Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Valckx czyli świat

Zawsze cieszy mnie, kiedy do polskiej ligi trafiają osoby ze znanym w świecie nazwiskiem, a nie jakieś anonimowe szyszki, które spadły z podejrzanego drzewa. Dlatego uważam, że zatrudnienie Stana Valckxa jako dyrektora sportowego Wisły Kraków uważam za bardzo dobre posunięcie. Nie tylko dlatego, że ruch ten niesie za sobą szansę na wprowadzenie holenderskich, czyli światowych, standardów w zarządzaniu krakowskim klubem. Zresztą po pobycie pod Wawelem Jacka Bednarza już chyba może być tylko lepiej z obsadą tego stanowiska (moja ocena jego pracy przy Reymonta tutaj). Chodzi o to, że - wbrew temu co twierdzą przedstawiciele Polskiej Myśli Szkoleniowej - nasza liga jest dymiącym zadupiem, piłkarskim nigdzie i sam fakt, że jakikolwiek sensowny fachowiec (nie mówię o wynalazkach pokroju Adiego Pintera) na zachód od Odry chce tu pracować jest dla nas wielkim honorem. Nie ma nas bowiem świecie i musimy prosić się o jakikolwiek - szkoleniowy czy organizacyjny - kontakt ze światem. A Valcx to osoba w świecie rozpoznawalna.

Jako piłkarz był solidnym wyrobnikiem występującym w pomocy lub obronie. Na tyle solidnym, że w latach 1990 - 1996 wystąpił 20 razy w reprezentacji. Na te występy składają się także cztery mecze rozegrane na MŚ 1994. Valckx wystąpił w spotkaniach z Belgią (0-1), Maroko (2-1), Irlandią (2-0) oraz Brazylią (2-3). W rywalizacji z Canarinhos miał odpowiadać za uprzykrzyszanie życia Romario. Historia pokazuje, że czynił to nieskutecznie:)

W karierze klubowej związany był z trzema klubami. Lata 1983-1988 to gra dla VVV Venlo. Potem Valckx trafił do PSV Eindhoven. W nim wystepował aż 10 lat (1988-1992 i 1994-2000), zdobywając pieciokrotnie mistrzostwo Holandii oraz trzykrotnie jej puchar.

W międzyczasie zabawił również 2,5 roku w Sportingu Lizbona (1992-1994). Tam spotkał m.in. Figo, Bałakowa, Paulo Sousę, Jordanowa, znanego z Pogoni Amarala oraz... Andrzeja Juskowiaka.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej objął w PSV Eindhoven stanowisko dyrektora sportowego. Trzeba mu oddać, że miał dobrą rękę do transferów. To on ściągnął do miast Phillipsa Alexa (dziś Chelsea), Huerelho Gomesa (Tottenham), Jeffersona Farfana (Schalke) czy Park Ji-Sunga (Manchester United) a ostatnio świetnego Węgra Balazsa Dzsudzsaka. Cieniem na niego kładzie się jednak zarzut defraudacji części klubowych pieniędzy, po którym to w 2009 roku odszedł on z Eindhoven. Potem pracował jeszcze w Chinach a teraz trafia pod Wawel. Plusem i zarazem minusem tego zatrudnienia jest fakt, że jego praca w Wiśle może być oceniania wyłącznie długofalowo. Plusem, bo nie powinien stracić posady po trzech remisach i zwycięstwie. Minusem, bo gdyby okazał się jednak partaczem, to ten argument zawsze będzie używany jako świadczący o niemożliwości bieżącej ewaluacji. Życie pokaże w którą stronę przechyli się krakowski fragment działalności Holendra, ale ja jestem na tak.

Poza tym wszystkim uważam, że Valckx jest podobny do Kevina Costnera, co akurat nie jest zaletą.

P.

piątek, 20 sierpnia 2010
Arboleda jak z procy, czyli Lech ma swoje pięć minut. No, dziesięć

Ta notka miała powstać przed meczem i mieć tytuł ''Lechowi może się udać, bo nic na to nie wskazuje''. Notce się nie udało, Lechowi tak. Choć tytuł jest inny, bo już przecież po szpilu, to poniższe zdania wiążą się z tezami, które byłyby w tekście przedmeczowym.

