Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 22 lipca 2014
Kiedy Mieszko rusza w bój, czyli ćwierć wieku po gnieźnieńskim, futbolowym cudzie

W przepięknej Złotej Kaplicy poznańskiej Katedry, gdzie biją źródła polskiej państwowości, oczy przechodnia już od pierwszego wejrzenia bezlitośnie absorbuje niesamowity obraz Januarego Suchodolskiego: "Mieczysław kruszy bałwany", przedstawiający historycznego władcę, który na niełatwej drodze wszczepiania naszego kraju w nurt wielkiego dziedzictwa chrześcijańskiej kultury europejskiej, dziarsko bierze się za bary z resztkami pogańskiej graciarni. Po upływie przeszło dziesięciu stuleci godnymi naśladowcami mieszkowej odwagi, który niegdyś chwacko obijał Niemca pod Cedynią i zwycięsko wkraczał do czeskiej Pragi, postanowili zostać gnieźnieńscy piłkarze, grający dla klubu, któremu patronuje wspomniany pierwszy historyczny polski władca. Oni również, w myśl przytaczanej przez naszych wybitnych historyków wieków dawnych - Jana Długosza i Wincentego Kadłubka, etymologii mieszkowego imienia, mającego oznaczać "zamieszanie" albo "poruszenie", postanowili zasiać nieco i zamieszania, i poruszenia na naszej futbolowej mapie. Mija właśnie dokładnie 25 lat od momentu, gdy zespół z ligi okręgowej rozpoczął na szczeblu centralnym Pucharu Polski swą sensacyjną, niezwykłą przygodę, która doprowadziła go aż do ćwierćfinałowych, niezapomnianych batalii, z naszpikowaną gwiazdami polskiej reprezentacji - warszawską Legią. Legią, która kilkadziesiąt dni wcześniej po wspaniałej grze zremisowała na Camp Nou z wielką Barceloną i omal nie wyrzuciła Katalończyków z europejskich rozgrywek...

Gdy 22 lipca 1989 roku piłkarze Mieszka Gniezno inaugurowali w Gorzowie swe zmagania na szczeblu centralnym Pucharu Polski, mieli już za sobą sześć zwycięskich, pucharowych batalii na szczeblu okręgowym. Na dzień dobry pokonali w Pobiedziskach miejscowy Huragan 4:1 i to właśnie gnieźnieńscy piłkarze z huraganowym impetem przetaczali się dalej ku następnym rundom rozgrywek. Nieco problemów sprawiła po drodze piłkarzom z historycznej stolicy Polski Sparta Szamotuły, ale summa summarum i ona poległa dwukrotnie (2:3, 1:2). 14 czerwca 1989 roku w rozgrywanym na poznańskim stadionie noszącym dziś imię Edmunda Szyca, okręgowym finale PP, podopieczni Mariana Pokładeckiego, po golach strzelanych w drugiej części meczu przez Roberta Cieślewicza i Janusza Kustrę, dość nieoczekiwanie pokonali Wartę 2:0.

Również trafienia duetu Cieślewicz-Kustra umożliwiły zwycięstwo 2:1, we wspomnianym wcześniej Gorzowie, nad rezerwami Stilonu. Zaledwie kilka dni później trzeba już było zmagać się z rywalem bez porównania silniejszym, będącym świeżo upieczonym spadkowiczem z drugoligowego frontu, zespołem Ślęzy Wrocław. W Gnieźnie przy ulicy Strumykowej, kibice otrzymali naprawdę sporą porcję emocji. Mieszko objął nieoczekiwane prowadzenie po 'golu do szatni', najlepszego na boisku Tomasza Kurowskiego. Cieślewicz mógł zapewnić gospodarzom sukces, lecz jego strzał głową trafił w poprzeczkę. Niepewnie bronił golkiper miejscowych - Jaśniewicz. Wrocławianie wyrównali po bramce Grzegorza Kowalskiego. W dogrywce to piłkarze Mieszka zadali jednak decydujący cios. W 110 minucie spotkania sfaulowany w polu karnym Ślęzy został Cieślewicz, a Kurowski zamienił jedenastkę na gola, dającego gospodarzom zupełnie nieoczekiwany awans do kolejnej rundy.

O ile pojedynek ze Ślęzą buzował od emocji i zakończył się wielkim sukcesem Mieszka, o tyle 16 sierpnia 1989 roku przy Strumykowej w Gnieźnie stało się coś wręcz niebywałego. I gdyby tylko na tym wydarzeniu zakończyła się wówczas pucharowa przygoda miejscowych piłkarzy już należałoby mówić o wielkiej sensacji. O ile po zwycięstwie nad Ślęzą trener Pokładecki mógł jeszcze starać się tonować nastroje mówiąc, że dla niego zdecydowanie ważniejsze są rozgrywki ligowe, to po sierpniowej, niezapomnianej batalii z warszawską Gwardią, trudno mu już było przebić się ze swą tezą poprzez świeżo nadmuchane na fali sukcesu, piękne gmachy gnieźnieńskiej futbolowej euforii. W historycznej stolicy Polski wszyscy czuli już bardzo namacalnie, że właśnie dzieje się na ich oczach coś wielkiego, być może największego w całych dziejach tamtejszego futbolu. Hasłem: "W Polskę idziemy" zaczynało powoli przesiąkać powietrze w całym pięknym gnieźnieńskim grodzie. Jednak po kolei.

