Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 30 sierpnia 2009
Udało się! Chłopcy od Cupiała wreszcie w Lidze Mistrzów!...

Od wielu już lat przyglądam się zjawisku „szturmowania” przez polskie drużyny klubowe bram upragnionego piłkarskiego raju, co się hucznie zowie Ligą Mistrzów. Przyglądam się z zażenowaniem. Trudniej bowiem nawet niż od natrętnej muchy opędzić się od dojmującego wrażenia, że kolejni Mistrzowie Polski ostatniej dekady robią dosłownie wszystko, by owych, wymarzonych ponoć, progów do europejskiej futbolowej elity po prostu nigdy nie przekroczyć. Celuje w tym krakowska Wisła zarządzana przez pana Bogusława Cupiała, choć powiedzmy też uczciwie, iż celuje głównie dlatego, że to jej właśnie, z racji wywalczania prymatu na krajowych boiskach, dane było w ostatnich latach najczęściej potykać się w eliminacjach do Champions League.

O ile u zarania obecnej dekady wydawało się, że ludzie u sterów Białej Gwiazdy, z Bogusławem Cupiałem na czele rzeczywiście realizują szczytną misję stopniowego budowania w Polsce drużyny, która zaistnieje na europejskich boiskach, o tyle dość szybko okazało się, że nic takiego niestety nie ma miejsca. Będę się upierał przy powtarzanej wielokrotnie tezie, że przełomowym momentem było lato roku 2003. Trudno mieć przecież jakiekolwiek pretensje do zespołu Białej Gwiazdy za to, że w roku 2001 nie sprostała legendarnej FC Barcelonie. Przeciwnie – chłopcy Franciszka Smudy meczem pod Wawelem, choć przegranym 3:4, sprawili że byłem dumny z faktu, iż polska drużyna klubowa potrafi tak pięknie i odważnie zagrać przeciwko rywalowi z najwyższej półki. Ale przecież w sezonie 2002/2003 powstała w Krakowie naprawdę ciekawa, świetna, jak na nasze warunki, drużyna. Piłkarze dowodzeni przez Henryka Kasperczaka jak burza przechodzili kolejne zapory w Pucharze UEFA. Parma i Schalke zostały w pokonanym polu, a w meczach z Lazio zabrakło po prostu odrobiny szczęścia (choć spotkaniu na Stadio Olimpico krakowianie zagrali niemal koncertowo – zdecydowanie dominując przez całe zawody na placu).


Ówczesna Wisła to był zespół naprawdę ogromnie mocny. Wystarczyło go jeszcze wzmocnić dwoma-trzema zawodnikami i bez obaw stawać do rywalizacji o Ligę Mistrzów. Tym bardziej, że los okazał się stosunkowo łaskawy i miast europejskich potęg przydzielił krakowianom brukselski Anderlecht. Wtedy to jednak pod Wawelem zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Zamiast wzmacniać zespół (co obiecywał Cupiał wszem i wobec) pozwolono odejść z klubu dwóm czołowym postaciom – Kamilowi Kosowskiemu i Marcinowi Kuźbie. Szczególnie brak tego pierwszego okazał się być niepowetowaną stratą. Gdy w klubie nie było już obu reprezentantów Polski transfer (i to nie byle jaki, bo do Ajaxu) zamarzył się również Nigeryjczykowi Kalu Uche, który wobec odmowy ze strony klubu, sam również odmówił dalszej gry dla Białej Gwiazdy. W kilka tygodni udało się więc rozwalić coś, co budowano w mozole przez wiele czasu. Skończyło się na tym, że Wiślacy szturmowali Ligę Mistrzów Piekutowskim, Paszulewiczem, Nawotczyńskim, Brasilią i Ouadją. Efekt był tyleż żałosny co przewidywalny. Po dwóch przygnębiających meczach Wiślacy zostali odprawieni przez Belgów z kwitkiem (0:1, 1:3). Przezabawnie brzmiały słowa właściciela klubu Bogusława Cupiała wypowiedziane po rewanżowym meczu w Krakowie: "Jestem zaniepokojony tym, co dzieje się z drużyną. Przecież Anderlecht to nie jest jakiś świetny zespół" – mędrkował szef Telefoniki.


