Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 29 września 2011
Byle się wyrwać z polskiej ekstraklasy...

Nieraz wrzucam tutaj notki o zawodnikach, którzy wiatr w żagle złapali dopiero po opuszczeniu naszej ekstraklasy. Jakiś czas temu pisałem o eks-górnikach: Aco Stojkovie (sezon zakończył z 11 golami) i Dimitarze Makriewie (dziś już w Krylia Sowietow Samara). Było też o Brazylijczykach - Paulinho z ŁKS (od niedawna reprezentant Brazylii!) oraz Rodrigao Moledo z Odry. W Odrze występował również Goran Popov z Dynama Kijów. Tymczasem kolejni byli ekstraklasowicze wypływają na szerokie wody po wybiciu się z nurtu Wisły.

I znów na tapecie jest klub z Wodzisławia. W jego właśnie drużynie występował wiosną 2010 Filip Luksik.

Słowacki defensor kojarzył się kibicom przede wszystkim z kędziorkami, bo poza ufryzowaniem nie prezentował absolutnie nic godnego uwagi. Po spadku Odry Luksik wrócił do ojczyzny. Podjął występy w zespole FK Senica. I wtedy... zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Zawodnik zaskarbił sobie serca słowackich fanów, a z czasem zaczął otrzymywać powołania do narodowej reprezentacji! Występował nawet w spotkaniach eliminacyjnych do EURO 2012 (z Andorą).

To jednak nie koniec historii, bo po zakończeniu sezonu po byłego grajka z Wodzisławia odezwało się holenderskie ADO Den Haag.

Żeby było zabawniej Słowak bardzo dobrze radzi sobie w Eredivisie - jak na razie wystąpił we wszystkich meczach swojej drużyny, mimo że ta znajduje się obecnie w strefie spadkowej. Naprawdę niezwykłe.

Tylko z pozoru podobnym przypadkiem jest Rui Miguel.

W Lubinie świetnie wiedzieli bowiem, że Portugalczyk jest zawodnikiem niebanalnym. Że haruje w destrukcji, ale ma także smykałkę do gry ofensywnej i strzelania goli. Rui Miguel w końcu walnie przyczynił się do zdobycia przez Miedziowych mistrzostwa Polski (2007). O czym zresztą sam mówi:



W sumie spędził on w Zagłębiu półtorej sezonu (wiosna 2007 oraz sezon 2007/2008), zagrał w 34 meczach i strzelił 7 goli. W Polsce jednak coś musiało mu nie pasować, bo nie potrafił w pełni przekonać do siebie trenerów i kibiców. Wrócił więc w rodzinne strony. Najpierw grał przez rok w Pacos de Ferreira, a potem w Vitorii Guimaraes. W tym ostatnim klubie był prawdziwą gwiazdą, co można zobaczyć choćby tutaj (przy okazji - chyba cała piłkarska kariera zawarta jest pod tym linkiem i jego kontynuacjami). Tym niemniej małym szokiem był fakt, że Portugalczyk latem tego roku przeniósł się do rosyjskiego Kubania Krasnodar za niebagatelną kwotę miliona euro! Nasz bohater już w drugim występie strzelił bramkę Tomowi Tomsk, więc może okaże się wart tych pieniędzy.

Po chwilowym zastoju na właściwe tory wróciła również kariera Carlosa Costly'ego.

Honduranin odszedł z Bełchatowa na początku 2010 roku. Przeniósł się wówczas do rumuńskiego FC Vaslui. Zespół wywalczył nawet trzecie miejsce w ligowych rozgrywkach, zapewniając sobie grę w Lidze Europy. Carlo przyłożył do tego nogę zdobywając 4 gole w 13 występach. Pod koniec sezonu nabawił się jednak paskudnej kontuzji, która wykluczyła go z gry na MŚ 2010. Wobec takiego obrotu spraw Rumuni nie przedłużyli z nim kontraktu i wysoki snajper przez pół roku pozostawał bez pracy. Wreszcie przygarnął go jego były klub - Atlas de Guadalajara. Tam widocznie musiał pokazać się z dobrej strony, bo od kilku miesięcy jest już na wypożyczeniu w drużynie MLS - Houston Dynamo! Na razie były giekaesowiec zagrał w ośmiu meczach, ale nie ustrzelił ani jednej bramki.



