Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 22 czerwca 2010
Nie zrozumiesz Afryki, jeśli w niej nigdy nie byłeś. "Afryka gola! Futbol i codzienność"

Faza grupowa mistrzostw wchodzi na ostatnią prostą. Pozostała już tylko jedna kolejka spotkań, w której mecze rozgrywane są równolegle. W konsekwencji znikają mecze o 13.30 i codzienna dawka mundialu jest serwowana dopiero od 16.00. Aby utrzymać odpowiednie stężenie mistrzostw we krwi warto sięgnąć po książkę Michała Zichlarza "Afryka gola! Futbol i codzienność". Z kilku powodów to pozycja unikatowa na polskim rynku książkowym.

Po pierwsze, mówi ona o piłkarskiej Afryce. Szok!:) To niby nic odkrywczego, ale w polskojęzycznej literaturze sportowej nie ma ani jednej pozycji, która choćby ocierała się o to zagadnienie. Owszem, pojawiają się u nas czasem doniesienia z Czarnego Lądu, są transmisje PNA, można to i owo znaleźć w Encyklopediach FUJI, czasem pojawi się jakiś reportaż w piątkowym magazynie PS. Ale coś więcej - zapomnij. Zresztą ta sytuacja dotyczy nie tylko Afryki - futbol (albo szerzej - sport) na wszystkich kontynentach, które nie są Europą jest u nas traktowany w kategoriach dziwa i praktyki o charakterze dzikim (bijatyki w Brazylii!) lub szamańskim (te nowozelandzie tańce! te arabskie dzikusy!). To pokazuje jak bardzo jesteśmy zapatrzeni w siebie i jak mało interesuje nas to, co choćby trochę bardziej odległe.

Po drugie, czuć w tej książce trud włożony w napisanie jej przez autora. Czuć zepsute wentylatory w pokojach, czuć odłączany prąd, czuć problemy z funduszami (jeśli zrobisz rozmowę z rodziną Olisadebe, to kasa może się znajdzie - mówią wydawcy Jego gazety). Zichlarz nie napisał książki w oparciu o doniesienia dziewiętnastowiecznych podróżników i ich pożółkłych manuskrytptów, tylko samemu zaliczył wszystkie afrykańskie rarytasy - targi, autobusy, duszne pokoje, domki z blachy.

Po trzecie wreszcie, jest to książka potrójna - o Afryce, o piłce w Afryce i o Afryce z piłką w tle. Mnie najbardziej odpowiada ta trzecia perspektywa, gdzie futbol staje się przyczynkiem do mówiania o zwykłych-niezwykłuch ludziach i zwykłych-niezwykłych warunkach, w których żyją.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej z nich autor dzieli się wrażeniami z trzech Pucharów Narodów Afryki, na których miał okazję być (Tunezja 2004, Egipt 2006 i Ghana/Senegal 2008). Nie przepadam za tą częścią. Miota się ona między sprawozdawczością (kto z kim grał, jaki był wynik, kto strzelił itd.) a czymś w rodzaju terenowych doświadczeń reportera (z kim było trudno porozmawiać, kto był opryskliwy dla dziennikarzy). W konsekwencji stara się być tym i tym, przez co nie jest w pełni ani jednym, ani drugim. Nie jest bowiem porywająca ani dla zagorzałych fanów futbolu (rozstrzygnięcia opisywanych meczów są dla nich znane i bez pomocy książki, podobnie jak i większość faktów dotyczących piłkarzy czy trenerów), ani dla osób ciekawych dziennikarskiej kuchni (relacje dotyczą zwykle obecności w centrach prasowych, docierania do rozmówców albo opisu samych rozmów). Szczególnie raziły mnie wywiady z zawodnikami, których wypowiedzi poziomem ogólności i banalności ocierały się o wypowiedzi polityków:

Choto: Cieszę się, że zagrałem w takim meczu. To dla mnie honor i zaszczyt reprezentować kraj podczas PNA.

El Hadjij Diouf: Ja bardzo się cieszę, że mogę swoją grą dać naszym fanom trochę radości. O to przecież w futbolu chodzi.

Okocha: Nasz wynik zależy od tego jak podchodzimy do spotkania. Jeśli wszyscy są skoncentrowani, to jesteśmy w stanie wygrać z każdym, jeśli nie to bywa różnie.

W rezultacie powstaje w dużej mierze kolaż treści dobrze znanych (opisy meczów, aktualna sytuacja personalna w poszczególnych reprezentacjach) lub też banalnych (wywiady, warunki lokalowe itp.). Nie jest jednak też tak, że pierwszą połowę lektury należy spisać wyłącznie na straty. Autor często przemyca wiele ciekawych spostrzeżeń, które do pełni głosu dochodzą dopiero w drugiej części książki. Zichlarz pisze o niezwykłej mieszance wyznaniowej obecnej w egipskiej Aleksandrii; o permanentnych problemach z prądem panujących w zachodniej części Afryki czy wreszcie o piciu cholernie mocnej herbaty z kieliszka i jedzeniu ze wspólnej miski w Senegalu. To wszystko daje posmak miejsc, w których przebywa.

