Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 30 lipca 2012
Chodziarz z Kalisza reprezentuje Gruzję na igrzyskach. Historia Macieja Rosiewicza

Maciej Rosiewicz, chodziarz z Kalisza, który na igrzyskach olimpijskich Londyn 2012 reprezentuje Gruzję

- Udział w igrzyskach to dla mnie coś bezcennego. Każda sekunda w wiosce olimpijskiej, wśród sportowców z całego świata, wynagradza mi ponad 10 lat ciężkich treningów i ostatni stresujący rok - opowiada Maciej Rosiewicz z Kalisza. W chodzie na 50 km w Londynie (11 sierpnia) będzie reprezentował biało-czerwone barwy, ale nie będą to, jak wcześniej, barwy Polski, lecz Gruzji, która umożliwiła mu start na igrzyskach olimpijskich.

Trenuje go Krzysztof Kisiel, ten sam, z którym Robert Korzeniowski zdobył nieraz olimpijskie złoto. - W sporcie zawdzięczam mu wszystko. Przygarnął mnie, choć moja wartość sportowa była nikła, a on ćwiczył najlepszego chodziarza świata - mówi o szkoleniowcu 34-letni Maciej Rosiewicz.

Próbował biegania i triathlonu, do chodu ostatecznie zwolnił dopiero na trzecim roku studiów w Poznaniu. Pomogli mu w tym... celnicy. - To było 11 lat temu, gdy trzeba było mieć pozwolenie na pracę na Wyspach. Jechałem autobusem do kolegów, którzy zarabiali przy zbieraniu owoców. Prosili, bym przywiózł im trochę jedzenia z kraju. Zostałem wyrwany do kontroli, a że pół plecaka było załadowane zupkami w proszku, cofnęli mnie z granicy. To była chyba najszczęśliwsza deportacja na świecie! - opowiada chodziarz. Wrócił do Polski i zanotował dwa świetne starty, a od trenera usłyszał: - Chłopie, masz do tego zdrowie!

Kaliski chodziarz ma też zdrowie do pracy z młodzieżą. Najpierw uczył angielskiego, teraz wuefu w Zespole Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Kaliszu.

Z kolejnych mistrzostw Polski w chodzie na 50 km przywoził medale (cztery srebrne, trzy brązowe), wygrywał w Austrii i na Łotwie, ale do optymalnego wyniku zawsze ciut brakowało. W 2008 r. zabrakło dokładnie 53 sekund. - Czułem już zapach igrzysk w Pekinie. Byłem sfrustrowany, ciężko jest godzić sport wyczynowy z pracą - wspomina.

- Pomyśl, jaki czas mógłbyś osiągnąć, gdybyś przygotowywał się tak jak my! - mówił mu dwa lata temu kadrowicz Rafał Fedaczyński.

Maciej Rosiewicz pobił wtedy swój życiowy rekord na 50 km (3:55 - to był 20. wynik w Europie i 32. na świecie) i doszedł do wniosku, że chce postawić na chód. - Ale miałem już wtedy dwójkę dzieci, więc nie mogłem zostawić szkoły. Od jednego pana w związku lekkoatletycznym usłyszałem, że jestem za stary. Próbowałem też w samorządzie i u sponsorów, ale potrzebnego wsparcia nie znalazłem - mówi.

W marcu ub. roku zwrócił się więc o pomoc do kraju, w którym Polacy traktowani są z wyjątkową życzliwością. - Na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego prezydent Micheil Saakaszwili przyleciał z USA aż pięcioma samolotami, pomimo pyłu wulkanicznego z Islandii. Napisałem list do jego kancelarii i przedstawiłem motywację startu dla Gruzji. Już po dwóch tygodniach dostałem odpowiedź, co muszę wypełnić, by starać się o obywatelstwo - opowiada lekkoatleta.

1 września, dwa miesiące po złożeniu dokumentów i referencji, Maciej Rosiewicz dostał drugi paszport. Choć w marcu wypełnił minimum olimpijskie B dla krajów, które chcą wystawić tylko jednego reprezentanta w konkurencji (a takim jest Gruzja), w drodze na igrzyska mógł się potknąć o procedury. Międzynarodowa federacja lekkoatletyczna pozwoliła mu reprezentować Gruzję, ale... dopiero od września. W końcu, po odwołaniach, wydała zgodę, ale jako gruzińskiego zawodnika musiał go jeszcze zaakceptować Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Zrobił to dopiero w czerwcu!

