Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 30 sierpnia 2011
Piłkarskie królestwo wyspy Jersey

Sporo ostatnio mówiło się o małej wysepce Jersey leżącej na Kanale La Manche. Niestety tematem były doniesienia o dramatycznym mordzie, który dokonał mieszkający tam Polak na swoich sześciu rodakach.

Przy okazji tego horroru wiele osób drapało się po głowach i szukało Jersey na mapie Ameryki Północnej. Tymczasem wyspę tę można znaleźć w okolicy francuskiego wybrzeża jako jedną z elementów układanki pt. Wyspy Normandzkie. Mieszka na niej 90 tysięcy mieszkańców, ale w ciągu lata jej liczebność niemal się podwaja za sprawą odwiedzających ją brytyjskich turystów. Jak można wyczytać tu i ówdzie terytorium to pozostaje zależne od Korony brytyjskiej. Władzę sprawuje tam gubernator, działający w imieniu korony brytyjskiej, przez nią powoływany i odwoływany. Praktyczną władzę sprawuje rząd wybierany w wyborach. Po więcej informacji odsyłam tutaj.

Nie pisałbym jednak o tym kawałku wszechświata, gdyby nie fakt, że Jersey - a jakże! - ma swoją reprezentację piłkarską. I to - znając proporcję mocium panie - całkiem niezłą.

Jersey nie jest zrzeszone w FIFA ani UEFA, siłą rzeczy musi więc potykać się z innymi organizacyjnymi banitami. Klasykami, sięgającymi założenia federacji w 1905 roku, są więc mecze z innymi wyspami - Alderney i Guernsey. Tak drużyny te przez lata zmuszone były to tłuczenia się we własnym sosie. Z czasem jednak kolejne wyspy tworzyły swoje reprezentacje i można było zacząć myśleć już o poważnych rozgrywkach. I tak w 1989 roku - choć jeszcze bez udziału Jersey - po raz pierwszy zorganizowano coś na wzór Igrzysk Olimpijskich dla wysp okolic północy Europy - Island Games. Był to turniej podczas którego wyspiarze konkurowali ze sobą w wielu różnych dyscyplinach. Zaczynało się oczywiście skromnie, a obecnie jest to już 16 dyscyplin i niepoliczalna dla mnie ilość konkurencji. Podobnie rzecz się ma z uczestnikami. U zarania imprezy występowało pięć wysepek (wtedy "nieoficjalne" jeszcze Wyspy Owcze), dziś organizacja Island Games skupia 24 wyspy. Więcej na jej temat tutaj.

Na honorowym miejscu wśród wszystkich rywalizacji znalazł się oczywiście turniej piłkarski.

W swoim debiucie na imprezie w 1991 roku Jersey dzielnie radziło sobie aż do półfinału, gdzie poległo z Wyspami Owczymi 3:5.



Później było już jednak lepiej i jeszcze lepiej. Na dziesięć edycji Island Games (od 1991 do 2011 roku co dwa lata) Jersey zwyciężało aż trzykrotnie: w 1993, 1999 i 2009 roku. Do tego pięciokrotnie zdobyło brąz. To czyni z Jersey najbardziej utytułowany team w historii turnieju. Ostatni turniej rozgrywany w czerwcu 2011 wygrała jednak wyspa Wight - relacja z finału z Guernsey tutaj. Natomiast globalne zestawienie piłkarskich turniejów Island Games tutaj

Największymi gwiazdami Jersey są dwaj zawodnicy niższych lig angielskich. Napastnik Peter Vincenti zarabia natomiast na chleb w League Two - w Aldershot Tow. Natomiast najbardziej rozpoznawalny gracz z Jersey Brett Pitman to czołowy snajper występującego w Championship Bristol City.



Po więcej informacji na temat mikronacji, wysp i zapomnianych przez Boga i Historię ekip odsyłam na najbardziej wyspecjalizowany w tej dziedzinie blog - na Underdog Football.

P.

wtorek, 23 sierpnia 2011
Jak wylewano Wartę Poznań z Pucharu Polski

Żaden powojenny mistrz Polski nie ma tak marnego dorobku w krajowym pucharze jak Warta Poznań. To aż zadziwiające, jak beznadziejne wyniki ''Zieloni'' osiągali w tych rozgrywkach. Tak jak w poprzedni wtorek, gdy odpadli w Elblągu, a czego skutkiem jest m.in. to, że zespołu nie trenuje już Czesław Jakołcewicz.

Siedemnaście. To liczba klubów, które zdobyły mistrzostwo Polski. Dziewięć z nich (Wisła Kraków, Górnik Zabrze, Ruch Chorzów, Legia Warszawa, Lech Poznań, Widzew Łódź, Śląsk Wrocław, Polonia Warszawa, ŁKS) zdobyło też Puchar Polski, kolejne trzy były w finale (Zagłębie Lubin, Stal Mielec, Polonia Bytom), a dwie w półfinale (Cracovia, Szombierki Bytom). Garbarnia Kraków, mistrz z 1931 roku, trzy razy była w ćwierćfinale, zaś w czasach gry Pogoni Lwów w Polsce, krajowy puchar na szczeblu centralnym został rozegrany zaledwie raz, w 1926 roku. Właśnie wtedy swój największy pucharowy sukces odniosła Warta Poznań. O ile grę w półfinale, po pokonaniu jednego rywala (i to w powtórzonym meczu), można nazwać sukcesem.

Po wojnie ''Zieloni'' dotarli do ćwierćfinału tylko raz, w 1970 roku. Słownie: jeden raz! A przecież do finału potrafiły przedrzeć się tacy maluczcy jak Czarni Żagań, Piast Gliwice, Raków Częstochowa czy Aluminium Konin.

Puhar P.Z.P.N. z nieoczekiwanem finalistą

Choć w okresie międzywojennym odbywały się rozgrywki pucharowe na szczeblu lokalnym to tylko raz zakończyły się one fazą finałową na szczeblu centralnym. Po zwycięstwie w regionie jesienią 1925 r., Warta przystąpiła do ćwierćfinału obok siedmiu innych drużyn. Los skojarzył ją z Toruńskim Klubem Sportowym. 29 czerwca 1926 r. torunianie wygrali 3:2. Ten wynik został jednak anulowany przez Polski Związek Piłki Nożnej i spotkanie zostało powtórzone miesiąc później. Z relacji ''Przeglądu Sportowego'' nie dowiadujemy się, jaki był powód apelacji Warty, mogło chodzić o udział najlepszych graczy w zgrupowaniu reprezentacji. W każdym razie, rewanż wyszedł ''Zielonym'' wybornie:

Powtórna rozgrywka o puhar P.Z.P.N. wobec unieważnienia naskutek protestu Warty gry poprzedniej, zakończyła się tym razem wspaniałym zwycięstwem poznaniaków w druzgocącym stosunku 7:0! TKS nie był ani o połowę tak groźnym przeciwnikiem, jakim okazał się w grze z Warszawianką oraz w pierwszym meczu z Wartą i uległ bezapelacyjnie mającej stałą przewagę drużynie poznańskiej.

Cztery gole (lub pięć, źródła podają różnie) zdobył dla poznaniaków doskonały snajper i reprezentant Polski, Wawrzyniec Staliński.