Mamy w tej części również sporą garść faktów-ciekawostek piłkarskich. Zichlarz spotyka w niej m.in. Kameruńczyka Emmanuela Kessacka - menedżera, który sprowadził z Polski do Kamerunu Kimitoshiego Nogawę; rozmawia z Kasperczakiem o tym, że w zamian za sukcesy z reprezentacją Mali otrzymał tam ziemię (oddał ją potem piłkarzowi Djibrilowi Sidibe) a także dociera do jego kontraktu z senegalską federacją; z Benjamim Mwaruwarim z Zimbabwe wyjaśnia sprawę jego potencjalnego angażu w Górniku Zabrze w 2001 roku (zabrzanie nie chcieli kolejnego piłkarza z Afryki, bo mieli już w składzie Choto i Kaonderę).

Dużo smakowitsza jest jednak dla mnie druga część książki. Autor zatytuował ją "Odkrywanie Afryki" i faktycznie ma ona w sobie sporo z odkrywania. Składają się na nią cztery rozdziały. Pierwszy z nich dotyczy RPA, drugi Mozambiku, trzeci Nigerii a czwarty... czarów.

Czytając relację z pobytu w Republice Południowej Afryki uwierzyłem, że to miejsce naprawdę jest niezwykłe. Niezwykłe są krajobrazy (np. Góra Stołowa nad Kapsztadem)

niezwykli są ludzie w niej mieszkający (autor był świadkiem na tamtejszym ślubie!), a kto wie czy najbardziej niezwykła nie jest historia tego miejsca. Choć apartheidu w RPA  nie ma już od niemal dwudziestu lat, to wciąż widać - głównie architektoniczny - podział na białe i kolorowe dzielnice. Wyjątkowo interesująca jest również historia pobytu Nelsona Mandeli w więzieniu na Robben Island (więcej tutaj), ale mnie najbardziej zaskoczyło, że dwójka najlepiej rozpoznawalnych Polaków w RPA to Lech Wałęsa i... Janusz Waluś, szlifierz z Zakopanego! Polski góral wyemigrował do RPA w latach 80-tych i szybko przyłączył się do rządzącej krajem nacjonalistycznej - nomen omen - National Party. Tak jak większość członków tej formacji nie mógł się pogodzić z oddaniem władzy czarnym i w 1993 roku zastrzelił komunistycznego przywódcę komunistycznej partii kraju Chrisa Haniego (więcej materiałów o nim tutaj i tutaj). Zichlarz opisuje również swoją wizytę w wyjątkowo żywiołowym kościele a także w chatce... Zulusa Shaki. I jedynie szkoda, że praktycznie nie pojawia się tu wątek pasjonujących derby Kaiser Chefs z Orlando Pirates.

W Mozambiku autor podąża tropem Eusebio. Po drodze natrafia głównie na biedę, kurz i zabójczą temperaturę powietrza. Zalicza także komunistyczne pamiątki (po uzyskaniu przez Mozambik niepodległości w 1975 roku momentalnie pojawili się tam "doradcy" z ZSRR i NRD), a jest ich tam sporo, od Muzeum Rewolucji w Maputo po godło kraju.

 

Stosunkowo samego Eusobio jest w tym rozdziale najmniej. Pojawia się on tutaj tylko w opisie tego co dokonał, ponieważ w końcu Autorowi nie udało się do niego dotrzeć. Ale za to zwiedził on piękny park krajobrazowy w Suazi:)

Pobyt Autora w Nigerii stał przede wszystkim pod znakiem Emmanuela Olisadebe. Zichlarz szuka jego rodziny, rozmawia z nigeryjskimi dziennikarzami, trenerami i agentami, dłubie w sprawie prawdziwego wieku Olego, dociera nawet do umowy transferowej między Jasper United a Polonią Warszawa (gwarantowała ona zwolnienia na mecze reprezentacji... Nigerii!), ale wywiadu z rodzicami byłego zawodnika reprezentacji Polski nie udaje mu się przeprowadzić. Zamiast tego trafia do piłkarskiej szkółki prowadzonej przez Emmanuela Ekwueme i jego braci. Też jest wesoło.

W ostatnim rozdziale brane pod lupę są afrykańskie czary stosowane do wspomagania piłkarzy. Pojawiają się więc szamani, tajemnicze proszki, fetysze, amulety i talizmany. Co ciekawe, Autor zwraca uwagę, że to nie jest ostentacyjna codzienność (tak jak myśli chyba wiekszość osób w Europie, że w Afryce ludzie nic nie robią tylko chodzą przepasani rzemykami i zażynają kury), ale raczej cicha współobecność tych wszystkich praktyk magicznych. Nie są one eksponowane, nie wyciąga się ich na pierwszy plan, ale w razie czego to one są ostateczną instancją (np. sprawa listy płac dla szamanów w Senegalu). Czymś co również fascynuje w tej całej sytuacji jest niezwykły synkretyzm religijny panujący w Afryce, fakt, że "kameruński chrześcijanin rano idzie na mszę, po południu na spotkanie sekty, a wieczorem do czarownika".