Dość harmonijnie rozwija się również kariera innego napastnika naszej ekstraklasy. W przeciwieństwie do Costly'ego Ebrahima "Ibou" Sawaneh praktycznie nie zaistniał w polskiej piłce.

Gambijczyk trafił do Lecha Poznań jako dziewiętnastolatek. Był tyleż szybki i zwinny, co wątły, surowy taktycznie i kompletnie zagubiony. W ciągu półtora roku przy ul. Bułgarskiej zagrał raptem w dwóch spotkaniach. Po odejściu z Poznania przez moment pozostawał bezrobotny, aż w końcu zakotwiczył w Belgii. Ta lokalizacja okazała się strzałem w dziesiątkę. Ibou niemal z miejsca stał się największą gwiazdą drugoligowego KSK Beveren (21 goli w sezonie 2007/2008). Na tej fali przeniósł się do pierwszoligowego KV Kortrijk (a w międzyczasie trafił do reprezentacji Gambii). W tym klubie Sawaneh grał jednak w kratkę. Miał sezon fatalny (ten pierwszy - bez gola w 19 grach), potem świetny (8 goli), a potem znów fatalny (okrągłe zero trafień w 17 spotkaniach). Ta sinusoida przerzuciła go w końcu do KV Mechelen. Ruch ten okazał się jednak nieporozumieniem (1 gol w sezonie), więc Gambijczyka chętnie oddano do RAEC Mons. I nagle jakby na boisku biegał inny zawodnik. Ibou odzyskał skuteczność, strzelił ważną bramkę Standardowi Liege, a potem dorzucił jeszcze dwie w meczu z Zulte Waregem. Swoją drogą ciekawe jakby wyglądała jego kariera, gdyby został w Lechu:)



A propos Lecha - całkiem przyzwoicie w barwach FK Sarajevo poczynał sobie wiosną Haris Handzic. W 9 meczach strzelił 4 gole, obecnie gra we wszystkich meczach swojej drużyny, pokazał się też w europejskich pucharach. Natomiast jeszcze mocniejszą pozycję ma tam inny piłkarz po nieudanej przygodzie w Polsce. Dejan Kojasevic, filigranowy drybler z Jagiellonii i Górnika Łęczna, w FK dzierży numer "10" na koszulce i pewne miejsce na boisku - w 26 spotkaniach poprzedniego sezonu uzbierał 4 bramki.

 

W przypadku kędzierzawego mikrusa można mówić o pewnych umiejętnościach, ale Handzic był drewniakiem jakich mało. Tym bardziej zaskakuje jego obecna postawa. Może mu po prostu nie służył poznański klimat. Za duszno było.

Na koniec historia chyba najdziwniejsza. Kalu Uche nikomu nie trzeba przedstawiać. Zawodnik ten przez sześć lat występował w hiszpańskiej Almerii, z czego cztery ostatnie na poziomie Primera Division. Nigeryjczyk radził tam sobie świetnie, strzelał odpowiednio 3, 8, 9 i 7 goli w poszczególnych sezonach. Etatowo działał również w reprezentacji Super Orłów. Zdobył z nią brąz PNA 2010 oraz pojawił się na MŚ 2010, gdzie zresztą dwukrotnie ukąsił rywali (Grecję i Koreę). Dlatego wydawało się, że po spadku Almerii Uche przeniesie się do jakiegoś naprawdę dobrego klubu. Tymczasem Kalu trafił do... szwajcarskiego Neuchatelu Xamax.

Taa... Jest to o tyle dziwne, że klub ten w poprzednim sezonie cudem uratował się przed spadkiem z ekstraklasy. Cóż więc skusiło Afrykanina do tego ekstrawaganckiego ruchu? Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Neuchatel ma nowego czeczeńskiego właściciela Bułata Czagajewa, który sypie kasą jak z rękawa. Jednocześnie jest prawdziwym wariatem i pozostaje się zastanawiać czy Uche przypadkiem już nie żałuje transferu.