Maciej Rosiewicz, chodziarz z Kalisza, który na igrzyskach olimpijskich Londyn 2012 reprezentuje Gruzję

- Każdy może mnie oceniać, ale niech najpierw postawi się w mojej sytuacji. Przez ponad 10 lat łączyłem treningi z pracą w szkole, latem z pracą w sadzie. Nie wyjeżdżałem na obozy do ciepłych krajów. Polska zawsze będzie moją ojczyzną. Kocham jej historię, kulturę i tradycję. Ale oddzielam to od instytucji, przez które byłem pozostawiony samemu sobie. Byłem wręcz wyśmiewany, mówiono mi ''kończ waść''. Przygarnęła mnie Gruzja. Tam nie usłyszałem, że jestem za mało perspektywiczny - tłumaczy swoją decyzję Maciej Rosiewicz. - Myślę, że nie należę do najgorszych polskich patriotów. Ale pewien etap mam już za sobą i teraz moim marzeniem jest godne reprezentowanie Gruzji, mam do spłacenia dług wdzięczności. Nie przejmuję się, co kto o mnie pomyśli, czy dla jednych będę zdrajcą, a dla innych inspiratorem. Gdybym był taki cwany, nie czekałbym tak długo z ubieganiem się o drugie obywatelstwo, nie ryzykowałbym braku zgody na start na igrzyskach i tego stresu, który przeżyłem. Długo wierzyłem, że będę mógł przygotowywać się w lepszych warunkach i osiągać lepsze wyniki. Śmieję się, gdy słyszę, że chodzi mi o pieniądze. Chodzi o igrzyska! Bogdan Wenta i Władysław Kozakiewicz, z różnych względów, w pewnym momencie zaczęli reprezentować Niemcy. Ten pierwszy niedawno usłyszał na meczu w Płocku, że nigdy nie będzie Polakiem.

Szumu wokół siebie się nie spodziewał. - Były u mnie dwie telewizje i radio, a jeszcze niedawno moje treningi nad Prosną obserwowały tylko... kaczki - śmieje się.

Trzej chodziarze na 50 km, którzy będą reprezentowali Polskę w Londynie, mają lepsze czasy od niego. W Gruzji Maciej Rosiewicz konkurencji nie ma. I choć cztery dni po oficjalnym otwarciu igrzysk skończy 35 lat, start w Londynie może nie być jego ostatnim na największej sportowej imprezie świata.

- Wystartujesz dla nas za cztery lata na igrzyskach w Rio de Janeiro? - to pierwsze zdanie, jakie usłyszał od szefa gruzińskiego komitetu olimpijskiego. Gruzini wiążą więc z nim nadzieje nie tylko na udany wynik w Londynie. Możliwe, że po igrzyskach Maciej Rosiewicz przejdzie na zawodowstwo. Takie jest przynajmniej jego marzenie.

A te ostatnio mu się spełniają. Gdy pierwszy raz przyleciał do stolicy Gruzji, na widok siedziby prezydenta zażartował, że niedługo będzie z nim kosztował wino. Prawie trafił: w towarzystwie Micheila Saakaszwilego raczył się szampanem razem z całą kadrą olimpijską. - Prezydent powiedział mi, że przyjemnie jest gościć Polaka w reprezentacji Gruzji - relacjonuje chodziarz.

Michaił Saakaszwili

Gdy na początku lipca leciał do Tbilisi na zaprzysiężenie olimpijskie, jego żona Monika rodziła trzecie dziecko. Nazajutrz szef federacji lekkiej atletyki mógł wygłosić trzy toasty: za Polskę, za przyjaźń polsko-gruzińską i za nowo narodzoną córkę chodziarza. Starsza z jego córeczek ma na imię Nina. - Tak jak patronka Gruzji. Ale to akurat przypadek! - mówi Maciej Rosiewicz.

B.