Osłabienia / ''osłabienia''. To trudne do uniknięcia, ale ten mecz jasno pokazał, że przywiązywanie się do nazwisk to kiepski zwyczaj. Uważam, że w dotychczasowych meczach, z wyjątkiem Arboledy, wszyscy lechici pokazywali formę złą lub bardzo złą. Pytania, które zadałem sobie przed tym meczem brzmiały: czy Peszko-bez formy NA PEWNO byłby lepszy od Kiełba, który ewentualnej kiepskiej dyspozycji nie miał jeszcze kiedy pokazać. Albo skąd pewność, że Luis Henriquez na lewej, a Marcin Kikut na pewno obronie zagrają gorzej od teoretycznie podstawowych Gancarczyka i Wojtkowiaka. Tych, którzy są cieniami siebie z rundy wiosennej (zresztą Seweryn w Lechu najlepsze mecze zagrał chyba zaraz po przyjściu - z Club Brugge). Itede itepe. Okazało się, że te roszady wyszły Lechowi na dobre, dobrą dyspozycją zaskoczył zwłaszcza Henriquez, który na Bułgarskiej był już niemal skreślony. Co do braku Peszki w kluczowych meczach już wszyscy zdążyliśmy się przyzwyczaić po opuszczonych spotkaniach z Udinese czy Brugią.

Złoty środek. Wobec kłopotów z napastnikami, kibice Lecha jeszcze długą będą wzdychali za Robertem Lewandowskim. Pewnie i taki talent i w Poznaniu i w całej Polsce nie trafi się przez najbliższe dziesięć lat, pewnie tak. Śmiem jednak twierdzić, że dla funkcjonowania całego zespołu większą była strata już ciut zapomniana, czyli odejście z Poznania Rafała Murawskiego. Poprzedni kapitan zespołu mógł dyrygować zespołem zarówno rozdzielając piłki, jak i pokrzykując na kolegów. Z zawodników z mentalnością przywódcy ostali się Manu Arboleda, Ivan Djurdjević i Bartosz Bosacki, ale obrońcom o panowanie nad drużyną jest chyba z definicji trudniej. Jeśli na brak liderów środka pola w pełnym tego słowa znaczeniu nałożymy słabą formę, jaką prezentowali ostatnio Semir Stilić i Dima Injac (Tomasz Bandrowski miał kontuzję) wyłoni nam się obraz Lecha słabego, słabego przez gubienie piłki przy konstruowaniu akcji. Na Ukrainie trójka Stilić - Injac - Bandrowski zagrała dobrze (ten ostatni nawet pokusił się kilka razy o dłuższe podania) i też dzięki temu Lech radził sobie tak nieźle (a zęby nie bolały od patrzenia). W rewanżu wypadnie za kartki Injac. Jego miejsce zajmie pewnie Kamil Drygas i jeśli ta zmiana ma się udać, Bandrowski będzie musiał nieustannie pomagać młodszemu tak, jak Dima robił to w Pradze.

0-1 zgłoś się. Lech zagrał w czwartych rozgrywkach w tym sezonie (Liga Mistrzów, Superpuchar, Ekstraklasa i teraz Liga Europejska). I wszystkie z tych ośmiu meczów kończyły się w systemie zero-jedynkowym (1:0, 0:1 z Interem Baku, 0:1, 0:1 ze Spartą, 0:1 z Jagą, 1:1 z Widzewem i 0:0 z Arką). Skończyło się w Dniepropietrowsku (nie mogli wylosować dłuższej nazwy?) wybitnie korzystnym dla Lecha, rzekłbym juventusowym ułożeniem tych dwóch cyferek. Czyli hip-hip-hurra, trener Zieliński lepszy od ucznia Łobanowskiego i wiadomo, że u nas EURO będzie lepsze niż na Ukrainie. To, że choć Lech lepiej rozgrywał piłkę, to sytuacje stwarzało Dnipro, przez najbliższy tydzień (do rewanżu) dla wielu nie będzie miało żadnego znaczenia. Ale dla mnie jednak ma.

