. Zapomniana historia Kolorowej Jedenastki''.

Niech spoczywają w pokoju.

B.

Kolorowe Zespół został założony przez Sonny Hasnoe i przeznaczone do organizowania imprez piłkarskich z wpływami do organizacji charytatywnych w Surinam jest. Verder het bevorderen van integratie door middel van voetbal. Dalsze działania na rzecz integracji poprzez piłkę nożną.

Het Kleurrijk Elftal speelde zijn eerste wedstrijd in 1986 in het Olympisch Stadion in Amsterdam. Kolorowe Zespół zagrał swój pierwszy gra w 1986 w Stadion Olimpijski w Amsterdamie. De tegenstander was 'Robin Hood', de Surinaamse kampioen. (Wat was de uitslag?) De 2 e wedstrijd van het Kleurrijk Elftal werd gespeeld in het Fanny Blankers Koen stadion in 1987 en de 3 e wedstrijd in 1988 op het veld van sportclub Enschede. Przeciwnik był "Robin Hood", w Surinamese mistrz. (Jaki był wynik?) The 2 nd gry z Kolorowej Zespół zagrał w Fanny Blankers Koen stadionu w 1987 r. i 3. Gra w 1988 roku w dziedzinie klubu sportowego Enschede . Beide wedstrijden werden gespeeld als afsluiting van de provinciale Sport-doe-dag voor migranten. Oba mecze były odtwarzane na koniec prowincji sportowe zrobić dzień imigrantów.

niedziela, 07 czerwca 2009
Dramat Kleurrijk Elftal. Część I: przerwany lot

Naprawdę niewiele brakowało, by przed nazwiskami tak znakomitych piłkarzy (a obecnie i trenerów) jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Aron Winter, Bryan Roy, Stanley Menzo czy Regi Blinker, trzeba dodawać adnotację: "śp.". Dokładnie 20 lat temu, 7 czerwca 1989 roku samolot Surinam Airways rozbił się podchodząc do lądowania na Paramaribo-Zanderij, największe lotnisko w Surinamie. Zginęło 176 osób spośród 187 na pokładzie. Wśród zmarłych było 15 członków ekipy Kleurrijk Elftal (Colourful 11 - Kolorowa Jedenastka), drużyny złożonej z piłkarzy pochodzących z Surinamu, rozgrywającej na całym świecie mecze towarzyskie. Wyżej wymienieni, na pokładzie się nie znaleźli.

Lot 764

6 czerwca o 23:25 z lotniska Schiphol w Amsterdamie wystartował samolot DC-8 surinamskich linii lotniczych. Cztery godziny lotu przebiegły bez zakłóceń. 66-letni pilot Willy Rogers miał spore doświadczenie, a nawet - w tym przypadku - zbyt spore. Piloci mogą latać do 60 lat. Rogers podał swojemu pracodawcy właśnie taki wiek, by móc jeszcze trochę polatać. Poza tym, jak się później okazało, nie miał on uprawnień do latania DC-8... Podczas podchodzenia do lądowania maszyna za szybko zeszła zbyt nisko, pośpiech wynikał prawdopodobnie z małej ilości, a mgła była większa niż się pierwotnie spodziewano. Głównym błędem pilota było wybranie niewłaściwego urządzenia do nawigacji. Pierwszy oficer wybrał Instrument Landing System pomimo sporych wątpliwości co do niego - później ujawniony zapis rozmów głosił: "Nie ufam temu ILS"... Nagle system ostrzegawczy dał sygnał, że samolot pod złym kątem i nazbyt szybko zbliża się do ziemi. Pilot nie reagował. Po chwili jeden z silników samolotu uderzył w drzewo na wysokości około 25 m, zaraz potem prawe skrzydło napotkało na kolejne drzewa. Samolot zawirował i odwrócony wrył się w ziemię. Do pasa lotniska Paramaribo-Zanderij zabrakło ok. 3 km. Była 4:27.