Gdy zażarcie walcząca jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej o awans do ekstraklasy warszawska Gwardia (ostatecznie zabrakło jej ledwie czterech punktów do bydgoskiego Zawiszy), przyjeżdżała mierzyć się z Mieszkiem w ramach 1/32 Pucharu Polski, wydawała się być przy miejscowym zespole niemal futbolowym gigantem. Dość powiedzieć, że z trenerskiej ławki stołeczny zespół prowadził Lesław Ćmikiewicz, ówczesny już asystent selekcjonera reprezentacji Polski, Andrzeja Strejlaua. Teoretycznie więc, pukająca nachalnie do drzwi ekstraklasy, Gwardia powinna stłamsić rywala z Wielkopolski nie przepacając nadmiernie koszulek, nawet biorąc poprawkę na trzydziestostopniowy upał tamtego sierpniowego popołudnia. Jednak piłkarze klubu szczycącego się patronatem Mieszka I, który nie zwykł trząść portkami z byle powodu, postanowili godnie go naśladować i dzielnie stawić czoła temu, co zafundował im pucharowy los. Jeśli o meczu ze Ślęzą napisaliśmy, iż buzował on od emocji, to 16 sierpnia 1989 roku piłkarze Mieszka i Gwardii zafundowali kibicom przy Strumykowej istny piłkarski horror. Już w 11 minucie Kustra po błyskotliwej, indywidualnej akcji trafił piłką w poprzeczkę. W 70 minucie zadrżała dla odmiany poprzeczka gnieźnieńskiej bramki po strzale Aleksandrowicza. Gdy na osiem minut przed końcem spotkania Przybysz silnym uderzeniem z daleka dał gościom prowadzenie, wydawało się, że faworyzowany stołeczny zespół, w którego barwach biegali wówczas po gnieźnieńskiej murawie m.in. Miąszkiewicz, Dźwigała, Rajkiewicz czy Szeliga, dopnie swego. Uboga w nadzieję część publiczności, która nie była świadoma jak długa pucharowa przygoda jeszcze ją czeka, zaczęła już nawet opuszczać stadion (zawsze i wszędzie znajdą się tacy cierpliwi-inaczej, nigdy tego zjawiska nie zrozumiem), lecz w ostatniej minucie spotkania Ireneusz Furmaniak po zamieszaniu w polu karnym na skutek egzekwowania rzutu rożnego, z kilku metrów wpakował piłkę do bramki Wiesława Rutkowskiego, czym spowodował istną eksplozję radości gnieźnieńskich trybun. W emocjonującej dogrywce bohaterem znów postanowił zostać Kurowski. Po otrzymaniu piłki od Wiesława Poltaszewskiego, kilkoma zwodami wymanewrował bramkarza i w 103 minucie meczu przesądził o sensacyjnym awansie Mieszka do następnej rundy. Znakomity występ zaliczył gnieźnieński bramkarz - Wiesław Kaczmarek, będący dla zespołu rywali istną zaporą. "Był to naprawdę wielki mecz Mieszka, w którym wszyscy zasługują na wyróżnienie. Ten mecz jeszcze raz potwierdził, że Mieszko wcale nie musiał spadać z trzeciej ligi” - pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich "Przemian" Jerzy Kałwak.

Wyeliminowanie takich zespołów, jak Warta, Ślęza czy Gwardia miało być jednak tylko preludium do tego wszystkiego, co zaczęli wyprawiać rozochoceni piłkarze Mieszka na następnych szczeblach pucharowych rozgrywek. 8 września 1989 roku na Strumykową przyjechał prowadzony przez Romualda Szukiełowicza zespół wrocławskiego Śląska. Stadion Mieszka pękał w szwach. Aby obejrzeć konfrontację gospodarzy z klubem z ekstraklasy, stawiło się około siedmiu tysięcy widzów, co było niewątpliwym, choć jak się niebawem okaże, zaledwie chwilowym rekordem frekwencji w piętnastoletnich podówczas dziejach klubu. Warto wspomnieć, że wspomagać dopingiem gospodarzy w ich boju ze Śląskiem, wpadli po sąsiedzku, nie ostatni zresztą raz w tamtej edycji Pucharu Polski, kibice poznańskiego Lecha. W faworyzowanym zespole gości zabrakło co prawda, jeszcze do niedawna pełniącego wówczas rolę kapitana polskiej reprezentacji, Waldemara Prusika, lecz i tak gnieźnieńską murawę wydeptywało tego dnia kilka nader istotnych postaci z naszego rodzimego futbolowego światka. Roman Szewczyk, Janusz Góra, Mandziejewicz, Tęsiorowski, Boguszewski, Twardygrosz, Drączkowski czy Chałaśkiewicz ostatecznie musieli jednak uznać wyższość piłkarzy Mieszka. Na boisku optyczną przewagę posiadali oczywiście występujący na co dzień kilka klas rozgrywkowych wyżej gracze Śląska, lecz gnieźnieński zespół grał niezwykle ambitnie, konsekwentnie i pomysłowo. Najpierw po efektownej akcji z Romanem Adamskim, Kirszę pokonał Janusz Kustra. Nie upłynęło nawet pół godziny gry, gdy po zagraniu Dariusza Kuryło, do tańca z piłką, sfinalizowanego trafieniem na 2:0, zaprosił wrocławskich obrońców i bramkarza Tomasz Kurowski. Co prawda kilka minut później Socha strzeli kontaktową bramkę, ale pomimo rozpaczliwych prób piłkarzy Śląska (m.in. Tęsiorowski trafił piłką w słupek) aż do końcowego gwizdka Wojciecha Rudego (byłego polskiego mundialowicza '78, strzelca pamiętnej pięknej, eliminacyjnej bramki przeciwko Holandii w 1979 roku) sensacyjny wynik nie ulegnie już zmianie. Wiesława Kaczmarka, który jak w transie bronił całe serie strzałów Chałaśkiewicza, Góry, Drączkowskiego czy Gila, kibice znosili po meczu z murawy na rękach. Gnieźnieńscy gracze wzruszeni do łez, zgodnie twierdzili, że "warto było trenować przez lata, żeby rozegrać taki mecz". W Gnieźnie trwało prawdziwe święto. Piłkarski Dawid zwyciężał kolejnych futbolowych Goliatów i wydawał się być nienasycony w uprawianiu tego procederu.