I znowuż – trudno mieć żal o to, że w następnym sezonie Wiślacy odpadli w rywalizacji z galaktycznym Realem Madryt. Trudno nawet mieć pretensje o odpadnięcie po kolejnym roku ze znacznie słabszym (nie tylko od Realu, lecz również od Anderlechtu z 2003 roku) zespołem Panathinaikosu Ateny (choć i tu oczywiście w ramach tradycyjnego już „wyścigu zbrojeń” przed eliminacjami do LM sprzedano najlepszego piłkarza – Macieja Żurawskiego). Trudno też grymasić na zeszłoroczne planowe odpadnięcie po bojach z Barceloną. Ale jeszcze trudniej ogarnąć rozumem i racjonalnie wytłumaczyć sposób w jaki Wisła zbojkotowała tegoroczną, niespotykaną nigdy dotychczas (nawet Legia i Widzew gdy awansowały do Champions League nie miały łatwiejszej drogi) i być może niepowtarzalną szansę przedarcia się do Ligi Mistrzów. Po reformach w strukturze rozgrywek wystarczyło pokonać Levadię Tallin, węgierski Debrecen i Lewskiego Sofia, by bramy piłkarskiego raju stanęły otworem! I gdy ta szansa się pojawia rządcy Białej Gwiazdy nie robią dosłownie nic, by dopomóc szczęściu. Nie wzmacniają zespołu (Słoweniec Kirm nie jest piłkarzem zdecydowanie lepszym od Zieńczuka, ani też Jop od Baszczyńskiego). Testują kilkunastu bramkarzy (w tym naprawdę świetnego, drugiego bramkarza reprezentacji Bośni Adisa Nurkovica, który okazał się „za drogi”; można zapytać czy wobec braku awansu do LM rzeczywiście opłaciły się te „oszczędności”) by ostatecznie postawić na Mariusza Pawełka, który swoimi „interwencjami” w obu meczach podaje Estończykom awans jak na tacy. Włodarze klubu tak bardzo „chcą” dostać się do piłkarskiej elity, że w tym amoku uniesienia zapominają o tym, że drużynę buduje się od tyłu. Nie jest oczywiście winą Wiślaków, że zostali tegorocznymi Mistrzami Polski. I trudno nie zgodzić się z Leo Beenhakkerem, który mówił, że to nie Wisła mistrzostwo wygrała, lecz Lech Poznań je przegrał. Winą Wiślaków jest jednak to, że po bojach z Levadią pozostawili po sobie wrażenie, jakby w europejskich rozgrywkach grali po prostu za karę.


Owszem piłkarze i trenerzy Wisły będą obecni w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. I to ci sami, którzy niegdyś bezskutecznie usiłowali wywalczyć owe upragnione przepustki przywdziewając trykoty z Białą Gwiazdą na piersi. Teraz to już jednak eks-wiślacy. Weszli do Ligi Mistrzów całkiem sporą ekipą. Dokonali tego jednak tylko i wyłącznie dlatego, że dziś z okrętem dowodzonym przez Cupiała nie mają już nic wspólnego. Gdy Kamil Kosowski przechodził do Apoelu Nikozja wielu pukało się w czoło. Jednak to właśnie dzięki temu były (choć kto wie, czy w tym przypadku określenie „były” jest definitywnym) reprezentant Polski razem z Brazylijczykiem Jeanem Paulistą (choć ten raczej murawy nie powącha) może szykować się do bojów w Champions League.

Do tegorocznej Ligi Mistrzów, ze swoim węgierskim Debreczynem, trafił nawet Nigeryjczyk Dudu, który jeszcze w zeszłym sezonie solidnie wygrzewał wiślacką ławkę rezerwowych,

 

(Dudu w barwach Wisły i obecnego pracowdawcy)

zaś inny piłkarz mistrza Węgier występujący w narodowej reprezentacji Madziarów – Brazylijczyk Leandro będzie miał szansę zabłyśnięcia w Champions League właśnie dlatego, że krakowski klub (ze szkodą dla siebie – nie dla samego piłkarza) zrezygnował z zatrudnienia tego niezwykle wartościowego gracza. Zobaczymy tam też niechcianego swego czasu pod Wawelem rumuńskiego szkoleniowca Dana Petrescu, który swą, jeszcze do niedawna nikomu nieznaną, Unireę Urziceni (Australijczyk Burns odszedł właśnie z Unirei do rodzimego Perth, więc on akurat nie będzie mógł pomachać Cupiałowi do kamery podczas transmisji meczów Ligi Mistrzów) wprowadził na europejskie salony.

petrescu

Bogusław Cupiał mówił kiedyś, że jego celem jest wprowadzenie Wisły do Ligi Mistrzów , bo gdyby był nastawiony wyłącznie na wygrywanie rodzimych rozgrywek w ogóle by do krakowskiego klubu nie wchodził. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gdy już pojawia się ogromna szansa na przekroczenie upragnionych progów Champions League Cupiał robi wszystko, by tylko ich nie przekroczyć. Tak było w 2003 roku. Tak było kilka tygodni temu. Co z tego, że Wisła znów kroczy w lidze od zwycięstwa do zwycięstwa. Co z tego, że być może niebawem znów będzie się cieszyć z kolejnego tytułu Mistrza Polski (tym bardziej, że Lech, Legia i reszta wydają się nie mieć nic przeciwko temu). Przecież znamy dobrze ten scenariusz i doskonale wiemy, że gdy przyjdzie co do czego właściciel Białej Gwiazdy znów tak „uzbroi” swój zespół na decydujące boje, że klękajcie narody. Nawet Levadia może mieć problemy z przełamaniem krakowskiego naporu.