Pod tym tekstem wrzuconym na Poznań.Sport.pl można zagłosować w sondzie: Co sądzisz o decyzji Macieja Rosiewicza, który na igrzyskach reprezentuje Gruzję?

niedziela, 22 lipca 2012
Ignac Tłoczyński szlachetny jak herbata. Ależ on grał w tenisa

Ignacy Tłoczyński, zdjęcie z czasopisma Lawn Tennis Polski

Na kortach Olimpii na Golęcinie zakończył się właśnie turniej Poznań Open. Zobaczyłem, jak triumfował Jerzy Janowicz, który tydzień temu został trzecim polskim tenisistą w pierwszej setce rankingu ATP od czasu Wojciecha Fibaka. Gracz, który najdoskonalej odbijał rakietą piłkę w naszym kraju przed Fibakiem, też przyszedł na świat w Poznaniu. A w tenisie zakochał się właśnie na Golęcinie.

Ignacy Tłoczyński urodził się 14 lipca 1911 r. Mówiono o nim Ignac, a mówił cały kraj. Nie tylko z powodu wybitnych umiejętności. Tłoczyński brał udział w meczach rozgrywanych w niezwykłych okolicznościach. I sam swoje potyczki niezwykłymi czynił.

Spotkania z Niemcami

- Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości w 1918 r., jako dziecko, chodziłem z mego domu na Jeżycach, gdzie się urodziłem, do Lasku Golęcińskiego. Tam na kortach grywali Niemcy. To mnie interesowało i wciągnęło - opowiadał Ignacy Tłoczyński.

Pochodził z niezamożnej rodziny. Na kortach przy ul. Noskowskiego najpierw podawał piłki podczas meczów. Szybko rozwinął jednak talent tenisowy: zaczął dorabiać jako trener i sparingpartner. Pół roku przed pełnoletnością Ignaca działacze AZS wystąpili o zakwalifikowanie go jako amatora. Wówczas status amatora był sporym wyróżnieniem.

Najlepszym tenisistą w kraju był wtedy Maks Stolarow, który w 1930 r. kroczył po trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i związany z tym puchar na własność. W finale Stolarowa pokonał jednak 19-latek z Poznania. W ten sposób Tłoczyński zdobył pierwszy i jedyny w barwach poznańskiego AZS tytuł mistrza Polski. Krótko potem przeszedł do Legii Warszawa, w której występował aż do wybuchu wojny. - W 1939 roku, w moim rodzinnym mieście, udało mi się zwyciężyć po raz piąty [w mistrzostwach Polski - red.]. Wspaniały puchar zostawiłem pod opieką matki w jej mieszkaniu. W czasie okupacji podczas rewizji zabrali go Niemcy i ślad po nim zaginął - mówił tenisista. Inną pamiątkę sportową, złoty zegarek na rękę, stracił przez kontrolę niemieckiego patrolu.

W czasie wojny wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej i kolportował prasę podziemną. Poza tym, razem z przyjaciółmi Jadwigą Jędrzejowską (finalistką tenisowego Wimbledonu w 1937 r.) i biegaczem Januszem Kusocińskim (złotym medalistą olimpijskim w 1932 r.) prowadził gospodę "Pod kogutem", gdzie zbierały się tłumy Polaków. Kusociński nie przeżył wojny. Tłoczyński otarł się o śmierć podczas Powstania Warszawskiego. - W pierwszych dniach bombardowania zostałem ciężko ranny. Ocalałem cudem - opowiadał. Zmarł wiele lat później, w Boże Narodzenie 2000 r. w szkockim Edynburgu, gdzie osiadł po wojnie. Na Wyspach był znany jako Mr Tloc.

Ignacy Tłoczyński, Henner Henkel, gospoda ''Pod Kogutem''

Ignac walczył z Niemcami jeszcze przed wybuchem światowego konfliktu. Na korcie. Między 19 a 21 maja 1939 r. rozegrano mecz Pucharu Davisa, rozgrywek męskich reprezentacji narodowych. Mecz, z którym związane było potężne napięcie. Atak militarny Niemców na Polskę był już wtedy kwestią czasu. Dwa tygodnie wcześniej minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosił słynne przemówienie, w którym podkreślał, że bezcenny jest tylko honor.