"Kto zatrzyma Mieszka z Gniezna?" - krzyczał w tytule "Przegląd Sportowy" w swym wydaniu z 19 października 1989 roku. Pytanie było jak najbardziej zasadne, bo stawiane nazajutrz po tym, jak podopieczni Pokładeckiego znów odprawili ze Strumykowej z kwitkiem kolejnych faworytów. Tym razem ofiarą Mieszka padł świeżo upieczony wówczas spadkowicz z ekstraklasy, zespół Szombierek Bytom. Rozgrywany w środku tygodnia (środowe bardzo wczesne popołudnie) mecz z Szombierkami wywołał w dawnej stolicy Polski ogromne zainteresowanie. Jak donosiła miejscowa prasa, załogi pracownicze kilku wielkich zakładów, takich, jak choćby "Polania" czy "Zremb" prowadziły żmudne pertraktacje z pracodawcami, by móc obejrzeć mecz i odrobić pracownicze zaległości innego dnia. Wielu się to udało i zapewne po dziś dzień tego nie żałują. Sensacyjne zwycięstwo nad faworyzowanym, bytomskim rywalem absolutnie nie było bowiem dziełem przypadku, lecz po prostu skutkiem znakomitej gry Mieszka. To gospodarze mieli więcej stuprocentowych sytuacji do zdobycia gola. Uzyskać upragnione trafienie udało im się jednak dopiero na siedem minut przed końcem spotkania. Wówczas to Robert Sytek oddał mocny strzał sprzed pola karnego rywali. Do odbitej od poprzeczki piłki dopadł niezawodny Kurowski i głową umieścił ją w siatce. Jeszcze sześć minut wcześniej Świstek trafił w słupek gnieźnieńskiej bramki. Próbował dwoić się i troić Andrzej Orzeszek, ale Wiesław Kaczmarek znów był bohaterem Gniezna. I znów gnieźnieńscy kibice, gromko skandując: "Puchar dla Mieszka!", znosili po końcowym gwizdku swych piłkarzy i trenera Pokładeckiego na rękach. Piękna bajka wciąż trwała i wydawała się nie mieć końca. "Niezłomny Mieszko" - tytułował swą relację dla katowickiego "Sportu", poznański dziennikarz Andrzej Kuczyński.

"Całe Gniezno czeka na Legię" – krzyczała polska prasa sportowa w dniu pierwszego ćwierćfinałowego meczu o Puchar Polski pomiędzy Mieszkiem Gniezno i Legią Warszawa. To było niesłychane, niepowtarzalne spotkanie dwóch piłkarskich światów. Pamiętam, gdy jako nastolatkowie, na kilka dni przed tym meczem, wyrwawszy się na spacer po ciepłej herbatce u niezastąpionej cioci Maryli, mroźnym, listopadowym przedpołudniem, poszliśmy z bratem i kuzynem popatrzeć na znajdującą się nieopodal, owianą chłodem, pustą murawę stadionu przy Strumykowej. Za kilka dni będzie tu biegał Kosecki, będzie biegał Terlecki, Kubicki, Kaczmarek i inni reprezentanci Polski. I z kimż to oni przyjadą się tu mierzyć? Ano, z Mieszkiem Gniezno! To działało na wyobraźnię. To było naprawdę coś.

Nagle wszyscy zainteresowali się Gnieznem. O Mieszku zaczęło się mówić. Do dawnej stolicy Polski zjechały ekipy telewizyjne. Pamiętam długi reportaż w głównym wydaniu dziennika. Swoje pięć minut mieli piłkarze, dotąd dla przygniatającej większości polskich kibiców, kompletnie anonimowi, jak przecież większość graczy biegających po czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju. Trener Pokładecki nie nadążał z udzielaniem wywiadów. Na kilka dni przed historyczną batalią z Legia wyznał szczerze: "Awansu na tym etapie rozgrywek nie można zakładać. Legia to w końcu klasowy zespół, który nie pozwoliłby sobie na takie 'wisty'. Dlatego my musimy myśleć o tym, żeby zagrać jak najlepiej, dostarczyć widzom dobrego widowiska. Jak już spadać to z wysokiego konia. Ten przeciwnik jest wymarzony, a ten mecz to wspaniały prezent dla sympatyków futbolu w Gnieźnie”. Trener Mieszka nie pozostawiał tez wątpliwości, jak ogromnym wysiłkiem okupione było odniesienie przez jego podopiecznych owego nieoczekiwanego przez nikogo sukcesu: "Po meczu ze Śląskiem zawodnicy odczuwali zmęczenie przez następne dwa tygodnie. W dogrywkach nogi naszych piłkarzy robiły się miękkie, były skurcze i wybicia piłki na uwolnienie. To dzięki niebywałej ambicji piłkarzy Mieszko osiągnął największy sukces w swojej historii. To może nie powtórzyć się przez następne 20 lat. Ale przecież nie samą ambicją pokonali Wartę, Ślęzę, Stilon, Gwardię, Śląsk czy Szombierki. Ci chłopcy, w każdym razie niektórzy z nich, wcale nie grają gorzej niż zawodnicy z pierwszej czy drugiej ligi. Według mnie najwięcej w tym sezonie, i w lidze, i w pucharach pokazał Kurowski". Trener gnieźnieńskiej drużyny zaraz jednak dodawał: "Wolałbym, żeby zespół nawet odpadł z pucharów w eliminacjach, lecz wygrywał w lidze. Szkoda tej drużyny na czwartą ligę. Powinna awansować". Ciężko dziś oczywiście zgodzić się z ówczesną argumentacją Pokładeckiego. Znakomitej postawy piłkarzy Mieszka, choćby i na trzecioligowym froncie, nikt by już dziś zapewne nie pamiętał. A legenda ćwierćfinałowych bojów z Legią zapewne przeżyje w sercach gnieźnieńskich kibiców przez całe następne dziesięciolecia.

Wczesną popołudniową porą, 8 listopada 1989 roku, kto żyw pędził na stadion przy Strumykowej. Stanęło wiele zakładów pracy. Na odpracowanie zaległości przyjdzie czas kiedy indziej. Piłkarskie święto ogarnęło dawną stolicę Polski. Całe Gniezno z pełną podekscytowania nadzieją zastygło na kilka godzin w tym niepowtarzalnym dla całej jego futbolowej historii momencie. Czas w tym mieście po prostu się zatrzymał, a chłodne listopadowe powietrze zdawało się przeszywać faustowe westchnienie z poematu Goethego: "Chwilo, trwaj!". Życie całego Gniezna tętniło teraz na Strumykowej. Powiedzieć o gnieźnieńskich trybunach, że pękały w szwach, to nic nie powiedzieć. Doliczono się łącznie niemal aż 15 tysięcy widzów!