Dziś, gdy na drodze polskich drużyn do Ligi Mistrzów najprawdopodobniej nie staną już tuzy pokroju Realu czy Barcelony, skończyło się wygodne alibi w postaci utyskiwania na to, że to rozgrywki nie dla nas, że próg za wysoko a nogi za nisko. Przykład dały w połowie lat 90-tych Legia i Widzew, które sprowadzając najlepszych graczy na krajowym rynku zbudowały naprawdę silne zespoły, walczące z powodzeniem na europejskiej arenie. Przykład dał również choćby węgierski zespół z Debreczyna, który to zamiast Wisły potykał się będzie na jesieni w Champions League z takimi firmami jak Liverpool, Fiorentina czy Lyon. Zasadniczy problem bowiem polega na tym, że Bogusław Cupiał jest jak główny bohater „Dnia świra”, który tak bardzo kocha swoje marzenia, że gdy pojawia się realna możliwość ich urzeczywistnienia ucieka przed nią gdzie pieprz rośnie, ile tylko sił w nogach, by marzenia te na zawsze pozostały tylko i wyłącznie pięknymi marzeniami właśnie. Szkoda.

R.

czwartek, 27 sierpnia 2009
W Brugii. Stadion Jana Breydela, sala pamięci, Tomasz Dziubiński, Antoni Szymanowski i...

Krótko, bo kruca bomba, mało casu. Sala pamięci Club Brugge jest naprawdę piękna. Pamiątki sięgają początków powstania klubu, czyli końca XIX wieku. Historię czuć w powietrzu. Tę najnowszą, ze śp. Francois Sterchele - też. Z polskich akcentów: pucharo-wazon z meczu z Wisłą (1978) i zdjęcia składów z Polakami.


O tym, że Tomasz Dziubiński u nich grał (i strzelił pierwszą polską bramkę w Lidze Mistrzów; na foto obok trenera Hugo Broosa), to wiadomo. O tym, że Antoni Szymanowski - też (kolejne foto, środkowy rząd, trzeci z lewej, ciut mniej fajny wąs niż kolega obok). Ale, że był u nich (widocznie krótko, widocznie na testach czy coś) Stanisław Terlecki, to mało kto wie (siedzi pierwszy z lewej).

Lech musi awansować, nie widzę innej możliwości. Ale coś podpowiada, że wieczorem będzie dramat - dogrywka, karne czy gol w końcówce. Liczę na czterech grajków. Hernan, Semir, Maniek i Bombardier-Lewy. Ukarzcie Belgów srogo za sklepowy zakaz sprzedaży piwa w godzinach 23-8 i wczesne zamykanie knajp!

B.

Urugwaj 1999 - dekada minęła i już chyba nic z tego nie będzie cz. II. Carini i Magallanes

Leonel Pilipauskas zabawił w Europie tylko chwilkę (cztery mecze dla Atletico Madryt), ale warto o nim wspomnieć, ponieważ strzelił jedną z piękniejszych bramek jakie ostatnio widziałem.

Antonio Pacheco to legenda Penarolu Montevideo, ale w Europie również mu się nie wiodło. W 2000 roku trafił do Interu Mediolan (zagrał tam jeden mecz), skąd był regularnie wypożyczany (Espanyol, Albacete i Alaves). Rezerwowy bramkarz Alvaro Nunez zaraz po Copie przeniósł się do Hiszpanii, gdzie przez dziewięć sezonów bronił barw Numancii i ostatnio Guadalajary. Fernando Picun przez dwa sezony grał w Feyenoordzie Rotterdam. Wyjątkowo wierny barwom Danubio Montevideo pomocnik Christian Callejas na starość spadł wyjątkowo nisko i występuje w maltańskim Hiberniansie Paola. Bergara, del Campo, Pumar, Gabriel Alvez i Vespa nigdy nie zdecydowali się na przeprowadzkę do Europy.

Zaryzykuję jednak twierdzenie, że żaden z wyżej wymienionych zawodników nie dorównywał talentem dwójce Fabian Carini i Federico Magallanes.

Ten pierwszy rokował na golkipera najwyższej próby. Na Copie 1999 bronił wręcz niesamowicie. Obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi (190 cm), kapitalnym refleksem i kocią wręcz zwinnością bramkarz przyprawiał o wrzody piłkarzy Paragwaju i Chile. Jeśli do tego dodać niezwykłą intuicję przy bronieniu rzutów karnych wychodzi, że już w wieku 20 lat był zawodnikiem kompletnym.

Mimo że w seniorskiej piłce grał na dobrą sprawę dopiero od pół roku (w Danubio Montevideo)! Rok po udanym turnieju postanowił przenieść się do Europy. W kolejce po niego ustawiły się największe kluby tej części globu, ale przetarg wygrał Juventus Turyn. I tak w wieku 21 lat Carini przywdział elegancką bluzę Starej Damy.

Nie dane mu jednak było zagrać w niej w lidze. Po dwóch sezonach siedzenia na ławce został wypożyczony do belgijskiego Standardu Liege. Tam chyba przeżył najlepsze lata swojej klubowej kariery. Grał w każdym meczu, bronił świetnie, ba, zdobył nawet bramkę (pierwsza scena poprzedniego filmiku). Na fali świetnych występów przeniósł się latem 2004 do Interu Mediolan.

