Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 25 lipca 2010
Szturmowanie Ligi Mistrzów. Zapis choroby.

Nie lubię siania defetyzmu. Niekwestionowanym urokiem piłki nożnej jest bowiem fakt, że nawet przysłowiowy kopciuszek może utrzeć nosa możnym futbolowego światka. I wcale nie chcę brutalnie nakłuwać pięknej bańki, mych własnych, kibicowskich pragnień i nadziei. Ale, jako istoty ludzkie, zostaliśmy przecież obdarowani jakże wspaniałym i bezcennym darem pamięci i rozumu, właśnie po to, aby robić z nich użytek. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że naród, który nie zna własnej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie. Owym nieszczęsnym i specyficznym narodem w narodzie, w tym akurat przypadku, są włodarze poznańskiego Lecha. Robią oni naprawdę bardzo wiele, by Kolejorz, śladem Wisły, Legii i innych naszych krajowych czempionów ostatniego dwudziestolecia, miast wjechać, z przytupem, w bramy piłkarskiego eldorado, zwanego Ligą Mistrzów, skończył gdzieś na zardzewiałych torach bocznicy europejskich rozgrywek.

Przed niespełna rokiem, pisałem tu (głównie na przykładzie krakowskiej Wisły) o niezwykłym zjawisku "szturmowania" przez naszych ligowych mistrzów bram Champions League. Minął rok, ale tekst, niestety, ni krzty nie utracił na swej aktualności.

http://numer10.blox.pl/2009/08/Udalo-sie-Chlopcy-od-Cupiala-wreszcie-w-Lidze.html

W miejsce Wisły podstawmy tylko nazwę Lecha, zmieńmy też nazwiska sterników klubu (wymieniając Cupiała na Rutkowskiego lub Pogorzelczyka) i poszczególnych piłkarzy (np Pawełek na Kotorowski itp). Reszta bez zmian. Bez jakichkolwiek zmian. Bez najmniejszych nawet zmian. I to jest w tym wszystkim najbardziej przykre. Jakkolwiek bowiem okrutnie wybrzmiałaby ta prawda, problemem polskich drużyn nie jest już to, że uciekają im europejskie potęgi klubowe, bo te już dawno zniknęły za zakrętem, lecz fakt, że mimo korzystnej dla nas reformy Platiniego, na drodze do Ligi Mistrzów zaporę, niekiedy nie do przebycia, stanowią już teraz, dla naszych piłkarzy, zespoły z Estonii czy Azerbejdżanu...

Po istnym piłkarskim horrorze, jaki rozegrał się kilka dni temu  na murawie stadionu przy ulicy Bułgarskiej wiara wielu poznańskich kibiców w awans ich ukochanej drużyny do CL zapewne przeżywa poważny kryzys. Ale przecież mecz ten był właściwie tylko "ukoronowaniem" polityki sterników Lecha i cennym unaocznieniem rzeczywistej sytuacji Kolejorza na piłkarskiej mapie Europy. Przez niespełna 2 lata zarządcy Lecha zrobili bowiem wiele, by zespół, który na jesieni 2008 roku porywał swoją grą na międzynarodowej arenie zmienił się w przeciętnego szaraka, mającego problemy z wyeliminowaniem mistrza Azerbejdżanu. Niczego się nie nauczyli. Jakby tych 13 lat polskiego bicia głową w mury Champions League po prostu nie było. Jakby to Lech, jako pierwszy stawał teraz w szranki o awans do elitarnego grona. Włodarze Lecha powielają WSZYSTKIE, bez wyjątku, największe błędy, jakie popełniali sternicy innych naszych teamów, bez powodzenia potykających się o Ligę Mistrzów.

Z bardzo ciekawej i dobrej dużyny Lecha, która w sezonie 2008/2009 zostawiała w pokonanym polu Grashoppers Zurych, Austrię Wiedeń czy Feyenoord Rotterdam, oraz toczyła pasjonujące, wyrównane boje z Nancy, La Coruną, CSKA Moskwa czy Udinese pozostało juz mniej niż niewiele.