Przy tych wszystkich podrożach narrator spotyka na swojej drodze bardzo smakowitą galerię afrykańskich typów - dziennikarzy, pastorów, handlarzy, czy działaczy, często zupełnie zakręconych, ale zawsze prostych, serdecznych, żyjących w zupełnie innym niż Europejczycy trybie (african time!). Ta perspektywa, przypomina mi trochę optykę Hugo-Badera i jego spotkań z "normalsami". Choć oczywiście i język i charakter rozmów jest inny, to wciąż ludzie i ICH sprawy, w tym przypadku piłka, są w centrum zainteresowania.

"Afryka gola!" to pozycja nietuzinkowa, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Na trudnej afrykańskiej ziemi Michał Zichlarz przeprowadził bardzo udany eksperyment łączący studium poświęcone piłce na Czarnym Lądzie i reportaż. Choć oczywiście literacko nie jest to "Heban", ani "Wojna futbolowa" a i pod kątem merytorycznym czuję lekki niedosyt (więcej ezoterycznej wiedzy, ciekawostek, historii osobliwych piłkarzy mało znanych!), to książka jest niezwykłą okazją do wyjrzenia poza ramy telewizyjnej transmisji z RPA i zobaczenia czegoś, co dzieje się poza stadionem w Johannesburgu.

Słowem, 1:0 dla Autora i czekam na dogrywkę bądź rewanż. Może już rozgrywany w Ameryce Południowej?

P.

Oczami sześciolatka: Jak Argentyna zmiotła Grecję (1994)

To był wtorek, 21 czerwca 1994 roku, piąty dzień turnieju i 11. mecz mistrzostw świata w USA. To był mecz, który jako 6-letni (niespełna 7-letni) szkrab zapamiętałem być może najlepiej z całego World Cup 1994, na pewno pierwszy, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie.

Przed meczem (Gazeta)

Gazeta Wyborcza nr 142, wydanie z dnia 21/06/1994 SPORT, str. 31

Dla Greków będzie to pierwszy mecz w historii finałów mistrzostw świata. Na stadionie Foxboro w Bostonie większość z 54 tys. widzów stanowić będą Grecy. Dla tych, którzy się nie zmieszczą na trybunach, przewidziano bezpośrednią transmisję na specjalnie umieszczonym ekranie w pobliżu stadionu. W Bostonie mieszka ponad 150 tys. Amerykanów greckiego pochodzenia.

Trener Argentyńczyków Alfio Basile twierdzi, że jego drużyna jest tak samo silna jak ta z mistrzostw świata w Meksyku, kiedy zdobyła złoty medal. - Wystarczy, że wszyscy chcą tylko grać w piłkę - twierdzi.

Basile miał na myśli konflikt, jaki zaszedł w drużynie tydzień temu za sprawą Diego Maradona. Piłkarz wyjechał ze zgrupowania do Buenos Aires. Po osobistej interwencji prezydenta argentyńskiej federacji najlepszy zawodnik mundialu w Meksyku wrócił do kolegów. Jeśli zagra we wszystkich meczach grupowych, pobije rekord Uwe Seelera i Władysława Żmudy, którzy wystąpili na mistrzostwach w 21 spotkaniach. Maradona ma ich na koncie 19.

(...)

Sergio Goycochea popłakał się, gdy trener reprezentacji Argentyny oświadczył, że w dzisiejszym meczu z Grecją w bramce wicemistrzów świata stanie Luis Islas.

Bohater włoskiego Mundialu (obronił rzuty karne w meczach z Jugosławią i Włochami) nie chciał rozmawiać z dziennikarzami.

Za to Islas promieniał. - To najszczęśliwszy moment w mojej karierze. W 1986 roku, gdy Argentyńczycy zdobyli Puchar Świata, zawodnik Independiente był rezerwowym. Cztery lata później nie pojechał do Włoch, bo pokłócił się z ówczesnym pierwszym bramkarzem Nerym Pumpido.


Przed meczem (6-latek)

Po pierwsze - fajnie, że mecz zaczyna się o 18.30 i nie gonią do wyra. Mecze o 1.30 są głupie, bo nie można ich oglądać. No, ewentualnie skróty w programie na Eurosporcie, który jest rano (Hey, Hey USA - czy jakoś tak).

Po drugie - w FUJI jest wyraźnie, że Argentyna gra w niebiesko-białych koszulkach i ma czarne spodenki. To, co jest w FUJI, to świętość (albo ten Hiszpan Caminero - na zdjęciu bez brody, a na boisku z brodą - i jak go tu poznać?).

Po trzecie - o co to wielkie halo z tym Maradoną?

Brat strasznie zwyzywał trenera, że nie gra Gojko, a jakiś Islas. Bo Gojko to świetnie bronił karne. A Islas, co to w ogóle za nazwisko?

Zagra też Balbo. Też się śmiesznie nazywa, ale znam go, bo gra w Romie, a Roma to podobno najlepszy klub na świecie (tak mówi drugi brat). No i będzie też Caniggia. Łatwo go poznać, bo ma długie Włosy. Tak przynajmniej jest na zdjęciu w FUJI.