Tam jednak przerabiał scenariusz turyński - praktycznie wcale nie grał (4 mecze) i po roku wypożyczono go do Cagliari (gdzie też się nie zagrywał - 8 meczów). Po upływie kolejnych 12 miesięcy wrócił do Mediolanu. Przez cały sezon ani razu nie pojawił się na murawie. Wreszcie latem 2007 został sprzedany do grającego w Primiera Division Realu Murcia.

Zagrał w niej 11 spotkań i wraz z resztą towarzystwa spadł do Segunda Division. W minionym sezonie zagrał raptem dwukrotnie, więc trudno go winić o fatalne wyniki Murcii na zapleczu ligi hiszpańskiej. Faktem natomiast jest, że liczyłem, że Carini zrobi dużo większą karierę. Miał ku temu możliwości, ale jakoś zabrakło racjonalnego podejmowania decyzji. Gdyby zamiast ugniatać ławki silnych klubów (w sumie trzy lata takiego stanu) wolał grać w choć trochę słabszych ekipach może dziś byłby na szczycie. Na osłodę zostaje mu jeszcze reprezentacja Urugwaju. Tu jest niezastąpiony. Rozegrał w niej jak na razie 74 mecze, był na MŚ 2002 (świetny mecz z Francją) i dwóch Copach. W grudniu będzie miał dopiero 30. urodziny - jak na bramkarza wciąż nie jest jeszcze stary.

Trudno natomiast wierzyć w powrót do wielkiej piłki Federico Magallanesa.

Ten długowłosy playmaker dysponował świetnym przeglądem pola i inteligencją w grze. Nie bał się wziąć na siebie ciężaru rozgrywania, gdy ekipie nie szło. Miał dużo pewności siebie, która czyniła z niego naturalnego lidera zespołu. A pamiętać należy, że świetny występ na Copie 1999 zaczął nieszczególnie - od czerwonej kartki w pierwszym meczu z Kolumbią. Pauzował więc w zwycięskiej potyczce z Ekwadorem, a w spotkaniu z Argentyną, grali głównie Albiceleste. Magallanes wypłynął więc przede wszystkim na pucharowych zwarciach z Paragwajem i Chile. Rozdzielał piłki, kontrolował tempo gry, groźnie uderzał na bramkę. W reszcie w obu spotkaniach nie zadrżała mu noga podczas wykonywania decydujących rzutów karnych. W efekcie 23-letni Urus trafił do jedenastki turniej obok takich tuzów jak Ronaldo, Rivaldo czy Roberto Carlos.

Warto podkreślić, że Magallanes podczas paragwajskiego turnieju nie był już postacią anonimową. W lidze urugwajskiej debiutował nie mając jeszcze 18 lat. Już w drugim sezonie swoich występów został prawdziwą gwiazdą Penarolu i całej ligi. W 22 meczach zdobył 7 goli i walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa przez żółto-czarne pasiaki.

Krótko po tym wyczynie zdecydował się przenieść do Europy. Trafił do Atalanty Bergamo. Tam wojował przez dwa sezony, ale cudów nie uczynił (24 m. - 3 gole). Wtedy trochę nieoczekiwanie sięgnął po niego... Real Madryt! Urus w drużynie Królewskich nigdy jednak nie zagrał, więc po roku postanowił przenieść się do Racingu Santander. I tutaj jednak nie grał na miarę swoich możliwości (17 m. - 1 gol, złapał za to aż 5 żółtych kartek). Wtedy na szczęście przyszła Copa i świetne występy. Południowoamerykański klimat spodobał mu się tak bardzo, że postanowił wrócić do ojczyzny. Uprosił kierownictwo Racingu, aby go wypożyczyło do Defensora Montevideo. Tam grał naprawdę wybornie (13 goli w 22 meczach). Na tyle wybornie, że upomniał się po niego klub z Kantabrii. Chcąc nie chcąc Magallanes musiał wracać do Hiszpanii. Tam zabawił jednak tylko sezon (15-3) i po raz pierwszy (bynajmniej nie ostatni) brał udział w spuszczeniu zespołu do drugiej ligi. W konsekwencji przeniósł się do słonecznej Italii. W barwach Venezii miał wreszcie zacząć grać na wysokim poziomie.

I faktycznie radził sobie całkiem nieźle (23 - 5), choć nie na tyle dobrze, żeby uratować Wenecjan przed spadkiem do Serie B. Rozochocony dobrą grą Federico przeniósł się więc do Torino FC.

Tam jednak kopał już nieco mniej (18-1) i... znowu przeżył gorycz spadku do Serie B. Przeniósł się więc do Sevilli CF, ale tam praktycznie nie powąchał piłki (5-1). Wkrótce znalazł przystanek w drugiej drużynie Albacete. Był rok 2004 i właśnie wtedy długowłosy Urus praktycznie zakończył poważną grę w piłkę. W pierwszym odruchu chciał zakończyć ją w ogóle. Zniechęcony ciągłymi problemami zdrowotnymi i częstymi zmianiami otoczenia postanowił zawiesić buty na kołku. Całą drugą połowę 2005 roku odpoczywał. W lutym 2006 dał się skusić SD Eibar. Zagrał tam jedną rundę, po czym znowu wziął się za odpoczynek. Na początku 2007 roku nieoczekiwanie trafił do francuskiego drugoligowca Dijon FCO.