Zwolniono Franciszka Smudę. Trenera, jak na nasze, polskie warunki, naprawdę wyjątkowego. To przecież on nadał grze Lecha prawdziwy charakter i styl, oparty na ładnej, ciekawej, technicznej, kombinacyjnej "piłce na tak". To prawda, że zyskała na tym, po czasie, nasza narodowa reprezentacja, którą Franz obecnie prowadzi, ale w niczym nie usprawiedliwia to posunięcia domorosłych, futbolowych strategów z kierownictwa Lecha. Wyznania, w pewnym wywiadzie, pana Pogorzelczyka, który z jednej strony dowodzi, że Smuda został selekcjonerem biało-czerwonych właśnie dzięki dobrej postawie Lecha, a z drugiej stara się przekonać (tylko kogo?), iż jednakowoż ta dobra postawa była przyczyną pozbycia się trenera, przez zarządców Kolejorza, traktuję jako efekt nadmiernego nasłonecznienia u niego tych części ciała, które odpowiadają za myślenie.

Powolutku (to trzeba przyznać) acz sukcesywnie rozbijano niemal cały szkielet tamtego zespołu. Na próżno dziś szukać w kadrze Lecha Murawskiego, Lewandowskiego czy Rengifo. Posprowadzano za to, w ich miejsce, prawdziwe bałkańskie brylanty - Golika i Handzica (gdzież oni dzisiaj? dlaczego nie stają w szranki, by wojować o Champions League?). Ta ironia boli nawet mnie samego.

Kolejnym syndromem przerzutu choroby krakowskiej Wisły (której golkiperzy niejednokrotnie wywalczali swymi "interwencjami" awans dla drużyn przeciwnych) na teren poznański jest fakt, że Lech, u progu decydujących potyczek na europejskiej arenie nie ma bramkarza, który na tejże arenie mógłby nie tylko nie przeszkodzić, ale i pomóc swojej drużynie w awansie. Ależ jak to? - rzekłby ktoś - Przecież bramkarzy ci u nas (tzn w Lechu) dostatek: jest Kotorowski, jest Buric, jest i Kasprzik, który niespodziewanie wynurzył się ostatnio z odmętów piłkarskiego niebytu. Jedyną sensowną odpowiedzią mogą i muszą być, w tym przypadku, słowa wielkiego poety z Czarnolasu, Jana Kochanowskiego: "Pełno nas, a jakoby nikogo nie było"... Lech bowiem nie ma w tej chwili bramkarza, który stanowiłby pewny punkt zespołu. I to nie ma go od dawna. Jakimś tam rozwiązaniem byłoby może (przynajmniej w wyjazdowym meczu ze Spartą) wystawianie do bramki wszystkich trzech golkiperów równocześnie, ale odbyłoby się to niechybnie z liczebną szkodą dla pozostałych formacji ;) Krzysztof Kotorowski, owszem, wybronił w potyczce z azerskim Interem aż trzy jedenastki, samemu również celnie strzelając z wapna, ale to przecież właśnie on, w regulaminowym czasie gry, wypluł piłkę przed siebie, co umożliwiło Łotyszowi Karlsonsowi doprowadzenie do dogrywki. Zresztą Kotora znamy nie od dziś i nie od wczoraj, i wiemy do jakich 'farfocli' jest on zdolny. Kasprzik z kolei 'pluł' piłką m.in. w zeszłorocznej potyczce z Bruggią, co kosztowało nas Ligę Europejską.

Temat wzmocnień zespołu. Tu również historia nas uczy, a pamięć podpowiada, że tylko i wyłącznie wówczas, gdy zarząd klubu decydował się postawić wszystko na jedną kartę radykalnie wzmacniając swój zespół (Legia i Widzew w połowie lat 90-tych, czy choćby Lech 2 lata temu, kiedy to jego szeregi zasilili przed sezonem m.in. Arboleda, Peszko, Stilic i Lewandowski) osiągali upragniony cel, w postaci awansu do Ligi Mistrzów (lub Europejskiej). Strategia oparta na filozofii z cyklu: gramy tym co mamy, kto wie, może się uda, czyli nazywając rzecz po imieniu - liczenie na fuksa, nie przyniosła jeszcze nigdy spodziewanych efektów. Pan Rutkowski i spółka nie poszaleli jednak na rynku transferowym. Tym bardziej, że kasy brak. Te kilka milionów uzyskane za Lewandowskiego, to przecież tak marny grosz, że nawet nie warto za nim grzebać po kieszeniach. Przygarnięto więc na zasadzie wolnego transferu 33-letniego Artura Wichniarka, kupiono nieobliczalnego Tshibambę (chciałbym być złym prorokiem w tej sprawie, ale on chyba nie zbawi Lecha) i młodego Kiełba (melodia raczej przyszłości i to nie tej najbliższej, liczonej w dni i tygodnie).