Pięć-dziesięć minut. Trudno powiedzieć, że poznaniacy są nieskuteczni, bo suma sytuacji bramkowych w tych meczach mieści się na palcach dwóch nóg (Tshibamby, Wichniarka, Kiełba i Peszki - konkretniej rzecz biorąc). Najciekawsze jest jednak to, że te klarowne, swoje najlepsze okazje pucharowy Lech stwarza na samym początku spotkania. Pojedynek z Interem Baku u siebie i świetne dziesięć minut z trzema sytuacjami - potem, strach się bać.

Bój ze Spartą Praga? Też, jak dzisiaj w porządku w środku pola, ale bez naprawdę dobrych okazji do strzelenia gola. Poza tą jedną, z ósmej minuty - po wolnym, strzale głową Arboledy i poprawce Dygasa.

W końcu trzeci rzut wolny, piąta minuta i Arboleda w końcu górą. Do trzech razy sztuka, jak mawia polsko-kolumbijskie przysłowie.

W rewanżu to Dnipro musi atakować, ale chyba nikomu w Poznaniu nie trzeba przypominać, jak nikłą zaliczką jest wygrana 1:0 na wyjeździe. 5-10 minut stwarzania klarownych sytuacji bramkowych. To ciągle za mało. Ale z tego leju po bombie, w którym ostatnio lechici byli, zdają się powoli wychodzić. Teraz chodzi o to, by z 5-10 zrobić 5-10-15. A potem 20 i 25.

Sześć meczów w fazie grupowej Ligi Europejskiej to mogłaby być kolejna wspaniała przygoda.

B.

PS Gdyby to był gol w rewanżu rundy decydującej o awansie do Ligi Mistrzów, Arboleda na pewno pokazałby kolejną ze swoich słynnych koszulek z nadrukami. I powstałoby kolejne notowanie listy, listy, listy przebojów. Szkoda.

sobota, 07 sierpnia 2010
Hat-trickowa sobota w lidze estońskiej

To, że liga polska jest słabsza od ligi estońskiej wiemy już od zeszłego roku. W tym roku dowiedzieliśmy się też, że jest słabsza od azerbejdżańskiej i taka sama jak maltańska, ale prawdopodobnie nie pomylę się, jeśli powiem, że liga polska jest jedną z najsłabszych lig w Euroazji. Dlatego wypadałoby z pokorą obserwować co dzieje się w silniejszych od nas rozgrywkach. Ot, choćby w lidze estońskiej. A dzieje się sporo. Dziś bowiem bowiem aż trzech zawodników ustrzeliło w niej hat-trick.

Jako pierwszy dokonał tego Sander Post w meczu Viljandi JK Tulevik - Tallinna FC Flora 1-6. Post (1984) to wieczny talent estońskiej piłki. Gdy miał 24 lata przeniósł się z Flory Tallin do grającego w holenderskiej Jupiler Leage zespołu Go Ahead Eagles. Tam występował dwa sezony, radził sobie w sumie nieźle (strzelił 8 goli), ale po wygaśnięciu kontraktu nikt nie zaoferował jego przedłużeniu. Post występuje więc dziś znów we Florze i dla niej strzela gole, dzięki którym zespół jest drugi w tabeli (liga estońska gra systemem wiosna-jesień).

Kolejny hat-trick to dzieło Tonisa Kaukvare w meczu FC Kuressaare - Nomme JK Kalju 1-5. Jest to były młodzieżowy reprezentant Estonii (1986) coraz lepiej radzący sobie także w dorosłym futbolu.

Ostatnim wreszcie hat-trickowcem jest Maksim Gruznov (trzy gole w meczu Narva JK Trans - FC Lootus Kohtla-Järve 4-1). Przy pozostałej dwójce Gruznov jest prawdziwym wyjadaczem. Liczy on już sobie 36 lat i ma na koncie trzy tytuły króla strzelców ligi estońskiej (1994, 2001, 2006). To również rekordzista wszech czasów w liczbie strzelonych w lidze goli - Gruznov ma ich na koncie... 278 (z tego równo 200 dla zespołu Narva Trans)!

Post do Wisły, Kaukvare do Lecha a Gruznov do Legii i za rok może dobijemy się do 4. rundy eliminacji europejskich pucharów.

P.