Jednak po nieudanym pobycie w kraju bagietek postanowił definitywnie zakończyć karierę. Tym większe było zdziwienie, gdy po półtora roku obijania się postanowił jeszcze raz założyć piłkarskie buty i poczuć zapach murawy. Wybór padł na grający w Tercera Division zespół Merida UD.

I choć 33-letni Magallanes wygląda obecnie jakby pracował w fabryce pączków, to fajnie, że jeszcze postanowił pokopać. Do wielkiego futbolu jednak już na pewno nie wróci.

Śmiało można także powiedzieć, że, poza Copą 1999, urugwajski playmaker jest również graczem niespełnionym reprezentacyjnie. Po świetnym turnieju wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie La Celestes, ale pewnym punktem drużyny był tylko przez dwa lata. Na MŚ 2002 był już tylko rezerwowym (zagrał końcówki spotkań z Danią i Francją). Po nieudanym Mundialu zakończył reprezentacyjną karierę. W sumie w błękitnej koszulce rozegrał 26 spotkań i strzelił 6 goli.

Trudno jednoznacznie osądzić, co spowodowało, że srebrnym wychowankom Puy nie powiodło się na europejskich boiskach. Może jak to czasem się zdarza, turniej to był wyskok, a potem sytuacja wróciła do normy? Siłą drużyny Urugwaju był monolit a nie poszczególne indywidua, ale jednak tak gramialne fiasko  karier utalentowanych przecież zawodników musi zastanawiać. Na pewno w kilku przypadkach zaszkodził zbyt duży przeskok, przenosiny od razu do bardzo silnego klubu. Gdzie indziej zabrakło talentu i zwykłej ciężkiej pracy. Paradoksalnie najbardziej zaistnieli wyrobnicy, zawodnicy ciężko harujący a niekoniecznie bajecznie zdolni - np. Pablo Garcia, Romero czy Diego Lopez. O niewykorzystania potencjału przez tych chłopaków może świadczyć fakt, że na odbywające się trzy lata później MŚ 2002 w Korei i Japonii pojechało sześciu członków srebrnej ekipy (Carini, Pablo Garcia, Guigou, Lembo, Magallanes, Romero), na Copa America 2004 żaden (!), a na ostatni ten turniej (2007) dwóch (Carini, Pablo Garcia). Stracone pokolenie? Skąd my to znamy.

P.

wtorek, 25 sierpnia 2009
Urugwaj 1999 - dekada minęła i już chyba nic z tego nie będzie cz. I

Kiedy Federico Magallanes pokonał w ostatniej serii rzutów karnych paragwajskiego bramkarza Ricardo Tavarellego, 43-tysięczna publiczność zgromadzona na stadionie w Asuncion zalała się łzami. Oznaczało to bowiem, że Paragwaj - gospodarz turnieju Copa America 1999 - żegna się z rozgrywkami już w ćwierćfinale. Żegna się po świetnej grze w grupie (remis 0-0 z Boliwią i zwycięstwa 4-0 z Japonią i 1-0 z Peru). Żegna się, co warto podkreślić, po porażce z Urugwajem - ekipą, która do fazy pucharowej dostała się psim swędem (porażki 0-1 z Kolumbią i 0-2 z Argentyną i zwycięstwo 2-1 z Ekwadorem).

Do czasu ćwierćfinałowego spotkania mało kto dopatrywał się w La Celeste drużyny, która może coś ugrać na Copie. Złożona z głównie z młodzieżowców kadra trenera Victora Puy (głównie gracze z reprezentacji U-20, która na mistrzostwach świata w Malezji w 1997 zdobyli srebrny medal) miała przede wszystkim nabrać doświadczenia w dużej imprezie. Było to widać w pierwszych meczach turnieju - Urusi grali walecznie, ale głównie ograniczali się do obrony. Dlatego pokonanie Paragwaju przyjęte zostało z dużym niedowierzaniem i przypisane przede wszystkim skuteczności w wykonywaniu rzutów karnych (wszystkie próby zamienione zostały na gole). Gdy jednak w półfinale Urugwaj odprawił w identyczny sposób Chile (w meczu 1-1 i zwycięstwo w karnych 5-3, znów wszystkie jedenastki skuteczne, znów Magallanes trafił jako ostatni), cała Ameryka Południowa zrozumiała, że ma do czynienia z niebanalną ekipą. I choć finałowa potyczka z Brazylią nie pozostawiła młodym Urusom złudzeń (Canarinhos wygrali 3-0), to kibice piłki w Europie liczyli, że właśnie chłopaki Puy będą transfuzją świeżej krwi na Stary Kontynent.