"W pierwszej połowie wydawało się, że po boisku biegają dwie równorzędne drużyny. Piłkarze Mieszka nie tylko umiejętnie bronili się, ale podejmowali sporo całkiem nieźle wiązanych, widowiskowych akcji. Obrońcy Mieszka świetnie dawali sobie radę z Koseckim, Cyzio czy Łatką" – pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich "Przemian", Jerzy Kałwak. Niezmiernie istotny moment nadszedł na minutę przed zejściem obu ekip do szatni na przerwę. Kurowski, Kustra i Sytek wyprowadzili składny kontratak, lecz Kustra znajdujący się w znakomitej sytuacji strzeleckiej sam przed bramkarzem Legii, trafił wprost w Macieja Szczęsnego, a dobitka Sytka była nieskuteczna. Gnieźnieńscy piłkarze nie zdążyli jeszcze ochłonąć po tak wspaniałej, a zaprzepaszczonej szansie na objęcie sensacyjnego prowadzenia, gdy w kilkadziesiąt sekund później, nie upilnowany przez obrońców Mieszka, Łatka dośrodkował w pole karne i Jacek Cyzio, ten sam, który strzeli za jakiś czas gola Manchesterowi United, głową skierował piłkę do siatki gospodarzy. Mogło być wspaniałe, wymarzone, wyśnione zejście do szatni z upragnionym prowadzeniem nad Legią, a było dość pechowe 0:1. "Zdobyty w odpowiednim momencie gol, często potrafi ustawić przebieg meczu" – snuł swą refleksję, relacjonujący wówczas to spotkanie dla "Przeglądu Sportowego", Janusz Basałaj.

Druga część meczu to już wyraźna dominacja grającej teraz spokojnie i swobodnie warszawskiej Legii. Na błotnistym boisku, w towarzystwie mżawki i chłodu, podopieczni Rudolfa Kapery strzelali kolejne gole Wiesławowi Kaczmarkowi. Warszawski zespół rozruszał Stanisław Terlecki, który od momentu pojawienia się na placu gry, był zdecydowanie pierwszoplanową postacią całego widowiska. Dwa efektowne trafienia (w 58 i 86 min.) zaliczył uczestnik meksykańskiego mundialu, późniejszy obrońca Aston Villi, Dariusz Kubicki. Po godzinie gry, zdobytą bramką postanowił zapisać się w pamięci gnieźnieńskich kibiców również Roman Kosecki. W 69 minucie podyktowanego dla Legii karnego bardzo chciał wykorzystać bramkarz wojskowych – Maciej Szczęsny. Ostatecznie jednak do swoich racji zdołał go przekonać, co z pewnością nie było łatwe, Stanisław Terlecki. Ten jednak egzekwując jedenastkę z nieskrywaną nonszalancją, dość dziwacznym, tanecznym krokiem podbiegł do piłki ustawionej na wapnie, chcąc ośmieszyć gnieźnieńskiego golkipera. Skończyło się na tym, że Wiesław Kaczmarek obronił strzał legionisty, czym na chwilę popsuł nieco humor stołecznym graczom, a gnieźnieńscy kibice zgotowali swemu bramkarzowi fantastyczną owację. Dwie minuty później były piłkarz nowojorskiego Cosmosu, zrehabilitował się jednak, uzyskując swoje trafienie na stadionie Mieszka. Szansę na uzyskanie honorowego gola dla gospodarzy miał jeszcze Wiesław Poltaszewski, lecz sposobiący się właśnie do przejęcia kapitańskiej opaski w polskiej reprezentacji, Zbigniew Kaczmarek zdołał uchronić legionistów od utraty gola. Choć momentami, głównie w pierwszej połowie, na Strumykowej rozgrywał się porywający piłkarski spektakl, to jednak ostateczny wynik 0:5 nie pozostawiał złudzeń, w którym miejscu na futbolowej mapie Polski znajduje się Mieszko Gniezno, a w którym Legia Warszawa. Mimo to, sam fakt, iż drużyna zajmująca podówczas trzynaste miejsce na czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju, zmierzyła się w ćwierćfinałowej fazie Pucharu Polski z zespołem, który kilkadziesiąt dni wcześniej walczył jak równy z równym z wielką Barceloną Johanna Cruyffa, a za kilkanaście miesięcy dobrnie aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (eliminując po drodze m.in. Aberdeen czy Sampdorię) już sam w sobie jest swoistym fenomenem.

22 listopada 1989 roku, dokładnie cztery miesiące po rozpoczęciu zmagań na szczeblu centralnym, zakończyła się piękna pucharowa przygoda piłkarzy Mieszka Gniezno. W Warszawie mecz pomiędzy Legią i Mieszkiem toczył się na grubej warstwie wciąż padającego śniegu. Na niewiele zdało się spontanicznie powołane do życia odśnieżeniowe pospolite ruszenie, złożone ze służb porządkowych, wojskowych i kibiców, którzy próbowali choć w niewielkim stopniu uwolnić murawę przy Łazienkowskiej spod dominacji białego puchu. Jedynym wymiernym efektem wspomnianych syzyfowych prac okołofutbolowego kolektywu było opóźnienie momentu rozpoczęcia spotkania o niemal pół godziny. Kapera posłał w bój wszystkich swych najlepszych graczy poza kontuzjowanym Szczęsnym. "Kibice Legii dawali podczas meczu popis wyjątkowego chamstwa" - relacjonował dla stołecznego "Przeglądu Sportowego", Maciej Polkowski, nazywając ich "hołotą" oraz zwracając uwagę nie tylko na wulgarne przyśpiewki, lecz również na rzucanie przez warszawskich fanów w gnieźnieńskich piłkarzy śnieżkami. Z wysokości trybun konfrontacji Legii i Mieszka przyglądał się ówczesny selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, w zacnym towarzystwie dawniejszych sterników narodowej kadry - Kazimierza Górskiego i Ryszarda Kuleszy.