Z Greków podobno dobry jest Saravakos. I ten Apostolakis się śmiesznie nazywa. Ale co oni mogą umieć, jak jeszcze nigdy nie grali na mistrzostwach?

Mecz

Po meczu (Gazeta)

POGROM TURYSTÓW
Dariusz WOŁOWSKI, Los Angeles
GAZETA PIŁKARSKA nr 4 dodatek do GAZETA PIŁKARSKA, dodatek do Gazety Wyborczej nr 143, wydanie z dnia 22/06/1994 SPORT, str. 1
ARGENTYNA - GRECJA 4:0 (2:0)

Trener Greków Alketas Panagoulias po porażce 0:4 meczu z Argentyną nie krył zdenerwowania: - Moi zawodnicy zagrali jak amatorzy. Wyglądali, jakby przyjechali do USA tylko po to, żeby robić sobie zdjęcia. A po meczu cieszyli się, że grali na tym samym boisku co Maradona.

Dla Panagouliasa występ w wielkiej imprezie nie jest nowością. W 1980 roku był trenerem reprezentacji Grecji, która osiągnęła największy do tej pory sukces - awans do finałów mistrzostw Europy. Pobyt w USA także nie jest dla niego wielką atrakcją. Był przez parę lat trenerem reprezentacji narodowej Stanów Zjednoczonych i ma nawet obywatelstwo tego kraju. Większość jego zawodników była jednak bardzo przestraszona debiutem swoim i swego kraju w finałach MŚ.

Rozkojarzeni obrońcy Greków już w 3. minucie pozwolili Gabrielowi Batistucie na rajd prawą stroną boiska. Chwilę później obrońca Athanassos Kolitsidakis i bramkarz Antonios Minou dali się okpić napastnikowi Fiorentiny w kompromitujący sposób. Mecz był podobny do wyścigu pociągu pospiesznego z żółwiem. Grecy grali w poprzek boiska, podczas gdy ich rywale biegli najkrótszą drogą pod bramkę.

Argentyńczycy znakomici. Trener Alfio Basile przypomniał swoim piłkarzom, że prezentowali kiedyś ofensywny styl gry. Wiele pięknych akcji pokazał defensywny pomocnik Fernando Redondo czy nawet boczni obrońcy Nestor Sensini i Jose Chamot.

- Nasz atak może okazać się najlepszym w historii Argentyny - mówił po meczu Basile. Równie dobrze mógł pochwalić obrońców, którzy z niezwykłą łatwością zabierali piłkę greckim napastnikom.

Argentyńczycy w tym meczu mieli dwie prawdziwe gwiazdy. Diego Maradona wrócił do gry po kłopotach z narkotykami i samym sobą. Strzelił ósmego gola w 20. występie w finałach mistrzostw świata.

Ma już prawie 34 lata, waży trzy kilogramy więcej niż podczas mistrzostw cztery lata temu. A najszybszy rajd wykonał w kierunku argentyńskiej ławki rezerwowych, by wspólnie z kolegami cieszyć się ze zdobytej bramki. Jest jednak nadal znakomitym piłkarzem. Po jego celnych podaniach greccy obrońcy i bramkarz przeżywali ciężkie chwile.

Telewizja amerykańska poświęciła mu kilkunastominutowy program, przedstawiając jako Magica Johnsona piłki nożnej.

- W Argentynie wciąż go kochają, wciąż w niego wierzą - mówił komentator ESPN. Pokazywano zdjęcie, jak strzela bramkę ręką w meczu z Anglią w ćwierć finale MŚ '86, i piękne rajdy, po których padały bramki.

Maradona odpowiadał na pytania robiąc miny jak aktor z prowincjonalnego teatru w sztuce o samurajach. Kiedy jednak pojawił się na boisku, przestał być komiczny.

W pierwszej połowie był ściśle pilnowany przez Panagiotisa Tsalouchidisa, który bardzo szybko zarobił żółtą kartkę. Po przerwie Grecy dali mu więcej swobody. Na strzelenie pięknego gola zza pola karnego potrzebował jednak tylko dwóch metrów miejsca.

- Mój występ dedykuję sceptykom, którzy nie wierzyli, że mogę jeszcze dobrze zagrać. Chciałbym teraz zobaczyć, jak ocenią moją grę - mówił po meczu Maradona, który zszedł z boiska po 84 minutach. - Nie miałem mu nic do zarzucenia - zarzekał się po meczu trener Basile. - Maradonę zdjąłem z boiska tylko po to, żeby mógł odebrać należne mu owacje.

Drugą wielką gwiazdą meczu był Gabriel Batistuta - w tym sezonie czołowy strzelec ligi włoskiej, ale tylko drugiej. Jego klub - AS Fiorentina - wywalczył powrót do Serie A. Grekom strzelił trzy bramki (pierwszy hat-trick na tych MŚ). W 33 występach w reprezentacji zdobył już 23 gole.

- Wygraliśmy, bo byliśmy bardzo skoncentrowani. Właśnie zespół, który umie się koncentrować, zdobywa na ogół mistrzostwo świata - mówił po meczu pierwszy w historii zawodnik, który strzelił trzy gole w swoim pierwszym występie w finałach mistrzostw świata.