Jednym słowem, biorąc pod uwagę roszady w podstawowym składzie Lecha, ni mniej, ni więcej tylko wymieniono po prostu Lewandowskiego na Wichniarka. Czy to istotne wzmocnienie przed decydującą batalią o Champions League? Nie. Czy to w ogóle wzmocnienie? Też nie, bo Lewandowski jest obecnie bodaj najlepszym polskim napastnikiem a Wichniarek najpiękniejsze piłkarskie lata ma już chyba za sobą (choć przyznać należy, że Artur Wichniarek, w obu meczach z Azerami, należał do zdecydowanie najlepszych graczy na boisku). Czy tak się buduje piłkarską potęgę panowie? Czy nie było Wam, najzwyczajniej w świecie wstyd, gdy oglądaliście męczarnie Lecha z Interem Baku?

Obserwując poczynania sterników Kolejorza na rynku transferowym nie sposób nie zgodzić się z miłościwie nam, z dopustu Bożego, panującym Pierwszym Gajowym (i to z wąsami;) Rzeczypospolitej, który swój obraz skąpego Poznaniaka buduje najwyraźniej w oparciu o 'rozrzutność' włodarzy Lecha właśnie.

Przykrą, acz chyba niestety prawdziwą esencją obrazu strategii marszu piłkarzy Lecha do bram piłkarskiego raju, była dogrywka meczu z Interem Baku, kiedy to Kolejorz, przez kilkadziesiat minut grał o Ligę Mistrzów bez żadnego napastnika. Trener Jacek Zieliński sprawiał wrażenie człowieka kompletnie zagubionego we mgle i pozbawionego jakiejkolwiek koncepcji na ogranie Azerów.

Niespełna 18 lat temu poznański Lech stawał po raz pierwszy do bojów o Ligę Mistrzów. Wydawało się, że los okazał się dla niego całkiem łaskawy. Po wyeliminowaniu Skonto Ryga (2:0, 0:0) Lechici zmierzyli się z IFK Goeteborg. Grał tam wtedy Thomas Ravelli, grał Johnny Ekstroem, Stefan Rehn czy Hakan Mild, ale zespół ten wydawał się być absolutnie w zasięgu Kolejorza. Choć przed sezonem, odszedł z Bułgarskiej do Sportingu Lizbona najlepszy snajper - Andrzej Juskowiak (podobnie, jak teraz odszedł do Borussi Lewandowski), w Lechu wciąż grało wielu solidnych piłkarzy (Sidorczuk, Rzepka, Bąk, Moskal, Skrzypczak, Trzeciak, Podbrożny) i była to mocna drużyna. Pierwszy mecz, przegrany w Szwecji (0:1) bardzo pechowo, po fatalnym błędzie Sidorczuka i golu Bengtssona w samej końcówce spotkania pozostawiał sprawę awansu otwartą. Przez wielu to właśnie Lech był wówczas uważany za faworyta do awansu, tym bardziej, że w Goeteborgu nie był na pewno zespołem słabszym. Ale 4 listopada 1992 roku w Poznaniu, po jednym z najżałośniejszych meczów w swej historii, podopieczni Henryka Apostela doznali druzgocącej klęski 0:3. IFK Goeteborg okazał się być zespołem lepszym niż przypuszczano - w swojej grupie LM dał się wyprzedzić tylko Milanowi (do finału awansowali tylko zwycięzcy grup; półfinałów nie rozgrywano), więc de facto wyszło na to, że Szwedzi stanowili podówczas 3-4 siłę w europejskiej piłce klubowej.

Rok później Lech Poznań przygarnął tytuł odebrany przez PZPN Legii Warszawa po słynnej "niedzieli cudów" i dlatego znów mógł się potykać o Champions League. Nawet blamaż ze Szwedami zbladł jednak przy tym, co zaprezentowali Lechici w poznańskiej potyczce ze Spartakiem Moskwa. Już po 10 minutach przegrywał Kolejorz 0:2, ostatecznie finiszujac z wynikiem 1:5.