Po zmarłych pozostała pamięć i pomniki: 1) w miejscu katastrofy 2) na cmentarzu w Paramaribo, 3) w Amsterdamie


Przeżyło jedenaście osób z tylnej części samolotu.

sobota, 06 czerwca 2009
Spotkanie z Afryką

Niby globalizacja, niby świat się kurczy, ale z afrykańskimi reprezentacjami polskiej kadrze jakoś nie jest szczególnie po drodze. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich 20 lat biało-czerwoni potykali się z przedstawicielami Czarnego Lądu zaledwie trzykrotnie. Jest to zabawne o tyle, że na przykład w takich latach siedemdziesiątych aż sześć razy doszło do futbolowych spotkań transkontynentalnych. Dlatego dzisiejszy mecz z RPA, bez względu na skład kadry i końcowy wynik, będzie wydarzeniem pamiętnym.

Dotychczas polskie Orły krzyżowały rękawice z afrykańskimi ekipami 16 razy. Ta niewielka liczba i tak jest jednak dość myląca, ponieważ przeciwnikami było zaledwie siedem drużyn, z czego większość kilkukrotnie. Ale po kolei.

Do pierwszego zetknięcia doszło podczas rzymskich Igrzysk Olimpijskich w 1960 roku. Przeciwnikiem była ekipa Tunezji. Pomimo, że Polacy stracili gola już w 3. minucie, to nie zrobili sobie z tego zbyt wiele i odprawili rywali z wynikiem 6-1. Spiritus movens tej draki był oczywiście Ernest Pol - strzelec pięciu (!) bramek.

Dwa lata później Polacy po raz pierwszy sami wybrali się na Czarny Ląd - w Casablance ich rywalami byli Marokańczycy. Mimo tradycyjnej już chyba początkowej dominacji (gol w 8. minucie) Afrykańczyków, Orły wygrały 3-1. Z kadrą pożegnał się wtedy Hubert Kostka a jedną z bramek zdobył Lucjan Brychczy.

Do rewanżu doszło pół roku później w Warszawie. W pierwszym meczu Polski przy świetle elektrycznym zremisowaliśmy z Maroko 1-1, tracąc gola po uderzeniu bezpośrednio z rzutu rożnego. Debiut i ostatni mecz w kadrze zaliczył wtedy Henryk Apostel a z kadrą pożegnał się wtedy również Jacek Gmoch. Rzeź przyszłych selekcjonerów!:)

Następne spotkania miały miejsce podczas zwycięskich Igrzysk Olimpijskich w Monachium (1972). Po odprawieniu na inaugurację Kolumbii (5:1), Orły pokonały 4:0 Ghanę (Lubański, Gadocha 2, Deyna) a potem w drodzę do finału znów spektakularnie znokautowały (5:0) Marokańczyków.

Do ciekawego wydarzenia doszło podczas kolejnych Igrzysk w 1976 roku. Polacy w inauguracyjnej potyczce mieli zmierzyć się z Nigerią. Do meczu jednak nie doszło ponieważ Nigeryjczycy, wraz z 24 innymi państwami z Afryki, Azji i Ameryki, wycofali się z turnieju na znak protestu przeciwko dopuszczeniu do olimpiady ekipy Nowej Zelandii (reprezentacja rugby tego kraju złamała politykę izolacji względem ''apartheidowskiej'' RPA i zorganizowała tournee po tym kraju).

Lata 1978-1980 śmiało można nazwać trzyleciem przyjaźni polsko-afrykańskiej. Najpierw na MŚ 1978 w Argentynie pokonujemy w bólach Tunezję po bramce Laty.

Na początku 1979 roku odbyła się mała wycieczka po arabskiej części Czarnego Lądu. Najpierw w Tunisie padają Tunezyjczycy (2:0 po dwóch golach Romana Ogazy)

 

potem w Algierze Algierczycy (1:0 po trafieniu Laty). W ramach quasi-rewanżu, ale trochę też chyba w ramach międzykulturowego eksperymentu, parę miesięcy później w Słupsku (!) biało-czerwoni spotkali się z Libią - bagaż pięciu bramek okazał się dla Libijczyków najniższym wymiarem kary (Janas strzelił gola w 60. sekundzie). Dalsze podróże rzuciły 1980 roku biało-czerwonych do Marakeszu i tam też po raz pierwszy polegli oni w konfrontacji z Afrykańczykami - Maroko pokonało Polaków 1:0 (debiut Buncola w kadrze). Na zakończenie obchodów trzylecia w listopadzie 1980 Orły wyżyły się na Algierczykach pokonując ich w Krakowie 5:1. Od tego czasu do zbliżenia nie dochodziło już tak często.