Dzisiaj z perspektywy mijającej właśnie dekady wiemy, że tak się nie stało. Oto kadra na Copa America 1999:

1 Héctor Fabián Carini Urugwaj Danubio Montevideo
2 Luis Diego López Włochy Cagliari
3 Fernando Picún Urugwaj Defensor Montevideo
4 Leonel Pilipauskas Urugwaj Bella Vista Montevideo
5 Andrés Fleurquin Urugwaj Defensor Montevideo
6 Gianni Guigou Urugwaj Nacional Montevideo
7 Walter Fabián Coelho Urugwaj Nacional Montevideo
8 Líber Ernesto Vespa Argentyna Rosario Central
9 Marcelo Zalayeta Włochy Empoli
10 Federico Magallanes Hiszpania Racing Santander
11 Jorge Gabriel Alvez Urugwaj Nacional Montevideo
12 Alvaro Adrián Núñez Urugwaj Rentistas Montevideo
13 Inti Podestá Urugwaj Danubio Montevideo
14 Daniel Lembo Urugwaj Bella Vista Montevideo
15 Fabián Diego Pumar Urugwaj Bella Vista Montevideo
16 Clever Marcelo Romero Urugwaj Peñarol Montevideo
17 Martín Del Campo Urugwaj Nacional Montevideo
18 Pablo Gabriel García Hiszpania Atlético Madryt
19 Diego Martín Alonso Urugwaj Bella Vista Montevideo
20 Christian Callejas Urugwaj Danubio Montevideo
21 Antonio Pacheco Urugwaj Peñarol Montevideo
22 Raúl Bergara Urugwaj Nacional Montevideo

(kursywą zawodnicy, którzy na paragwajskim turnieju nie zagrali ani minuty)

Z całego tego towarzystwa w Europie zaistniała raptem garstka zawodników. Najczęściej na piłkarskich salonach gościł Marcelo Zalayeta.

Jeszcze przed Copą 1999 był zawodnikiem Juventusu Turyn. Grywał tam jednak głównie ogony (w tym wypożyczenie do Empoli), więc po "srebrnej imprezie" trafił do Sevilli. Tam zabawił przez dwa sezony, ale również szło mu dość średnio (dziesięć trafień), więc wrócił do Turynu. Tam też bazował przez sześć lat (zdobył z nim trzy mistrzostwa Włoch, z przerwą na roczny pobyt w Perugii), pokazując się głównie w końcówkach. Często jednak końcówki te okazywały się kluczowe dla losów meczu. Tak było w rozgrywkach Champions League, gdzie dogrywkowe trafienia barczystego Urusa w meczach z Barceloną i Realem dawały Starej Damie awans do dalszych rozgrywek.

Ostatnie dwa sezony Zalayeta spędził w Napoli. Obecnie gra w Bologni. Choć nie jest typową maszynką do zdobywania goli, trzeba przyznać, że ma umiejętność trafiania w kluczowych momentach meczu. No i robi to zwykle efektownie - np. tak, tak, tak, tak albo tak. Pablo Garcia zwany także Zabójcą

miał być wraz z Carlosem Diogo lekarstwem na bolączki galaktycznego Realu. Na etykietkę boiskowego bandyty (choć czasem potrafił błysnąć) solennie sobie zapracował grą w Osasunie (przedtem Atletico Madryt B, Venezia a nawet pięć meczów w AC Milan). Terminator miał - przynajmniej w teorii - przetrącać przeciwnikom kulasy, tak, aby reszta madryckich artystów nie musiała sobie brudzić koszulek. Plan okazał sie jednak mało skuteczny i po roku królewskiego życia futbolista z Urugwaju przeniósł się do Celty Vigo a później do Murcii. Swoje zbójeckie powołanie aktualnie realizuje w PAOK-u Saloniki (w taki, taki, taki czy taki sposób). Diego Alonso był przez moment jednym z ciekawszych napastników w lidze hiszpańskiej.

Po nieudanym pobycie w Valencii (2 gole w 20 meczach) przeniósł się do Atletico Madryt. Wtedy też eksplodował - w sezonie 2001/ 2002 zdobył w lidze 23 bramki w 38 spotkaniach. Wyczyn ten okazał się jednak jednorazowym wyskokiem - w Racingu Santander, Maladze i Murcii trafiał już zdecydowanie rzadziej. Brylował za to w Meksyku i Chinach. Marcelo Romero przez pięć lat występował w Maladze, zapracowując tam sobie na opinie bardzo solidnego zawodnika. Problemy z minięciem go mieli zarówno Zidane jak i Figo.

Diego Lopez przez dwa lata występował w Racingu Santander. Jeszcze jednak przed Copą 1999 przeniósł się do Calgiari Calcio. Tam z czasem wywalczył sobie miejsce w drużynie, z czasem stając się prawdziwym symbolem klubu. Dość powiedzieć, że występuje w nim nieprzerwanie już dwunasty sezon! Kapitan srebrnej drużyny Daniel Lembo przez cztery sezony grał w Betisie Sewilla, ale w zasadzie tylko pierwszy rok może uznać za udany.