 

1925/1926

1/4 finału, 29 czerwca 1926 (wtorek)
Toruński Klub Sportowy - Warta Poznań 3:2 (2:1)
0:1 Wawrzyniec Staliński (7.), 1:1 Stogowski (21.), 2:1 Suchocki (42.), 3:1 Stogowski (50.), 3:2 Władysław Przybysz (75.)
Warta: Kasprzak - Olszewski, Flieger, Wojciechowski, Kosicki, Spoida, Szubert, Sroka, Staliński, Przybysz, Dabert.
Wynik anulowano, a mecz nakazano powtórzyć

1/4 finału, 25 lipca 1926 (niedziela)
TKS - Warta Poznań 0:7 (0:3)
0:1 Staliński (10.), 0:2 Kosicki (21., k), 0:3 Przybysz (42.), 0:4 Dabert (57.), 0:5, 0:6, 0:7 Staliński. [wg PS: Staliński 5, Dabert i Szubet po jednej]
Warta: Fontowicz, Olszewski, Śmiglak, Przykucki, Wojciechowski, Kosicki, Staliński, Przybysz, Dabert, Szubert, Niziński.

W półfinale ze Spartą Lwów zdecydowanym faworytem była Warta. Poznaniacy znów przegrali, znów się odwoływali, ale tym razem związek nie dał się przekonać.

''Przegląd Sportowy'' donosił:

Rozegrany tu [we Lwowie] mecz o puhar P.Z.P.N. pomiędzy Spartą i Wartą poznańską zakończył się nieoczekiwanem zwycięstwem gospodarzy. Sparta zajmuje ostatnie miejsce w tegorocznym mistrzostwie Lwowa. Przegrana Warty usprawiedliwiona jest brakiem Stalińskiego, Fliegera i Przybysza, wyznaczonych do reprezentacji polskiej, oraz Kosickiego. Prawdopodobnie Warta wniesie do P.Z.P.N. protest i zażąda powtórzenia meczu, co ma logiczne szanse powodzenia.

1/2 finału, 8 sierpnia 1926 (niedziela)
Sparta Lwów - Warta Poznań 1:0
1:0 Kazimierz Murski

Sparta Lwów, 1926

(fot. Kolekcja Klubów, Lwów i Wilno)

W finale pierwszej edycji Pucharu Polski (czy też puharu P.Z.P.N.) Sparta uległa minimalnie Wiśle Kraków.

 

Stal, czyli Warta II, czyli Warta I

W sezonie 1950/1951, na skutek fuzji z HCP, w pucharze wystąpiły dwa zespoły Warty (wtedy nazywanej Stalą). Pierwsza drużyna najpierw uporała się z Kolejarzem Bydgoszcz (2:0 po dogrywce), by sensacyjnie odpaść z Naprzodem Lipiny (też przemianowanym na Stal). Dalej zaszły nominalne rezerwy. Po wygranych w Prudniku i Tomaszowie Mazowieckim, były już w 1/8 finału. W nim lepszy okazał się Łódzki Klub Sportowy. Trofeum zdobył Ruch Chorzów, za co... został też mistrzem Polski zamiast zwycięzcy ligi, Wisły Kraków.

Warta była pierwszym klubem w Polsce, której druga drużyna zaszła w pucharze dalej od pierwszej. W jej ślady, co jakiś czas, szły potem inne zespoły, a największą furorę zrobiły tzw. rezerwy ROW Rybnik (finał w 1975 r.) i Ruchu Chorzów (finał w 1993 r.). Tzw., bo w dalszej części rozgrywek w pucharze występowali już gracze pierwszego zespołu.

1950/1951

I runda - 26 listopada 1950
Warta (Stal) Poznań - Kolejarz Bydgoszcz 2:0, po dogr.
Włókniarz (Stal) Prudnik - Warta II (Stal) Poznań 2:3

II runda - 25 marca 1951
Stal Lipiny - Warta (Stal) Poznań 3:2
Spójnia Tomaszów Mazowiecki - Warta II (Stal) Poznań 2:3

III runda - 13 maja 1951
ŁKS-Włókniarz Łódź - Warta II (Stal) Poznań 2:1

1951/1952

I runda - 19 października 1952
KS [GWKS] Olsztyn - Warta [Stal] Poznań 1:2
II runda - 1 listopada 1952
Górnik Zabrze - Warta [Stal] Poznań 4:2 (2:1)
Gole dla Górnika: Manfred Fojcik 2, Ginter Gawlik, Henryk Czech

1956/1957

1/16 finału
Warta Poznań - Łódzki Klub Sportowy 1:3

1961/1962

III runda
Wyzwolenie Chorzów - Warta Poznań 4:1

1962/1963

I runda
Warta Poznań - Mazur Ełk 3:2, po dogr.
II runda - 2 grudnia 1962
Warta Poznań - Cracovia 3:2 (2:0)
Gole dla Warty: Gabrysiak dwie, Wdowicki; dla Cracovii: Jan Antczak (75., 79.)
1/16 finału
Zawisza Bydgoszcz - Warta Poznań 5:1

1964/1965

I runda
Warta Poznań - Pałuczanka Żnin 3:0
II runda
Pogoń II Szczecin - Warta Poznań 1:0

1965/1966

I runda
Promień Żary - Warta Poznań 3:0

1968/1969
runda wstępna
Warta Poznań - Zawisza Bydgoszcz 1:0
1/16 finału - 3 listopada 1968
Warta Poznań - Legia Warszawa 1:5 (1:3)
Gole dla Legii: Jan Pieszko (10., 25., 41.), Zawadzki (51., sam.), Lucjan Brychczy (75.)

Kibice klubu z Dolnej Wildy mogli w tamtym czasie obejrzeć finał Pucharu Polski na własne oczy, bo stadion im. Edmunda Szyca (wtedy 22 Lipca) był dwa razy areną decydującej gry. Dwa razy wygrała Legia. W 1966 r. pokonała Górnika Zabrze (2:1 po golu Bernarda Blauta w ostatniej minucie dogrywki), a siedem lat później, po bezbramkowym remisie, lepiej od Polonii Bytom strzelała rzuty karne.

 

O roku ów 1970!

Rok 1970 był najlepszym w historii polskiego futbolu klubowego. Górnik Zabrze zagrał w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, a Legia Warszawa dotarła aż do półfinału Pucharu Mistrzów. Sezon 1969/70 świetnie wspominają też ''Zieloni'', którzy nie tylko wygrali trzecią ligę przed Lechem Poznań oraz gdańskimi Lechią i Polonią, ale też wdarli się do najlepszej ósemki Pucharu Polski. Na rozkładzie poznaniaków znalazły się kolejno: Polonia Warszawa (3:1), Zawisza Bydgoszcz (1:0 po dogrywce) i Star Starachowice (1:0). O grach ćwierćfinałowych z Zagłębiem Sosnowiec, piątym zespołem w kraju, opowiada książka Janusza Jelenia i Andrzeja Koniecznego ''Piłkarski Puchar Polski'':

Warta skapitulowała w 126 minucie, sumując jej dwa mecze rozegrane z Zagłębiem. W Poznaniu nie padła ani jedna bramka, co w dużym stopniu było zasługą bramkarza Warty Cieślaka. W Sosnowcu w 36 minucie nastąpiło rozstrzygnięcie. Kibice ze zdziwienia przecierali oczy, gdy sędzia zarządził jedenastkę dla gospodarzy – trudno było się zgodzić, że przewinienie Zawadzkiego popełnione na Gałeczce upoważniało do tak surowej kary. Andrzej Jarosik pewnie wykorzystał jedenastkę. I na tym się skończyło. W sumie mecz nieciekawy, kibice zawiedzeni opuszczali boisko.

