Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 30 września 2008
Gdzie są chłopcy z tamtych lat - Świt: 5 lat później

Dwa miesiące temu minęło 5 lat od słynnej afery barażowej związanej z meczem Szczakowianka Jaworzno - Świt Nowy Dwór Mazowiecki. 31 lipca 2003 roku PZPN dożywotnio zdyskwalifikował 6 zawodników Świtu - Rutę, Krzętowskiego, Warszawskiego, Zawadę, Lewnę i Miłkowskiego

(bramkarz Peskovic zawieszony został na rok, jako że poszedł na współpracę z PZPNem) - posądzonych o sprzedanie barażów. Śledztwo pełne było niedociągnięć, często zakrawających nawet o absurd (drużyna z Nowego Dworu w nagrodę za to, że sprzedała mecz... została przeniesiona do I ligi), wielu podejrzeń jeszcze nie wyjaśniono (np. roli Macieja Bykowskiego w procederze), ale dla PZPN-u ważne były konkrety - jest przekręt, muszą być i ukarani. Nie chcę dowodzić winności lub też niewinności szóstki zawodników ze Świtu. Świadczą przeciwko nim liczne fakty, jak choćby nagranie z domu Warszawskiego:

PIŁKARZ X: Od Rafała [Ruty - przyp. red.] są pieniądze przed meczem. Tylko że musi być 2:0 do przerwy. Jeżeli nie będzie oddajemy 400 [tys. zł] i mamy przeje...

PIŁKARZ Z: I tak mamy przeje...

PIŁKARZ X: Ruta ma potężne problemy. Czy zostajemy przy sytuacji 4:4 [prawdopodobnie chodzi o sposób podziału pieniędzy], ale więc jak wolicie. Rafał ma najbardziej przeje... z nas, bo naprawdę to on się pier... [nagranie przerywa dzwonek domofonu]

GŁOS: Weź to, k..., wyłącz!

PIŁKARZ X: Informacja od Rafała jest, że wiesz...

PIŁKARZ Z: No, że Rafał zawiózł te pieniądze temu gościowi, ale gość je oddał. I Rafał ma te pieniądze w domu.

PIŁKARZ Y: Chodzicie i pier..., że było 300 tysięcy, że stówa zginęła - i pewnie myślicie, że ktoś ją podp...

PIŁKARZ A: G. [tu pada trudne do zidentyfikowania nazwisko lub pseudonim] przyniósł taką wiadomość [kilka osób, wyraźnie zdenerwowanych, przekrzykuje się wzajemnie].

PIŁKARZ Y: No dobra. Ale każdy z was teraz myśli, k..., że pewnie ktoś tam przytulił. Krzętek, Rafał, Warszawa, ja [Maciej Krzętowski, Rafał Ruta, Adam Warszawski]?

PIŁKARZ Z: Teraz, k..., nikt nikogo nie straszy. Naprawdę Rafał ma przep... I nie ma teraz wpływu na to [Ruta został wyrzucony z drużyny przez prezesa Świtu przed meczem rewanżowym].

PIŁKARZ X: Jeżeli my mu nie pomożemy, to...

PIŁKARZ Z: Tak robimy, żeby było dobrze...

PIŁKARZ Y: Tak sobie narobił bagna, bo Szymański [prezes Świtu] i wszyscy chodzą i pier... [rozpowiadają publicznie]

PIŁKARZ Z: Szczakowianka współdziałała z pośrednikiem. Bała się dać pieniądze, że ich wyj...my w powietrze [oszukamy], że weźmiemy pieniądze i będziemy grać normalnie. Zabezpieczyli się gościem. Ten, k..., nam sprzedał temat. Całą sprawę nakręcał on!

PIŁKARZ B: A co nas interesuje mafia! No dobra, Miły [Grzegorz Miłkowski], a jak sobie wyobrażasz, że ja będę miał piłkę dwa metry od bramki, i co mam zrobić?