FC Kuressaare 1 - 5 Nomme JK Kalju
środa, 04 sierpnia 2010
Warta Poznań - Nieciecza 0:0, czyli słabi cieszą się z remisu

Wraz z rozpoczynającym się sezonem odwiedziłem kilka spotkań różnych (co jedno to inne rozgrywki: el. Ligi Mistrzów, el. Ligi Europejskiej, Superpuchar, pierwsza liga) i nie wiem, czy nie było to o kilka meczów za dużo. Większość z nich była bowiem źródłem emocji od skrajnej frustracji (jak na meczu z Interem Baku) do zwykłej irytacji (jak na inauguracji pierwszej ligi). Spróbuję więc terapii przez skreślenie kilku zdań na temat tych arcywidowisk. Na pierwszy ogień: Warta - Nieciecza. Co zapamiętam z tego meczu?

1) Dla Niecieczy to był mecz historyczny. Pierwszego kopnięcia dla tego zespołu w pierwszej lidze dokonał bodaj Piotr Trafarski. Powinien to docenić. Możliwe, że większy zaszczyt już go w czasie piłkarskiej przygody nie kopnie.

2) Porównując skład Niecieczy z meczu z Wartą do obszernego opisu tego zespołu sprzed ponad pół roku, w Poznaniu zagrał Karol Piątek, były kapitan Lechii. Rok temu, w pierwszej kolejce ekstraklasy, Piątek strzelił dwa gole w derbach Trójmiasta z Arką Gdynia (2:1) i został bohaterem Gdańska. Czy wtedy mógł przypuszczać, że 12 miesięcy później będzie zawodnikiem klubu ze wsi pod Tarnowem? Różnie bywa, bywa różnie.

3) Kapitanem Niecieczy jest Artur Prokop. Ten sam Artur Prokop, który w barwach Hutnika Kraków dzielnie walczył z AS Monaco. I który strzelił dla Górnika Zabrze dwa piękne gole z Cracovią.

4) Przy Bułgarskiej Prokop poprzedni raz zagrał niecałe cztery lata temu. Wtedy Lech wygrał z Górnikiem 2:0, a pierwszego gola strzelił Zbigniew Zakrzewski.

5) A Zaki poprzedni raz zagrał przy Bułgarskiej 26 maja 2007 roku w nudnym meczu z Odrą Wodzisław (0:0). W tym samym spotkaniu zagrał Reiss, którego gry na stadionie miejskim w meczu ligowym nie widziano od 7 grudnia 2008 roku. Na inaugurację pierwszej ligi obaj zmarnowali po jednej wyśmienitej sytuacji: najpierw z bliska Reiss strzelał głową, a po odbiciu piłki przez bramkarza jeszcze bliżej miał Zakrzewski. Też nie trafił. Trochę rzeki w Warcie upłynie nim obaj będą choć częściowo przypominali najlepsze czasy gry dla Lecha. Ja wiem, już szron na głowie, już nie to zdrowie. Ale wymagania w Poznaniu ciągle są spore. Nawet na Warcie.

6) Najgorsze w tym meczu nie było to, że było to, że był on przeraźliwie nudny, a oba zespoły (zwłaszcza Warta w pierwszej połowie) sprawiały wrażenie, jakby gra w piłkę je przeraźliwie męczyła.

Najgorsze było to, że i Warta i Nieciecza, z remisu były autentycznie zadowolone. Warcie było w to graj, bo rywale byli lepsi. Goście cieszyli się z pierwszego historycznego punktu w lidze. A jak dla mnie, to oba zespoły prędzej niż później przekonają się, jak tych dwóch punktów więcej za zwycięstwo będzie im brakowało.

7) Piszę ciągle ''Nieciecza'', bo Termalica Bruk-Bet jako nazwa zespołu nie chce mi przejść przez klawiaturę w tym miejscu. Był LKS, potem dołożono Bruk-Bet, jeszcze do tego tradycyjną nazwę zmieniono na Termo-cośtam, który jest produktem Bruk-Betu. Czyli coś jakby Zbigniew Drzymała do Groclinu dorzucił jeszcze Wygodne Foteligi Groclin Grodzisk Wlkp. czy dawniej istaniał Opony Zimowe Stomil Olsztyn. Ble. Nie chcemy tego w piłce.