A na tonącym w śniegu boisku, Kosecki już w 4 minucie znalazł się w sytuacji oko w oko z Wiesławem Kaczmarkiem, lecz golkiper Mieszka wyszedł z tego widzenia obronną ręką. Minutę później odgryzł się Sytek oddając pierwszy strzał na bramkę Legii. W 7 minucie Roman Kosecki zostaje sfaulowany w polu karnym Mieszka i sam poszkodowany zamienia jedenastkę na gola. Gnieźnieńscy piłkarze postanawiają nie być dłużni. Bramkę Robakiewicza ostrzeliwują Sytek i Kurowski. Dobre spotkanie zalicza Kustra, którego strzał z kilku metrów w 36 minucie minimalnie mija bramkę Legii. Minutę po nieudanej próbie Kustry wynik meczu podwyższa Kosecki. Kilkadziesiąt sekund później Mieszko świętuje jednak swoje wielkie chwile na stadionie Legii. Rajd Kustry warszawscy defensorzy zdołali powstrzymać dopiero faulem w polu karnym. Tomasz Kurowski z wapna uzyskuje kontaktowe trafienie na 2:1. Radość po tym golu jest w gnieźnieńskim zespole ogromna. Przed przerwą głową trafi jeszcze Cyzio. W kilku sytuacjach z opresji ratuje swój zespół wspaniałymi interwencjami Wiesław Kaczmarek. Przy golach Łatki i Nowickiego (najpiękniejsza brama meczu) jest jednak bezradny. Swoje szanse na kolejne gole dla Mieszka przy Łazienkowskiej ma jeszcze Kurowski. Efektowne akcje przeprowadzają Sytek i Zajkowski. "Nie było to jednostronne widowisko. Drużyna z Gniezna pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Zawodnicy nie mogą się wstydzić swojej gry. Zagrali tak, jak potrafili najlepiej. Należą im się olbrzymie brawa i podziękowania" - relacjonowały "Przemiany" piórem Pawła Ruszkiewicza. "Wbrew temu, co mógłby sugerować wynik, nie była to wcale gra do jednej bramki. Mieszko wypadł lepiej niż w pierwszym spotkaniu. Przegrał honorowo" - przyznawał na łamach "Przeglądu Sportowego" Maciej Polkowski.


Legia Warszawa - Mieszko Gniezno (1989) przez numer10

Jesiennym zmierzchem 22 listopada 1989 roku zakończył się piękny pucharowy sen piłkarzy Mieszka Gniezno. Na swym wspaniałym szlaku rozegrali oni trzynaście spotkań, odnieśli wiele sensacyjnych, efektownych zwycięstw, porażek doznając dopiero w bojach o półfinał Pucharu Polski. Ćwierćfinałowy dwumecz z warszawską Legią był niezapomnianym zetknięciem się ze sobą dwóch futbolowych światów. Jak gigantyczna przepaść dzieliła oba zespoły świadczy choćby fakt, iż wśród podopiecznych Kapery toczących listopadowe boje z Mieszkiem znalazło się aż dziesięciu piłkarzy (Szczęsny, Robakiewicz, Kubicki, Budka, Kruszankin, Kaczmarek, Gmur, Jóźwiak, Terlecki, Kosecki), którzy dostąpili zaszczytu występów w reprezentacji Polski, podczas gdy w gnieźnieńskim zespole nie było ani jednego zawodnika, który zagrałby choć minutę na boiskach naszej ekstraklasy (Robert Cieślewicz, który uciułał łącznie szesnaście występów bez gola, na szczeblu centralnym PP ’89 zagrał dla Mieszka tylko w dwóch pierwszych fazach rozgrywek). Na skutek mieszkowych podbojów sprzed ćwierćwiecza, gnieźnieński futbol przeżył swoje wielkie, niezapomniane chwile, o których wspomnienie będzie jeszcze przez długie lata rozjaśniać serca tamtejszych kibiców. Do czasu, gdy Mieszko znów ruszy w bój, a całe Gniezno zastygnie w niepowtarzalnych, sportowych emocjach.

R.

środa, 16 lipca 2014
Mundial jak kino gatunkowe, które się podoba

Powszechne zadowolenie kibiców z zakończonego właśnie mundialu w Brazylii można rozpatrywać w kategoriach filmoznawczych. Wiadomo bowiem, że najbardziej lubimy te filmy, które kiedyś już widzieliśmy albo przynajmniej tak nam się wydaje. Jeszcze bardziej zaś lubimy, gdy poza sprawdzonymi już kliszami zaoferuje się nam coś dodatkowo.

Chcemy znać konwencję, ale pragniemy także być zaskakiwani.

Chcemy, żeby to największe gwiazdy pokazywały pełnię swoich możliwości, lecz nasze oko złaknione jest również nowych twarzy.

Chcemy widzieć śmiech jednych bohaterów i płacz drugich, choć największych emocji dostarczają nam sceny, w których jest dokładnie odwrotnie.

Chcemy, aby idole udźwignęli ciężar rozdanych im wielkich ról i oczekiwań, choć po cichu się cieszymy, gdy którejś z ikon powinie się noga.

Chcemy podziwiać popisy na głównej scenie, ale nie pogardzimy również brutalnymi zagrywkami w tle i zakulisowymi plotkami.

Chcemy pięknych plenerów, ale kątem oka wypatrujemy, czy przypadkiem jakaś dekoracja się nie sypie.

Nie chcemy nudnych fragmentów, choć czasem przydają się, aby pójść do kuchni nalać sobie piwa do szklanki.

Taki był właśnie mundial w Brazylii. To, co oczekiwane i pożądane, mieszało się z tym, co zaskakujące i oburzające.

Oglądaliśmy masę bramek, ale także festiwal niesamowitych parad bramkarskich. Spodziewane zwycięstwa Niemców wprawiały jednak w zaskoczenie swoim rozmachem. Wielu fanów przeżywało boleśnie niepowodzenia Cristiano Ronaldo, ale równie wielu śmiało się w głos widząc płaczącego Portugalczyka. Zwycięstwa Canarinhos zaraz łączone były z wypaczeniami arbitrów. Rewelacyjny bramki Luisa Suareza szybko ustąpiły miejsca jego hapsnięciu. Zachwyty nad postawą Neuera czy Navasa zestawiane były z tragicznymi wpadkami Casillasa i Akinfiejewa. Dyskusje o asach mundialu prędzej czy później kończyły się rozmową o Fredzie. Wreszcie pozycję największych gwiazd podkopywały, ku uciesze kibiców, młodzi pretendenci do światowej elity - James Rodriguez, De Vrij, Depay czy Rojo.

W Brazylii zaserwowano nam wszystko to, co znamy i lubimy oraz coś bonusowego, zaskakującego, co lubimy jeszcze bardziej. Publika zareagowała więc zadowoleniem.

P.

piątek, 11 lipca 2014
Pomarańczowa duma gardzi brązem

Pomruki niezadowolenia dochodzące z obozu Holendrów związane z koniecznością rozgrywania meczu o trzecie miejsce na mundialu nikogo nie powinny dziwić. Pomarańczowi mierzą zawsze futbolowo w najwyższe cele i odstawienie ich od grupy bijącej się o najwyższe laury traktują jako formę upokorzenia. Trzy lata temu Arjen Robben, wobec kiepskich wyników swojego Bayernu, lamentował w te słowa:

Nie potrafię wyobrazić sobie grania w Lidze Europy. To najgorsza rzecz, jaka może się trafić. Myślę, że lepszym rozwiązaniem jest nawet nie granie nigdzie. Nawet wygranie Ligi Europy nic by dla mnie nie znaczyło.