PIŁKARZ Y: No, k..., co masz zrobić? Normalnie się tak gra, żebyś nie był dwa metry przed bramką.

PIŁKARZ B: A jak będzie taka sytuacja, że będzie 2:0 do przerwy, a się skończy 2:1 dla nich [przy takim rezultacie awansowałby Świt]?

PIŁKARZ Y: Nie, nie. Nie może być inaczej. Ma być 2:0 do przerwy dla Szczakowianki, rozumiesz?

Źródło: http://www.gazeta.pl
Dziennikarze Gazety, członkowie PZPN i działacze Świtu rozpoznali wszystkie głosy nagrane na taśmie, ale z przyczyn prawnych nie mogą ujawnić nazwisk ich właścicieli.

Po pewnym czasie PZPN zmniejszył rozmiar kary do dwóch lat. Interesowało mnie zawsze jak czuła się szóstka "bohaterów" tej afery, gdy sprawa wyszła na jaw. Jak zareagowały ich rodziny? Czy mieli śmiałość spojrzeć żonom w oczy? Czy znajomi przestali się do nich odzywać? Ostracyzm społeczności futbolowej był oczywisty. Posypanie głów przez zawodników jednak nigdy nie nastąpiło. Może się czuli źli, że sprzedaje wielu, a złapano tylko ich. Może zarechotali, gdy przeczytali niedawno, że ich były prezes Wojciech S. trafił do aresztu za handel meczami podczas swego pobytu w Widzewie. Może tęsknią za dużą piłką. A może tak naprawdę nas wszystkich wykiwali i miewają się świetnie?

Tak naprawdę znaną postacią z opisanej szóstki był ówczesny kapitan Świtu Rafał Ruta - wieloletni I-ligowiec, przede wszystkim w Stali Mielec i Polonii Warszawa. Podobno w opisywanej aferze stanowił centrum dowodzenia - to jego przed rewanżem zawiesił prezes wietrząc niecny proceder. Złapany niemal za rękę, wyparł się wszystkiego. Zawieszony przez PZPN wyjechał do USA, by grać w polonijnej Polonii Mielec Chicago.

Obecnie jest tam trenerem. Z dziennikarzami nie rozmawia. Szkoli tez dwójkę swoich synów na dobrych piłkarzy.

Inny znany ligowiec (98 występów dla Górnika Zabrze) Maciej Krzętowski zakończył karierę - nawet po odbyciu karencji nie mógł znaleźć żadnego klubu, choć zanim afera wybuchła był już jedną noga w mającej mocarstwowe plany Koronie Kielce. Karierę również zakończył, po krótkim epizodzie w Arce Chicago, Grzegorz Miłkowski.

Maciej Lewna i Adam Warszawski, choć postępowali w innym duchu, ich drogi na chwilę się splotły. Otóż pomimo dyskwalifikacji postanowili grać w futsalowej Chojniczance Chojnice. PZPN po interwencji mediów zabronił im jednak występów nawet na tym poletku.

Lewna to najbardziej butny element Cudownej Szóstki - wygrażał trenerowi, prezesowi, PZPNowi, całemu światu. Za Rutę ręczył własną głową, sam czuł się kozłem ofiarnym, fatalnie wmanipulowanym w zbrodniczy proceder. Nie mogąc grać w Polsce nawet na hali, udal się od razu do Austrii. Tam gra w amatorskich zespołach aż do dziś.

Warszawski z kolei okazał najwięcej pokory. Wielokrotnie się odwoływał od wyroku, pisał apelacje, błagał wręcz PZPN, aby mu pozwolił grać, tłumacząc się trudną sytuacją materialną. Przebąkiwał nawet o możliwości przyznania się do winy, byle tylko władze go odwiesiły - PZPN jednak się nie ugiął. Obecnie kopie piłkę w Starcie Otwock, dzieki uprzejmości swojego kolegi Dariusza Dźwigały.