Tenisiści odbijali piłkę, a polska publiczność okrzykami "Ha-ha" wyrażała dezaprobatę wobec postawy prezydenta Czechosłowacji Emila Hachy, który skapitulował przed Adolfem Hitlerem. Polska drużyna przegrała 2:3, ale Ignacy Tłoczyński wygrał oba swoje mecze. W tym przeciw trzeciemu tenisiście świata Hennerowi Henkelowi (6:4, 6:8, 6:4, 6:3). To było najcenniejsze zwycięstwo poznańskiego mistrza tenisowego w karierze, którego notowania sięgały wtedy piątki najlepszych graczy Europy.

Z jeńcem i z królem

Po upadku Powstania Warszawskiego Tłoczyński trafił do niewoli, do obozu jenieckiego nieopodal Salzburga. - Wśród jeńców francuskich był trener tenisa, który widział mnie w Paryżu w 1939 r. na kortach Rolanda Garrosa [poznaniak był tam wśród ośmiu najlepszych - red.]. Zaproponował mi mecz. Aby dostać się do francuskich baraków, trzeba było sporo ryzykować. Musiałem przebierać się to w mundur angielski, to we francuski, przedzierać się przez wyciętą furtkę w drutach kolczastych. Gdy dotarłem do Francuzów, trudno mi było uwierzyć w to, co zobaczyłem. Kort z czarnej ubitej ziemi z wymalowanymi liniami, krzesło sędziowskie, a wokół kortu kilkuset widzów - jeńców! Dostałem szorty, buty i rakietę, sędzia zapowiedział, że wystąpi "Champion de Pologne - Ignacy Tłoczynski". Grałem całkiem nieźle, jak na tak długą przerwę, lecz przegrałem w pięciu setach - opowiadał tenisista po latach.

Przed początkiem światowego konfliktu Tłoczyński wygrywał nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Zdobywał tytuły międzynarodowego mistrza Portugalii, Łotwy i Walii. - Podczas jednego z bankietów wydawanych dla uczestników turnieju w Monte Carlo minister Józef Beck zaczął mnie przedstawiać królowi Szwecji Gustawowi V. To króla bardzo rozbawiło, gdyż w tym czasie znaliśmy się już dobrze z niejednego turnieju - wspominał znajomość z monarchą, przeciw któremu grywał towarzysko.

Król Szwecji Gustaw V, Jadwiga Jędrzejowska, Ignacy Tłoczyński, Ernest Wittman

W 1934 r. Ignac zagrał na kortach Legii pokazowy mecz z uważanym przez wielu za najwybitniejszego tenisistę w historii, Amerykaninem Billem Tildenem. Wygrał jednego seta.

Gdy w spotkaniu z Francuzem Jeanem Borotrą sędzia podjął złą, lecz korzystną dla Polaka decyzję, ten oddał rywalowi punkt, dwa razy celowo serwując w siatkę. Działo się to w momencie, gdy Tłoczyński miał... piłkę meczową! Spotkanie i tak wygrał, a w ten sposób stał się wzorem gry fair.

Herbaciany bodziec

Ignacy Tłoczyński wpisał się do historii naszego tenisa nim pierwszy raz został mistrzem kraju. Wiosną 1930 roku, przyczynił się do historycznego, pierwszego zwycięstwa Polski w Pucharze Davisa. Rywalami byli Rumuni. Pierwszy mecz Ignac wygrał łatwo. Trudniej było w drugim pojedynku, ze starszym o 17 lat Nicolae Mishu. Rumun był do tego stopnia poirytowany swoją niemocą w starciu z młokosem, że w pewnym momencie celowo posłał piłkę w publiczność. Wybuchł skandal, sędzia był zmuszony przerwać spotkanie. Nerwowo było do końca, bo przy remisie 2:2 o rozstrzygnięciu decydował piąty set.

W nim poznaniak prowadził, ale coraz częściej musiał schodzić z kortu, kulejąc z powodu skurczów. Gdy masaże przestały działać, kapitan reprezentacji Aleksander Olchowicz przyniósł Ignacowi herbatę. Herbatę, do której - jak się później okazało - dolał... koniaku. Po wznowieniu gry Tłoczyński wygrał seta do zera, a cały mecz 6:3, 7:9, 7:5, 4:6, 6:0. Szczęśliwi kibice nosili go na rękach, a sam bohater zdradzał potem z przymrużeniem oka w czasopiśmie "Lawn-Tennis Polski" sekret swojego sukcesu: "Szklanka dobrze osłodzonej herbaty między 3 a 4 setem jest dla mnie znakomitym bodźcem do dalszej gry".