8) Warcie bardzo zależy na tym, by wszyscy pamiętali, że gra teraz na Stadionie Miejskim, a nie Stadionie Lecha, jak przyjęło się mówić. Daszek nad ławkami oklejono więc zielonymi napisami, na same ławki nałożono zielony materiał. Ale nawet jak na Wartę kiepski doping (przy stosunkowo sporej frekwencji - ok. 3 tys. ludzi) ginął w ogromie obiektu.

9) Trener Niecieczy Marcin Jałocha wspominał, że ostatni raz grał w Poznaniu z Polonią Warszawa. Czarne Koszule wygrały 1:0, a było to 12 maja 1999 roku. Reiss był już wtedy piłkarzem Herthy Berlin. Obaj spotkali się na boisku pół roku wcześniej, gdy Lech wygrał w Warszawie, m.in. po golu Reissa.

10) Najgroźniejszym piłkarzem Warty był w tym meczu obrońca Maciej Wichtowski, bardzo groźny po stałych fragmentach gry. Nazwisko do zapamiętania dla osób, dla tych, którzy jeszcze go nie znają. Drugi młody, który może zamieszać to Adrian Laskowski, środkowy pomocnik.

11) W sobotę Warta zagra z Odrą Wodzisław (w pierwszym meczu trzy w teczkę od Piasta) i jeśli Zieloni chcą, by ktoś chodził na Bułgarską na ich mecze, nie mogą drugi raz zaserwować takiej koniny.

B.

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
MLS pisany obcą ręką

Za Oceanem trwa już piętnasty sezon rozgrywek MLS. Jakiś czas temu pisałem, że w 2009 roku nie było w nich specjalnie miejsca dla podstarzałych zagranicznych gwiazdek, a ostatnio - przy okazji przeprowadzki Thierry Henry'ego do Red Bulls Nowy Jork - przedstawiłem najciekawsze transfery obcokrajowców do MLS w ciągu ostatniej dekady. Żeby zamknąć wątek zagranicznej gwardii w USA należy jeszcze wspomnieć o międzynarodowych ruchach kadrowych sprzed 2000 roku oraz uzupełnić całe zestawienie o przenosiny mniej znanych - ale wciąż znanych! - grajków, którzy przewinęli się przez MLS w ciągu ostatniej dekady.

Profesjonalna liga piłkarska ruszyła w Stanach w 1996 roku. Liczono, że na fali całkiem udanego mundialu (MŚ 1994) fani przychylnym okiem spojrzą na soccer. Pojawiło się kilku amerykańskich kopaczy, dla ktorych kibice mogliby przychodzić na stadion. Alexi Lalas, Eric Wynalda, Tony Meola, Cobi Jones czy Marcelo Balboa mieli zachęcić gawiedź do uczęszczania na piłkarskie stadiony. Rodowici gracze to jednak było trochę za mało. Potrzeba było kilku zagranicznych gwiazd, którzy daliby swoją twarz do telewizyjnych reklam i promocyjnych folderów. W konsekwencji władze MLS zdecydowały, że inauguracyjny sezon MLS uświetni kilka "grubych" postaci. Tym sposobem do zespołu Dallas Burn trafił Hugo Sanchez, którego chyba nie trzeba przedstawiać.

Meksykanin miał wówczas 38 lat i skocznością nie przypominał już zawodnika Realu czy Atletico Madryt, ale na sześć bramek formy mu starczyło. Na podobnej zasadzie z Milanu do New Jersey Metro Stars (dziś Red Bulls Nowy Jork) przeniósł się Roberto Donadoni.

Słynny bramkarz Jorge Campos wybrał z kolei Los Angeles Galaxy, ale zastrzegł sobie, że będzie grał z "9" na plecach a trener pozwoli mu czasami pokopać w polu (w 1998 roku trafił on także do Chicago Fire). Do Stanów Zjednoczonych, konkretnie do Colorado Rapids, trafił również świeżo upieczony zdobywca Pucharu Narodów Afryki (1996) z RPA - Shaun Bartlett (potem również w NJ Metro Stars). Osobne słowa należą się zaś dwóm zawodnikom, którzy przybyli do MLS w 1996 roku i na długie lata stali się jej symbolami. Obydwaj panowie, to klasyczne "10", rasowi rozgrywający i na dodatek dysponujący bujnymi fryzurami. Mowa oczywiście o Boliwijczyku Marco Etcheverrym oraz Kolumbijczyku Carlosie Valderramie .