Najmniej znany z całego towarzystwa Marek Zawada, po odbyciu kary gra obecnie w III lidze w Concordii Elbląg.

Może by chłopaki nie zrobiły wielkich karier. Może by nie zarobiły kroci na boisku. Ale zastanawiam się czy cała ta akcja "Baraż" miała w ogóle dla nich sens. Kilka złotych zawsze się przyda, jasne. Ale pewne rzeczy są chyba cenniejsze niż pieniądze.

P.

poniedziałek, 29 września 2008
Poznań - kupić bilety na mecz lub umrzeć czekając

Aspiracje Poznania do bycia ogólnopolską stolicą przedsiębiorczości znajdują swoje odzwierciedlenie w wielu działaniach mających na celu rozkręcenie rynku usług i "miękkich" umiejętności oraz tworzenia podatnego gruntu pod liczne inwestycje. W ten nurt wpisuje się świetnie Lech Poznań - prężny marketingowo, dostarczający wartościowy sportowy produkt dla dziesiątek tysięcy kibiców. Nie bez kozery miasto Poznań jak i powiązany z nim Kolejorz stali się pewniakiem w kwestii organizacji spotkań EURO 2012. Świetny stadion, wzorowa organizacja, kapitalny klimat dla piłki stały sie gwarantami tej kandydatury. Wszystko wydawało się niemal gotowe, wręcz oczekujące na tą wielką imprezę. Jak jednak daleko Poznaniowi do organizacyjnej Europy pokazały wydarzenia ostatnich dni, związane z kolportażem biletów na mecz Pucharu UEFA Lech - Austria Wiedeń.

Nie trafiają do mnie przeprosiny prezesa Kasprzaka i zapewnienia, że jest wściekły. Też jestem wściekły - odstałem 4,5 godziny w kolejce, żeby - cudem! - nabyć ostatnie bilety na mecz. Jego tłumaczenia są dla mnie miałkie i nie na miejscu. Że skandalem jest, że osoby posiadające karnety musiały stać w kolejkach? Ale to że inni kibice musieli stracić dzień na kupno biletu już skandalem nie jest? Trudno było przewidzieć, że raptem kilka punktów na terenie miasta nie rozładuje liczby chętnych?

W Rotterdamie bilety na mecz można nabyć w około 20 punktach miasta. Mimo że na mecze przychodzi około 40 - 45 tysięcy osób praktycznie nie ma kolejek. Można je oczywiście także nabyć przez internet.

Zły system komputerowy? Oczywiście prawda - w "terenowych" punktach kolportażu nie można było nabyć biletów na II trybunę czyli do popularnego kotła! Zaiste zły to musiał być system komputerowy, który uniemożliwia nabycia biletów na ponad 25% miejsc na stadionie. Powiedziałbym nawet, że samobójczy. Ale, ale, ale... - jak mawiał w chwilach uniesień ex-prezydent.

Ale prezes nic nie wspomniał o tym, że nie wiedzieć dlaczego mecz z Austrią obwołano meczem podwyższonego ryzyka. Z tą Austrią, która to ma kilka tysięcy fanów. Jeśli do Poznania tysiąc kibiców to będzie to dziejowy sukces tamtejszych ultrasów. Po co więc podwyższone ryzyko? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że od każdego kibica należy wziąc pesel. I go ręcznie zapisać. Wymnóżmy liczbę kibiców razy 30 sekund i już wiemy czemu kolejki poruszały się do przodu w tempie karawanu.

Inna sprawa - na mecz z Legią można nabyć max. 5 biletów. A ile na mecz z Austrią? No limit! Po co wprowadzać ograniczenia - wszak trzeba podać pesel - to ograniczy możliwość kupna. No chyba, że ktoś przychodzi do punktu sprzedaży z listą (wymyślonych?) 21 nazwisk i peselów (widziałem na własne oczy) - jeśli się znajdzie kilka takich osób, to można być spokojnym, że rynek koników zarobi na tym krocie. Na moich oczach ludzie kupowali po 10-20 biletów, po czym po upływie kilku minut sprzedawali je za podwójną stawkę osobom z końca kolejki. Trudno to było przewidzieć? Raczej nie.

