Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Historyczny rzut karny: bramkarz kontra bramkarz wieńczy 1:8 Legii w Poznaniu

Marian Fontowicz podczas meczu Warta Poznań - Legia Warszawa 4:3 / fot. Ilustracja PoznańskaMarian Fontowicz podczas meczu Warta Poznań - Legia Warszawa 4:3 / fot. Ilustracja Poznańska 

7 sierpnia 1927 roku, w pierwszym sezonie istnienia piłkarskiej ligi w Polsce, pierwszy raz doszło do sytuacji, w której bramkarz strzelał rzut karny. Historia zdarzyła się w Poznaniu: Marian Fontowicz obronił strzał z 11 metrów Wacława Adamowicza z Legii Warszawa, a Warta wygrała aż 8:1!

Jonathan Wilson o bramkarzach jak o wyrzutkach

Jonathan Wilson w książce „Bramkarz, czyli outsider” o znaczeniu i specyfice golkiperów pisał tak: „W drugiej połowie XIX wieku bramkarza oddzielono od reszty drużyny, powierzając mu specjalną rolę, specjalne obowiązki oraz specjalną koszulkę. Był wyrzutkiem, odstającym od pozostałej dziesiątki. (...) Wszystkie najbardziej wpływowe postacie miały swoje kozły ofiarne: Marks winił kapitalizm, Freud winił seks, Dawkins winił religię, Larkin obwiniał swoich rodziców, a doktor Atkins - ziemniaki. Piłkarze mieli skłonność do obwiniania bramkarza”.

Nie wiemy, czy 90 lat temu piłkarze Legii Warszawa obwiniali o sromotną porażkę 1:8 w Poznaniu swojego bramkarza, Wacława Adamowicza. Prasa potraktowała go nadzwyczaj wręcz łagodnie, można więc sądzić, że między słupkami, mimo rekordowej wówczas jak na ligę porażki, spisywał się przyzwoicie. O jedno koledzy z wojskowej drużyny mogli jednak mieć do Wacława Adamowicza pretensje: że wziął na siebie odpowiedzialność za strzelanie rzutu karnego i tej odpowiedzialności nie udźwignął. A presja była spora, bo naprzeciw niego, w bramce Warty Poznań, stał prawdziwy fachowiec od bronienia strzałów z 11 metrów - Marian Fontowicz.

przeglad_naglowek

Z relacji prasowych wynika, że to było spotkanie pełne paradoksów. „Dziennik Poznański” w zapowiedzi wymieniał wygrane Legii (4:3 z Pogonią Lwów, 3:2 z 1.FC Katowice, 2:0 z Czarnymi Lwów, 3:1 z Wartą w Warszawie oraz 6:1 i 5:2 z Turystami Łódź) i grzmiał: „Na Warcie leży obowiązek zrehabilitowania się w oczach społeczeństwa poznańskiego, spodziewamy się też silnej woli zwycięstwa”. Poznaniacy krótko wcześniej doznali bowiem kilku wysokich porażek: 3:6 z Toruńskim KS, 5:7 z Hasmoneą Lwów czy 2:6 z Pogonią Lwów.

Przebieg niedzielnego meczu na boisku przy ul. Rolnej, jak zgodnie podkreślały gazety, był więc niespodziewany. Warta prowadziła 1:0 w 7. minucie, Legia wyrównała na 1:1 w 11., ale dwie kolejne minuty to dwa gole dla poznaniaków. Między 53. a 79. minutą Warta dołożyła pięć goli.

„Dziennik Poznański”: „Zieloni nie kombinowali długo przed bramką przeciwnika, lecz strzelali jak najwcześniej, powiększając w ten sposób szanse punktowe. (...) Legia, która poraz pierwszy gościła w mieście naszem, wywarła na ogół dobre wrażenie. (...)

„Kurier Poznański” - „Każdy z widzów wie, że zwycięstwo Zielonych było za wysokie i to nie wymaga specjalnego dowodzenia, jednak nie było na pewno nikogo, któryby nie uznał tym razem wyższości Warty nad jej przeciwnikiem. Warta jest prawdziwą drużyną niespodzianek. Po szeregu słabych gier i porażek stanęła nagle u szczytu formy.