Na MŚ 1982 w Hiszpanii po raz pierwszy wpadliśmy na Kamerun - po raz pierwszy i nie ostatni padł bezbramkowy remis. Jak impreza się później potoczyła - wiadomo. (fot. z Rogerem Millą walczą Żmuda oraz Lato i Janas)

W 1985 roku tradycyjnie w Tunisie biało-czerwoni przegrali z Tunezyjczykami. Trochę światła na ten rezultat może rzucić fakt, że w bramce debiutował wtedy Józef Wandzik:) Do kolejnego mundialowego spotkania doszło w 1986 r. w Meksyku. Kiepski mecz z Marokiem (0:0) jest zwiastunem generalnie kiepskiej dyspozycji Polaków na tym mundialu. Na zdjęciach Zbigniew Boniek i Kazimierz Przybyś.


Po tej konfrontacji rozbrat trwał 5 lat. Wtedy to doszło do dość kuriozalnego wyjazdu do Egiptu. Jak pisze Andrzej Gowarzewski w Encyklopedii FUJI: "grupa dublerów pod wodzą Lesława Ćmikiewicza miała obowiązek wypełnić kontrakt z rywalami, którzy domagali się oficjalnych spotkań kategorii A, bo tylko pod takim warunkiem godzili się płacić Polakom za podróż, pobyt i grę". Tym sposobem dwukrotnie w Kairze zagraliśmy z Faraonami - raz zaliczając srogie baty (0:4) i raz remisując (0:0). W składzie kilka kwiatków typu bramkarz Jacek Bobrowicz czy napastnik Zdzisław Janik i kilka ciekawych debiutów - Jerzy Podbrożny, Ryszard Czerwiec czy Adam Matysek.

Trauma kairska chyba tak głęboko wryła się w pamięć, że kolejne spotkanie z przedstawicielem Czarnego Lądu odbyło się dopiero dekadę później. W listopadzie 2001 do Poznania przybyła ekipa Kamerunu - aktualny mistrz Afryki!

Co można powiedzieć o tym meczu? Po pierwsze to, że było nieziemsko zimno. Wiem, bo byłem i potem przez dobry tydzień chodziłem na prochach:) Po drugie, że żadna z drużyn nie chciała specjalnie skaleczyć przeciwnika. Polacy właśnie zakończyli eliminacje do MŚ 2002, Kameruńczycy również, nikomu nie chciało się biegać. Po trzecie, personalia. Kamerun przyjechał w najsilniejszym składzie - z Songiem, Geremim, Mbomą itd. Polacy też wystawili najsilniejszą ekipę.

Poza farbowaną grzywką Jacka Bąka zwracały uwagę dwie postacie, które pojawiły się na boisku po przerwie. Choć stosunek Engela do nich był z przeciwległych końców skali, to w jego kadrze obie skończyły podobnie.

Artur Wichniarek i Igor Sypniewski. Ten pierwszy dziurawił wtedy siatki 2. Bundesligi. W sezonie 2000/2001 trafił 18 razy, a w sezonie 2001/2002 - 20. Mimo to Engel nie widział go za cholerę w kadrze (jak widać dzisiaj - nie on jeden). Na mecz z Kamerunem powołał go właściwie tylko po to, aby mu powiedzieć, że się nie nadaje. Więcej już Wichniar u niego nie zagrał. Z Sypniewskim sytuacja miała się wręcz odwrotnie. Selekcjoner wydawał się byc oczarowany jego umiejętnościami. Jest to o tyle ciekawe, że po powrocie z greckich przebojów i podbojów, Sypek zdążył zagrać raptem 9 meczów w polskiej lidze. Fakt, w barwach Radomska przezentował się świetnie (4 gole!), ale mimo wszystko szybko udało mu się przekonać do siebie trenera. Engel często się zresztą wypowiadał, że bardzo wierzy w tego napastnika i - moim zdaniem - gdyby nie wydarzenia kolejnych miesięcy, Igor na pewno pojechałby na Mundial do Korei.

Co się wydarzy dziś? Czy eksploduje talent Załuski? Czy może na boisko wbiegnie szaman z włócznią?:) Okaże się już za kilka godzin.

P.

 
1 , 2