1969/70

runda wstępna - 15 października 1969
Polonia Warszawa - Warta Poznań 1:3
Bramka dla Polonii - Boguszewski (15.)
1/16 finału
Warta Poznań - Zawisza Bydgoszcz 1:0, po dogr.
1/8 finału
Warta Poznań - Star Starachowice 1:0
1/4 finału
Warta Poznań - Zagłębie Sosnowiec 0:0
Zagłębie Sosnowiec - Warta Poznań 1:0 (1:0)
1:0 Andrzej Jarosik (35., rzut karny)

 

Klęski duże i jeszcze większe

Za dość udaną można uznać jeszcze tylko jedną pucharową przygodę Warty, w sezonie 1985/1986. Poznaniacy uporali się wtedy z Dębem Dębno Lubuskie (4:0), Zagłębiem Lubin (1:0), Odrą Opole (1:0) i Wisłą Kraków (2:0). W 1/8 finału, po dogrywce, lepszy okazał się Górnik Wałbrzych.

W tym miejscu trzeba też wspomnieć o dwóch derbowych pojedynkach Warty z poznańskimi klubami, które nie mają już sekcji piłkarskiej. W 1981 roku ''Zieloni'' pokonali Admirę Poznań (później jako Admira-Teletra), a dwa lata później - Grunwald.

1971/1972

runda wstępna
Gwardia Olsztyn - Warta Poznań 3:1

1972/1973

runda wstępna - 16 sierpnia 1972
Warta Poznań - GKS Katowice 1:2 (0:0)
0:1 Banaś (59.), 0:2 W. Witkowski (67.), 1:2 Pietraszewski (88., sam.)

1974/1975

runda wstępna
Zagłębie Lubin - Warta Poznań 1:0, po dogrywce

1978/1979

II runda
Dąb Dębno - Warta Poznań 1:3
III runda
Arkonia Szczecin - Warta Poznań 1:0

1979/1980

II runda
Wielim Szczecinek - Warta Poznań 3:1

1980/1981

I runda
Noteć Czarnków - Warta Poznań 0:3 (walkower)
II runda - 17 sierpnia 1980
Warta Poznań - Lechia Gdańsk 1:4

1981/1982

I runda
Admira Poznań - Warta Poznań 0:2, po dogrywce
II runda
Gryf Słupsk - Warta Poznań 2:1

1983/1984

I runda
Grunwald Poznań - Warta Poznań 1:3
II runda
Warta Poznań - Gryf Słupsk 0:0, karne 1:4

1984/1985

I runda - 29 lipca 1984
Włókniarz Kalisz - Warta Poznań 0:1
II runda - 5 sierpnia 1984
Warta Poznań - Chemik Police 0:0, karne 4:5

1985/1986

I runda - 28 lipca 1985
Dąb Dębno Lubuskie - Warta Poznań 0:4
II runda - 14 sierpnia 1985
Warta Poznań - Zagłębie Lubin 1:0
III runda - 28 sierpnia 1985
Warta Poznań - Odra Opole 1:0
1/16 finału - 25 września 1985
Warta Poznań - Wisła Kraków 2:0
1/8 finału - 9 października 1985
Warta Poznań - Górnik Wałbrzych 1:2, po dogrywce

Większość pozostałych startów ''Zielonych'' w Pucharze Polski, najlepiej byłoby przemilczeć, ale klęski 1:5 ze Startem Radziejów (1987) czy Śląskiem Wrocław (1998) każą nazwać je po imieniu: to były kompromitacje.

Warta potrafiła odpaść z niżej notowanymi rywalami takimi jak: Ostrovia, Hetman Zamość, Stilon Gorzów, Raków Częstochowa czy OKS 1945 Olsztyn.

 

1986/1987

I runda - 27 sierpnia 1986
Lechia Zielona Góra - Warta Poznań 2:0

1987/1988

I runda - 25 lub 26 lipca 1987
Start Radziejów - Warta Poznań 5:1

1988/1989

I runda - 25 lipca 1988
Orzeł Biały Wałcz - Warta Poznań 1:1, karne 2:3
II runda - 3 sierpnia 1988
Warta Poznań - Włókniarz Pabianice 1:0, po dogrywce
III runda - 17 sierpnia 1988
Warta Poznań - Zawisza Bydgoszcz 1:2

1989/1990

I runda - 22 lipca 1989
Pogoń II Szczecin - Warta Poznań 0:0, karne 5:4

1990/1991

I runda - 25 lipca 1990
Ostrovia Ostrów Wlkp. - Warta Poznań 2:1

1992/1993

III runda - 12 sierpnia 1992
Moto Jelcz Oława - Warta Poznań 0:3
IV runda - 25 sierpnia 1992
Warta Poznań - Miedź Legnica 1:1, karne 3:4

1993/1994

I runda 2 - 1 września 1993
Polger (Chemik) Police - Warta Poznań 1:2
II runda - 15 września 1993
Petrochemia (Wisła) Płock - Warta Poznań 1:0

1994/1995

1/16 finału - 26 października 1994
Hetman Zamość - Warta Poznań 1:0 (1:0)
Bramka: 1:0 Sajdak (10. min).
Hetman: Łukiewicz - Szala, Polny, Zagrodniczek - Kulik, Bayer, Romaniuk, Płoszaj, Pidek (88. Kowalczyk), Sajdak, Łyś (67. Rycak.).
Warta: Sidorczuk - Kaliszan Ż, Jadczak, Cecot - Rybarczyk, Pawelec, Matlak (53. Magowski), Miklosik, Iwan (53. Owczarek) - Prabucki, Wojciechowski.

1995/1996

1/16 finału - 25 października 1995
Warta Poznań - Zagłębie Lubin 2:1 (0:1)
Bramki: 0:1 Krzyżanowski (36.), 1:1 Pawelec (66.), 2:1 M. Iwan (84.)
WARTA: Onyszko - Kofnyt, Kaliszan, Miklosik, Jakołcewicz, Konkiewicz, Piskuła, Rybarczyk, Pawelec, Przysiuda (90. Kaniasty), Majewski (46. M. Iwan).
ZAGŁĘBIE: Dreszer - Lewandowski, Rogowskoj, Krzyżanowski, Kałużny, Najewski (60. Szeliga), Machaj (72. Bubnowicz), Majak, Górski, Czajkowski (78. Szczypkowski), Dziarmaga.
Widzów: 300 (15 osób z Lubina).

Fragmenty relacji z Gazety Wyborczej Poznań:

Skazana na pożarcie w meczu z I-ligowym Zagłębiem Lubin poznańska Warta sprawiła niespodziankę i awansowała do 1/8 finału Pucharu Polski. Najlepiej w zespole "zielonych" zagrali piłkarze wypożyczeni z Lecha.
W 36. min. Sławomir Konkiewicz przepuścił toczącą się w stronę Arkadiusza Onyszki piłkę. Poznański bramkarz krzyknął ''moja!'', ale nie zdążył do niej dobiec. Piotr Najewski przejął piłkę i dośrodkował ją do wbiegającego w pole karne Jarosława Krzyżanowskiego, który spokojnie kopnął ją do siatki.
W 53. min jedyną w drugiej połowie sytuację strzelecką miało Zagłębie. Po rzucie wolnym Radosława Kałużnego, Onyszko z trudem przeniósł piłkę nad poprzeczką. Dopiero w 64. min dwójkową akcję z Przysiudą rozpoczął Sławomir Pawelec. Po ostatnim podaniu Pawelec znalazł się w sytuacji sam na sam z Dreszerem i pokonał go.
''Zieloni'' z zapałem coraz groźniej atakowali. Poznaniacy przycisnęli lubinian tak, że goście nie mogli chwilami wyjść z piłką z własnej połowy. W 84. min rzut rożny wykonywał Waldemar Przysiuda. Doskonale na polu karnym ustawił się Mirosław Iwan i strzałem głową po raz drugi pokonał Dreszera.