"Przegląd Sportowy" podsumował to spotkanie słowami, które można odnieść do całej kariery Ignacego Tłoczyńskiego: "Ten tenisista o dziecinnej jeszcze budowie, o chłopięcych, cienkich ramionach wykazał hart ducha i siłę nerwów starego, zaprawionego w bojach mistrza. Wykazał przy tym ogromny talent tenisowy, niezwykłą orientację i przytomność umysłu. Miał zawsze na ustach ów przemiły uśmiech sportowca z krwi i kości, uśmiech radości, gdy udała mu się piłka, uśmiech podziwu, gdy dobrze zagrana piłka przeciwnika, była dlań nie do odbicia. Uśmiech taki rzadko widywaliśmy na naszych kortach i był on, jak i gra Tłoczyńskiego, jakby zapowiedzią nowej epoki w tenisie polskim".

B.

Wypowiedzi Ignacego Tłoczyńskiego pochodzą z rozmowy przeprowadzonej przez czasopismo "Tenis" w 1997 r. Zdjęcia (drugie, trzecie i czwarte) z książki ''Tenis Polski ma 100 lat''.

Tekst poszedł rok temu w Gazecie Wyborczej Poznań w setną rocznicę urodzin tenisisty

czwartek, 19 lipca 2012
Brenes ośmieszył Casillasa, a Subasić Boruca. Gwiazdki Chazara Lenkoran

Dla Chazara Lenkoran awans do drugiej rundy eliminacji Ligi Europejskiej jest pierwszym w historii jego występów w europejskich pucharach. Był on możliwy, bo azerski zespół ma w składzie kilku grajków z międzynarodowym obyciem.

Reprezentacja Kostaryki uczestniczy nie tylko w mistrzostwach Ameryki Północnej i Środkowej (Gold Cup - Złoty Puchar), ale jest też zapraszana na południe - do Copa America. Dzięki temu piłkarze z tego kraju mogą zagrać na dwóch kontynentalnych imprezach.
Jednym z nich jest Randall Brenes, który tego lata wzmocnił Chazara Lenkoran. Siedem ze swoich 22 występów w narodowej kadrze napastnik zanotował na turniejach.
Debiut na mistrzostwach miał świetny: w 2005 roku strzelił dwa gole w meczu z Kubą (potem bez gola skończył boje z USA i Hondurasem). Rok temu na Gold Cup zagrał znowu z Kubą, ale swoją jedyną bramkę, za to na wagę punktu zdobył w 95. minucie meczu z Salwadorem!

O ile z tego występu może być zadowolony, to nie wspomina mile wizyty na Copa America. Już w 28. minucie meczu z Kolumbią wyleciał z czerwoną kartką, a spotkanie, które mogło sensacyjnie wyrzucić argentyńskich gospodarzy z turnieju skończyło się klęską Kostaryki 0:3.

A bardzo wierzyłem, że perełka Joel Campbell i jego kumple dadzą radę.

Pomimo trafień na mistrzostwach kontynentu, cały świat podziwiał jego gola w spotkaniu towarzyskim. Bo był to gol strzelony Hiszpanii, po błędzie Ikera Casillasa. Brenes dał Kostaryce prowadzenie 1:0, a mistrzowie świata i Europy uratowali remis 2:2 w ostatniej minucie.

Na arenie klubowej Randall Brenes strzelał gole do tej pory gole tylko w kostarykańskim CS Cartagines i norweskich Bodo/Glimt i Kongsvinger.

W dużo mocniejszej lidze miał za to okazję wystąpić Adrian Pit. Rumun, którego grę lewą nogą bardzo chwalił trener Lecha Poznań Mariusz Rumak, ma na koncie trzy oficjalne występy w pierwszym zespole AS Roma! W sezonie 2009/2010 zagrał dwa mecze Serie A (Livorno, Siena) i jeden Pucharu Włoch (Triestina) obok takich graczy jak Daniele De Rossi, Simone Perotta, Mirko Vucinić, Philippe Mexes, John Arne Riise i Juan. Trener Claudio Ranieri nie delegował więc Adriana Pita na boisko w meczach o niskiej randze czy pośród zastępu rezerwowych. Pit w koszulce Romy wygląda tak.