Wacław Adamowicz w bramce Legii Warszawa

 Wacław Adamowicz - Legia Warszawa

Wacław Adamowicz przed meczem Legii Warszawa z Wisłą w Krakowie (1932 rok), obok Wacław Przeździecki i Henryk Martyna / fot. Ilustrowany Kurier Codzienny

Mimo wpuszczenia ośmiu goli w spotkaniu z Wartą, Kurier Poznański nazywa Wacława Adamowicza bramkarzem „dobrym”, a Dziennik Poznański nawet „doskonałym”!

Co ciekawe, niecały miesiąc później, Wacław Adamowicz wpuścił aż... 11 goli. I tu znów spotykamy się z relacją - przytaczaną przez stronę legionisci.com - której autor staje na wstępie w obronie młodego bramkarza: "(...) Nasz młody bramkarz Adamowicz, który świetnie bronił w wygranym 1-0 z twardą, niemiecką drużyną IFC w Katowicach meczu - otóż ten bramkarz puścił nam w następnym tygodniu we Lwowie z Pogonią jedenaście goli (2-11). Po meczu, w szatni była grobowa cisza. Nikt nie skorzystał z autobusu, który miał odwieźć nas na stację, nikt nie wsiadł do wspólnych zarezerwowanych przedziałów, każdy wolał zaszyć się gdzieś w kącie nawet na stojąco w zatłoczonych wagonach" - wspominał Marian Łańko, uczestnik meczu Legii z Pogonią Lwów.

Warta Poznań - Legia Warszawa i pierwszy taki rzut karny 

Marian Fontowicz podczas meczu Warty Poznań / fot. Ilustracja PoznańskaMarian Fontowicz (pierwszy z prawej) podczas meczu Warty Poznań / fot. Ilustracja Poznańska

Jak to się stało, że Wacław Adamowicz oraz Marian Fontowicz wzięli udział w historycznym dla polskiej ligi rzucie karnym? To była 81., może 82. minuta, już przy stanie 8:1. Jak pisał „Stadjon”, „naskutek mimowolnej ale wyraźnej ręki Śmiglaka, dyktuje sędzia karnego”. „Przegląd Sportowy” uzupełnia: „Legia ma możność zmniejszenia swej porażki. Sędzia dyktuje strzał karny. Po naradach strzela Adamowicz. Ostro, lecz w ręce bramkarza. Legia przegrywa więc 8:1, ponosząc największą porażkę w mistrzostwach Ligi (...) Adamowicz w bramce, pomimo ośmiu goli, zasłużył na pochwałę, gdyż obronił moc strzałów. Wynik - rzecz jasna - jest za wysoki - ale zwycięstwo gospodarzy różnicą kilku bramek było zasłużone”. „Stadjon” interwencję Mariana Fontowicza nazywa „świetną obroną”.

Marian Fontowicz - legendarny bramkarz Warty Poznań uratowany przez Fryderyka Scherfke

Marian Fontowicz

„Waleczny, odważny, jeden z najlepszych w dziejach polskiego futbolu w obronie dolnych strzałów, opuszczał posterunek tylko przez kontuzje” - opisuje Mariana Fontowicza Andrzej Gowarzewski w tomie „Mistrzostwa Polski” i podaje statystyki. Legenda Warty, grając w czternastu kolejnych sezonach o mistrzostwo Polski, był przedwojennym rekordzistą wśród piłkarzy pod względem ligowego stażu. Co kluczowe dla tej historii - w rozgrywkach ligowych przed 1939 r. obronił najwięcej, bo aż 16 strzałów z rzutów karnych (z 42 prób). Jednym z tych obronionych był strzał podczas meczu Warta - Legia.

Marian Fontowicz był opoką zespołu, który w 1929 roku zdobył mistrzostwo Polski. Miał w swojej karierze również przypadki mniej przyjemne - w październiku 1932 roku Warta wygrała 1:0 na boisku Cracovii, w meczu na szczycie ligi. Po spotkaniu na boisko wtargnęło ok. tysiąca kibiców, którzy rzucili się na sędziego. W jego obronie stanęli piłkarze, spośród których najbardziej ucierpiał właśnie Marian Fontowicz. Pobity stracił przytomność, a odzyskał ją dopiero zniesiony do szatni.