Jak widać do zrobienia międzynarodowej kariery czasami nie potrzeba wiele. Wystarczy odejść z polskiej ligi.

P.

środa, 21 września 2011
Chrobry, Chrobry - byłeś dobry. Po meczu Lecha w Głogowie

 

Jestem wielkim fanem tej rundy Pucharu Polski, w której do gry wkraczają wszystkie zespoły ekstraklasy. Jednym z moich ulubionych meczów widzianych na własne oczy jest bój Piasta Kobylin z Cracovią, ciekawie było w Wągrowcu, gdzie Lechia uratowała się od blamażu (ale co się odwlecze, to no właśnie, jak mawia red. Szpakowski), lubo wspominam też wizytę na obiekcie GKS Tychy (z zadaszoną nie-trybuną). Lubię tę fazę rozgrywek, bo dla mniejszych ośrodków piłkarskich jest to święto, które nie powtórzy się przez kilka kolejnych lat. Święto, dla którego wypełnia się cały stadionik, a zajęte są też wszelkie okoliczne płoty, a niekiedy i drzewa. I zawsze jest jakiś cień szansy, że przysłowiowa (od dziś) Limanovia czy inna Bytovia wytnie numer i sprawi sensacyję. 

W Głogowie niespodzianki nie było, choć być mogła. Ma rację trener Jose Bakero, który mówi, że wynik 3:0 nie odzwierciedla przebiegu spotkania (bo było ono dla Lecha trudniejsze). Ma rację trener Ireneusz Mamrot, który mówi, że szkoda iż jego Chrobry mógł strzelić gola już w pierwszej (bo choć ten gol raczej zwycięstwa by mu nie dał, to byłoby ciekawie, a kibice by mieli atrakcje). A tak, atrakcje były, ale w pamięć wryją mi się raczej wydarzenia pozaboiskowe.

Strzelił Vojo Ubiparip pierwszego gola od 1 kwietnia, nawet dość ładnego, abstrahując od błędu obrońcy Ziemniaka. Jest jeszcze cień szansy, że Serb nie będzie drugim Harisem Handziciem. Wysoce prawdopodobne jest dla mnie to, że będzie jak Joel Tshibamba - a to pocieszenie marne - coś umie, raz czy dwa razy bramkę zdobędzie, ale fakt, że nie szło mu przez tyle czasu, zablokuje go psychicznie do reszty. Czy Vojo odblokuje się golem w Głogowie, przekonać się może być trudno - zwłaszcza, jeśli nadal będzie występował w ekstraklasie, ale tej junge.

Vojo Ubiparip, mecz Chrobry Głogów - Lech Poznań

Do przerwy było 1:0 dla Lecha, to poznaniacy prowadzili grę, ale gospodarze bronili się mądrze (nie licząc tego jednego tragicznego błędu), a klarownych sytuacji stworzyli sobie więcej od poznaniaków. W przerwie na boisku rządziła orkiestra i tańczące marżoretki. Piłkarze byli już gotowi do gry, niektórzy zdążyli już zacząć się nudzić, a sędzia z gwizdkiem w ustach czekał, by rozpocząć drugą połowę. Czekał, aż zakończy się występ. Naprawdę. Inaczej było kiedyś na Bułgarskiej, bodaj podczas meczu z Widzewem (?). Wtedy sędzia był bardziej bezwzględny i przepędził z boiska - ku niezadowoleniu publiczności - tańczącą dziewczynę. Owa wpadła w oko nie tylko publice, ale i piłkarzom i z tego co pamiętam, jest teraz żoną piłkarza uznawanego swego czasu za piłkarską nadzieję Poznania i największy talent od czasów Mirosława Okońskiego. Koniec dygresji.