Adrian Pit, AS Roma

Rumun był wypożyczany z Rzymu do Pisy i Triestiny, przed przyjazdem do Włoch był gwiazdą w na zapleczu szwajcarskiej ekstraklasy, w AC Bellinzona. W ojczyźnie reprezentował UT Arad i Universitateę Cluj (nie mylić z CFR Cluj, uczestnikiem Ligi Mistrzów), z którego na początku 2011 roku trafił do Azerbejdżanu. To rumuński skrzydłowy miał asysty w spotkaniu poprzedniej rundy z estońskim Nomme Kalju.

Rumunem, który dyryguje obroną Chazara jest Adrian Scarlatache. W maju jego gol w finale Pucharu Rumunii był jedynym, dzięki czemu Dinamo Bukareszt było lepsze od Rapidu.

Z reprezentantów Azerbejdżanu w Chazarze Lenkoran polscy kibice powinni kojarzyć jedno nazwisko. Branimir Subasić, napastnik urodzony w Belgradzie, jednego z goli w kadrze zdobył przeciwko Polsce (w Baku w 2007 r. Polacy wygrali 3:1).

Subasić w meczach z Kalju Nomme zdobył dwa gole, a Scarlatache i Rusłan Abisow - po jednym. Stawiam manata, że Lechowi Poznań też coś strzelą.

B.

środa, 11 lipca 2012
Waldemar Fornalik i reprezentacja B

Tytuł być może brzmi przewrotnie, ale bynajmniej nie chodzi o deprecjonowanie osoby świeżo upieczonego coacha kadry, ani nawet o deprecjonowanie zasobów ludzkich, którymi będzie w niej zarządzał:)

Życiorys nowego selekcjonera naszej kadry został już prześwietlony ze wszystkich stron. Jedną z najczęściej podawanych informacji jest ta, że Waldemar Fornalik jako piłkarz był zaledwie solidnym ligowcem i nigdy nie zagrał w reprezentacji Polski. To prawda, ale...

W 1993 roku Ruch Chorzów był chyba najbardziej wędrowniczą drużyną na świecie. Pielgrzymował on bowiem - co zabawne, w trakcie sezonu ligowego - od Azji do Ameryki Północnej i rozgrywał mecze towarzyskie, które nie śniły się nawet najbardziej pijanym filozofom. W ramach tej intergalaktycznej objazdówki jesienią 1993 roku Niebiescy pod wodzą Edwarda Lorensa najpierw dwukrotnie zmierzyli się w Teheranie z reprezentacją Iranu (0:1 i 3:1 po golach Mirosława Mosóra, Mariusza Śrutwy i Romana Dąbrowskiego). Potem wrócili nad Wisłę rozegrać mecz ze Stalą Stalowa Wola (1:0), po czym... polecieli do Stanów Zjednoczonych, by w Oakland nad zatoką San Fransisco zagrać z pierwszą reprezentacją Meksyku! Ba, Meksyku, który był finalistą Copa America 1993. Co ważne, na konfrontację z nią Ruch Chorzów został namaszczony przez PZPN na reprezentację Polski B, a samo spotkanie zyskało oficjalny międzynarodowy charakter. Meksykańska federacja zaprosiła bowiem chorzowiam, opłaciła koszty eskapady i podzieliła się zyskami tylko pod warunkiem gry pod szyldem rezerw kadry narodowej.

Przeciwnicy Polaków wystawili wówczas swój najsilniejszy skład z takimi ówczesnymi asami jak Campos, Ramirez, Bernal czy Alves Zague. Wszyscy oni zagrali później na MŚ 1994. Polska B/ Ruch Chorzów delegowała natomiast następującą jedenastkę:

Zdjęcie wykonane na wystawie z okazji 90-lecia Ruchu Chorzów

Uważne oko dojrzy w niej oczywiście... Waldemara Fornalika! Na fotografii klęczy pierwszy z lewej. Poza nim zagrali: (stoją od lewej) Grzegorz Wagner, Jacek Bednarz, Piotr Mosór, Mirosław Jaworski, Dariusz Fornalak oraz (klęczą od lewej) nasz bohater, Roman Dąbrowski, Adam Kryger, Piotr Lech, Michał Probierz (potem zmienił go Mirosław Mosór) i Dariusz Gęsior.