Wacław Adamowicz nie przeżył drugiej wojny światowej. Jak podaje księga stulecia Legii (książki wydawnictwa GiA zresztą też), zginął podczas kończącej kampanię wrześniową bitwy pod Kockiem, 2 października 1939 r. (choć niektóre źródła podają, że zginął dopiero po łapance w 1942 r.). Marian Fontowicz miał więcej szczęścia. Gdy razem z innymi polskimi jeńcami jechał pociągiem w stronę Rzeszy, na stacji w Poznaniu drzwi się otworzyły i stanął w nich człowiek w szarym mundurze Wehrmachtu. Odszukał Mariana Fontowicza. - Jesteś w Posen. Nie chcesz iść do domu? - zapytał i bramkarz wysiadł. Człowiekiem w mundurze był jego kolega z boiska, z Warty i z reprezentacji Polski - Fryderyk Scherfke. Więcej o tej historii przeczytać w książce "Czarny orzeł, biały orzeł" Thomasa Urbana.

Co ciekawe, Marian Fontowicz miał tuż po wojnie do czynienia z dwoma wybitnymi postaciami polskiego sportu. Jak pisał Mariusz Rabenda w Gazecie Wyborczej Szczecin, to właśnie Fontowiczowi być może swój pierwszy dziennikarski tekst w życiu poświęcił śp. Bohdan Tomaszewski (działo się to przy okazji meczu w Koszalinie,

- Ja tam przyjechałem w dziurawych portkach po tej strasznej zawierusze powstańczej, znalazłem się w zupełnie nowym świecie. Może i dobrze. Ale nie miałem nic i nagle pozwolono mi robić sport w Koszalinie. I wychodziła tam gazeta. "Wiadomości Koszalińskie", taka skromna. Redaktor naczelny powiedział mi, jak już ten sport robisz, to napisz o nim też coś - wspominał Bohdan Tomaszewski.

Wiadomości Koszalińskie z piątku 14 września 1945 r. i w tekście podpisanym „B. Tomaszewski” możemy przeczytać: „Jeszcze o świecie - ciekawostki z za * kulis". Pisze o swej rozmowie z Fontowiczem, bramkarzem z Poznania, dawnym "asem naszej reprezentacji państwowej". "Bardzo oryginalny zwyczaj wprowadzono na zawodach w Koszalinie. Spotkałem to po raz pierwszy, mimo że byłem na nie jednym* meczu - mówił Fontowicz Tomaszewskiemu. - Otóż po każdej strzelonej bramce orkiestra, znajdująca się na trybunie, wita to wydarzenie gorącym tuszem: trzeba przyznać, że kapelmistrz zdobył się na objektywność*, gdyż również i bramki strzelone drużynom wojskowym i reprezentacji Koszalina jednakowo były podkreślane przez sympatyczną orkiestrę"..

W 1949 r. Marian Fontowicz trenował zespół z podpoznańskiej Mosiny. Piłkę kopał w nim chłopak, który po dwóch rozegranych meczach usłyszał od Mariana Fontowicza: - Chłopcze, jesteś szybki, idź do lekkoatletyki, bo w piłce nożnej się zmarnujesz.

Zajął się więc lekkoatletyką, najpierw sam ją trenował, potem wziął się za szkolenie innych. Czesław Cybulski, bo o nim mowa, wychował Szymona Ziółkowskiego i Anitę Włodarczyk, mistrzów olimpijskich w rzucie młotem.

Ostatnie wykorzystane rzuty karne strzelane przez bramkarzy w ekstraklasie

Marian Kelemen strzela gola w meczu Śląsk Wrocław - Arka Gdynia 5:0 (2011 rok),

Artur Boruc strzela gola w meczu Legia Warszawa - Widzew Łódź 6:0 (2004 rok),

Józef Młynarczyk strzela gola swojemu przyszłemu pracodawcy w spotkaniu Odra Opole - Widzew Łódź (1977) - na zdjęciu Panini / fragment relacji z Dziennika Łódzkiego (wtedy Dziennika Popularnego),

Józef Młynarczyk dla Odry Opole w meczu z Widzewem Łódź strzelił gola z rzutu karnego - obok fragment relacji z Dziennika Łódzkiego

Jan Tomaszewski strzela gola krótko przed Wembley, w spotkaniu ŁKS - Odra Opole (1973) - wg Dziennika Łódzkiego chytrym zwodem nie dał szans bramkarzowi rywali.