Chrobry Głogów - Lech Poznań

W Głogowie wiele osób przyszło ponoć na mecz tylko po to, by obejrzeć Artjoma Rudniewa. Łotysz pojawił się na boisku na ostatnie 20 minut, przywitany brawami przez kibiców. Brawa zamieniły się w buczenie i gwizdy, gdy napastnik upadł w polu karnym, a sędzia Wajda trochę jednak wyreżyserował karnego. Bramkarz nie wyobrażał sobie, że Semir Stilić może strzelić tak źle jak strzelił i postanowił nie odbijać, ni łapać piłki rękami.

Chrobry Głogów - Lech Poznań, Semir Stilić

Trzeciego gola strzelił już sam Rudniew. Tak, Lech wygrał za wysoko, a miejscowi mieli uzasadnione pretensje, za podyktowany rzut karny. Ale nawet gdyby go nie było, nawet, gdyby Chrobry wyrównał na 1:1, to moim zdaniem duet Rudniew-Stilić w ciągu 20 minut po wejściu na boisku, daliby Kolejorzowi zwycięstwo.

Jose Bakero pierwszy raz wypowiedział (publicznie) nazwisko któregoś ze swoich piłkarzy po prawie pół roku, więc nie zdziwiłem się, że nie wyróżnił żadnego z piłkarzy Chrobrego. Nic wielkiego nie zdziałał 35-letni Zbigniew Grzybowski (ex-Zagłębie Lubin, Amica Wronki, Polkowice). Na pochwałę na pewno zasłużył Michał Bukraba (nawet jeśli spartolił sam na sam w pierwszej minucie), w drugiej połowie dobrze pokazał się też wprowadzony Grzegorz Wan. W Poznaniu to postać znajoma, bo w Warcie spędził półtora roku. W meczu z Lechem nieźle radził sobie z Luisem Henriquezem, choć trochę przesadzał z popisywaniem się w zagrywaniem piłki piętą. Kluczowa jest jego ksywka z czasów poznańskich: Obi. Jak Obi Wan - nie mylić z marketem Obi.

Grzegorz Wan i Siergiej Kriwiec, Chrobry Głogów - Lech Poznań

Bardzo przypadł mi do gustu stadion w Głogowie, tak jak cały ośrodek sportu - zaraz obok jest hala, w której grają piłkarze ręczni, są też korty tenisowe i pływalnia. Stadion mieści niecałe trzy tysiące widzów, jedna z dwóch trybun ma dach. Fajny, naprawdę fajny stadion. I przyzwoity doping. Nawet jeśli trudno powstrzymać się od uśmiechu widząc na tym stadionie napis ''Chrobry is our religion'' czy słysząc nawoływanie wodzireja: łapiemy się za bary i śpiewamy ''Między-zakła-dowy kocha-ny sporto-wy...''.

Chrobry Głogów, stadion

Mnie zostaje zanucić za T-Raperami znad Wisły: Chrobry, Chrobry - byłeś dobry.

B.

sobota, 17 września 2011
Kurde, jak to możliwe?! Rok po turyńskim 3:3 Lecha z Juventusem

Wśród setek meczów obejrzanych czy to na stadionie, czy przed telewizorem każdy ma chyba kilkanaście takich, do których wraca z przyjemnością, każdy ma też kilka szczególnych. Na myśl o których przechodzą człowieka ciary wielkości Jana Kollera. Nie wiem, czy każdy ma też mecz, na który bał się jechać, by nie spóźnić się na ślub brata, a który to mecz skończył się fantastycznym remisem polskiego zespołu z legendarnym włoskim klubem po golu w ostatniej minucie. Tak się złożyło, że ja akurat mam. A ten mecz odbył się rok temu, 16 września 2010 roku.

- Wreszcie ludzie w Polsce mogą powiedzieć, że aż tak źle z naszą piłką nożną nie jest. Znów pokazaliśmy, że Lech jest ambasadorem polskiej piłki - mówił po meczu w Turynie Serb Ivan Djurdjević. A powodów do narzekań polscy kibice mieli latem 2010 r. aż nadto. Reprezentacja Polski nie umiała wygrać meczu od kilku miesięcy, a wicemistrz kraju, Wisła Kraków, skompromitował się porażkami z azerskim Karabachem Agdam. Lech też zawodził: Inter Baku przeszedł po rzutach karnych, Sparcie Praga nie strzelił gola, a o awansie z Dnipro Dniepropietrowsk zdecydował jeden skuteczny strzał Manuela Arboledy. Do Turynu lechici nie jechali może na ścięcie jak Lechia Gdańsk w 1983 r., ale powodów do optymizmu było tyle, ile konferencji prasowych w Poznaniu, na których trener Jacek Zieliński nie chciał zjeść dziennikarzy żywcem: niewiele.