Ten pierwszy, zwany również El Diablo (tłumaczenie zbyteczne), przez osiem lat był kapitanem Washington DC United i przez początkowe cztery lata funkcjonowania MLS był rokrocznie wybierany do jedenastki sezonu, a w 1998 roku został MVP rozgrywek. Przez te cztery lata jego zespól trzy razy został mistrzem USA a raz był drugi. Tytuł MVP, tylko, że rok wcześniej (1997) zdobył również Valderrama. On jednak nie był wierny barwom tylko jednej ekipy - oprócz Tampa Bay Mutiny, gdzie święcił największe sukcesy, grał również w Miami Fusion oraz Colorado Rapids. Co ciekawe, dwie pierwsze drużyny już dziś nie istnieją.

W 1997 roku do MLS trafiło trzech innych ciekawych zawodników. Żeby było śmieszniej dwóch z nich kopało piłkę w nietypowych nakryciach głowy. Walter Zenga, wieloletni bramkarz reprezentacji Włoch oraz brązowy medalista MŚ 1990, w New England Revolution grał w odwróconej czapeczce z daszkiem. Biegał w niej przez trzy sezony.

Z kolei Szwajcar Alain Sutter (Dallas Burn), który dał się poznać podczas MŚ 1994, swoje długie włosy doprowadzał do ładu przy pomocy chusty.

Trzeci z zaciągu to mistrz świata z 1994 roku, Brazylijczyk Branco. Znany ze świetnie bitych rzutów wolnych defensor po roku gry w NY MetroStars musiał zakończyć karierę ponieważ.... miał problemy z utrzymaniem właściwej wagi.

Kolejnym uznanym europejskim golkiperem, który zdecydował się na przeprowadzkę do Stanów był Szwed Thomas Ravelli. W 1998 roku zasilił on drużynę Valderramy, czyli Tampa Bay Mutiny. Wraz ze Szwedem do ekipy z Wybrzeża trafił również nasz Jacek Ziober. Dzięki temu dziś może się pochwalić efektowną koszulką "ze Stanów".

Ziober nie był jednak jedynym Polakiem, który w 1998 roku zamienił europejską walutę na dolary. Chwilę po nim do Chicago Fire trafił bowiem Piotr Nowak. O Nowaku powstanie tu niedługo sążnisty elaborat, bo to zawodnik unikatowy w skali kraju nad Wisłą. Tymczasem interesują nas tylko jego relacje z MLS. A relacje te same w sobie są już bardzo interesujące. Krótko po przybyciu rozgrywającego reprezentacji Polski do Stanów dołączyli do niego Jerzy Podbrożny oraz Roman Kosecki. Razem sprawili, że rok 1998 wszyscy fani soccera w Chicago wspominają z rozżewnieniem. Strażacy bowiem dowodzeni na boisku przez Nowaka wywalczyli mistrzostwo USA! W finale pokonali DC United 2:0, jedna bramka padła po rykoszecie po uderzeniu Nowaka a drugą dorzucił Podbrożny.

Dodatkowo pochodzący z Pabianic pomocnik został wybrany do jedenastki sezonu (potem zdarzyło mu się to jeszcze dwukrotnie). Zresztą pozostali Polacy również mogli nosić dumnie poniesione głowy - Kosa ustrzelił w sezonie dziewięć goli a Gumiś sześć. Najdłużej z całej ekipy w Stanach zabawił oczywiście Nowak. W Chicago występował przez pięć lat, potem jeszcze na sekundkę przeniósł się do Washington DC United, ale już tylko po to, żeby rozpocząć karierę trenerską. Jak na razie trenował właśnie ekipę DC United, był asystentem selekcjonera reprezentacji USA oraz sam prowadził młodzieżową reprezentację tego kraju na IO Pekin 2008. Jego najnowszym zajęciem jest trenowanie MLS-owych debiutantów z tego sezonu - zespołu Philadephia Union. Kosecki z Podbrożnym wytrzymali za Oceanem natomiast jeszcze jedną edycję rozgrywek i w 2000 roku wrócili do Polski.