Jan Tomaszewski dla ŁKS strzelił gola z rzutu karnego przeciw Odrze Opole - nagłówek z Dziennika Łódzkiego

 

niedziela, 06 sierpnia 2017
Arka Gdynia z nowym rozdziałem. Żółto-Niebiescy Macieja Witczaka czekają na III tom

siemaszko

Arki Gdynia dwumecz z FC Midtjylland będzie wspominany jako jeden z najbardziej dramatycznych w historii występów polskich klubów w europejskich pucharach, nie mam wątpliwości. Wygrana w Gdyni w ostatniej minucie, przegrana i strata awansu w Danii po golu w doliczonym czasie gry, to jest nieprawdopodobnie zawałowa opowieść. Przy okazji tych spotkań, podobnie jak przed finałem Pucharu Polski z Lechem Poznań, zajrzałem do monografii Macieja Witczaka o Arce Gdynia.

 Żółto-Niebiescy - Maciej Witczak - książki o historii Arki Gdynia

To są dwa dobre tomy - tak dobre, że po sukcesach Żółto-Niebieskich w 2017 roku, czas na trzecią część. To opracowanie na tyle ciekawe, a jednocześnie uporządkowane i zwyczajnie ładne, że najwyższy czas napisać tu o nim parę słów. Niech żałują ci, którzy nie kupili go w porę - w księgarniach i sklepie Arki już dawno „Żółto-Niebieskich” nie widzę. Pozostaje czyhanie na aukcjach internetowych.

Dla porządku. Pierwszy tom obejmuje czas od powstania klubu do 2001 roku, na 480 czarno-białych stronach i prawie 30 kolorowej części ze zdjęciami. Drugi, z podtytułem „Klub marzeń miasta z morza”, to już ponad 550 stron na kredowym papierze, ze szczegółowym opisem dekady 2001-2010 i uzupełnioną częścią z biogramami i statystykami z całej historii Arki. Trwająca teraz dekada, nie licząc ubiegłego sezonu, do łatwych nie należała, ale w końcu do 345 meczów w ekstraklasie opisanych przez Macieja Witczaka, klub dołożył 55 i oto mecz 3. kolejki sezonu 2017/2018, z Wisłą Płock, był spotkaniem nr 400 na najwyższym szczeblu.

W „Żółto-Niebieskich” są opowieści i notki dla mnie szczególnie ciekawe. Wspomnę tu o pięciu, choć jest ich dużo więcej.

Arka Gdynia - geneza barw klubowych

Dla kibiców z Gdyni to jasna sprawa, ale dla mnie nie - geneza żółto-niebieskich barw Arki, związana jest z zawodami dla szwedzkich marynarzy i pastorem Ekstromem z kościoła szwedzkiego. Przypomina mi to historię z barwami Boca Juniors, które wzięły się od szwedzkiego statku akurat wpływającego do portu. Wcześniej, do 1972 r., gdyńskie kluby, które potem stworzyły klub będący dziś Arką, grały na niebiesko-biało.

Jak Kazimierz Deyna ze Starogardu przeszedł do ŁKS i Legii zamiast Arki

Polecam opowieść trenera Grzegorza Polakowa, jak mało brakowało, by w Arce Gdynia grał młody Kazimiarz Deyna. MZKS dawał piłkarzowi 40 tys. zł, ten chciał 70 tys. zł, na co klub ostatecznie przystał. Kwity zostały podpisane. „- Niestety wciąż nie pojawiał się on na treningach, a kiedy ponownie udałem się do Starogardu, okazało się, że Kazik wyjechał do Łodzi do swojego brata, który był tam milicjantem. Od rodziców otrzymaliśmy adres, pod którym zastaliśmy Deynę. Po dłuższym wahaniu, jak pamiętam, zgodził się wreszcie na rozmowę w barze mlecznym przy ulicy Lutomirskiej, gdzie tak przynajmniej mi się zdawało, zgodził się na powrót do Gdyni. Jednak wkrótce zadebiutował w I lidze, w barwach ŁKS-u, a potem znalazł się w Legii” - opisywał Grzegorz Polakow.

Arka Gdynia w Egipcie

 Arka Gdynia w Egipcie

Przed sezonem 1972/1973 klub z Gdyni pojechał na tournee do Egiptu, gdzie zremisował z klubami z Aleksandrii (Union 0:0, Olimpic 1:1), a przede wszystkim pokonał słynny Zamalek Kair 1:0. „Należy dodać, że występom arkowców towarzyszyło ogromne zainteresowanie ze strony mediów i kibiców. Wszystkie spotkania były transmitowane przez telewizję, mecze w Aleksandrii rozgrywano przy sztucznym świetle, a stadiony wypełniły się po brzegi” - pisze Maciej Witczak, zamieszczając skan egipskiej gazety.