Niech ta przykra sytuacja będzie nauczką - zarówno dla Lecha jak i dla Poznania. Organizacja dużej imprezy sportowej to nie tylko informacyjne billboardy, ochrona na stadione, gadżety klubowe i konkurs esemesowy w przerwie - to także (niestety) takie szare sprawy jak sprzedaż biletów, miejsca parkingowe wokół stadionu i toalety. Jeśli chcemy być w Europie całą gębą musimy i o to zadbać.

P.

sobota, 27 września 2008
Krzysztof Nowak - Numer 10 Serc

Dziś Krzysztof Nowak skończyłby 33 lata. Od ponad trzech lat reprezentanta Polski nie ma wśród nas, ale pamięć o Nim nigdy nie zginie. Oto kilka słów - Krzysztofa i o Krzysztofie - Numerze 10 w sercach kibiców. Nie chcę jednak przypominać jego strasznej choroby, która pod koniec nie pozwalała mu nawet na poruszanie się o własnych siłach, ale o Nim - Krzysztofie Nowaku, Piłkarzu.

 

Mając 18 lat przeszedłem z Ursusa do Sokoła Pniewy. Tam musiałem sobie radzić sam. Podobnie jak w greckim Panachaiki Patras czy brazylijskim Atletico Paranaense. Dzisiaj mam dopiero 23 lata, więc jeszcze wszystko przede mną. Trener VfL Wolfsburg, Wolfgang Wolf, na ogół chwali mnie za grę. Ale przyczyną tego, że w Bundeslidze nie 'pękłem', jest brak kompleksów wobec bardziej utytułowanych rywali. Kiedyś grałem przeciwko Ronaldo i Bebeto i łydki mi nie drgały.

Do Sokoła sprowadzał go trener Adam Topolski:

Robiłem wówczas testy dla piłkarzy z niższych klas. Szukaliśmy utalentowanych graczy do drugoligowego wówczas Sokoła. I tak Krzysztof trafił do nas. Miał wówczas 17 lat, przyjechał i został - wspomina. - Jak na ten wiek wiedział dobrze czego chce i to zrealizował. Miał dobre warunki fizyczne i spore umiejętności techniczne. Widziałem go w roli defensywnego pomocnika i na takiej pozycji grał w drugiej lidze, a kiedy awansowaliśmy do pierwszej, także w ekstraklasie. Był niezwykle pracowitym i sumiennym piłkarzem. Te cechy przekładały się na jego życie prywatne. W Pniewach zdał maturę z wyróżnieniem i w tym czasie poznał swoją przyszłą żonę, która pochodzi z tej miejscowości.

W 1996 roku młodzieżowa kadra Edwarda Lorensa wyjechała na zgrupowanie do Ameryki Południowej. Tam drużyna, której trzon stanowili zawodnicy walczący w eliminacjach do igrzysk w Atlancie zaprezentowała się nieźle w meczach z Argentyną (0:2) i Brazylią (1:3). Warto przytoczyć nazwiska uczestników tego tournee, bo to naprawdę niezła mieszanka talentów i przeciętniaków: Dudek, Żewłakow, Krzętowski, Skrzypek, Kaczmarczyk, Krzyżanowski, Berensztajn, Jackiewicz, K. Nowak, A. Bąk, R. Wilk (k), Piekarski, Karwan, Dubicki, Wojnecki, Malinowski, Majewski. Dla porównania - w Argentynie zagrali Zanetti, Ayala, Sensini, Chamot, Simeone, Veron, Claudio Lopez czy Balbo, a w Brazylii Dida, Roberto Carlos, Aldair, Rivaldo, Juninho, Bebeto, Ronaldo i Ronaldinho! Składy wręcz powalające, ale dla obu reprezentacji to był szczyt przygotowań do IO w Atlancie.