1/8 finału - 18 listopada 1995
Ruch Chorzów - Warta Poznań 5:2
Bramki: 1:0 Śrutwa (11.), 2:0 Jaworski (20.), 2:1 Piskuła (36.), 3:1 Śrutwa (51.), 4:1 Bąk (60.), 4:2 Jakołcewicz (70.), 5:2 Śrutwa (85.)
Ruch: Lech - Fornalak, Grzesik, Pieniążek (Ż, 88. Baszczyński), Wleciałowski - Rowicki, Jaworski, Wawrzyczek (Ż), Mosór (88. Galeja) - Śrutwa, Bąk (88. Katolik)
Warta: Onyszko - Kofnyt, Jakołcewicz, Wolniewicz (46. Majewski), Konkiewicz - Rybarczyk, Kaniasty (88. Tierling), Piskuła, Pawelec, Szefler (Ż) - Przysiuda (64. Kasalik).

Fragment relacji Grzegorza Lisieckiego z Gazety Wyborczej Katowice:
Ruch Chorzów wysoko pokonał w sobotę Wartę Poznań i awansował do ćwierćfinału Pucharu Polski. Trzy bramki zdobył najskuteczniejszy strzelec "niebieskich" Mariusz Śrutwa. - Super Mario! - zachwycali się kibice. Śrutwa strzelił w tym sezonie już 20 bramek: 16 w lidze i 4 w pucharze.
Obie drużyny sprawiły w poprzedniej rundzie spore niespodzianki: Warta pokonała Zagłębie Lubin, a Ruch wyeliminował mistrza Polski - Legię.
Sukces poznańskiego zespołu był chyba przypadkowy. W Chorzowie Warta zagrała defensywnie i gdyby nie błędy obrońców, przegrałaby do zera. Przy stanie 2:0 Grzesik próbował zagrać do swojego bramkarza, ale uderzył piłkę zbyt lekko. Przejął ją Piskuła i w sytuacji sam na sam pokonał Lecha. Drugiego gola poznaniacy strzelili po błędzie Fornalaka, który zamiast wybić piłkę na róg, podał ją bramkarzowi i sędzia podyktował rzut wolny pośredni z 8 metrów. Piskuła krótko zagrał do Jakołcewicza, który strzelił pod poprzeczkę.

1996/1997
II runda - 7 sierpnia 1996
Warta Poznań - Chrobry Głogów 3:2
III runda - 21 sierpnia 1996
Warta Poznań - Stilon Gorzów 0:1 (0:1)
WARTA: Kordus - Sommerfeld Ż, Adamski, Wolniewicz (24. Sidorski), Jakołcewicz, Miklosik, Rybarczyk, Tomaszczak, Żurawski, Najewski (57. Łochyński), Tierling (69. Szukalski).
STILON: Skrzyński - Kowalczyk, Kołodziejczyk, Dolaciński, Filas, Kryński, Weres, W. Osiecki (84. Kowalski), Andruszczak (68. Przybylak), M. Osiecki (57. Bednarczyk), Malinowski.
Widzów 120 (4 z Gorzowa)

Fragment relacji z Gazety Wyborczej Poznań - ''Dziewięć sekund bez piłki''

Warta za rok może już w Pucharze Polski nie zagrać. W tegorocznej edycji Pucharu "Zieloni" grali bowiem jako zeszłoroczni drugoligowcy. Za rok będą już musieli przedzierać się do szczebla centralnego przez eliminacje okręgowe.
Przez trzydzieści pierwszych sekund meczu poznaniacy rozgrywali sobie piłki. Stracili ją równo w 30 sekundzie. Dziewięć sekund potem padł jedyny gol w tym meczu - strzelił go Mariusz Kowalczyk. Jak się okazało potem, mecz był rozstrzygnięty, nim upłynęła jego pierwsza minuta.
Dopiero po kwadransie Warta po raz pierwszy groźnie zaatakowała bramkę Stilonu. Tomasz Rybarczyk wrzucił piłkę z rzutu wolnego, skoczyło do niej aż kilku poznańskich piłkarzy. Strzał Marcina Adamskiego :) odbił jednak gorzowski bramkarz.
Para gorzowskich napastników: Mariusz Osiecki - Maciej Malinowski co jakiś czas nękała poznańskiego bramkarza Zbigniewa Kordusa. Pięć minut po przerwie z rzutu wolnego silnie strzelił Czesław Jakołcewicz - bramkarz popisał się wspaniałą robinsonadą. Nieliczni widzowie gawędzili z sobą, tylko kątem oka oglądali niemrawy mecz.
W ostatnim kwadransie spotkanie się ożywiło, do przodu ruszyła Warta. Najpierw jednak Adamski po centrze Rybarczyka zamiast strzelać... interweniował niczym gorzowski obrońca, wybijając piłkę na róg. Potem dwa razy niecelnie strzelał Arkadiusz Miklosik, wreszcie Maciej Żurawski i Tomasz Rybarczyk nieczysto trafili w piłkę w ostatniej minucie meczu.

1998/1999
II runda (1/64 finału) - 11 lub 12 sierpnia 1998
Warta Poznań - Śląsk Wrocław 1:5 (1:3)
Bramki: 1:0 Prabucki (29.), 1:1 Broniszewski (31.), 1:2, 1:3, 1:4 Jezierski, 1:5 Broniszewski (56.)

Fragment relacji z Gazety Wyborczej Poznań - Jeszcze tylko cztery
W środę odpadła Warta Poznań po żenującym meczu ze Śląskiem Wrocław.
To, co wyprawiali warciarze, przechodziło ludzkie pojęcie. Gra "Zielonych" przypominała podwórkową kopaninę małych dzieci - ataki bez ładu i składu, obrona kompletnie się z sobą nie rozumiejąca. Wrocławianie co chwila wybiegali zza jej pleców na czyste pozycje, atakowali niekiedy nawet trzech na jednego. Wszystko to przypominało starcie grupki chłopców, którzy się przypadkowo zebrali, z zawodowymi piłkarzami. Fakt, że Warta gra w III lidze, a Śląsk - w II, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla poznaniaków. Jeszcze dwa miesiące temu obydwa zespoły grały z sobą w II lidze, a piłkarze z Poznania zwyciężyli nawet 3:1. Ma rację trener Leszek Partyński, który po meczu ze Śląskiem powiedział, że gros jego piłkarzy nie nadaje się nawet do IV ligi.


1999/2000
II runda - 11 sierpnia 1999
Warta Poznań - RKS Radomsko 1:2 (1:0)
Bramki: 1:0 Godlewski (22), 1:1 Horawa (63), 1:2 Knap (85).
RKS: Kretek - Kacprzak, Grzesik, Łęgowiak (65 Nowak) - Kondraszuk, Ozga, Włoch, Mucha (80 Połubiński), Kazimierowicz - Knap, Jelonkowski (46 Horawa).

Sporo strachu najadła się ekipa z Radomska przed meczem. 60 km przed Poznaniem popsuł się autokar i na stadion drużyna przyjechała tuż przed meczem. Pierwsza połowa należała do gospodarzy, którzy w 22 min po strzale głową Marcina Godlewskiego uzyskali prowadzenie. Oba gole padły niemal w identyczny sposób, po dośrodkowaniach w pole karne. Najpierw zacentrował Włoch, a kierunek lotu piłki głową zmienił Konrad Horawa, a przy drugiej bramce akcję Horawy sfinalizował - także głową - Tomasz Knap.