W meczu tym padł remis 0:0, a że chodziło o show, to po upływie 90 minut zarządzono... rzuty karne! W nich lepsi okazali się Polacy. Do bramki trafili bowiem: Jaworski, Wagner, Dąbrowski, Bednarz i Gęsior. Z rywali pomylili się Ramirez Perales i Alves Zague. Według depeszy PAP ''bohaterem meczu był w zespole z Chorzowa bramkarz Piotr Lech, który pod koniec spotkania obronił strzały Ignacio Ambriza i Alvesa.

Waldemar Fornalik ma więc namiastkę biało-czerwonego szlifu. Ubogą, ale ma. Oby jako selekcjoner reprezentował już Polskę pełną gębą. A na mistrzostwach świata 2014 w Brazylii znów pokonał Meksyk w konkursie jedenastek.

P.

Jak Maradona ratował honor Serie A. Niezapomniany mecz: liga włoska - liga polska 1988

Legia Warszawa - Cagliari o Puchar... Polonii 1 

Kadra z Fornalikiem. Co kibic zrobi z szalikiem?

Waldemar Fornalik i Franciszek Smuda, nowy i stary selekcjoner reprezentacji Polski

Tytułowy rym rakowsko-częstochowski jest oczywiście niepotrzebny, ale nasunął mi się sam, bo od czasu, gdy dopadł mnie ból istnienia po meczu Polska - Czechy, smutno zerka na mnie pozostawiony w pokoju biało-czerwony szalik naszej reprezentacji. Głęboko chować go do szafy nie mam zamiaru, na tsunami kibicowskiej frajdy związanej z Euro 2012 postanowiłem bowiem w końcu regularnie jeździć na boje polskiej kadry o punkty.

Pisząc o nominacji Waldemara Fornalika na selekcjonera nie chcę powtarzać (choćby po świetnych tekstach Michała Kołodziejczyka w Rzepie czy chłopaków ze Śląsk.Sport.pl), że spokojny, że fachowy, że słucha klasycznej, ale, że bez styczności z wielką presją i bitwami międzynarodowymi. Bardziej zastanawiam się, jak duży kredyt zaufania dostanie on od polskich kibiców.

Według sondy na stronie głównej Sport.pl jego nominację za dobry pomysł uważa ok. 57 procent głosujących (wynik przy prawie 3 tys. głosów, 43 proc. na ''nie'', bez rubryki ''nie mam zdania''), co uważam za wynik jednak dość niski. Nawet przy założeniu, że część ankietowanych - słusznie - chętniej widziałaby na stołku zagranicznego trenera z sukcesami (ale to, jak wiemy, trzeba włożyć między Andersena a braci Grimm).

Choć nie mam żadnych danych liczbowych, to nie opuszcza mnie wrażenie, że po nominacjach poprzednich selekcjonerów entuzjazm w narodzie był jednak dużo większy.

Franciszek Smuda od razu uruchomił lawinę wspomnień zawałowych końców meczów Widzewa Łódź (w kwestii budowania wizerunku wiele zawdzięcza komentarzowi Tomasza Zimocha z Broendby) i Lecha Poznań. Sam też zresztą jego kultowe teksty na Zczuba spisywałem. I nie wiem jak to jest, ale aura cudotwórcy - dla wielu - go nie opuszcza, bo jak inaczej nazwać gloryfikowanie dwóch punktów i podejmowanie jego drużyny, ostatniej w grupie śmiechu na Euro 2012, przez prezydenta i premiera?

Leo Beenhakker radochę musiał budzić przez sam fakt nie bycia Stefanem Majewskim i bycia obcokrajowcem, który pracował w największym klubie świata i jednej z największych reprezentacji świata (czyli Realu Madryt i Holandii, przy czym - przypomnijmy - bez sukcesów). Był takim wujkiem z lepszego świata, z Ameryki, który mówił po angielsko-polsku (szkoda, że z czasem Krok po kroku, little by little zmienił w Surprise, surprise Pazdan i Fucking Jeleń).