Wyjazd organizował menedżer Juan Figer, Żyd z Białegostoku. Potem zaproponował Nowakowi oraz dwóm kolegom z reprezentacji Danielowi Dubickiemu (strzelił gola Brazylii) i Mariuszowi Piekarskiemu grę w lidze brazylijskiej. Dubickiemu problemy w wyjeździe robił właściciel ŁKS - Antoni Ptak, więc pierwszymi Polakami w kraju Canarinhos zostali tylko Nowak i Piekarski.

Zachował się nawet jeden z goli Nowaka dla Atletico - to (prawdopodobnie) ten pierwszy dla czerwono-czarnych

Pobyt w Brazylii zaplanował na 2-3 lata - do Niemiec wyjechał ostatecznie po dwóch sezonach. VfL Wolfsburg zrobił świetny interes - zwłaszcza w porównaniu do Bastii, która sprowadziła Piekarskiego. W Bundeslidze Nowak zagrał 83 razy, strzelając 10 goli. Kilka z tych trafień było na wagę zwycięstwa "Wilków" - tak jak to z ostatniej minuty pojedynku z TSV Monachium.

W reprezentacji Polski Nowak wystąpił 10 razy. Jedynego gola strzelił w swoim debiucie - meczu z Gruzją podczas jednomeczowej kadencji Krzysztofa Pawlaka. W kadrze Wójcika wszedł do pierwszego składu po brzemiennym w skutkach błędzie Brzęczka ze Szwecją. Możliwe, że w każdym meczu kadry, gdy wybiegał w pierwszym składzie - miał na plecach Numer 10. W meczu towarzyskim z Czechami, gdy świetnym podaniem obsłużył Wichniarka - też.

U Engela nie zagrał - ów twierdził, że Nowak gra zbyt defensywnie (tja, a Świerczewski to ofensywny, że hoho...). Ale i trzeba przyznać, że sam zawodnik był krytyczny w stosunku do siebie mówiąc: Nie jestem, nigdy nie byłem, ani nie czułem się piłkarzem prowadzącym grę.

 

Pytany o chorobę odpowiadał: To wszystko jest jak w futbolu - nigdy nie wiesz, jak się zakończy.

Ostatni mecz na boisku zagrał 10 lutego 2001 roku w Berlinie z Hertą. Mecz o życie niestety przegrał - 26 maja 2005.

Spieszmy się kochać piłkarzy...

B.
czwartek, 25 września 2008
Wczesne dorastanie Marcina Burkhardta

To chyba znak czasów, że będąc obecnie dobrym piłkarzem - mając już lat 18 jest się koszmarnie bogatym (Pato), gdy się ma lat około 20 to się pisze swoją autobiografię (Michael Owen) a w okolicach ćwierćwiecza działalności na ziemskim padole już powoli trzeba się rozglądać za wakacyjnym klubem, gdzie kopiąc futbolówkę można sobie nieco odłożyć (Denilson). Taka nieobecna nigdy przedtem akceleracja piłkarskiego żywota dotyka coraz większą liczbę zawodników. Nagły rozbłysk, szybka kariera, duża eksploatacja i szybkie wypalenie. Potem zostaje już tylko dogorywanie w słabszych zespołach i wspominanie kilku lat w elicie przy lampce koniaku. Syndrom ten funkcjonuje na płaszczyznie futbolu światowego (że wspomnę tylko Larsa Rickena, Ilhana Manzisa, Maxi Lopeza czy El Hadjiego Dioufa), działa również i na naszym rodzimym podwórku.