Przed kilkunastu laty piłkarze IFK Goeteborg i Spartaka Moskwa bardzo boleśnie uświadomili Lechitom jakie ich miejsce w szyku i skutecznie wyleczyli z marzeń o Lidze Mistrzów. Czyniły to, przez następnych wiele lat, również inne europejskie zespoły na drodze naszych krajowych czempionów do bram Champions League. Już pojutrze Lech Poznań, po raz trzeci, stanie do walki o awans do elitarnego grona europejskich drużyn klubowych. Przedostatnią przeszkodą na tej drodze ma być Sparta Praga. Czeski zespół przez ostatnie 20 lat rozegrał na europejskiej arenie wiele wspaniałych spotkań z najsilniejszymi zespołami Starego Kontynentu, odniósł mnóstwo fantastycznych zwycięstw (najbardziej utkwiły mi w pamięci wiktorie Sparty z początku lat 90-tych nad tuzami pokroju Olympique Marsylia czy FC Barcelony). Ośmiokrotnie prażanie grali w Lidze Mistrzów (raz byli w gronie czterech najlepszych drużyn kontynentu; trzykrotnie wychodzili z fazy grupowej LM), trzykrotnie występowali też w Lidze Europejskiej. Wciąż gra tam kilku świetnych, doświadczonych zawodników, jak Repka, Sionko czy Matejovsky.

I choć piłkarze Sparty występu w Champions League posmakowali ostatnio niemal 5 lat temu (na jesieni 2005 roku), to są zdecydowanym faworytem potyczki z poznańskim Lechem. Tym bardziej, że zarządzający Kolejorzem nie wyciągnęli jakichkolwiek wniosków z przeszłości i powielili niemal wszystkie błędy, jakie popełniali ich polscy poprzednicy, w swych beznadziejnych zmaganiach o Ligę Mistrzów. Nie wyciągnęli wniosków nawet z własnej, zeszłorocznej porażki, z całkiem przeciętną przecież Bruggią (a wówczas grali jeszcze dla Lecha i Lewandowski, i Rengifo), od której Sparta nie jest na pewno zespołem słabszym. Piszę o tym już teraz, bo za kilkanaście dni mogłoby to nieco trącić bezlitosnym kopaniem leżącego. Piszę o tym już teraz, by za kilka wieczorów móc, nie zalany żółcią, usiąść przed telewizorem i znów liczyć na cud. Bo cudem będzie awans Lecha, tego Lecha, do grona europejskiej, piłkarskiej elity. To będzie cud. I oby nam się przydarzył. Do boju, Lechu!

poniedziałek, 12 lipca 2010
MŚ 2010. Mundialowe odkrycia

Ta kategoria jest niezwykle kłopotliwa, ponieważ w czasach, w których można oglądać sto różnych lig, mistrzostwa każdego kontynentu z osobna oraz zawody juniorów trudno powiedzieć, że mundial odkrywa przed światem jakiegoś piłkarza. Sam fakt, że piłkarz ten w ogóle pojechał na mundial oznacza, że już dawno został odkryty i każdy szanujący się skaut zna jego wyskok dosiężny i siłę uderzenia prawą nogą. Dlatego postanowiłem kategorię "odkrycia" postanowiłem podzielić na trzy grupy - "dobrze znani, ale eksplozja formy nastąpiła na MŚ 2010", "znani w węższych kręgach, ale eksplozja formy nastąpiła na MŚ 2010", "znani w kręgach krajowych, ale eksplozja formy nastąpiła na MŚ 2010".

Do tej pierwszej grupy zaliczyłbym trzech świetnych, ale i zarazem dobrze znanych z europejskich boisk, Niemców - Samiego Khedirę, Mesuta Ozila oraz Thomasa Mullera. Ten pierwszy (1987),

były kapitan niemieckiej młodzieżówki, kopał w Afryce futbolówkę na poziomie, do którego nie byli przyzwyczajeni nawet kibice VfB Stuttgart (w jego barwach grał w Bundeslidze już czwarty sezon, teraz podobno interesuje się nim Real Madryt). Idealnie czyścił pole i rozgrywał. Być może miał na to wpływ fakt, że Khedira urodził się w Afryce, a dokładniej w Tunezji. Mesut Ozil (1988) pokazywał jak niezwykły potencjał w nim drzemie i jak ogromne umiejętności techniczne ma już teraz (cóż, przewidziałem to). Wreszcie Muller (1989), trzeci z wymienionych zawodników (pisałem o nim już pół roku temu), grał z całego tercetu najlepiej, ale mówienie o człowieku, który w ostatnim sezonie był jednym z ciekawszych graczy Ligi Mistrzów, że jest odkryciem, jakoś nie trzyma się kupy. Świetnie w RPA radził sobie również ściągnięty jeszcze przed mistrzostwami do Manchesteru United Meksykanin Javier Hernandez (1988) (o nim też wspominałem już przed mistrzostwami). Zupełnie nieanonimowy jest także kapitalny duet z CSKA Moskwa - Keisuke Honda (1986) oraz Milos Krasic (1984). Za Japończyka moskiewski klub zapłacił 9 mln euro, a zarobić może przynajmniej jeszcze raz tyle, bo o następcę Nakaty pytali ponoć Mourinho i Wegner. Z kolei urodzony w Kosowie Krasic w każdym meczu mundialu był najlepszym zawodnikiem swojej drużyny (nie żebyśmy byli w szoku). Tutaj również widziałbym dwóch zawodników Vfl Wolfsburg, Szwajcara Diego Benaglio (1983) oraz Amerykanina Michaela Bradleya (1987). Wreszcie błyskotliwie, szczególnie w fazie grupowej, grała holenderska perła HSV Hamburg, czyli Eljero Elia (1987) (nuda, to też było przewidziane).