Dowcip z Pawłem Janasem i Zbigniewem Bońkiem polega na tym, że ten pierwszy wydawał się oazą spokoju (zwłaszcza dla zawodników...) i jakąś gwarancją solidności (ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Legią) po tym, jak ten drugi - jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii - okazał się jednym z najgorszych selekcjonerów. W Bońka-selekcjonera zaraz po nominacji jakoś głupio było nie wierzyć. To jednak Boniek. No i zespół miał mieć praktycznie ułożony po Jerzym Engelu (tylko na mistrzostwach jakoś nie udało się wyjść z grupy - jak teraz).

A największe hip-hip-hurra, nawet z wygraną w audiotele słyszał w 1997 roku (to już prawie 15 lat, matko!) oczywiście Janusz Wójcik.

Waldemar Fornalik ma więc - zdaje mi się - kredyt zaufania kibiców podobny do Jerzego Engela z końca 1999 roku, dużo mniejszy od jego następców. A od Engela ciut większy, bo wtedy fani chcieli przecież Franciszka Smudę (a ten już ustalał swój sztab szkoleniowy).

To, że ludzie podchodzą do selekcjonera-elekta z pewną taką nieśmiałością wynika głównie z tego, że do tej pory wykonywał dobrą i solidną, acz mało efektowną robotę - o inną w warunkach Ruchu Chorzów trudno. Trenerowi nie wypada mieć pretensji do Legii Warszawa, Wisły Kraków i Lecha Poznań, że go nie zatrudniły, ale kibice tych klubów - moim zdaniem - mogą mieć do ich szefów anse. W ostatnich trzech sezonach biedny Ruch Fornalika wyprzedził przecież bogatą Legię dwa razy, a Wisłę i Lecha raz, za to w minionym sezonie. Osobiście szkoleniowca miałem ochotę przyjąć w Poznaniu z otwartymi ramionami (zwłaszcza, gdy pracę dostawali Jacek Zieliński i Jose Bakero), ale nie wpadły na to władze klubu, choć przecież znają jego fachowość z czasów Amiki Wronki.

Kalendarz eliminacji do brazylijskiego mundialu (fatalny kalendarz, na co jeszcze w listopadzie zwracał uwagę Marek Wawrzynowski) sprawia, że reprezentacja Waldemara Fornalika nie może wygrywać potem, tylko musi tu i teraz, ewentualnie za momencik. Jesienią kadra gra z Czarnogórą na wyjeździe, a potem podejmuje Mołdawię i Anglię u siebie. W tym rozdaniu drugie miejsce nie daje nawet gwarancji gry w barażach, więc marząc o awansie, na własnym boisku trzeba bezwzględnie wygrywać. Jeśli remis w spotkaniu z Anglikami będzie siódmym zdobytym punktem będzie można go uznać za - tymczasowo - zwycięski remis (choć po Euro instytucję tę znienawidziłem jeszcze bardziej). Kampanię kadra będzie kończyła czteroma wyjazdami (z pięciu), więc potknięcia na jej progu mogą skutkować nie tylko zawaleniem eliminacji, ale też pogrzebaniem całego fantastycznego kibicowskiego potencjału, jaki narodził się podczas Euro 2012.

Bo choć fani futbolu (i kadry) podczas mistrzostw rozmnażali się przez pączkowanie (sam znam pięć osób, które wcześniej do piłki podchodziły z obojętnością czy wręcz niechęcią, a na polskim turnieju oglądały każde spotkanie z wypiekami jak na kreskówkach), to nie opuszcza mnie wrażenie, że po jednym-dwóch niepowodzeniach ich koszulki i szaliki w narodowych barwach powędrują w czeluść szafy lub wręcz na allegro.

Waldemar Fornalik nie może do tego dopuścić.

B.

PS Mam swojego kandydata na selekcjonera na eliminacje mundialu w Katarze - oczywiście po odejściu Waldemara Fornalika po trzech udanych turniejach. Robota jak każda inna - jak Mariusz Rumak zostawał trenerem Lecha Poznań

Kolejka do topu, czyli kto błysnął na EURO 2012

 
1 , 2 , 3