- Nie sądziłem, że aż tak można się przestraszyć wielkich nazwisk - zżymał się Panagoulias. Trudno jednak przyznać rację greckiemu trenerowi, gdyż na razie naprawdę jest się czego bać.


Po meczu (6-latek)

Super mecz, super! Super, że tak szybko strzelili gola. Batistuta to chyba najlepszy piłkarz świata. W końcu strzelił trzy gole, nikt więcej na tych mistrzostwach nie strzelił. A wiadomo, że liczy się tylko to, co się dzieje na mistrzostwach (o ile nie ma tego w FUJI). Na przykład drużyny, których nie ma w USA, to nie istnieją. Tak mi się wydaje.

Aha, ten Maradona też fajnie strzelił, ale ogólnie to trochę gruby jak na piłkarza. Władował w samo okienko, ale skoro on strzelił jednego gola, a Batistuta trzy, to chyba Batistuta jest trzy razy lepszy od niego, nie?

No i ten Maradona chyba nie jest do końca normalny, bo po tym golu, to prawie wpadł do pokoju przez telewizor - nie chciał się zatrzymać przed kamerą. Ci co za nim biegli też chyba tak chcieli zrobić, ale się bali i zatrzymali się wcześniej.

A Grecja to jest chyba normalnie najsłabsza na świecie. Przecież na tych mistrzostwach nikt tyle nie przegrał. A istnieją  tylko te reprezentacje, które są na tych mistrzostwach, nie?

To Maradona zdobył kiedyś mistrzostwo świata? Ciekawe.

ARGENTYNA - GRECJA 4:0 (2:0)

Bramki: Batistuta (3. bez asysty; 45. z podania Chamota; 90. z karnego po zagraniu ręką Greka), Maradona (61. po podaniu Redondo).

Żółte kartki: Caceres (41.) - Argentyna ; Tsalouchidis (25.), Manolas (56.) - Grecja.

Sędziował Arturo Angeles z USA. Widzów 53 644.

Argentyna: Islas - Sensini, Ruggeri, Caceres, Chamot - Simeone, Redondo, Maradona (84. Ortega), Balbo (80. Mancuso) - Caniggia, Batistuta.

Grecja : Minou - Apostolakis, Manolas, Kalitzakis, Kolitsidakis - Nioplias, Tsalouchidis, Kofidis, Tsiantakis (46. Marangos) - Saravakos, Machlas (60. Mitropoulos).

Mecz trwał 95 minut (47 i 48).

niedziela, 20 czerwca 2010
Czym żył piłkarski świat, gdy Polska żyła wyborami prezydenckimi

Pierwsza tura pierwszych wyborów - 25 listopada 1990 roku

Gazeta Wyborcza nr 443, wydanie z dnia 27/11/1990 , str. 16
Maradona: Dam ostatniego lira wolność

Słynny argentyński piłkarz Diego Maradona pragnie opuścić SSC Napoli i włoską ligę, i przenieść się w ''mniej stresujące miejsce'', na przykład do Japonii.
Po wielu sezonach rozegranych w Serie A czuję, że chciałbym zagrać gdzie indziej - oświadczył Diego w niedzielę wieczorem reporterom telewizji włoskiej. - Wszystko jedno gdzie, we Francji, Japonii czy jakimkolwiek innym kraju. Dodał również, że prezes klubu Napoli - Corrado Ferlaino zna jego stanowisko, ale nie wyraża zgody na rozwiązanie kontraktu, który upływa w 1993. Przypomnijmy, że po mistrzostwach świata Japończycy gotowi byli zapłacić za Maradonę 23 mln dolarów. Jeszcze wcześniej interesował się nim menażer Olympique Marsylia - Bernard Tapie. Jednakże zarówno zakusy Japończyków, jak i Francuzów zostały zastopowane przez zdecydowaną odmowę kierownictwa neapolitańskiego klubu. Na znak protestu przeciwko stanowisku szefów SSC Napoli, Maradona wyjechał potajemnie - tuż przed rozpoczęciem sezonu - do Argentyny. Po powrocie nie  podjął treningów, dwukrotnie odmówił także wyjazdu z drużyną na spotkania pucharowe. Został za to ukarany przez klub grzywną w wysokości 18 tys. dolarów.
- Nie jestem już tak mocny jak dawniej. Wiedziałem, że kiedyś musi to nastąpić - powiedział Argentyńczyk.
W tym roku zespołowi z Neapolu nie wiedzie się najlepiej. Aktualny mistrz Włoch znajduje się w dolnej strefie tabeli, odpadł także z rozgrywek w Pucharze UEFA.
Na zakończenie występu we włoskiej telewizji Maradona powiedział: - Pieniądze nie mają znaczenia. Jestem gotów oddać ostatniego lira prezesowi Ferlaino, jeżeli zwróci ml wolność.
- Z Neapolu nadeszła informacja, że klub SSC Napoli szuka następcy Diego Maradony. Mówi się, że będzie nim Lajos Detari z FC Bologna.