2004/2005
Runda wstępna - 24 lipca 2004
Warta Poznań - Raków Częstochowa 0:2 (0:1)
Bramki: 0:1 Czok (35.), 0:2 Kołaczyk (53.).
Warta: Topolski - Niedźwiedź, Tomaszczak, Konieczny, Kubzdyl (65. Otuszewski) - Magdziarz, Konkiewicz, Cudny, Rybarczyk - Bzdęga (55. Ngamayama), Wojciechowski (70. Ludwiczak).
Raków: Cyruliński - Mastalerz, Jankowski, Sroka, Ojczyk - Kołaczyk, Lesik, Lisowski, Rogalski (87. Bielecki), Kołaczyk (83. Żebrowski) - Popko (75. Sobala), Czok.

Faworytem meczu była III-ligowa Warta, która po pierwsze występuje o klasę rozgrywkową wyżej niż częstochowianie, a po drugie grała u siebie. Tymczasem Raków wygrał wyraźnie.
Pierwszy gol padł w 35. minucie. Tomasz Czok ku zaskoczeniu wszystkich zdecydował się na strzał z woleja z ok. 30 metrów. - Najbardziej zaskoczony był bramkarz gospodarzy - opowiada trener Samodurow. - Bo, jak to się mówi po piłkarsku, piłka wpadła mu "za kołnierz". Ten gol trochę ustawił mecz.


2008/2009
I runda - 27 sierpnia 2008
Huragan Morąg - Warta Poznań 1:2, po dogrywce
Bramki: 0:1 Klatt (3.), 1:1 T. Włodarczyk (86.), 1:2 Mania (109.)
Warta: Berczyński - Cudny, Ragaman, Otuszewski, Marcinkiewicz, Ngamayama, Wojciechowski, Sikora, Piskuła (80. Ignasiński), Wan (119. Jankowski), Klatt (57. Mania); żółte kartki: Wojciechowski, Ragaman, Cudny, Marcinkiewicz, Wan

Czytaj relację

II runda - 24 września 2008
Warta Poznań - Ruch Chorzów 0:2 (0:0)
Bramki: 0:1 Ćwielong (56. min), 0:2 Zając (75., po podaniu Fabusa)
Warta: Berczyński - Cudny, Ragaman Ż, Strugarek, Otuszewski - Bekas, Ngamayama - Magdziarz Ż (78. F. Burkhardt), Wojciechowski, Wan (65. Sikora) - Klatt (65. Sikora).
Ruch: Mioduszewski - Grzyb Ż, Baran Ż, Adamski, Brzyski - Zając, Pulkowski, Nowacki (46. Balaz), Ćwielong (82. Babiarz) - Fabus Ż, Haftkowski (46. Nykiel Ż).
Widzów: 350
Piłkarze Ruchu zepsuli urodziny trenera Warty - czytaj relację

2009/2010

I runda - 26 sierpnia 2009
Hetman Zamość – Warta Poznań 1:1 (0:1), karne 5:4
Bramki: 0:1 Klatt (42.), 1:1 Lindner (51.)
Warta: Radliński – Wrzesiński (98. Gułajski), Jankowski Cz, Bartkowiak, Otuszewski, Miklosik, Wojciechowski, Kopaniarz (71. Kraszkowski), Bała, Pawlak (46. Wichtowski), Klatt
Relacja z Dziennika Wschodniego

karne: 0-1 Klatt, 1-1 Łytwyniuk, 1-2 Miklosik, 2-2 Kaczmarek, 2-3 Bała, 3-3 Fundakowski, (3-3 M. Wojciechowski - obroniony), 4-3 Lindner, 4-4 Otuszewski, 5-4 Skórski




2010/2011

I runda - 25 sierpnia 2010
OKS 1945 Olsztyn - Warta Poznań 2:1 (0:0)
Bramki: 1:0 Filipek (59.), 1:1 Iwanicki (81.), 2:1 Miłkowski (116.)
WARTA: Radliński – Ngamayama (46. Zawadzki Ż), Wichtowski, Jasiński, Kosznik – Magdziarz Ż, Wojciechowski (63. Miklosik), Szałas Ż (72. Świergiel), Iwanicki – Reiss, Zakrzewski Ż.
Czytaj relację

 

2011/2012
I runda - 16 sierpnia 2011
Olimpia Elbląg - Warta Poznań 1:1, rzuty karne 4:3
Bramki: 0:1 Scherfchen (66. min), 1:1 Kołodziejski (87.)
Warta: Sobański - Wichtowski Ż, Sobieraj, Jasiński Ż, Otuszewski (91. F. Marciniak) - Scherfchen, Goliński - Białożyt (65. Sasin), Reiss Ż, Iwanicki - Gajtkowski (80. Ciarkowski)
Czytaj relację


B.

czwartek, 18 sierpnia 2011
Piłka i technologia cz. II

Chęć uczynienia sceny zawodów idealnie sterylną przyświeca organizatorom meczów piłkarskich już od dawna. Pragnęliby oni jak najrówniejszego podłoża do gry, jak najlepszych warunków atmosferycznych i jak najsprawiedliwszego systemu oceniania rozgrywki. I choć związki piłkarskie nie posuwają się jeszcze do tego stopnia co Chińczycy, którzy przed igrzyskami w Pekinie planowali zestrzelić rakietą burzową chmurę, po to, aby ewentualny deszcz nie zakłócał zawodów, to we współczesnym futbolu widać wyraźną tendencję do minimalizowania wpływu czynników pozasportowych na wynik meczu.

Wszystko pod kontrolą…

Stojąca na boisku woda, zalegające na niej piaskowe wydmy (dobrze znane kibicom z niedawnego meczu Polska – Rumunia na stadionie Legii w Warszawie) czy też doszczętnie podziurawiona w okolicy pola bramkowego murawa – to częste  bolączki polskich boisk. Aby uniknąć tego typu niedogodności płytę boiska otacza się coraz większą opieką.

Przede wszystkim wiąże się to z nakładaniem konkretnych wymogów licencyjnych na trawę, po której biegają zawodnicy. Musi być ona określonego gatunku (w ekstraklasie są to trzy typy traw, odpowiednio odporne na deptanie), a także podlegać wielostopniowej pielęgnacji (na polskich stadionach są to trzy stopnie pielęgnacji, na międzynarodowych imprezach – cztery lub pięć). Dodatkowo podejmowane są coraz dalej idące kroki mające na celu ochronę murawy przed czynnikami niepożądanymi – mrozem lub ulewą. W przypadku polskich stadionów działania te ograniczają się do zainstalowania aparatury podgrzewającej murawę (ma ona postać albo systemu rurek biegnących pod murawą, przez które przepuszczany jest podgrzany glikol albo mat grzewczych układanych również pod murawą). W klubach z zamożniejszej części Europy stosowane są bardziej zaawansowane metody. Na przykład niemiecka Veltins Arena, stadion Schalke 04 Gelsenkirchen, ma zasuwany dach a płyta boiska wysuwana jest na zewnątrz obiektu, tak żeby trawa mogła rosnąć z pełnym dostępem słońca i powietrza. Inne kluby okrywają murawę specjalną otuliną na czas, gdy nie odbywają się na niej mecze. Ale najciekawsze rozwiązanie zastosowane zostanie na remontowanym właśnie stadionie Werderu Brema (Weser-Stadion). Na jego dachu zainstalowane zostaną tzw. panele solarne, które poprzez przetwarzanie energii słonecznej wyprodukują energię elektryczną i cieplną niezbędną do ogrzania murawy oraz utrzymania obiektu.