W grupie "nieco mniej znanych zawodników" (choć oczywiście granica jest płynna) warto wyróżnić przede wszystkim Matiasa Fernandeza z Chile (1986) - południowoamerykański pomocnik doskonale poczynał sobie w szeregach drużyny, która prezentowała w Afryce  bardzo ciekawy futbol. Myślał, podawał, uderzał - może teraz zacznie mu się układać kariera w Europie., bo jak na razie na Starym Kontynencie głównie zawodził. Kolejny selekcjoner Brazylii powinien z kolei mocniej postawić na Ramiresa (1987) z Benfiki Lizbona. W tym samym klubie gra też inny ciekawy zawodnik - portugalski obrońca Fabio Coentrao (1988). Gdyby jego mymłonowaci koledzy z kadry biegali tyle co on, to być może Hiszpania nie zdobyłaby mistrzostwa. Najjaśniejszym punktem reprezentacji Słowenii był bramkarz Samir Handanovic (1984), a Kamerunu - lewy obrońca Benoit Assou-Ekotto (1984). O Paulu Aguilarze (1986) już wspominałem. Wszyscy chwalą także Anthonego Annana oraz Andre Ayewa, ale ja do meczów Ghany nie miałem szczęścia, więc się nie wypowiadam:)

Wreszcie w kategorii "z twarzy podobny zupełnie do nikogo/ nie znam człowieka totalnie" zwyciężył ruchliwy strzelec pierwszej na mistrzostwach bramki, czyli Siphiwe Tshabalala (1984).

Chłopak występuje cały czas w ojczyźnie, w Kaiser Chiefs. Nie widzę powodów, żeby Lech, Wisła czy Legia nie mogły go kupić. W komplecie nominuję też połowę reprezentacji Chile, bo o nich też praktycznie przedtem nic nie wiedziałem. A szkoda, bo Mauricio Isla (1988), Gonzalo Jara (1985), Gary Medel (1987), Waldo Ponce (1982) i Arturo Vidal (1987) to blok defensywny o szczelności żelaznej kurtyny. Trzymając się jeszcze w klimatach defensywnych koniecznie trzeba wyróżnić także egzotyczny duet z nowej Zelandii. Bramkarz Mark Paston (1976) wyczyniał niesamowite rzeczy w meczu z Włochami a i w pozostałych spotkaniach radził sobie nieźle. Może więc na starość załapie się na występy w jakimś europejskim zespole. Również grający przed nim Winston Reid (1988) może liczyć na zmianę barw klubowych. Zawodnik Midtjylland pokazał, że jest obrońcą nowej generacji - szybkim, skocznym, twardym i skutecznym pod bramką przeciwnika - więc wkrótce może założyć koszulkę jakiegoś klubu z Włoch lub Anglii. Wiele osób piało z zachwytu nad bramkarzem RPA Itumelengiem Khune (1987), ale ja nie podzielam zachwytów nad nim. Dużo bardziej podobali mi się niemłodzi już Justo Villar z Paragwaju (1977), Noel Valladares z Hondurasu (1977) oraz Claudio Bravo (1973) z Chile.

Tak więc, gdyby ktoś się mnie zapytał: "czy mundial w RPA odkrył jakieś nowe talenty?", to odpowiedziałbym: "tak, kilka, ale mało spektakularnych". Ale gdyby ta sama osoba spytała: "no dobra, ale czy mundial pomógł wskoczyć kilku młodym, już znanym zawodnikom na poziom światowy?", to odpowiedziałbym: "tak, zdecydowanie". I tak to chyba już teraz będzie funkcjonować.

P.

piątek, 09 lipca 2010
I tylko mi ciebie brak...