Dlatego też wydarzenia w pierwszej połowie spotkania na Stadio Comunale, budziły radość i zdziwienie, czy też po prostu: szok. Najpierw poznaniacy zrobili niemal kopię akcji, po której strzelili gola francuskiemu AS Nancy dwa lata wcześniej. Rywale wykonywali rzut rożny, poznaniacy przejęli piłkę i wyprowadzili błyskawiczną kontrę. Futbolówka powędrowała na prawe skrzydło do Sławomira Peszki, który wbiegł z nią w pole karne. Wtedy w meczu przy Bułgarskiej zakończył akcję skutecznym strzałem.

W Turynie nie miał na to szans, bo powalił go na ziemię Felipe Melo. Artjoms Rudnevs nie miał problemów z pokonaniem bramkarza Alexandra Manningera z 11 metrów i Lech nieoczekiwanie prowadził w Turynie 1:0.

 

Co było dalej? Oddajmy głos red. Krzysztofowi Ratajczakowi, który tak krzyczał w relacji dla Radia Merkury: ''Teraz Semir Stilić będzie sam w polu karnym... jeszcze dogrywa tę piłkę... Trzeba o nią powalczyć, walczy Kriwiec... Stilić... Czy będzie?! Wielkie zamieszanie i... GOOOOOOOOOOOOOOOL!!! ARTJOMS RUDNEVS! COŚ NIEPRAWDOPODOBNEGO!!! Na Stadio Olimpico Torino Juventus przegrywa z Lechem 0:2! Nieprawdopodobne rzeczy dzieją się w stolicy Piemontu!''

 

Kibice i dziennikarze obecni na meczu szczypali się, czy aby nie śnią. Ludzie robili zdjęcia stadionowemu telebimowi, który w 30. minucie pokazywał wynik Juventus 0 - Lech Poznań 2. Nie wszyscy zdążyli. Ja akurat zdążyłem. Nigdy nie widziałem tak pięknego wyniku na tablicy świetlnej.

Tablica świetlna podczas meczu Juventus Turyn - Lech Poznań

Gdy piłkarze schodzili na przerwę, turyńczycy mieli już jednak na koncie jednego gola, którego po błędzie obrony zdobył Giorgio Chiellini.

To był doliczony czas pierwszej połowy. - Zabrakło nam koncentracji przy stanie 2:0. Chyba był taki moment, że pomyśleliśmy ''o kurde, 2:0, jak to jest możliwe?!?'' - opowiadał Ivan Djurdjević.

Chiellini strzelił też gola wyrównującego na początku drugiej połowy. Znów po stałym fragmencie gry (tym razem rzucie rożnym) i znów po błędzie obrony. Przy stanie 2:2 poznańscy kibice chyba już tylko wznosili oczy ku niebu, by ten remis się utrzymał. Nie utrzymał się.

Jeśli gra się przeciw Alessandro Del Piero, nie można zostawić mu choćby kilku metrów miejsca na boisku. Tak zdarzyło się w 68. minucie. Del Piero umie strzelać gole piękne i ważne. Takie jak ten na 3:2 z Lechem. Kapitan turyńczyków posłał piłkę do siatki pięknym strzałem, o którym bramkarz poznaniaków Krzysztof Kotorowski mówił potem: - Szacunek dla Del Piero.

Alessandro Del Piero strzela gola w meczu Juventus - Lech Poznań

Włoski piłkarz aż wystawił język z radości i ulgi. Porażka z nieznanym w Europie klubem z Polski byłaby dla niego jedną z większych ujm w czasie całej kariery. Teraz Lech przegrywał z wielkim Juventusem. Można rzec - wszystko wróciło do smutnej dla nas normy.