Coraz głośniejsze stają się również w ostatnim czasie głosy zwolenników dopuszczenia do oficjalnych rozgrywek boisk ze sztuczną nawierzchnią. FIFA już w 2004 roku wydała warunkową zgodę na korzystanie z tego typu płyt (skorzystały przede wszystkim państwa skandynawskie), ale mimo to nie doszło do ich masowej ekspansji. Sztuczna trawa bowiem, choć ma wiele zalet (dużo mniejsze zużycie, możliwość wykorzystania teoretycznie przez całą dobę, niepodatność na warunki atmosferyczne), ma również wady – jest zdecydowanie bardziej kontuzjogenna (bardziej obciąża stawy, zawodnik jest na niej mniej zwrotny) a instalacja jej wiąże się z dużo większymi kosztami niż w przypadku naturalnej murawy. Piłkarze Lecha grali już oficjalny mecz (z CSKA Moskwa w Pucharze UEFA) na sztucznej murawie stadionu na Łużnikach w Moskwie. Warto wspomnieć, że gdy obiekt ten gościł finał Ligi Mistrzów w 2008, na ten jeden mecz położono naturalną trawę. Pewnym wyjściem pośrednim jest trawa technologicznie wzmacniania – do naturalnej trawy wprowadza się wtedy syntetyczne włókna, które mają za zadanie wzmocnić ją oraz zabezpieczyć przed ugniataniem. Na takie rozwiązanie zdecydował się m.in. Arsenal Londyn, Feyenoord Rotterdam czy Anderlecht Bruksela.

Celem tych wszystkich działań jest stworzenie możliwie neutralnej przestrzeni meczu piłkarskiego. Arena zawodów ma być tak skonstruowana, żeby tylko i wyłącznie umiejętności zawodników decydowały o tym, która drużyna zwycięży. A w wyeliminowaniu tych wszystkich czynników, które mogą zawodnikom przeszkadzać w grze, z pomocą przychodzą właśnie najnowsze technologie.

Tylko ten człowiek z gwizdkiem tu nie pasuje, bo czego sędzia nie widzi…

Niezwykle ważną rolę we współczesnym sporcie odgrywają technologie pomiarowe. Kto wie czy Justyna Kowalczyk cieszyłaby się z brązowego medalu w biegu łączonym, gdyby to ludzkie oko osądzałoby okoliczności jej finiszu. Polka wyprzedziła bowiem Norweżkę Kristin Steirę o trzy setne sekundy, a więc o moment, który trudno zarejestrować bez pomocy fotokomórki. Obecnie mamy do czynienia z wieloma dyscyplinami, w których narzędzia pomiarowe niemal zupełnie odebrały pracę sędziom (np. większość konkurencji lekkoatletycznych), a w innych znacznie zmniejszyły ich rolę (np. ostatnie zmiany w skokach narciarskich). Piłka nożna trwa jednak w okopach konserwatyzmu a zarazem pewnej hipokryzji. Władze światowego futbolu wykonują bowiem co pewien czas pewne pozorne ruchy, które mają usprawnić sędziowanie. Dają sędziom możliwość konsultowania się ze sobą przez słuchawki i mikrofony. Jednocześnie jednak praktycznie w każdej kolejce każdej ligi możemy znaleźć przykłady złej współpracy sędziego głównego z liniowymi. Kiedy indziej trenerzy, piłkarze, dziennikarze czy kibice podnoszą temat instalowania wewnątrz piłek czipów, które będą informowały kiedy futbolówka przekroczy linię bramkową. Żadne kroki w tym kierunku jednak nie są czynione a prawidłowo zdobytych, lecz nieuznanych a prawidłowo zdobytych bramek z miesiąca na miesiąc przybywa. Co więcej FIFA po cichu wręcz pozwala na korzystanie z technologii. Miało to na przykład miejsce podczas zeszłorocznego meczu Pucharu Konfederacji między Brazylią a Egiptem. Dobrze znany Polakom arbiter Howard Webb podyktował rzut karny dla Brazylijczyków dopiero po tym, jak sędzia techniczny skorzystał z zapisu wideo. Egipcjanie złożyli protest w tej sprawie, ale na nie został on uwzględniony.



Upór władz piłkarskich w kwestii możliwości korzystania z technologii pomiarowych przez rozjemców meczu dziwi szczególnie wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę, że obszarem, który najsilniej rozwinął się w ostatnich latach jest telewizyjna transmisja zawodów sportowych.

...tego kibicowi żal

Pierwsza w historii polskiej telewizji transmisja z meczu piłkarskiego miała miejsce w roku 1957 i dotyczyła towarzyskiego spotkania Polonii i Gwardii Warszawa. Dysponowano wówczas raptem trzema kamerami oraz jednym wozem transmisyjnym, który nadawał sygnał do studia ulokowanego w Pałacu Kultury. Sporo do życzenia pozostawiał również realizacja dźwięku, w związku z czym widz miał wrażenie, że komentator śledzi zawody przez szparę w szafie.

Dla porównania ostatnie spotkanie Lecha z Cracovią rejestrowało 12 kamer rozmieszczonych w różnym częściach stadionu. Towarzyszyły im również mikrofony, więc widz miał nie tylko możliwość obejrzenia każdej akcji z kilku różnych perspektyw, ale również posłuchania jak przeklina trener po stracie bramki przez jego drużynę.

Dodatkowo w przerwie zaproszony do studia ekspert, na specjalnie do tego przygotowanym monitorze, omawia zwykle sporne sytuacje, zaznacza linię spalonego, wskazuje potencjalną trajektorię lotu piłki i opowiada o wielu innych rzeczach, których przeciętny kibic mógłby nie wychwycić. Ostatecznie obrazu całości dopełnia grafika komputerowa, która przedstawia wyczerpujące statystyki dotyczące praktycznie każdego wymiaru meczowej aktywności, zarówno pojedynczych piłkarzy jak i całych drużyn (przełomem w dziedzinie statystyki meczu piłkarskiego było zaprezentowanie podczas EURO 2008 programu Castrol Performance Index, matematycznej formuły kompleksowo zliczającej różne podejmowane przez zawodników działania).

W konsekwencji dochodzi do sytuacji, w której kibic oglądający mecz w domu ma dużo szersze pole percepcji spotkania nie tylko od kibica obserwującego mecz z wysokości trybun a także od sędziego, który nie zawsze zdąży wychwycić pozycję spaloną, faul czy zagranie ręką (mogą pewnie coś o tym powiedzieć Irlandczycy, którzy nie pojadą na mistrzostwa świata tylko dlatego, że sędzia nie zauważył ewidentnej ręki Thierry'ego Henry).

Oczywiście transmisja telewizyjna nie jest jedyną formą śledzenia zawodów piłkarskich. Poza tradycyjną relacją radiową, mecze można dziś również oglądać za pośrednictwem internetowych telewizji klubowych, sprawdzać na bieżąco ich wynik w portalach sportowych lub zamówić usługę, dzięki której będziemy otrzymywali smsa na nasz telefon komórkowy za każdym razem, gdy rezultat w interesującym nas meczu ulegnie zmianie. Od kibica zależy tylko wybór medium.

Technologia stwarza zupełnie nowe pola fenomenowi piłki nożnej. Nie czyni ona futbolu lepszym ani gorszym – czyni go innym. Modyfikuje poszczególne jego elementy, wprowadza do nich innowacje lub napotyka na opór. Mimo to piłka nożna wciąż pozostaje prostą grą, w której chodzi o to, aby umieścić futbolówkę w bramce przeciwnika. I o tym przede wszystkim należy pamiętać.

tekst pochodzi z programu meczowego Lecha Poznań "Heej Lech"

numeru 154 z dnia 21 marca 2010 i spotkania z Jagiellonią Białystok

P.