Mundial dobiega końca i cieszyć się mogą ci, którzy na nim zagrali (jedenastka nieobecnych tutaj, do tego trzeba dodać na pewno jeszcze Ballacka i chyba jednak Walcotta). Mieć takie doświadczenie w biografii jak występ na MŚ to jest coś, więc smucą się ci zawodnicy, którzy na mundialu nigdy nie zagrali. Na pocieszenie dla nich warto zwrócić uwagę, że grono takowych piłkarzy jest nad wyraz zacne. Wiem, że to dla nich marna pociecha, ale lepsze to niż bycie zamkniętym w ciemnej celi:)

Grzebiąc w odleglejszej przeszłości możnaby znaleźć sporo takich przykładów. W rywalizacji o światowy czempionat nigdy nie wystąpili dwaj wielcy strzlecy Primiera Divison - Alferdo Di Stefano (Real Madryt) i Ladislao Kubala (FC Barcelona). Co ciekawe, ten pierwszy występował w dwóch (Argentyna i Hiszpania, choć mówi się także o jego nieoficjalnych występach dla Kolumbii) a ten drugi w trzech (Czechosłowacja, Węgry, Hiszpania!) różnych reprezentach. W MŚ nie zagrał także George Best. Mimo że w klubie nie było dla niego rzeczy niemożliwych, to nie potrafił on poprowadzić reprezentację Ulsteru do sukcesów na arenie międzynarodowej. Zostawmy jednak czasy średniowiecza i przenieśmy się w nieco bliższą epokę.

Główną przyczyną absencji wybitnych zawodników na mundialu jest to zwykle fakt, że reprezentacje, w których grają już takie wybitne nie są. Najlepszym tego przykładem jest George Weah.

Choć w klubowej piłce osiągnął Himalaje (Puchar Europy z Milanem 1994/1995, Piłkarz Roku FF i FIFA 1995, gra w PSG, OM, Milanie, Chelsea, Machester City), to w kadrze był skazany na porażkę. Liberia, którą reprezentował, nie dysponowała poza nim praktycznie żadnym wartościowym zawodnikiem.

Podobna sytuacja, choć może nie na aż taką skalę (tzn. że nie rozdźwięk między gwiazdą a resztą ekipy nie był tak spektakularny) miała miejsce w przypadku Finlandii. Jari Litmanen był gwiazdą pierwszej wielkości na europejskich stadionach (Ajax, Barcelona, Liverpool), ale w reprezentacji często brakowało mu wsparcia. Mimo że Finowie byli nieraz blisko awansu do MŚ, to jednak nigdy im się to nie udało ("kwestia fińska" też pewnie ma się jakoś do Samiego Hyypii). W reprezentacji Walii również nigdy nie brakowało indywidualności, ale zawodził kolektyw. Wąsaty Ian Rush to legenda Liverpoolu i Cymru. W tej pierwszej, klubowej, koszulce występował przez... 15 lat! W międzyczasie zdobył tytuł króla strzelców ligi angielskiej (1984), dwukrotnie Puchar Europy (1981 i 184) oraz pięć mistrzostw Anglii (1982, 1983, 1984, 1986, 1990). Pozostaje on również rekordzistą pod względem ilości bramek strzelonych dla The Reds - ma ich na koncie 346. Jego bilans reprezentacyjny również jest okazały - 73 mecze i 28 goli. Bliźniaczym niemal życiorysem może pochwalić się młodszy o dwa lata Mark Hughes. Przez dziesięć lat był on napastnikiem Manchesteru United, gdzie zyskał sobie uznanie wszystkich kibiców Czerwonych Diabłów. Poza tym odwiedził również w swojej karierze m.in. Bayern Monachium, Barcelonę i Chelsea. Dorobek w kadrze ma podobny do Rusha - 72 mecze i 16 goli. No i łączy ich oczywiście również to, że Walia z nimi w składzie nigdy nie awansowała do mistrzostw (w ogóle uczyniła to raz - w 1958 roku).

 

Trzecim Walijskim Smokiem w zestawie jest Ryan Giggs. Nie ma sensu się tu o nim rozpisywać, więc powiem krótko, że mogliby mu dać jakąś dziką kartę na mundial za zasługi:) Chłopak zawsze w czasie mistrzostw strasznie się nudzi.

Spora jest również grupa zawodników, którzy, choć grają w dobrych reprezentacjach, to akurat szczyt formy zaliczyli w czasie, gdy ich zespoły dołowały albo z jakiś powodów na mundial się nie dostawały. Gwiazda EURO 2004 Grek Theodoros Zagorakis (tutaj jego strona internetowa) nie miała szans zaistnieć w walce o światowy czempionat, bo jego Grecja przez wiele lat grała futbol mierny jak piosenki na Eurowizji. Co zabawne, dzielni synowie Hellady do MŚ 2006 nie dostali się pomimo tego, że dwa lata wcześniej wygrali europejski czempionat.