I gdy wszyscy chyba już godzili się z faktem, że w Turynie dojdzie do kolejnej, tak znienawidzonej przez polskich kibiców, ''pięknej porażki'', Rudnevs zrobił coś, czym wpisał się na stałe do historii Lecha Poznań.

Bo nawet fantastyczny strzał Del Piero zbladł przy uderzeniu Łotysza.

Kurde, jak to możliwe?!

B.

PS Ivan naprawdę powiedział ''kurde''.

wtorek, 13 września 2011
Kibica zrozumie tylko inny kibic. Rozmowa z dr. Jerzym Dudałą

Przemysław Nosal: Biorę jedną gazetę do ręki i czytam: „kibice drwią sobie z policji”. Biorę inną – „bijatyka po meczu…”. Kolejną – „kibole decydują, kto wejdzie na mecz a kto nie”. Wniosek płynie z tego taki, że bycie kibicem oznacza bycie bandytą. To prawda?

Jerzy Dudała: Wniosek z tego taki, żeby nie brać do ręki tej gazety, bo domyślam się, o jaką gazetę chodzi (śmiech).

Czy o kibicach piszę się więc w ogóle dobrze?

O kibicach i kibicowaniu trzeba pisać tak, jak i o innych kwestiach. Należy pisać prawdę. A przynajmniej starać się pisać prawdę. Raz kibice robią coś godnego szacunku i pochwały, a innym razem coś, co należy skrytykować. Rzeczywistość nie jest czarno-biała. Problemem jest coś innego. A mianowicie to, że kibiców w mediach przedstawia się najczęściej w stereotypowym świetle. Ciągle powtarza się te same obiegowe, nieprawdziwe i nudne już opinie. Wynika to między innymi stąd, że o kibicach i kibicowaniu często wypowiadają się osoby nie mające żadnego pojęcia o tej problematyce. Podobnie jest z osobami, którzy piszą na ten temat. Niestety są też na polskim rynku książki poświęcone kibicom, które niczego nowego nie wnoszą, a tylko są przypadkowym zlepkiem różnych tekstów. Tam nawet nie oddzielono ziarna od plew. Dla mnie akurat sprawa jest prosta - jak się na czymś nie znam, to się nie wypowiadam i nie piszę na ten temat. To znaczy powinna być prosta, bo u nas jest inaczej. Przykładowo socjolog,  czy psycholog który w ogóle nie zajmuje się na co dzień socjologią sportu, wypowiada się na temat kibiców, choć jego wiedza jest żadna. Wie tyle, ile się pobieżnie dowie z mediów i powtarza potem zasłyszane czy przeczytane gdzieś głupoty. Odpowiadając na pytanie - o kibicach najczęściej pisze się źle.

Może o kibicach nie wypada pisać dobrze?

Jak się da dobrze pisać o polskich politykach, to i o kibicach się da (śmiech). Zresztą, to taka mowa-trawa. Co to znaczy, nie wypada? Moim zdaniem nie wypada wypisywać bzdur, nie wypada pisać tekstów tendencyjnych, na zamówienie. W ostatnich latach było w różnych miejscach wiele tekstów i wywiadów wymierzonych na przykład przeciwko kibicom Legii Warszawa, czy kibicom Lecha Poznań. Taki czarny, a raczej brudny pijar wymierzony w kibiców. Autorami były osoby, które na kibicowaniu w ogóle się nie znają, nie bywają prawie na meczach, a już na pewno nie na wyjazdach.

No dobrze, w takim razie co dobrego można więc napisać o kibicach?