środa, 17 sierpnia 2011
Piłka i technologia cz. I

Niecałe dwa kilogramy. To tyle, co waga średniej wielkości arbuza. Tyle też kiedyś ważyła nasiąknięta deszczem piłkarska koszulka. Do tego ciężkie skórzane buty, wiązane nad kostką, z powbijanymi w podeszwę metalowymi kołkami. W sumie jakieś kolejne trzy kilogramy. Dzisiaj, gdy waga butów przekracza 200 gramów, to piłkarze mówią o zbędnym ciężarze, a stugramowe piłkarskie koszulki regulują temperaturę organizmu, wspomagają jego regenerację i chyba już tylko nie przeprowadzają fotosyntezy. Technologia sprawiła, że piłka nożna ma dziś zupełnie inne oblicze niż kiedyś.

Technopiłka

Mało jest dziedzin, w których widać równie silny wpływ technologii, jak dzieje się to w przypadku sportu. Tutaj doszła ona w pełni do głosu, bezpowrotnie zmieniając niemal wszystkie aspekty sportowej rywalizacji. Z jednej strony są to przeobrażenia, które mają zwiększyć możliwości zawodników – sprawić, że będą oni osiągać lepsze wyniki i łatwiej bić rekordy. Technologie nie tylko usuwają przeszkody towarzyszące zwykle sportowcom (opór powietrza, nieodpowiednie podłoże), ale również wspomagają ich organizmy – chronią je przed urazami, usprawniają ich funkcjonowanie oraz przyspieszają regenerację. Z drugiej strony zmiany w rozgrywkach sportowych spowodowane są także w dużej mierze przez technologie medialne. To one wymuszają określone rozwiązania związane z dostosowaniem się widowiska sportowego do wymogów transmisji telewizyjnej (oświetlenie, podgrzewana murawa) oraz dostarczają nowe formy jego oglądania.

Trafnym przykładem tych wszystkich procesów jest właśnie piłka nożna. Technologia nie zmieniła tej dyscypliny tak bardzo jak na przykład pływania lub wyścigów Formuły 1, ale jednocześnie wprowadziła tyle modyfikacji, że mecze dzisiaj i sto lat temu mają ze sobą niewiele wspólnego. Konsekwencje tego wpływu można obserwować w kontekście czterech płaszczyzn współczesnego futbolu: sprzętu piłkarskiego, organizacji meczu, jego transmisji oraz różnych form jej oglądania. W niniejszym tekście zajmę się pierwszą z nich, w kolejnym – pozostałymi trzema.

Spadające spodenki i wełniane trykoty...

O tym, jak ważny jest w życiu piłkarza dobry sprzęt sportowy, boleśnie przekonał się na własnej skórze były obrońca Lecha Marcin Wasilewski. Po meczu z Wisłą Kraków przy Bułgarskiej w sezonie 2006/2007 wzburzony tak skarżył się na stan swoich spodenek: (...) co mecz to mamy, w ogóle kompletnie konkretnie, problemy ze spodenkami, cały czas pękają sznurki i to było konkretne, że biegałem tam dwie minuty, cały czas mi spodenki spadały i nie byłem w stanie kontynuować gry, musiałem jedną ręka trzymać spodenki, co było bez sensu. Przeszkadzające defensorowi Kolejorza spodenki spowodowały, że nie mógł on się skupić na grze.

Cóż więc mieli powiedzieć zawodnicy poznańskiego klubu, którzy występowali w nim w latach dwudziestych minionego stulecia, jeszcze pod szyldem Lutni, a później Ligi Dębiec? Ich trykoty szyte były z wełny, a na klatce piersiowej przewiązywane sznurkami. Do tego szerokie spodenki, które na wietrze powiewały niczym chorągiew oraz skórzane buty, które, choć chroniły stopy, to nie pomagały zbytnio w kopaniu piłki. Tak wyszykowani sportowcy musieli przez 90 minut biegać po boisku. Niestety, już w połowie spotkania koszulka przypominała w zasadzie szmatę do mycia podłogi – była mokra i powyciągana. Na dobrą sprawę nadawała się do wyrzucenia. Niewiele lepiej prezentowało się też obuwie – skóra, z której było ono wykonane, mocno nasiąkała wodą, a przy mocniejszych kopnięciach ulegała deformacjom.

W konsekwencji marzeniem zawodników pozostawała sytuacja, w której sprzęt miał nie tyle nawet pomagać im w rozgrywce (jak to dzieje się dzisiaj), ile w jak najmniejszym stopniu przeszkadzać. Najlepsze buty to takie, od których piłka odbijałaby się najmniej kanciasto, a najlepsza koszulka podczas deszczu stanowiłaby najmniejszy balast.

Próbkę tego, jak mogli wyglądać tak przyodziani zawodnicy, fani Kolejorza mieli podczas jubileuszowych meczów Lecha Poznań – w marcu 2002 roku z Tłokami Gorzyce (80. rocznica istnienia klubu)

oraz pięć lat później w potyczce z Koroną Kielce (85. rocznica).

... oraz oddychające koszulki i inteligentne buty

W porównaniu z pierwszą połową XX wieku sprzęt piłkarski przeszedł prawdziwą rewolucję.

Koszulki sportowców już coraz rzadziej są wytworami pracy ludzkich rąk. Produkowana w laboratoriach odzież bardziej przypomina skafandry używane przez płetwonurków niż garderobę potrzebną do kopania futbolówki. Tajemnicę stanowią tworzywa sztuczne, z których koszulki powstają. Obecnie są to przede wszystkim mikrowłókna poliestrowe, dzięki którym możliwe jest odprowadzenie wilgoci na zewnątrz ciała i przyspieszenie jej odparowywania. Pozwala to utrzymywać odpowiednią temperaturę organizmu, poprawia aerodynamikę oraz zwiększa komfort gry (w tym celu coraz częściej rezygnuje się także ze szwów, aby nie ocierały one skóry sportowców). Całość jest oczywiście superlekka (około 100 gramów), idealnie dopasowana oraz satysfakcjonująca estetycznie. W efekcie zawodnik mniej się męczy i – przynajmniej w założeniu – gra lepiej.

Jeszcze bardziej radykalną metamorfozę przeszło piłkarskie obuwie. Kiedyś będące rezultatem wyłącznie działalności zwykłego szewca, dziś stało się przedmiotem ingerencji fizyków, informatyków i materiałoznawców. Na przestrzeni lat zmieniło się w nim praktycznie wszystko. Najpierw niemiecki szewc Adi Dassler wprowadził wykręcane kołki, a potem dodatkowo wzmocnił wodoodporność butów. Do dziś krąży legenda, że to w dużej mierze dzięki jego „obuwniczej” pomocy nasi zachodni sąsiedzi zostali mistrzami świata w 1954 roku – szewc miał przystosować buty całej drużyny do wyjątkowo wówczas kapryśnej szwajcarskiej pogody. Z czasem do ich szycia zaczęto używać lekkiej skóry kangura, a później przerzucono się na materiały syntetyczne. Obecnie najpopularniejsza (i zarazem najdroższa) na rynku „zbroja” dla stóp piłkarza tworzona jest z włókien poliamidowych – materiału stosowanego do produkowania żyłek. Dzięki temu buty są lekkie (200 gramów), dobrze wentylowane, ale zarazem wodoszczelne. Poza tym stosuje się w nich pełną gamę udogodnień – wiązania przesunięte są na bok buta (aby zwiększyć precyzję uderzenia), podeszwa powstaje często w oparciu o odlew stopy sportowca (aby zwiększyć wygodę), a stopę stabilizuje specjalny język (aby zwiększyć bezpieczeństwo).