Lata dziewięćdziesiąte to w ogóle czarna dziura dla wielu reprezentacji, które dziś są ważnymi aktorami na piłkarskiej scenie. Ghana pomimo szalenie uzdolnionego pokolenia graczy na mundial zakwalifikowała się dopiero w 2006 roku. W związku z tym dwie legendy Black Stars nie miały okazji zaprezentować swoich możliwości na najważniejszym turnieju na Ziemi. Tony Yeboah (z lewej) dwukrotnie był królem strzelców Bundesligii w barwach Eintrachtu Frankfurt (1992/1993 i 1993/1994), grał także w Leeds Utd. i HSV. Abedi Pele (a w zasadzie Abedi "Pele" Ayew) natomiast dał się poznać przede wszystkim podczas swoich występów w Olympique Marsylia, ale reprezentował również inne kluby z Fracji (Lille, Lyon), Włoch (Torino) i Niemiec (TSV Monachium).

 

Gdy już mowa o drużynach afrykańskich, to grzechem byłoby nie wspomnieć o jednym z największych fenomenów współczesnej piłki, czyli... reprezentacji Egiptu! Ta ekipa w ciągu ostatnich dwudziestu lat aż czterokrotnie zdobywała tytuł najlepszej drużyny w Afryce, przy czym trzy ostatnie tytuły zdobyła ciurkiem w lata 2006, 2008 i 2010. Ten okres dwudziestu lat jest tutaj nieprzypadkowy, bowiem właśnie dwie dekady mijają od momentu, kiedy Faraonowie po raz ostatni zagrali na mundialu (MŚ 1990).

W zły momeny historii piłki w swoim kraju wstrzelili się także dwaj świetni francuscy gracze.

Pierwszy z nich, David Ginola, występował w reprezentacji Trójkolorowych od 1990 roku, ale nie załapał się na EURO 1992. Wrócił do kadry na eliminacje MŚ 1994. Grał w niej jednak dużo gorzej niż w klubie, a na dodatek przyczynił się do jednej z największych katastrof w historii francuskiej piłki. W ostatnim meczu el. MŚ 94 z Bułgarią, w którym mieszkańcom Paryża i okolic wystarczył zaledwie punkt do awansu na mundial, nie upilnował w ostatniej akcji Emila Kostadinowa a ten zdobył zwycięskiego gola dla Bułgarów. Potem nowy szkoleniowiec Aime Jacquet powoływał go jeszcze krótko do kadry, ale na EURO 1996 Ginoli już nie zabrał. To był koniec reprezentacyjnej kariery długowłosego Francuza.

Eric Cantona w kadrze występował o wiele dłużej, ale równiez w CV nie ma żadnego mundialu. Legenda Czerwonych Diabłów chyba po prostu nie miała szczęścia do reprezentacji. Cantona debiutował w niej w 1987 roku, ale na EURO 1988 nie pojechał. Gdy wywalczył już sobie wreszcie pewne miejsce w narodowym zespole, to ten akurat grał słabo i nie zakwalifikował się do MŚ 1990. Potem przyszedł lepszy moment i Hrabia Eric wystąpił wraz z Trójkolorowymi na EURO 1992, ale na mundial w USA znowu się nie załapał, z przyczyn o których pisałem przy okazji Ginoli. Podobnie również jak w przypadku Ginoli, tak również i Cantonie to Jacquet podziękował definitywnie za grę w kadrze.

Jeszcze inna sytuacja wiąże się z piłkarzami, którzy kiedyś byli dobrzy, ale ich reprezentacje były kiepskie, a teraz reprezentacje są dobre, ale ex-zawodnicy mogą ich wyczyny śledzić wyłącznie z pozycji fana. Z jednej strony z radością, ale z drugiej strony na pewno z bólem muszą patrzeć na występy swoich reprezentacji na mistrzostwach zawodnicy, którzy zostawili w niej sporo zdrowia, ale sukcesy przyszły dopiero, gdy legendy spadły z piedestału.

Na pewno dotyczy to Japończyka Kazuyoshiego Miury. O jego wyjątkowo ciekawej historii pisałem już tutaj.