Puchar Polski dla Arki

Szczegółowo, wręcz reporterski sposób, opisany jest 1979 rok, gdy Arka wygrała Puchar Polski. Wówczas w ćwierćfinale Arka wyeliminowała Lecha Poznań. Ten mało pamiętany mecz był jednym z najbardziej dramatycznych w całej historii Pucharu Polski. Po 90 minutach było 1:1, po dogrywce - 2:2, a tuż przed konkursem rzutów karnych gdyńscy trenerzy zrobili zmianę w bramce - Włodzimierza Żemojtela zastąpił Andrzej Czyżniewski. Sam finał z Wisłą Kraków - wtedy rywalem wielkim, będącym o krok od półfinału Pucharu Mistrzów - też opisany jest z reporterskim zacięciem. Gdyby komuś było mało lektury - cały mecz można obejrzeć na YouTube, polecam też dobry reportaż Radia Gdańsk.

Pierwsi obcokrajowcy w Arce Gdynia

W końcu to, co miłośnicy lat 90. lubią najbardziej - notki o zagranicznych piłkarzach, którzy przyjechali do Polski po zmianie ustroju. Z nich dowiedziałem się, że...

Aleksander Waniuszkin (ur. 1962 w Mińsku, wtedy ZSRR) był środkowym obrońcą o dobrych warunkach fizycznych i z dobrym strzałem głową, od marca 1992 do czerwca 1993 r. zagrał w sumie w II i III lidze aż 48 meczów (ostatni przeciw Warcie Poznań). Pierwszy obcokrajowiec w historii Arki „latem 1993 wyjechał na urlop na rodzinną Białoruś i pomimo ważnego kontraktu nie dał znaku życia”.

Rolandas Bubliauskas (ur. 1966) - Litwim po grze dla Atlantasu Kłajpeda i Żalgirisu Wilno, zadebiutował w Arce w tym samym meczu co Waniuszkin, więc noszą miano pierwszych zagranicznych piłkarzy w historii klubu z Gdyni, ale Bubliauskas to pierwszy obcokrajowiec-strzelec gola dla Arki. W 20 meczach uzbierał ich w sumie sześć, wszystkie w trzeciej lidze.

Leonid Leonidow (ur. 1962) to napastnik, który w 1993 r. przeszedł do Arki po wcześniejszej grze w Concordii Knurów i Chemiku Polce - w pierwszym z tych klubów był bohaterem afery związanej z brakiem uprawnień do gry, w drugim był najskuteczniejszym piłkarzem. Ale w Arce w 18 meczach Rosjanin zdobył tylko jednego gola.

Andrij Baraniwski (ur. 1973 w Karagandzie, wtedy ZSRR) to napastnik, który „według niepotwierdzonych informacji znajdował się w szerokiej kadrze Dynama Kijów”, a do Arki przeszedł z Saturna Irpeń. Wiosną 1995 roku w 14 meczach drugiej ligi zdobył dwa gole (w tym z Bałtykiem Gdynia).

Samir Mohammed Abane (ur. 1974) to algierski napastnik, który był pierwszym przedstawicielem Afryki w Arce. W 1997 roku zagrał w 25 meczach w III lidze i trzech w Pucharze Polski - strzelił w sumie sześć goli. „Algierczyk nie otrzymał wielu szans od szkoleniowców. Obdarzony nienaganną techniką, błysnął fantastycznym golem w meczu derbowym z Bałtykiem. Fragment przykładowej notki o piłkarzu Arki z Żółto-Niebieskich wygląda jak na zdjęciu.

 Samir Abane

 Żółto-Niebieskich na tyle okładki poleca Andrzej Gowarzewski i tak naprawdę, monografia w tej formie spokojnie mogłaby wyjść cyklu Kolekcja Klubów Encyklopedii Piłkarskiej Fuji. A to chyba wystarczająca rekomendacja.