Choć ja osobiście jestem w stanie sobie wyobrazić kilka wydarzeń gorszych niż występy w Lidze Europy (np. piosenka "Filiżanka" Michała Wiśniewskiego), to cytat ten pięknie ukazuje horyzont aspiracji asa Oranje. Lepiej nie grać nigdzie niż kopać się o drugorzędną stawkę z innymi piłkarskimi nieudacznikami i frustratami.

Zresztą taka postawa w wykonaniu reprezentantów Holandii nie jest żadną nowością. Podobna sytuacja niechęci zaistniała przed starciem o brąz w 1998 roku. Wtedy to po dramatycznym boju z Brazylijczykami ekipie asów Hiddinka kompletnie siadła motywacja. Choć na mecz z Chorwacją wyszła bardzo podobna jedenastka do tej posłanej na Canarinhos, to zaangażowanie Holendrów można było porównać jedynie z leniwym ruchem skrzydeł niderlandzkich wiatraków. Efekt? Porażka i spadek poza podium.

Mając na uwadze deklarowany właśnie przez podopiecznych Van Gaala poziom motywacji do "finału pocieszenia" i zarazem ciśnienie Brazylijczyków, aby zatrzeć tragiczne wrażenie po półfinale, to spodziewałbym się, że to właśnie gospodarze załapią się na krążki z najmniej cennego kruszcu. Holendrzy wolą nie mieć nic, niż jakiś głupi brąz.

P.

piątek, 04 lipca 2014
Teraz oni? Kolumbia u złotego progu

To było dwadzieścia lat temu. Kolumbijscy podopieczni Francisco Maturany, opromienieni blaskiem efektownego i piorunującego nokautu, jaki w przeciągu niespełna trzech tygodni eliminacyjnych zmagań zafundowali wciąż przecież aktualnym wówczas wicemistrzom świata z Argentyny, rozbijając ich w dwumeczu łącznie aż 7:1, jechali na amerykański World Cup '94, jako jedni z cichych faworytów turnieju. Pokolenie piłkarzy, które podczas Copa America '87 po raz pierwszy w swej nielichej krasie objawiło się piłkarskiemu światu miało teraz go podbić na dobre. Valderrama, Rincon, Alvarez, Asprilla i spółka, grający tak, jak we wrześniu 1993 roku na murawie w Buenos Aires, gdy argentyńscy rywale byli kompletnie bezbronni, mogąc jedynie podziwiać ich kunszt, mieli teraz sięgnąć po najwyższe laury. Skończyło się jednak wielkim rozczarowaniem, którego pokłosiem były potem nawet ludzkie tragedie. Dziś Kolumbia znów jednak wraca do gry. Znów jest wielka, ba, zapewne nigdy nie była większa niż teraz. I być może już nigdy nie będzie miała tak wielkiej szansy jak właśnie tu i teraz na brazylijskiej ziemi, by podbić futbolowy świat. Jestem głęboko przekonany, że dzisiejszego wieczoru, na Arena Castelao w Fortalezie, poznamy zespół, który za dziewięć dni będzie radował się tytułem mistrza świata. Czy będzie to Kolumbia?

Swe pierwsze mundialowe kroki Kolumbijczycy stawiali podczas mistrzostw rozgrywanych na własnym kontynencie. Na turnieju w Chile, udało im się uciułać zaledwie jeden punkcik, choć uczynili to w sposób nad wyraz efektowny, kiedy to w spotkaniu z ZSRR w dwadzieścia minut z beznadziejnego 1:4 wyciągnęli końcowy rezultat na 4:4. Warto zwrócić uwagę, iż trafienie Marcosa Colla uzyskane bezpośrednio z rzutu rożnego to istny ewenement w całych dziejach mundialowych zmagań.

Następny istotny sukces kolumbijskiego futbolu przyszedł w 1975 roku, kiedy to piłkarze z tego kraju wywalczyli srebro podczas turnieju Copa America, ulegając w finałowym trójmeczu reprezentantom Peru. Ernesto Diaz został współkrólem strzelców tej imprezy, dzięki czemu był bodaj pierwszym kolumbijskim graczem wytransferowanym do Europy, konkretnie do belgijskiego Standardu Liege.

Dwanaście lat później piłkarze z kraju upamiętniającego swą nazwą postać Krzysztofa Kolumba znów przygarnęli medal na mistrzostwach Ameryki Południowej. Sukces był o tyle cenniejszy, że nie jednorazowy. Francisco Maturanie udało się bowiem zebrać grupę naprawdę niezłych piłkarzy i na ponad dekadę wejść do najściślejszej futbolowej elity na własnym kontynencie. Latem 1987 roku podczas turnieju w Chile, Kolumbia naprawdę pokazała się jako zespół z polotem, o fantastycznym potencjale. W grupowych rozgrywkach aż 3:0 rozbiła Paragwaj - uczestnika niedawnego meksykańskiego mundialu. Walkę o wielki finał Kolumbijczycy przegrali co prawda w dogrywce, po zaciętym boju z gospodarzami imprezy, lecz w meczu o trzecie miejsce na tle aktualnych wówczas mistrzów świata, z Maradoną na czele, zaprezentowali się wyśmienicie i zasłużenie triumfowali. Królem strzelców, głównie dzięki hat-trickowi ustrzelonemu przeciwko Paragwajowi, został Arnoldo Iguaran. Futbolowy świat zachwycił się tym znakomitym zespołem, w którym prym wiedli czupryniaści, lecz zarazem finezyjni piłkarze: Rene Higuita i Carlos Valderrama. Obaj czarowali swą grą i już wtedy byli jednymi z najlepszych zawodników na swych pozycjach na przestrzeni całego globu. Pozostaje tylko żałować, że tym piłkarzom z przyczyn ogólnie rzecz ujmując organizacyjnych, nie dane było kilkanaście miesięcy wcześniej, wystąpić na mundialu 1986, którego gospodarzem pierwotnie miała być właśnie Kolumbia.