Ostatnio występował w Arisie Saloniki (razem z Piotrem Włodarczykiem). Natomiast Gianni Guigou


po dobrych występach w Romie (trzy sezony), zaliczył rok w Sienie, rok we Fiorentinie a obecnie już piąty sezon reprezentuje barwy FC Treviso. Rezerwowy Inti Podesta przez pięć lat występował w Sevilli, ale było to jeszcze przed ostatnimi sukcesami klubu z Andaluzji. Walter Coelho przez dwa sezony wojował w Elche CF, ale tylko w Segunda Division. Anders Fleurquin podróżował trochę po Europie. Grał w Sturmie Graz (trz sezony), Galatasaray Stambuł (sezon), Stade Rennais (sezon) aż w końcu trafił do Hiszpanii (sezon w Cordobie i sześć w Cadiz).

P.

czwartek, 20 sierpnia 2009
Kto uczył Frankowskiego podcinek, czyli Francja-elegancja

Tomasza Frankowskiego tak strasznie lubię, że na pewno kiedyś stanie tu o nim elaborat. Dziś jednak, kilka dni po jego urodzinach, tylko o jego pobycie we Francji, czyli jak sobie radził i kogo podpatrywał w Racing Club Strasbourg [na podstawie: Gazeta Wyborcza 27/10/1994 ; ''Franek łowca bramek'' ; strona RCS]

Wyjeżdżał z kraju w wieku 19 lat.

- W marcu 1992 roku z reprezentacją juniorów do lat 18 prowadzoną przez Jana Pieszkę rozegraliśmy towarzyski mecz z Francją. Na tym spotkaniu był obecny menedżer Strasburga. Kiedy wróciłem do Białegostoku, w domu czekał faks z zaproszeniem na testy do tego klubu. Wyjechałem na dziesięć dni pod koniec marca. Francuzi byli zadowoleni i starali się o wypożyczenie mnie do szkółki piłkarskiej. Wtedy zaczęły się problemy.

Okazało się, że nigdy wcześniej za granicę nie wyjechał z Polski legalnie 18-letni piłkarz. W PZPN podejrzewano nawet próbę kaperownictwa. Dzięki polskiemu menedżerowi Januszowi Feinerowi, który zna przedstawicieli Strasburga, PZPN wyraził zgodę. Chciałem jechać w styczniu, ale prezydium PZPN zdecydowało, że zostanę w Polsce pół roku dłużej. Białostocki klub wyjechał na obóz do Austrii i dostał sprzęt sportowy.

Francuzi byli cierpliwi. Przez cały sezon 1993-94 grałem i trenowałem z drugą drużyną. Byłem w niej jedynym obcokrajowcem. Wystąpiłem w 30 z 34 meczów, strzeliłem 22 gole. Zostałem królem strzelców III ligi i awansowałem do pierwszego składu.

Polak trochę czekał na debiut w Division 1, ale gdy się doczekał... W 14. kolejce, 22 października 1994, Franek otrzymał szansę gry w meczu z Monaco. Wykorzystał ją znakomicie.

- W piątek przed meczem z Monaco trener ogłosił kadrę 16 graczy. Byłem bardzo zdziwiony, że się w niej znalazłem. Niedawno miałem operację wyrostka oraz kłopoty z pachwiną. Nie ćwiczyłem przez cztery miesiące. Treningi wznowiłem 10 października. Tydzień później pokonaliśmy 2:1 na wyjeździe niemiecki FC Freiburg. Zdobyłem obie bramki.

W sobotę tuż przed meczem z Monaco trener wymienił nazwiska 11 graczy, którzy wyjdą na boisko w podstawowym składzie. Byłem wśród nich. Zająłem miejsce Francuza Wilfrieda Gohela.

Na stadion przyszło 30 tysięcy ludzi, większość z nich nie wiedziała, że w klubie jest piłkarz Frankowski. Już w 8. min po dośrodkowaniu Rosjanina Aleksandra Mostowoja strzeliłem gola. Uprzedziłem obrońcę Monaco Luca Sonora. Jak się później okazało, była to jedyna bramka w tym meczu. Za zwycięstwo, tak jak pozostali gracze, dostałem 3 tysiące dolarów.

W tej samej kolejce strzelali też m.in. Weah i Rai dla PSG, Dugarry i Zidane dla Bordeaux czy Pires dla Metz.

W Strasburgu jest teraz czterech obcokrajowców. Oprócz Mostowoja drugi bramkarz reprezentacji Słowacji Aleksander Vencel i Irlandczyk Michael Hughes. Hughes miał ostatnio kontuzję, więc ja wszedłem na jego miejsce. Szansę chyba wykorzystałem. Jadę do Nantes na mecz z liderem i po treningu, który mieliśmy w czwartek, wszystko wskazuje na to, że znowu wyjdę w pierwszym składzie.

Na mecz z Nantes Frankowski wyszedł w pierwszym składzie, ale skończyło się na strasznym oklepie 3:0. A chyba po stracie piłki przez Polaka poszła kontra na 1:0.

4 marca 1995 Franek strzelił drugiego i - niestety - ostatniego gola w Division 1, a pokonał głową (!) bramkarza Bordeaux.