B.

czwartek, 03 sierpnia 2017
Włodzimierz Wlodi Smolarek w FC Utrecht. Stary człowiek i może - z Realem, z połamanymi żebrami, z woleja, z rzutu rożnego

 Włodzimierz Wlodi Smolarek - FC Utrecht

Euzebiusz Smolarek za wcześnie skończył kopać piłkę - najlepiej świadczy o tym fakt, że gdy zagrał swój ostatni ligowy mecz (Jagiellonia Białystok - Ruch Chorzów), był młodszy (miał 32 lata i 144 dni) niż jego ojciec, Włodzimierz Smolarek, gdy rozgrywał pierwsze oficjalne spotkanie w barwach FC Utrecht (32 lata i 188 dni). A Smolarek senior grał w Utrechcie jeszcze ponad sześć lat! Wlodi, jak mówili i pisali o nim Holendrzy, w Utrechcie starzał się pięknie, o czym często się zapomina, podkreślając w jego zagranicznym CV przede wszystkim Eintracht Frankfurt i Feyenoord. Z tych trzech klubów, właśnie w tym najmniejszym czuł się najlepiej i chyba też grał najwspanialej. Jego gole trochę mogły umykać uwadze kibica w pierwszej połowie lat 90., choćby dlatego, że Włodzimierz Smolarek - za wyjątkiem meczu z Holandią - nie był już brany pod uwagę przy powołaniach do reprezentacji, prasa więc pisała o nim mniej niż np. o Romanie Koseckim. Sam już wtedy piłką się interesowałem, ale gole Smolarka w Holandii jakoś mi umykały. Może też dlatego, że skończył z grą w piłkę tuż przed tym, gdy znałem wszystkie składy na pamięć dzięki Sensible Soccer.

Smolarek w rytmie Volare na Feyenoordzie

Pobytu w Feyenoordzie na pewno nie musiał się wstydzić: jego bilans to 46 meczów i 13 goli w Eredivisie i jeden mecz w Pucharze UEFA (z VfB Stuttgart). Bramki zdobył i w meczu z Ajaxem, i z PSV Eindhoven, do tego dołożył hat-trick w derbach ze Spartą. A debiutował w towarzyskim turnieju, spotkaniem z Realem Madryt, wywalczył karnego na remis, po którym zapanowała w Rotterdamie jakaś niebywała - jak na piknikowe znaczenie imprezy - euforia. Nawet trenujący Real Leo Beenhakker zamiast powtarzać z uśmiechem pod nosem „international level”, „little by little - krop po kroku” albo „surprise, surprise, Pazdan”, ewidentnie zaklął szpetnie.

Włodzimierz Smolarek wyprowadzał się z Rotterdamu na przełomie 1989 i 1990 roku, męczyły go nieustanne zmiany na stołkach dyrektorskich i trenerskich, do tego uważał, że gra coraz mniej nie dlatego, że jest słabszy od rywali-obcokrajowców (limit pozwalał wtedy na dwóch w składzie), a że nie pasuje do układu towarzysko-menedżerskiego (twierdził, że grał znajomek dyrektora Stanislav Griga). Odszedł w trakcie sezonu, który dla Feyenoordu zakończył się najgorszym miejscem w lidze holenderskiej w historii - jedenastym! Zamienił Rotterdam na Utrecht, który na początku tego właśnie sezonu, sprał Feyenoord 3:0.


Włodzimierz Smolarek - Feyenoord Rotterdam vs... przez numer10

Kibice Feyenoordu nie tylko nie mieli mu za złe odejścia, ba - nawet, gdy grał z Utrechtem na De Kuip (a pierwsza okazja była od razu, debiut Smolarka w Utrechcie - 20 stycznia 1990 - przytrafił się właśnie w Rotterdamie), śpiewali „Smolarek-oooo” na melodię „Volareeee”. Jak opisywał, we Frankfurcie czuł się jak gastarbeiter, a w Holandii czuł się traktowany jak Holender. Dla nich Wlodi to był swój chłop, który z każdym chętnie poszedłby na ryby - tak przynajmniej wynika z epickiego materiału holenderskiej telewizji.

Włodzimierz Smolarek i FC Utrecht - układ idealny

Właśnie do bramki Feyenoordu, w grudniu 1990 roku, Włodzimierz Smolarek strzelił jednego ze swoich efektowniejszych goli w Holandii. Strzał z woleja i bramkarz był bez szans, tak jak cały zespół z Rotterdamu był tego dnia w starciu z Utrechtem bezradny jak biedronka przewrócona na plecy. A Smolarek w meczu, z poprzednim pracodawcą, był najlepszy na boisku - strzelił jednego gola, ale mógł, a nawet powinien dwa-trzy.