Gdy w październiku 1989 roku podczas międzykontynentalnego barażowego dwumeczu z Izraelem podopieczni Maturany zapewnili sobie mundialowe przepustki na Italia '90, cała Kolumbia niemal oszalała ze szczęścia. Co ciekawe, piłkarz, który zdobył jedyną, złotą bramkę, na wagę wymarzonego awansu, późniejszy zawodnik m.in. Malagi czy Independiente, zapowiadający się na rewelacyjnego gracza, Albeiro Usuriaga, ostatecznie z przyczyn pozasportowych na mistrzostwa do Włoch nie pojechał. Jedyną wielką imprezą, jaką zaliczył była Copa America '91, choć skala posiadanego talentu predysponowała go do znacznie większych rzeczy. Jednak bramki uzyskanej w Bogocie przeciwko Izraelowi, Kolumbia już nigdy mu nie zapomni.

Na kilkanaście dni przed tym, gdy podczas włoskiego mundialu kolumbijski zespół miał wreszcie okazję, by zaprezentować całemu światu własne, ciekawe oblicze, zawitał do Poznania, by tu zmierzyć się w towarzyskim meczu z Lechem. Kolejorz absolutnie nie ustępował pola rywalom, Juskowiak pokonał Higuitę, Skrzypczak nie dał się przyćmić Valderramie i spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Remis ten nabrał w oczach poznańskich kibiców znaczenia, gdy kilka tygodni później, ten sam kolumbijski zespół, uzyskał identyczny rezultat przeciwko podopiecznym Franza Beckenbauera i jako jedyny, obok Anglii, na włoskim mundialu nie dał się pokonać przyszłym, niemieckim mistrzom świata.

Jak całkiem niedawno przy okazji wspominania Il Mondiale Italia '90, pisaliśmy na blogu: "Kolumbijczycy niewątpliwie dodawali włoskim mistrzostwom swoistego kolorytu. Wprowadzali pewien powiew świeżości. Ekscentryczny Higuita, groźny Alvarez, bajeczny technicznie Valderrama przebojem wdarli się do kanonu herosów podczas podwórkowych rozgrywek męskiej gawiedzi młodszej. Ten boiskowy, kolumbijski kartel długowłosych facetów z wąsem naprawdę potrafił grać w piłkę". Na dzień dobry chłopcy Maturany, po golach Redina i Valderramy, planowo pokonali ZEA 2:0. Potem przegrali mecz z Jugosławią 0:1 i o ich ewentualnym awansie z grupy miało decydować starcie z rozpędzonym niemieckim czołgiem Beckenbauera. 19 czerwca 1990 roku na mediolańskim San Siro bardzo długo wydawało się, że Kolumbijczykom uda się dopiąć swego i dowieźć bezbramkowy remis. Na półtorej minuty przed końcem spotkania popsuć im święto postanowił Littbarski. Zaczynała już płynąć trzecia minuta doliczonego czasu gry, gdy wywalczoną przez Alvareza przed własnym polem karnym piłkę, otrzymał na środku boiska Carlos Valderrama. Genialny 'El Pibe' rzucił na wolne pole do Rincona jedno z tych swoich cudownych zagrań, a ten ostatni posyłając futbolówkę do bramki między nogami Illgnera, wprawił całą Kolumbię w stan nieokiełznanej euforii. To były naprawdę wzruszające, niezapomniane chwile.

Kolumbijczycy mogli na tym mundialu naprawdę ugrać więcej niż tylko 1/8 finału. Na tym, że tak się nie stało zaważył oczywiście w głównej mierze słynny błąd Higuity w dogrywce spotkania z Kamerunem, bezlitośnie wykorzystany przez Rogera Millę. A jednak podopieczni Maturany i tak zaprezentowali się we Włoszech z jak najlepszej strony. Nazwiska kolumbijskich piłkarzy błyskawicznie nabierały na znaczeniu w futbolowym światku.

Na trzech kolejnych turniejach Copa America w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych reprezentacja Kolumbii wchodziła teraz do finałowej czwórki, dwukrotnie (1993 i 95) wracając z brązowymi medalami zawieszonymi na szyi. W eliminacyjnych zmaganiach o przepustki na World Cup '94 Kolumbijczycy rozbili w pył Argentynę. 5 września 1993 roku na murawie w Buenos Aires tradycyjnie już, swoim zwyczajem, każdą kolejną efektowną akcję własnej drużyny ostemplowywał swym geniuszem Valderrama, a Rincon, Asprilla i Valencia kolejno uciszali argentyński stadion, fundując gospodarzom ciężki nokaut w zatrważających rozmiarach 5:0!!! To była istna afirmacja kolumbijskiej, futbolowej mocy.

Nic dziwnego, że po tak grającej Kolumbii dość powszechnie spodziewano się wszystkiego, co najlepsze oraz zaspokojenia apetytu na najcenniejsze z mundialowych kruszców. W Stanach Zjednoczonych marzenia chłopców Maturany dość szybko rozwiał jednak swym fenomenalnym strzałem Gheorghe Hagi (inna sprawa, że gdyby w bramce miast Cordoby stał wówczas Higuita, zrobiłby z pewnością wszystko, by wybronić to choćby skorpionem). Rumuni dość nieoczekiwanie wypunktowali piłkarzy z Ameryki Południowej, zasłużenie wygrywając 3:1 i jak się później okazało, to właśnie Hagi, Raducioiu, Dumitrescu i spółka, sprzątnęli sprzed nosa Valderramie i jego kolegom rolę rewelacji turnieju. Kolumbijczycy po rumuńskim laniu grali już teraz o życie i jak się później okazało, należało to traktować jak najbardziej dosłownie. Przegrali jednak z gospodarzami turnieju 1:2 (znów honorowe trafienie Adolfo Valencii) i na dobrą sprawę na tym mistrzostwa dla nich się skończyły. Wygrali jeszcze pożegnalny mecz ze Szwajcarią 2:0 i mogli wracać do domu. A w domu huczało. Apetyty kolumbijskich kibiców zostały zbyt wyostrzone po eliminacyjnym koncercie, by teraz móc łatwo przełknąć tak wielkie rozczarowanie. Śmierć kolumbijskiego obrońcy Andresa Escobara już na zawsze położy się tragicznym cieniem na tym wszystkim, co związane jest z World Cup '94, ukazując, że futbol potrafi poruszać również te najmroczniejsze struny w zakamarkach ludzkiej duszy.