Druga tura pierwszych wyborów - 9 grudnia 1990 roku

Taniec Z PARAGWAJCZYKAMI
Gazeta Wyborcza nr 454, wydanie z dnia 10/12/1990 , str. 16
Puchar Interkontynentalny AC Milan - Olimpia Asuncion 3:0

To było prawdziwe piłkarskie święto. No stadionie w Tokio, wybranym jako neutralne miejsce spotkania, zjawiło się 60 tysięcy kibiców futbolu. Wszyscy chcieli naocznie przekonać się, jaka jest w tej chwili najlepsza klubowa jedenastka na świecie. Po raz drugi z rzędu tytuł ten zdobył mediolański AC Milan.

O wyniku przesądziły cztery minuty drugiej potowy, kiedy zespół włoski zdobył dwie bramki. Najpierw w 61. min. doskonałym strzałem popisał się Giovanni Stroppa, a w 65. min. o losach meczu zadecydował Frank Rijkaard. Do momentu zdobycia gola przez Stroppę, spotkanie było wyrównane, z minimalną przewagą Europejczyków, potwierdzoną bramką (43. min.) Rijkaarda. Agencje podkreślają, że oprócz strzelców bramek, gwiazdą meczu był holenderski napastnik, Marco van Basten. To właśnie po jego podaniach padł drugi i trzeci gol. Reuter pisze wręcz, że w 61. min. van Basten otrzymał piłką na prawym skrzydle, ''wykonał taniec'' z paragwajskimi obrońcami, a następnie podał do Stroppy, którego nikt nie krył i któremu nie pozostawało już nic innego, jak kopnąć piłkę do bramki.

Powiedzieli po meczu:
Luis Cubilla (trener Olimpii): Po tym meczu nie można mieć wątpliwości, co do dobrej przyszłości piłki nożnej. To była gra na najwyższym światowym poziomie, emocjonująca, ale także bardzo trudna.

Zdobywca dwóch bramek, Frank Rijkaard: Na początku meczu mieliśmy pewne kłopoty, na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

(kliknij, by zobaczyć składy)

 

Pierwsza tura drugich wyborów - 5 listopada 1995 roku

PZPN wybiera selekcjonera reprezentacji Polski.

Piechniczek zostałby pierwszym trenerem, a Stachurski jego asystentem. Na nim spoczywałaby odpowiedzialność za wyniki i grę zespołu. Skład, taktykę oraz przygotowanie do meczów opracowywaliby razem, choć decydujące zdanie należałoby do Piechniczka.

- W poniedziałek rozstrzygnie się, czy będziemy pracować z kadrą. Wcale nie jestem przekonany, że odpowiedź będzie pozytywna - powiedział ''Gazecie'' Stachurski.

Nowi trenerzy zastąpią Henryka Apostela i Mieczysława Broniszewskiego. Cała czwórka pojedzie do Trabzonu na mecz eliminacji ME z Azerbejdżanem. 12 grudnia obaj trenerzy wyjadą do Paryża na losowanie grup eliminacyjnych MŚ w 1988 roku. Będą pracować z reprezentacją przynajmniej do końca tych eliminacji.

Piechniczek jest jedynym polskim trenerem, który dwukrotnie awansował z zespołem narodowym do MŚ (w 1982 roku wywalczył trzecie miejsce, a cztery lata później wyszedł z grupy). - Znamy się dobrze i sporo możemy się od siebie nauczyć - mówi Stachurski. - Pracowaliśmy w PZPN na początku lat 80., gdy Antek prowadził pierwszy zespół, a ja reprezentację juniorów. Wcześniej graliśmy razem w Legii, potem Antek odszedł do Ruchu Chorzów. Ostatnio spotkaliśmy się w Emiratach Arabskich, gdzie prowadziliśmy ligowe zespoły. Niedawno spotkaliśmy się, ale raczej skoncentrowaliśmy się na wspomnieniach. Nie rozmawialiśmy o tym, co może być jutro.  Wiadomo, że marzeniem każdego szkoleniowca jest praca z kadrą. To najwyższy szczebel kariery trenerskiej.

W dniu wyborów rozegrano dwa spotkania piłkarskiej ekstraklasy

Legia Warszawa 3-1 Śląsk Wrocław 5 listopada (4.000)
Kucharski 57, 90, Michalski 75 - Kostek 15
Zagłębie Lubin 3-2 Siarka Tarnobrzeg 5 listopada (1.500)
Rogowskoj 9 (k), Majak 22, Szczypkowski 37 - Kukiełka 20, Adamus 84

Dla Sławomira Majaka był to ostatni gol zdobyty dla Zagłębia Lubin, dla Kukiełki była to druga bramka w ekstraklasie.

Legia, która grała wtedy w Lidze Mistrzów, do przerwy przegrywała u siebie ze Śląskiem.