Dziś 25 urodziny obchodzi Marcin Burkhardt (wszystkiego najlepszego). Jego kariera wpisuje się jak ulał w powyższe trendy:) Starszy syn, byłego pierwszoligowego bramkarza pomocnika Olimpii Poznań, Jacka Burkhardta genetyczną siłą inercji również zaczął kopać futbolówkę. Szło mu na tyle dobrze, że po wysokiego chłopaka zgłosiła się Amica Wronki. W niej też on debiutuje krótko przed 18 urodzinami. Pierwszy sezon bez szału - trener Jabłoński jedynie ogrywa młokosa w I lidze. Natomiast w drugim (2002/2003) już eksploduje jego talent. Marcin błyszczy na każdym froncie - czaruje w lidze (29 meczów i 3 gole, dużo asyst), daje koncerty w Pucharze UEFA (bramki z Llanstffraid i Servette Genewa, kapitalny mecze z Malagą - Hiszpanie chcą go brac od ręki). Selekcjoner biało-czerwonych powołuje go na mecze z Macedonią i eliminacyjny z San Marino...

Bury ma wszystko to, czego brakowało polskim pomocnikom - świetny przegląd pola, dokładne podanie i kapitalne uderzenie. Przy okazji ma też kilka cech również znamionujących artystów-playmekerów: nonszalancję, niechęć do urywania sobie rękawów podczas meczu i granie pod siebie. Taki trochę klon Piekarskiego. I podobna skala talentu. Wielu widzi w nim zbawcę reprezentacji. I on karmi ich taką wizją - m.in. w meczu z Maltą strzela bramkę z połowy boiska.

Potem już jednak zaczynają się schody. Trenerem Amici staje się Majewski, pieszczotliwie nazywany przez piłkarza Bin Ladenem. Popularny Doktor nieprzychylnie patrzy nawet na chodzenie w klapka po schodach a co dopiero na manieryczno-gwiazdorskie zapędy Burkhardta - szalone fatałaszki, piwka na boku, mało sportowy tryb życia. Relacje obu panów są równie sympatyczne jak stosunki woźnego ze szkolnym łobuzem - zachowanie chłopaka trudne do zaakceptowania, chętnie by rozgonił na cztery wiatry, ale występować musi, bo bez takich jak on biznes może się sypać. Ku radości wronieckiego playmakera Stefana na posadzie zmienia Maciej Skorża. Burkhardt nieco pokornieje i robi furorę w Pucharze UEFA jako... bramkarz (w meczu z Auxerre). Poza tym gra nieźle, ale już ogląda się za nowym klubem. Od nowego sezonu trafia do Legii Warszawa.

Po krótkiej aklimatyzacji za panowania Jacka Zielińskiego, u Wdowczyka już gra jak natchniony - strzela, podaje, walczy. Janas myśli, czy nie wziąć go do kadry na Mundial do Niemiec, ale koniec końców nie decyduje się na ten krok (moim zdaniem to był wielki błąd - w owym czasie o głowę przerastał późniejszego "innego" faworyta Majewskiego - Gizę). Ale Burkhardt gra naprawdę świetnie. Chwilami jak krzyżówka Pisza z Rogerem...

a czasmi jak Kazimierz Deyna. 

Jednak wraz z przyjściem Jana Urbana do Legii Burkhardt idzie w odstawkę. Nowy trener woli widzieć w składzie Piotra Gizę (nomen omen, to chyba jakiś prześladowca M.B.:)), zarzuca Marcinowi, że ten nie walczy na boisku. Słowem, przekazywany między wierszami komunikat jest dość jednoznaczny - "pakuj się chłopie". Po małych zawirowaniach i krótkich nawrotach uczuć Urbana, Burkhardt wylatuje do Szwecji szukać formy i ukojenia. Nieraz chłodny północny klimat dobrze działał na gorące głowy polskich piłkarzy (Sypniewski...), ale nie można też wykluczyć, że IFK Norrkoping to dla tego piłkarza po przejściach dom spokojnej starości (a w zasadzie młodości).