Rok 1999 to posucha wśród zagranicznych transferów i jedynym ruchem, który warto odnotować jest przeprowadzka szwedzkiego internacjonała Andersa Limpara do Colorado Rapids.

Następny sezon z kolei przyniósł wielkie przeprowadzki - Lothara Matthaeusa do NJ MetroStars oraz Christo Stoiczkowa do Chicago Fire. Na tym tle wyjazd reprezentanta Danii Miklosa Molnara do Kansas City Wizards wygląda dość blado. A w sumie szkoda, bo Molnar to dwukrotny król strzelców ligi duńskiej oraz jednokrotny ligi szwajcarskiej, uczestnik MŚ 1998 (błyskawiczna czerwona kartka w meczu z RPA) oraz EURO 2000.

Kolejne dwa sezony nie rzucają na kolana. W 2001 roku MLS zasilił charyzmatyczny Meksykanin Luis Hernandez. Długowłosy napastnik jak ulał pasował do LA Galaxy - robił show, potrząsał koralikami i czasem też strzelał gole. W końcu o to chodzi w amerykańskiej piłce. Swoją drogą interesujace, że zawodnik, który świetnie sobie radził na mistrzostwach świata a w CV ma także tytuł króla strzelców Copa America 1997, nigdy nie spróbował zarobić na chleb w Europie. W ramach ciekawostki wspomnę jeszcze, że w tym roku z ligi akademickiej do MLS przeniósł się także obecny kapitan reprezentacji Nowej Zelandii. Ryan Nelsen, bo o nim oczywiście mowa, wzmocnił szeregi DC United.

Następne dwanaście miesięcy (rok 2002) to bieda wręcz ostentacyjna, w związku z czym na status bomby kadrowej wyrasta przeprowadzka zawodnika Arsenalu Londyn, Francuza Gillesa Grimandiego do Colorado Rapids. Nie lepiej było także w kolejnej edycji ligi (2003 rok). Do Miasta Aniołów zawitał wówczas kapitan kadry Korei Południowej - Hong Myung-bo. Była to typowa emeryturka, bo zawodnik drużyny, którą sędziowie niemiłosiernie przepychali na MŚ 2002, do Los Angeles trafił już po 34. urodzinach. Interesujący jest również fakt, że przez dwa miesiące za oceanem bawił wtedy również...  Andrzej Juskowiak! Nasz król strzelców IO 1992 podpisał krótkoterminowy kontrakt z NJ MetroStars. Jusko w MLS zagrał w pięciu meczach i strzelił jednego gola, po czym przeniósł się do Erzgebirge Aue.

Kolejne trzy sezony to ciąg dalszy transferowej drobnicy. Legenda reprezentacji Austrii, Andreas Herzog zasilił szeregi Los Angeles Galaxy (2004), Youri Djorkaeff przeniósł się do Nowego Jorku (2005), a zespół Chivas USA zasilili Meksykanie - Francisco Palencia (2005) oraz legendarny kapitan reprezentacji Claudio Suarez (2006). Na przeprowadzkę za Ocean zdecydował się również znany kolega z reprezentacji Herzoga - Markus Schopp (2006). Wybrał on grę dla NY Red Bulls. Trykot Colorado Rapids zaczął natomiast przywdziewać... obecny asystent Jose Mourinho w Realu Madryt a przedtem wieloletni zawodnik tej drużyny, czyli Aitor Karanka (2006).