Druga tura drugich wyborów - 19 listopada 1995 roku


1) LIGA NIEMIECKA. Po roku przerwy spowodowanej kontuzją wrócił na boisko najlepszy piłkarz świata 1990 r. Lothar Herbert Matthaeus. Kapitan Bayernu Monachium był, zdaniem Franza Beckenbauera, silnym punktem drużyny gospodarzy, zwłaszcza w I połowie. Jego drużyna wygrała w sobotę z silnym zespołem Werderu Brema 2:0.
W doskonałej formie utrzymuje się 36-letni Andrzej Buncol. Co prawda jego Fortuna Duesseldorf przegrała w Hamburgu z FC St. Pauli, ale Polak był najlepszym zawodnikiem w swym zespole. Wyrównujący gol dla Fortuny padł po precyzyjnie wykonanym przez Buncola rzucie wolnym, który uderzeniem głową zamienił na bramkę Darko Drazic. Buncol bliski był zdobycia wyrównującej bramki, ale piłka po kolejnym wykonywanym przez niego rzucie wolnym o centymetry minęła słupek. W zwycięskiej drużynie do wyróżniających się zawodników należał były piłkarz Pogoni Szczecin Dariusz Szubert.


2) LIGA ANGIELSKA. BLACKBURN - NOTTINGHAM 7:0 (2:0): Shearer (20., 57., 68.), Bohinen (28., 76.), Newell (82.), Le Saux (89.). Widzów 27 060. Nottingham nie przegrał we wcześniejszych 25 ligowych meczach. Do porażki ekipy Forest przyczynił się Norweg Bohinen, do niedawna piłkarz Nottinghamu. Przy 3:0 czerwoną kartkę dostał obrońca Chettle, wcześniej zszedł kontuzjowany obrońca Cooper (obydwaj Forest).




3) LIGA FRANCUSKA. Jedną kolejkę przed zimową przerwą gracze Paris Saint-Germain zapewnili sobie tytuł mistrza jesieni dzięki bezbramkowemu remisowi na wyjeździe w Lille. Paryżanie mają znaczną przewagę nad Metz i Lens, które w tej kolejce także zremisowały bez bramek.
Broniąca tytułu drużyna Koseckiego FC Nantes z trudem zremisowała u siebie z Rennes 2:2. Polak wszedł na boisko na kwadrans przed końcem i to z jego dośrodkowania celnym strzałem głową popisał się w 90. min Japhet N'Doram.

4) LIGA GRECKA. Andrzej Juskowiak z Olympiakosu Pireus i Krzysztof Warzycha z Panathinaikosu Ateny są po dziesięciu kolejkach najlepszymi strzelcami ligi greckiej. Obaj zdobyli po dziesięć goli.
W niedzielnym meczu Panathinaikosu z AEK Ateny Warzycha nie strzelił gola, a jego zespół przegrał 0:1. Panathinaikos jest trzeci w tabeli, z dwupunktową stratą właśnie do AEK.
W wygranym 4:1 meczu Olympiakosu z Kalamatą Juskowiak trafił dwa razy. Drużyna Polaka jest na drugim miejscu, ma punkt mniej niż lider z Aten.

5) LIGA POLSKA.

Zagłębie Lubin 0-0 Widzew Łódź 19 listopada (1.800)
Hutnik Kraków 3-1 Siarka Tarnobrzeg 19 listopada (1.500)
Adamczyk 38, Wilczok 58 (s), Bukalski 69 - Tyburski 39 (k)

Pierwsza (i jedyna) tura trzecich wyborów - 8 października 2000 roku

W niedzielę wyborczą nic się nie działo, bo w sobotę grano eliminacje mistrzostw świata. A Polska pokonała Białoruś 3:1.

Pierwsza tura czwartych wyborów - 8 października 2005 roku

W piątek kadra Janasa wygrała 3:2 z Islandią. W sobotę, dzień przed wyborami, Polska awansowała na mistrzostwa świata do Niemiec. Ale awansowała dzięki temu, że Holandia pokonała Czechy 2:0.

Druga tura czwartych wyborów - 23 października 2005 roku

Wisła Kraków 2-2 Korona Kielce
Paweł Brożek 8, Marcin Kuźba 15 - Grzegorz Piechna 55, 75

Dzień przed wyborami Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski przegrała u siebie z Polonią Warszawa, a do dymisji podał się Dusan Radolsky.

 

Pierwsza tura piątych wyborów - 20 czerwca 2010 roku

Paragwaj - Słowacja 2:0

Włochy - Nowa Zelandia 1:1

Brazylia - Wybrzeże Kości Słoniowej 3:1.

 

B.

wtorek, 15 czerwca 2010
MŚ 2010. Cacau, czyli heca z chocolate alemao

Zawsze wydawało mi się, że to narody piłkarsko ubogie takie jak nasz, muszą podkreślać i cieszyć się z goli rodaków na mundialu, tych strzelanych dla innych reprezentacji. Wiadomo, polski atak w Niemczech i co oni by w ogóle bez nas zrobili. Po przejrzeniu pierwszych stron gazet z poniedziałku widzę jednak, że podnieca to... nawet Brazylijczyków. Fakt, że ich kadra na mecz musiała czekać aż do piątego dnia turnieju i w ramach szukania tematów zastępczych, tamtejszym mediom pompowanie tego wątku jest po myśli. A imię tego wątku to Claudemir Jeronimo Baretto, czyli Cacau, którego to zdjęcie zdobiło niemal wszystkie brazylijskie gazety.