W tej samej kolejce, 28. kolejny ligowy mecz bez porażki (2:1 z Nice) zanotował Nantes, co było wówczas rekordem we francuskim futbolu. A w gazetach, obok Franka wśród strzelców goli pojawili się: Bryan Roy dla Lyonu, Oudec i N'Doram dla Nantes, Djorkaeff dla Monaco czy Guerin dla PSG.

Pod koniec tego samego marca, klub zaproponował mu zawodowy kontrakt.

1994/95 - pierwsza drużyna Strasbourga

Division 1
RCS - Monaco 1-0 90 min ballon.gif (na 1:0, 9. min) w ASM Thuram, Ikpeba, Djorkaeff, Petit, S. Anderson
Nantes - RCS 3-0 do 60. min w FCN Makelele, Oudec, Loko, N'Doram, Karembeu
RCS - Cannes 1-2 od 66. min w Cannes Vieira (gol) i Micoud
RCS - St-Etienne 1-1 od 85. min w St.E. od 89. min Piotr Świerczewski, cały mecz Blanca
RCS - Rennes 2-2 90 min w Rennes Wiltord i Lambert
Martigues - RCS 0-0 od 69. min
RCS - Bordeaux 1-1 do 78. min ballon.gif (na 1:1, 58. min)
w Bordeaux m.in. Zidane, Lizarazu, Dugarry
RCS - Lens 0-0 90 min
Sochaux - RCS 0-1 do 69. min w Sochaux od 72. min Roman Szewczyk
W sumie : 9 meczów
527 min 2 gole
Coupe de France
RCS - Bordeaux 0-0, 2-0ap 120 min

1995/96 - pierwsza drużyna Strasbourga. W drugim sezonie Franek wchodził z ławy, raz tylko mając okazję do zagrania pełnego meczu w lidze. Jedynego gola strzelił wówczas w Pucharze Francji. Po sezonie, w maju 1996 został wypożyczony do Nagoya Gramphus.

- Arsene Wenger, który miał ścisłe kontakty z menedżerami z mojego klubu, pracował wtedy w Japonii i potrzebował napastnika na letni Puchar Japonii. Starsi gracze Strasbourga mieli w nogach ciężki sezon i do Japonii jechać nie chcieli. Zaproponowano wyjazd mnie, który całe niemal rozgrywki czekałem na swoją szansę na ławce rezerwowych, więc przemęczony nie byłem. W Azji poznałem Stojkovicia, który bardzo się dziwił, że w dwa miesiące chcę coś w Azji zdziałać, bo on pół roku przesiedział tam na ławce, zanim się zaaklimatyzował. Przez osiem tygodni strzeliłem jednego gola i miałem jedną asystę. Mizerniutko. Wracałem z Japonii bez żalu, bo jednak Francja była dla mnie odpowiedniejszym miejscem.

Division 1

RCS - Gueugnon 0-0

od 70 min.

RCS - Bastia 4-3 od 85 min. P. Świerczewski cały mecz
Nice - RCS 2-2 od 82 min.
RCS - Metz 1-2

do 77 min.

w Metz Songo'o, Pires i Mboma
RCS - Lyon 2-2

90 min.

w Lyon Maurice i Giuly
RCS - Lens 1-2

od 38 min.

w Lens Foe i Vairelles
Le Havre - RCS 2-0

od 76 min.

w LH Dhorasoo
Cannes - RCS 0-3

od 88 min.

w Cannes Vieira
Lille - RCS 2-0

od 62 min.

Paris SG - RCS 2-0

od 76 min.

w PSG Djorkaeff, Dely Valdes (2 gole), Le Guen, Guerin
Lens - RCS 0-0

od 79 min.

W sumie: 11 meczów, 0 goli

321 min.

Coupe de France

Nîmes - RCS 2-2, 3-2ap

120 min.

ballon.gif (na 0:1, 12 min.)

Coupe de la Ligue

Amiens - RCS 0-0, 1-1ap, 1-0tab

22 min.

Puchar Intertoto

RCS - Steyr 4-0

do 45 min.

Petah Tikvah - RCS 0-0

90 min.

cały mecz Tomasza Cebuli

RCS - Genclerbirligi 4-1

od 85 min.

Puchar UEFA

Innsbruck - RCS 1-1

od 38 min. do 78 min.

cały mecz Jerzego Brzęczka

Po powrocie z Japonii, w Strasbourgu powiedzieli jednak Tomkowi ''au revoir!''. Potem było Stade Poitevin (National 1, trzecia liga? - 32 mecze, 22 gole) i FC Martigues (Division 2, 19 meczów, 5 goli). Potem było juz przejście do Wisły.

A u czyjego boku Franek zakładał koszulkę Strasbourga?

Kilku niezłych grajków się znalazło: Frank Lebouef, Franck Sauzee, Xavier Gravelaine, Marc KellerYannick Rott, David Regis, Valerien Ismael, Gerald Baticle czy Olivier Dacourt...

... ale i tak wiadomo, że Frankowski z nich wszystkich był, jest i będzie najlepszy :)

B.

 
1 , 2