O ile lata 2001-2006 były słabe, jeżeli chodzi o zagraniczne transfery, o tyle okres 2007-2010 to czas prawdziwej prosperity. Rok 2007 to prawdziwy "Rok MLS". David Beckham, Cuauthemoc Blanco, Denilson, Schelotto i Abel Xavier a także Juan Pablo Angela - poziom gry tych zawodników oraz ich ilość nakazywały chyba już ostatecznie przestać mówić o MLS jako o lidze dla piłkarskich niedorozwojów. Jednocześnie jednak w tej powodzi gwiazd umknęło kilkua również bardzo interesujących przenosin. Do NY Red Bulls przeniósł się Ronald Waterreus. Ten holenderski bramkarz długo wyczekiwał na zwolnienie miejsca w reprezentacyjnej bramce przez Van Der Sara, ale się nie doczekał (był na EURO 2004, ale nie zagrał podczas niego ani razu, głównie zaliczał w kadrze towarzyską drobnicę). Odbijał to sobie w piłce klubowej. Przez 10 lat bronił barw PSV Eindhoven i z tą drużyną czterokrotnie zostawał mistrzem Holandii oraz występował w Lidze Mistrzów. Po opuszczeniu Niderlandów jeszcze dwa lata grał w Glasgow Rangers. Drugim ciekawym piłkarzem, który zawitał wówczas do MLS był Kostarykańczyk Paul Cesar Wanchope. Pobyt w Chicago Fire był ostatnim etapem kariery byłej gwiazdu Derby County, West Hamu oraz Manchesteru City. Po opuszczeniu Anglii Wanchope co roku zmieniał ligę - hiszpańską (Malaga) na katarska (Al-Gharrafa), potem na kostarykańską (Herediano), argentyńską (Rosario Central), japońską (FC Tokio) oraz wreszcie na amerykańską (Chicago). W międzyczasie Wanchope - który swoją drogą długo myślał, że zostanie koszykarzem - zaliczył także dwa mundiale (2002 i 2006).

Największą gwiazdą, która przybiła do Ameryki w 2008 roku był oczywiście Argentyńczyk Claudio Lopez. W jego cieniu skryła się natomiast inna - niespełniona nigdy - nadzieja argentyńskiej piłki. Marcello Gallardo miał być jednym z wielu następców Maradony. Złote dzecko, gracz, który debiutował w dorosłej kadrze mając 18 lat, a rok później występował już z magiczną "10" na Copa America 1995. Potem występował na IO 1996 i MŚ 1998, był również w kadrze na MŚ 2002. W sumie w reprezentacji Argentyny uzbierał 44 mecze i 13 goli, ale trudno powiedzieć, żeby podbił serca rodaków grą w biało-błękitnej koszulce. Przez większą część klubowej kariery występował natomiast tylko i wyłącznie w River Plate (gra tam do dziś). W Europie występował 6 sezonów we Francji - 4 w AS Monaco i 2 w PSG. W Stanach Zjednoczonych zakładał przez rok koszulkę DC United.

W olimpijskim finale 1996 Gallardo miał za przeciwnika m.in. Nigeryjczyka Celestina Babayaro. On po długiej i owocnej karierze (gra na MŚ 1998 i 2002, poza tym trzy lata w Anderlechcie, osiem w Chelsea i trzy lata w Newcastle) również podjął wyzwanie za Oceanem. Zdecydował się na Los Angeles Galaxy, głównie po to, aby osobiście poćwiczyć z Becksem, bo w oficjalnych rozgrywkach ligowych nie zagrał ani razu. Warto również pamiętać, że podczas tego sezonu do MLS zawitał nasz Tomasz Frankowski oraz mniej znani reprezentanci europejskich potentatów - Lauernt Robert (Francja, znany głównie z PSG i Newcastle, w USA grał w Toronto FC), Victor Sikora (Holandia, w Europie głównie Ajax i Breda, w Stanach Dallas Burn) oraz Raphael Wicky (Szwajcaria, związany przede wszystkim z Werderem Brema i HSV, za Oceanem występy dla Chivas USA)

Rok później MLS wzięło głębszy oddech i zaprosiło do siebie Freddy'ego Ljunberga (kilka dni temu zamienił on właśnie Seattle Sounders na Chicago Fire), a także litewskiego internacjonała Edgarasa Jankauskasa (New England Revolution) oraz byłego gracza Barcelony i Realu Madryt Alberta Celadesa (Red Bulls Nowy Jork; ostatnio widziany w... lidze Hong-Kongu).

Jak na tym tle prezentuje się obecne okienko transferowe? Nie najgorzej. Oczywiście największą jego gwiazdą jest Thierry Henry, który przeniósł się do Red Bulls Nowy Jork. Poza tym bardzo ciekawie wyglądają przenosiny wiecznego meksykańskiego talentu Nery'ego Castillo do Chicago Fire (już widzę te imprezy pod pachę z Blanco), kapitana reprezentacji Czarnogóry Branko Boskovicia (występował m.in. w PSG) do DC United oraz szwajcarskiej legendy Twente Enschede (195 meczów i 100 goli) Blaisa Nkufo do Seattle Sounders.

P.