Liczę jednak, że wróci. Liczę, że się wyliże ze skandynawskiej posuchy szybciej niż Sebastian Mila. Liczę, że nie zapomni jak się gra w piłkę. Liczę na to, bo Burkhardt wciąż jest młody.

P.

środa, 24 września 2008
By Uzbekistan rósł w siłę a Brazylijczykom żyło się lepiej

To wszystko przypomina mi trochę negocjacje z szefem na temat pensji - na początku myślisz, że podana przez niego kwota jest żartem, że to niemożliwe, że jest ona tak absurdalna, że aż nierealna. Potem zaczynasz się zastanawiać, że może jednak on faktycznie tak myśli, ciągle ją powtarza, więc może jest do tego zdolny i koniec końców okazuje się, że faktycznie staje na podanej przez bossa kwocie.

Gdy usłyszałem o przejściu Eto'o w Uzbekistanie byłem pewien, że to kaczka dziennikarska - młody chłop, w dobrej formie, ze sporymi ambicjami (gdyby ich nie miał dalej by pewnie rezydował w Realu) nie mógł przejść, tak ot, na piłkarską prowincję. Stanęło na moim - Eto'o pojechał tam z misją krzewienia futbolu, zabawił parę dni i wrócił.

Gdy media podały, że Rivaldo przeniósł się do klubu Bunyodkor Taszkient

pomyślałem, że Rivaldo zbiera pieniążki na nowego BMX, co by nim sobie pojeździł na emeryturze. Ot, bzik zmanierowanej gwiazdy, która nigdy nie ukrywała, że gra przede wszystkim dla pieniędzy (vide wykłócanie się o nie w Pireusie, Cruzeiro czy na koniec w Atenach). Ciekawostkę stanowił jedynie dobór lokalizacji geograficznej, albowiem Uzbekistan nie jest szczególną potęgą finansową a już na pewno nie piłkarską - wręcz przeciwnie, reprezentacja tego kraju to jakaś światowa 3 liga (choć z przebłyskami - zwycięstwo z Arabią Saudyjską). Mimo to nie poczytywałem transferu w kategoriach istotnego wydarzenia - zachłanna gwiazda i "chorzy" na nią działacze (Rivaldo skasuje 5 mln dolarów za sezon gry). Suche fakty, bez większej nadbudowy ideologicznej.

Lecz kiedy usłyszałem wczoraj, że trenerem rzeczonego Bunyodkor Taszkient został słynny Zico

 

 

to uznałem, że chyba jesteśmy świadkami narodzin nowego kierunku futbolowych migracji.

Przypadek Zico jest o tyle istotny, że jako trener jest on wciąż na topie - trenował przez wiele lat reprezentację Japonii a ostatnio kapitalnie działał w Fenerbahce Stambuł. Jego przejście do Uzbekistanu świadczy więc (oprócz, moim zdaniem, braku ambicji Brazylijczyka) o potężnej sile nabywczej tego środkowoazjatyckiego kraju. Na ściągnięcie do siebie będącego na fali coacha nie mogą sobie pozwolić fujary. Dlatego mam wrażenie, że fakt ten może znamionować początek futbolowej ofensywy postradzieckich, autorytarnych republik (już 18-letnie rządy prezydenta Karimowa). Wszak nie od dziś wiadomo, że nic tak nie sprzyja mocnym rządom jak sukcesy sportowe. Przebrzmiałe gwiazdy zapewnią poparcie państwowym włodarzom a same przy okazji będą sobie żyły jak pączek w maśle. Tak więc może w niedługim czasie podstarzałe gwiazdy być może zmienią wycieczkowe przyzwyczajenia. Na początku była Japonia, potem USA, ostatnio Katar, Kuwejt, ZEA i wszystkie inne petromocarstwa, więc teraz czemu nie Uzbekistan, Turkmenistan, Kazachstan, Tadżykistan i inne gorskie republiki byłego ZSRR...

P. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7