Cztery lata później, na trenerskiej ławce kolumbijskiej reprezentacji nie siedział już Francisco Maturana (choć powróci jeszcze na to stanowisko, które łącznie obejmował aż czterokrotnie), lecz Hernan Dario Gomez, a w tamtejszym futbolu bezlitośnie nadciągał nieuchronny zmierzch pewnej wspaniałej epoki. Na otwarcie francuskiego mundialu znów była porażka z Rumunią (0:1), potem jeszcze wymęczone w końcówce zwycięstwo z Tunezją (1:0, gol Preciado) oraz porażka w meczu o wszystko z Anglikami 0:2. Valderrama i Rincon, obaj zaliczający swój trzeci mundial z rzędu, powoli gasili za sobą światło. Ich piękna, opromieniona sukcesami epoka, która rozsławiła futbolową Kolumbię na cały świat powoli odchodziła do przeszłości. Przyszedł czas, by zrobić miejsce nowemu. To nowe oczywiście rodziło się w bólach. Piłkarze tacy, jak Valderrama nie rodzą się bowiem codziennie. I jak przedtem Kolumbijczycy zaliczyli trzy mundiale z rzędu, tak teraz przyszło im aż trzy kolejne takie turnieje (2002-2010) oglądać wyłącznie w roli telewidzów. Choć oczywiście nie wolno zapominać, że 29 lipca 2001 roku na stadionie w Bogocie, po golu Ivana Cordoby w finałowym meczu przeciwko Meksykowi, podczas rozgrywanego na własnym terenie turnieju Copa America, podopiecznym Maturany udało się odnieść sukces i zdobyć upragnione złoto.

Królem strzelców tamtej imprezy został Aristizabal, a jednym z filarów kolumbijskiej defensywy był już wówczas Mario Alberto Yepes, kapitan zespołu, który kroczy dziś od zwycięstwa do zwycięstwa podczas brazylijskiego mundialu.

Porównywanie dzisiejszej reprezentacji Pekermana z drużyną Maturany z przełomu lat 80. i 90., czy obu ikon tych zespołów: Carlosa Valderramy i Jamesa Rodrigueza, to oczywiście fascynujący proces, pytanie tylko czy wielce sensowny. Jedno jest pewne. Tamtym piłkarzom podbić Starego Kontynentu się nie udało. Tak znakomici gracze, jak Valderrama, Higuita, Rincon czy Alvarez, predysponowani do tego, by biegać po boisku w koszulkach największych klubowych zespołów świata, przywdziewali w Europie barwy drużyn pokroju Realu Valladolid czy Montpellier - z całym szacunkiem dla tych ekip. Rincon, owszem grywał dla Napoli, zaliczył też nawet kilkanaście występów w madryckim Realu, lecz furory absolutnie nie zrobił. Strzelec dwóch mundialowych goli podczas Italia '90, Bernardo Redin, mógł liczyć jedynie na egzotyczny wówczas transfer do bułgarskiego CSKA Sofia. Nieco lepiej wiodło się może Asprilli czy Valencii, ale to było już nieco młodsze pokolenie kolumbijskich graczy. Dziś James Rodriguez, Jackson Martinez i spółka, by o nie grającym na mundialu Radamelu Falcao nie wspominać, znaczą na europejskim rynku naprawdę sporo, co niewątpliwie może być ich wielkim atutem podczas imprezy rangi brazylijskiego mundialu.

Pewnym jest natomiast, że Kolumbijczykom jak dotąd nigdy nie udało się pokonać Canarinhos na ich terenie. Choć warto zaznaczyć, że dominacja Brazylii w tym względzie uległa dość wyraźnemu przytępieniu, a ich wzajemne zmagania rozgrywane na terenie Kraju Kawy, oscylują w ostatnich latach zdecydowanie wokół remisu. Tak było choćby podczas eliminacyjnych meczów do mistrzostw świata: w 2008 roku w Rio de Janeiro i w 2004 roku w Maceio padły bezbramkowe remisy. Podobny rezultat oba zespoły osiągnęły też, niemal dokładnie 25 lat temu, na stadionie Fonte Nova w Salvadorze, podczas turnieju Copa America, którego gospodarzem byli Canarinhos. Również ostatnie towarzyskie starcie obu ekip, 14 listopada 2012 roku w Nowym Jorku zakończyło się wynikiem 1:1. Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę całość dziejów futbolowych zmagań reprezentacji Brazylii i Kolumbii, gospodarze bieżącego mundialu biją rywali na głowę. Dwukrotnie jednak musieli uznać wyższość piłkarzy z kraju rozsławiającego pamięć Krzysztofa Kolumba. Najpierw 15 maja 1985 roku zostali towarzysko ograni w Bogocie przez gospodarzy 1:0, a 13 lipca 1991 roku w chilijskim Vina Del Mar, podczas rozgrywek grupowych Copa America, udało się Kolumbijczykom po raz jedyny jak dotąd ograć Canarinhos w ważnym mistrzowskim turnieju.

Kroczący na brazylijskim mundialu od zwycięstwa do zwycięstwa Kolumbijczycy stoją dziś u progu gigantycznej szansy na sukces. Świadomi tego, że stać ich na wiele, że stać ich na wszystko. Pekerman, Rodriguez i Ospina są co najmniej godnymi następcami Maturany, Valderramy i Higuity. Czy uda im się jednak wywalczyć upragnione mistrzostwo świata, które przed dwiema dekadami okazało się być dla piłkarskiej Kolumbii jedynie pięknym, niespełnionym marzeniem? Jestem przekonany, że dziś późnym wieczorem w Fortalezie poznamy zespół przyszłych mistrzów świata. Czy będą nim jednak Kolumbijczycy? Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się wskazywać, że tak. Nie ukrywam, że chciałbym znów posłuchać kolumbijskiego komentatora wykrzykującego do utraty tchu, łamiącym się ze wzruszenia głosem, jak po golu Rincona: "Viva Colombia!". Wierzę, że w futbolowym świecie nadchodzi właśnie czas Kolumbii. Oto stoi u drzwi i kołacze.

 

PS. Marzy mi się finał Kolumbia-Kostaryka. Choć rozum podpowiada, że to Holendrzy przytulą srebro.

PS 2. Kolumbia kojarzy nam się w ogromnej mierze z krajem brudnych interesów, karteli, mafijnych porachunków, uprowadzeń i zabójstw. Na szczęście jest też i inna, jaśniejsza strona tego kraju.

R.