Na pierwsze lata XXI wieku przypada moje większe niż ustawa przewiduje zainteresowanie niemiecką Bundesligą. Wtedy już co prawda nie witał mnie chyba z ekranu magazyn ''Ran'' i zwrot Meine liebe Fussballfreunde, a ''Bundesliga Pur'' na DSF w niedzielne poranki, ale też było ok. I właśnie w któryś z niedzielnych zimowych poranków, w oko wpadł mi gość, obdarzony swego rodzaju instynktem strzeleckim, swego rodzaju intuicją.

Jednym z baczniej śledzonych przeze mnie zespołów, oczywiście ze względu na występujących w nim Polaków, była Norymberga - po ichniemu 1. FC Nuernberg. To w tym zespole pierwszy raz zobaczyłem Cacau, czyli Jeronimo Barreto Claudemira. Miał wtedy 21 lat i zapamiętałem, że strzelił dwa gole przeciw Leverkusen (w swoim drugim meczu w Bundeslidze), które celebrował pokazaniem takiej koszulki.

(w wersji dla tych, którzy nie dali się germanizacji: Jezus żyje i kocha cię!)

Hecy podczas tego meczu było co nie miara. Cacau wyprowadził Norymbergę na prowadzenie w 26. min, a już dwie minuty później do remisu doprowadził Ze Roberto, który pokazał koszulkę z napisem... ''Jesus liebt dich!''. Nasz bohater powie potem: najpierw byłem zły, że rywale wyrównali, ale gdy tylko zobaczyłem t-shirt Ze Roberto... prawie chciałem się cieszyć razem z nim!

W drugiej połowie znów gola strzelił Cacau i publiczność znów ujrzała trykot z ''Jesus lebt und liebt dich!''. I choć to Bayer wygrał mecz 4:2, bohater był tylko jeden. Aury niesamowitości, dodawało Brazylijczykowi nieporozumienie związane z jego nazwiskiem i przydomkiem: w protokole meczowym zapisany był jako Jeronimo, na jego plecach widniało Baretto, a spiker jako strzelca gola podawał... Cacau!

Z czasem Cacau zniknął mi z horyzontu, tak jak z oferty mojej kablówki zniknęła telewizja DSF. Przypomniał mi o sobie kilka lat później, zaliczając kolejne solidne sezony w VfB Stuttgart. Bardzo głośno zrobiło się o nim jednak dopiero ostatnio, gdy w Lidze Mistrzów strzelił gola Barcelonie. Nie wiem jak to możliwe, ale wcześniej umknął mi zarówno fakt otrzymania przez niego niemieckiego obywatelstwa

jak i debiut w kadrze Jogi Loewa - w rok temu w maju z Chinami. O jego grze dla Niemiec dowiedziałem się jakoś na początku tego roku, a dwa gole z Maltą już widziałem podczas transmisji:

Gdy wszedł na boisko w meczu, jego gol nie zdziwił mnie wcale a wcale.

I jestem dziwnie spokojny o to, że to nie jest jego ostatnie słowo.

B.

niedziela, 13 czerwca 2010
MŚ 2010. Podobał mi się.... Paul Aguilar

To w sumie zabawne, bo ani Meksyk nie zachwycił, a zawodnik, który mi się spodobał zszedł z boiska w 56. minucie (za niego na boisku pojawił się Andres Guardado, co samo w sobie uważam za pomyłkę - pomocnik Deportivo, to najbardziej kreatywny piłkarz ekipu Aguirre i trzymanie go na ławce to strzelanie sobie w kolano). Ale mimo to gra Paula Aguilara bardzo przypadła mi do gustu.

Ten urodzony w 1986 roku prawy obrońca reprezentacji Meksyku dobrze sobie radził w defensywie, ale przede wszystkim furiacko nacierał prawym skrzydłem na bramkę RPA. W przeciągu pierwszych 20 minut meczu wykonał chyba cztey dośrodkowania. Jako zawodnik grający na prawej stronie bloku defensywnego zapuszczał się w takie miejsca na boisku, o których jego odpowiednik z reprezentacji Polski - Jakub Rzeźniczak - słyszał tylko od znajomego dozorcy. Słowem, bardzo ciekawy zawodnik, bardzo szybki, dobry technicznie.

Obecnie występuje w barwach meksykańskiego klubu w CF Pachuca. W jego barwach pokazuje się nie tylko jako struś pędziwiatr, ale również jako niezły strzelec.

W reprezentacji Meksyku na dobrą sprawę występuje od roku i w sumie można powiedzieć, że jest wynalazkiem Javiera Aguirre. Tam jednak też dał się poznać jako chłopak, który lubi spędzać czas na polu karnym przeciwnika. W jedenastu występach strzelił też dwa gole.

Jakby jeszcze tego było mało, to nasz bohater był również wyjątkowo uzdolniony w dziedzinie... baseballu! Dopiero w wieku 12 lat przerzucił się na futbol. No cóż, Paulu Aguilarze - będę miał na ciebie oko.

P.

 
1 , 2