Zawodnik używający takich butów ma być bardziej zwrotny i biegać o 5 procent szybciej niż w zwykłych korkach. Pytanie tylko, czy dzisiaj w sporcie coś jeszcze jest „zwykłe”?

Coraz bardziej okrągła piłka

Za zmianami obuwia podążały również zmiany najbardziej pożądanego przedmiotu na boisku – piłki. Gdyby dzisiaj zawodnicy mieli kopać tę samą futbolówkę, którą kopali ich poprzednicy na początku XX wieku, prędko doszłoby do strajku oraz... kilku zgonów. Wykonywana była ona bowiem z nadmuchanego świńskiego pęcherza i okryta gumową – a później skórzaną – powłoką, w konsekwencji czego ważyła nawet do dwóch kilogramów. Wielokrotne uderzenia jej głową powodowały zamroczenie zawodnika, a na dłuższą metę – choć tego już się pewnie nigdy nie dowiemy – stany chorobowe. O ile oczywiście przedtem piłkarz nie pokaleczył się wystającymi z niej szwami.

Współcześnie masa piłki wynosi od 410 do 450 gramów. Każdy wypuszczany na rynek nowy model jest jeszcze bardziej okrągły i gwarantuje jeszcze większą precyzję uderzenia. Naukowcy zmierzyli, że kształt używanej podczas MŚ 2006 piłki „Teamgeist” różni się od idealnej kuli raptem o jeden procent. Producenci wszystkich futbolówek również zmniejszają liczbę łat składających się na zewnętrzną powłokę – obecnie jest ich czternaście lub dwadzieścia cztery (zamiast trzydziestu dwóch). Dodatkowo coraz częściej nie są już one zszywane, ale w specjalny sposób klejone (minimalizuje to liczbę nierównych krawędzi). Zabiegi te mają zapewnić jeszcze większą precyzję uderzenia – kopnięta „idealnie okrągła piłka” powinna polecieć dokładnie tam, gdzie chce zawodnik. Ponadto kolejne warstwy jej zewnętrznej powłoki (sztuczne włókna oraz syntetyczne pianki) sprawiają, że nie nasiąka ona wodą (podczas deszczu jej masa zmienia się raptem o ułamek procenta, gdy kiedyś niemal podwajała się), a znajdujące się na niej nadruki nie ścierają się tak szybko.

Bramkarze skarżą się, że coraz trudniej jest ją złapać, ale producenci sprzętu i na to mają receptę – rękawice bramkarskie o specjalnej grubości chwytnej (te zaprojektowane przez Andrzeja Dawidziuka, reklamowane są jako najgrubsze na świecie  – 4,5 mm), wzmacniane w przegubach i dodatkowo klimatyzowane.

Niewątpliwie sprzęt sportowy rozwija się w zawrotnym tempie. Pojawia się jednak pytanie, czy nie przecenia się jego roli? Wszak portugalski bramkarz Ricardo świetnie broni karne gołymi rękoma, a część zawodników reprezentacji Malawi, nieźle radzących sobie podczas zakończonego niedawno Pucharu Narodów Afryki, na co dzień zamiast idealnie okrągłych futbolówek kopie szmacianki.

tekst pochodzi z programu meczowego Lecha Poznań "Heej Lech"

numeru 153 z dnia 6 marca 2010 i spotkania z Cracovią

P.

czwartek, 11 sierpnia 2011
Jaki naród, tacy bohaterowie. Jacy bohaterowie, taka opera

Wciągnął mnie bez reszty czeski klimat, który w niezwykle zgrabnych i smakowitych porcjach serwuje swoim czytelnikom Mariusz Szczygieł w książkach "Gottland" (polecam!) i "Zrób sobie raj" (polecam!). Nasi południowi jawią się w nich jako ludzie stroniący od patosu, pogodni (ulubione słowo Czechów) i pragmatycznie czerpiący z życia. Dlatego też według autora tak ich lubimy - bo to naród, który ma zupełnie inne wady niż my.

Czytając kolejne zwyczajnie-niezwykłe historie trafiłem też na kapitalny fragment:

Kiedy w 1969 roku na hokejowych mistrzostwach świata w Sztokholmie Czechosłowacja grała grała mecz z ZSRR i wygrała 2:0, jeden z niewielu czechosłowackich kibiców na trybunach trzymał transparent: "W sierpniu wy, teraz my" [aluzja do inwazji wojsk Układu Warszawskiego w 1968 roku - przyp. PN]. Po hymnie zwycięzców zawodnicy powinni sobie podziękować, ale drużyna czechosłowacka odwróciła się i poszła do szatni, nie podając rąk Sowietom. Tydzień później na kolejnym meczy z ZSRR, gdy drużyny stanęły na lodzie, pięciu czechosłowackich zawodników miało na koszulkach przyklejone plastry. Wszyscy w tym samym miejscy - na piersiach nad godłem państwa. Tak zasłaniali radziecką gwiazdę. Czechosłowacja znów wygrała, tym razem 4:3. Ludzie wylegli na ulice z flagami, w Pradze demonstrowało sto tysięcy osób. Niektórzy na kartonach wypisali wynik 4:3 i nieśli je dumnie nad głowami. Czesi są mistrzami pacyfizmu, ale to nie znaczy, że brakuje im honoru.

Jeżeli ktoś ma wątpliwości, że czechosłowaccy sportowcy grali o coś więcej niż zwycięstwo na tafli, powinien obejrzeć skrót tego meczu:



Jak pisze Szczygieł hokej zaspokaja Czechom potrzebę patosu i potrzebę bohaterów. Jedną z największych wybuchów euforii można było zaobserwować u naszych sąsiadów po zdobyciu przez ich team złotego medalu w hokeju na Igrzyskach Olimpijskich w Nagano w 1998 roku (a jakże, po zwycięstwie 1:0 nad Rosjanami). Kraj na kilka dni oszalał a bogom równi stali się bramkarz Dominik Hasek i skrzydłowy Jaromir Jagr.



Czy czeski komentarz do tego meczu nie jest cudowny? Piczka! - krzyczy spiker po zepsutej sytuacji (2:14). Jak z kanonu! - mówi o strzale po którym pada bramka. No i te falujące tłumy w Pradze.

Czesi jednak nie byliby sobą, gdyby nie mieszał się u nich komizm z tragizmem, patos z burym przypadkiem, pogoda z ostrą ironią. Do dekoracji złotymi medalami trzeci bramkarz reprezentacji Milan Hnilicka przystąpił w dresie, bez hokejowego osprzętu. W konsekwencji szef MKOl wziął go za kibica i nie wręczył mu krążka:) Z tej historii golkipera-pechowca Czesi uczynili więc kanwę... opery! Jej autorem jest Jaroslav Dusek a kompozytorem Martin Smolka, a całość nosi wymowny tytuł "Nagano".

Początkowo nie chciało mi się wierzyć. Sądziłem, że to jakaś niszowa sprawa, szybka akcja pod publiczkę. Nic z tych rzeczy. Spektakl jest dziełem czeskiego Teatru Narodowego (Opery) w Pradze. Poczytać o nim można tutaj i tutaj, a poniżej (i w kolejnych odcinkach) można je obejrzeć:



No i jak tu nie lubić Czechów?

P.

 
1 , 2