Miał więc na rozkładzie Feyenoord, miał też pozostałych mocarzy z wielkiej trójki niderlandzkich klubów. W krótkim czasie po meczu Holandia - Polska 2:2 (w październiku 1992), w którym zmarnował piłkę meczową na 2:3, trafił i do bramki Hansa van Breukelena z PSV Eindhoven, i do bramki broniącego w tamtym meczu reprezentacji Stanleya Menzo z Ajaksu Amsterdam. O tym drugim w książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem” możemy przeczytać: „Był to chyba mój jedyny zdobyty gol w karierze, po którym zbytnio się nie cieszyłem. Koledzy z drużyny i kibice nie wiedzieli dlaczego. Jeszcze bardziej zdziwili się, gdy podleciał do mnie uśmiechnięty Stanley Menzo, złapał mnie wpół i powiedział: ‘Widzisz, Smoli, takie jest życie - dzisiaj ty byłeś górą, wcześniej ja’. Dreszcz emocji ze mnie schodził, do końca meczu jak bumerang wracała do mnie ta myśl o niewykorzystanej sytuacji z meczu z Holandią. Wolałbym strzelić w reprezentacji Polski, a nie strzelić w klubie. Stało się inaczej, a ja będę ten mecz pamiętał do końca życia”.

Mecz z Holandią był bowiem ostatnim Włodzimierza Smolarka w reprezentacji Polski.

W spotkaniach Ajax - Utrecht strzelił jeszcze potem dwa razy, pokonał też swojego kolegę Henryka Bolestę, który po krótkim pobycie w Feyenoordzie znalazł miejsce w bramce Rody Kerkrade. W końcu zdobył nawet gola bezpośrednio z rzutu rożnego, prosto do bramki RKC Walwijk.

Wszystkie te wspomnienia bledną jednak przy golu w Pucharze UEFA, strzelonym na 1:0 w spotkaniu z Realem Madryt. By do tego meczu doszło, Utrecht musiał wyeliminować Sturm Graz, w czym Włodzimierz Smolarek pomógł dwoma golami.

Wlodi Smolarek i gol z Realem Madryt


Włodzimierz Wlodi Smolarek - gole dla FC Utrecht przez numer10

Gol z Realem to niesamowita historia, bo Wlodi Smolarek w tym meczu w ogóle nie powinien grać. Nikt z połamanymi żebrami nie powinien grać w piłkę. Jeszcze raz fragment „Smolara” Jacka Perzyńskiego.

- Po meczu ligowym miałem połamane żebra i nic nie wskazywało na to, że zagram (...). W dniu meczu, a graliśmy pierwsze spotkanie u siebie, o piątej rano byłem jeszcze w szpitalu. Żebra były niezrośnięte i cały czas byłem poowijany bandażami. Byłem w ten sposób usztywniony. Zdecydowałem, że w meczu zagram na własną odpowiedzialność, chociaż mało kto wiedział, jak poważna była moja kontuzja. O tym, że jestem jeszcze połamany i poowijany bandażami, nie wiedział w klubie prawie nikt. Kibice byli zadowoleni, ale zastanawiali się tylko, dlaczego nie wyskakuję do górnych piłek. Nie zdawali sobie sprawy z tego, co miałem pod koszulką. (...) Czułem się na tyle silny, że wiedziałem, że dam sobie radę. Wyszedłem na boisko, przeleciałem się trochę po nim i pomyślałem sobie, że jest nieźle. W osiemnastej minucie daję prowadzenie Utrechtowi 1:0. Po strzelonym golu nie skakałem z radości i starałem się bardzo oschle przyjmować gratulacje kolegów, bo to mogło być przyczyną odnowienia się kontuzji. Założyłem sobie, że muszę dograć do końca pierwszej połowy. Tak też było.

Po rozmowie z trenerem Abbem Tafficiem uznał, że już wystarczy tego grania - ostatni oficjalny mecz zagrał 30 marca 1996 z FC Groningen, potem miał jeszcze pożegnanie podczas towarzyskiego spotkania z Sheffield Wednesday. Ze światem, Włodzimierz Smolarek, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Polski, pożegnał się 7 marca 2012 r.