Podobnie sprawa się ma chyba z dwójką australijskich braci. Aurelio i Tony Vidmar

przez długie lata byli jedynymi sensownymi zawodnikami reprezentacji Australii. Teraz, gdy Socceroos są bardziej sensowni, Vidmarowie mogą tylko oglądać ich mecze w TV. Zresztą większa notka o nich również wkrótce zagości na blogu, więc nie będę się teraz w ich kwestii rozpisywał.

Często także nieporozumienia z selekcjonerami decydowały o tym, że jakaś gwiazda nie wystąpiła nigdy na mistrzostwach świata. Wie coś o tym Niemiec Bernd Schuster.

Były gracz Barcelony i Realu Madryt po czterech latach gry w kadrze i zdobyciu tytułu mistrza Europy (EURO 1980), pokłócił się z selekcjonerem Juppem Derwallem (oraz kilkoma zawodnikami, m.in. z Paulem Breitnerem) i w 1984 roku w wieku 25 lat zakończył reprezentacyjną karierę. Tym samym nie pojechał na MŚ 1984 oraz - co logiczne - na żadne inne.

Osobną kategorią są uznani na świecie zawodnicy, którym po prostu z reprezentacją było nie po drodze, w związku z czym i na mistrzostwa mieli ścieżkę zbyt stromą. Do tego gatunku należą przede wszystkim Brazylijczycy. Sonny Anderson to trzykrotny król strzelców ligi francuskiej (o lidze szwajcarskiej już nie wspominając) oraz najlepszy napastnik Ligi Mistrzów sezonu 2003/2004. Giovanne Elber jest królem strzelców Bundesligii 2002/2003 (o lidze szwajcarskiej tradycyjnie nie wspominając) oraz zdobywcą miliarda goli dla Bayernu Monachium. Rok później królem strzelców Bundesligi oraz jej najlepszym zawodnikiem został grubasek Ailton. Wszystkich ich przebił jednak Marcio Amoroso. On koronę dla najwybitniejszego napastnika zdobywał w trzech różnych ligach - brazylijskiej (1994), włoskiej (1999) oraz niemieckiej (2002). Zagadka: ile meczów na mistrzostwach rozegrali w sumie ci panowie? Okrąglutkie zero. Ba, Ailton nie zagrał nawet nigdy w reprezentacji. Podobnym mundialowym dorobkiem mogą się pochwalić taże tacy snajperzy jak Roy Makaay czy Andy Cole.

Przed kilkomo innymi świetnymi zawodnikami jeszcze tli się cień szansy na występ w zmaganiach o światowy czempionat. Rumuni Christian Chivu i Adrian Mutu w 2014 roku będą liczyli odpowiednio 35 i 36 lat - to byłby ich debiut na MŚ, mimo że na mistrzostwach Europy grali już dwukrotnie (EURO 2000 i 2008). Na swoją szansę w Brazylii liczą również tacy piłkarze jak Andriej Arszawin, Victor Valdes, Seydou Keita, Frederic Kanoute czy Diego.

Przy okazji warto również odnotować przedłużające się absencje niegdysiejszych, bardziej czy mniej etatowych, uczestników mundiali. Właśnie mija 8 lat na MŚ bez Rosji, Belgii, Irlandii i Turcji; 12 lat bez Kolumbii, Szkocji, Bułgarii, Rumunii, Norwegii, Maroko oraz Austrii; 16 lat bez Boliwii; 20 bez Egiptu; 24 bez Węgier (!) oraz 28 lata bez Peru. Nie wspominając już o takich reprezentacjach, które jeszcze nigdy nie grały na mundialu, pomimo wielu dobrych zawodników - Bośnia i Hercegowina, Zambia, Panama, Białoruś czy Gruzja.

Na koniec warto wreszcie wspomnieć o generacji polskich zawodników, którym nie dane było zagrać nigdy na mistrzostwach. Najbardziej ucierpieli ci, których okres świetności przypadł na lata dziewięćdziesiąte, wyjątkowo parszywe dla polskiej piłki. Tym samym smaku mundialowych zmagań nie poznali nigdy Jacek Ziober, Marek Leśniak, Krzysztof Warzycha, Roman Kosecki, Piotr Nowak, Wojciech Kowalczyk, Tomasz Łapiński czy wreszcie Andrzej Juskowiak. Ten ostatni miał jeszcze szansę załapać się na MŚ 2002, ale Jerzy Engel, mimo że Jusko w eliminacjach bywał nawet kapitanem kadry, nie zdecydował się wziąć go do Korei. Nieco wcześniej kontuzje wykluczyły Stanisława Terleckiego a na mistrzostwach nie zagrał też Mirosław Okoński, ale w jego przypadku to już zupełnie inna historia.

P.