Całe mnóóóóóóstwo dobrych rzeczy. Kibice to ludzie pomocni, poważnie podchodzący do takich słów, jak przyjaźń, honor, Ojczyzna. Oczywiście nie wszyscy, bo określenie „kibice” jest bardzo pojemne. Ja sam mam na koncie pełno meczów, przez wiele lat jeździłem w miarę regularnie na mecze Zagłębia Sosnowiec reprezentacji Polski oraz na mecze Legii, z którą Zagłębie Sosnowiec ma zgodę. Mnie wtedy na trybuny pchało to, że kibice jawili mi się jako ludzie bardzo autentyczni w tym, co robią. Te wyjazdy, wspólne na wyjazdach przygody. To były bardzo autentyczne przeżycia i ci ludzie byli autentyczni. Dla mnie to było coś, że ludzie z różnych sfer potrafią się zjednoczyć i jeździć po Polsce za swym klubem, często narażając zdrowie i życie. Po prostu to ideowcy. Ale tego nie zrozumie ktoś, kto na mecze nie jeździł.

Ty na potrzeby swojej książki „Fani-chuligani. Rzecz o polskich kibolach” zrobiłeś badania wśród kibiców. Jak wygląda więc przeciętny polski kibic piłkarski?

Kibice są różni - spokojni i agresywni, uczciwi i nieuczciwi. Ilu ludzi na stadionie, tyle motywów pójścia na mecz. Kibice uważają, że KLUB to właśnie oni, poza tym herb, barwy. Mają rację, bo bez kibiców nie ma liczących się klubów. Kluby bez kibiców to twory martwe już za życia. Zresztą jest całe mnóstwo klubów, które są słynne z rzesz oddanych fanów, a nie z dobrych wyników sportowych. W Polsce wystarczy wymienić mój klub, czyli Zagłębie Sosnowiec. W 1993 roku klub zlikwidowano, a kibice pozostali i jeździli na mecze reprezentacji Polski i warszawskiej Legii. Lechia Gdańsk czy Śląsk Wrocław też bardziej słyną ze swych fanów niż sportowych sukcesów. Oczywiście jest mnóstwo spraw, za które trzeba chwalić kibiców. Oni są przywiązani do swych małych ojczyzn, pamiętają o ważnych wydarzeniach dla ich miast i regionów.

A czy polski kibic różni się znacznie od piłkarskiego fana z Anglii, Niemiec albo Włoch?

Polski kibic różni się od kibiców z Anglii, Niemiec czy Włoch. Podobnie, jak przykładowo kibice Legii różnią się od kibiców Wisły. Każdy kraj, każdy naród, region czy miasto są specyficzne i mają typowe dla siebie cechy. Doskonale objawia się to w kibicowaniu. Tym bardziej, że kibice z dumą podkreślają, skąd są. Dla nich ważny jest ICH klub, miasto, region. Poza tym kibicowanie w Anglii jest teraz specyficzne. Tam wylano dziecko z kąpielą - walcząc z chuligaństwem zniszczono też spontaniczność kibiców na trybunach. Fani takich klubów, jak Chelsea, czy Manchester United stale podkreślają, że obecnie nie ma atmosfery na tamtejszych stadionach. W Niemczech też jest pod tym względem nieciekawie, jako tako nadal trzymają się włoscy ultrasi. Poza tym różnic jest wiele - włoski styl to także super choreografie na trybunach, śpiewny doping. Natomiast Angole nigdy o choreografie nie dbali.

Cokolwiek by się nie działo, to poznańską publiczność najbardziej elektryzują spotkania z Legią. Kibice obu klubów, oględnie mówiąc, specjalnie za sobą nie przepadają. Skąd biorą się antypatie między klubami?

Sympatie i antypatie między klubami to temat rzeka. Przykładowo nienawiść między kibicami Zagłębia Sosnowiec i klubami z Górnego Śląska to dla wielu coś naturalnego - to antagonizm między Zagłębiem Dąbrowskim, gdzie wszyscy czują się Polakami i Górnym Śląskiem, gdzie wśród kibiców nie brakuje takich, którzy uważają się przede wszystkim za Ślązaków. Poza tym w latach 80-tych i 90-tych na meczach Ruchu Chorzów czy GKS Katowice z Zagłębiem Sosnowiec Hanysy wywieszali mnóstwo niemieckich flag. Te proniemieckie ciągoty są na Górnym Śląsku obecne do dziś. Zgoda Zagłębia Sosnowiec z Legią to też kontra do Hanysów, bo Legia to po Zagłębiu najbardziej znienawidzony na Górnym Śląsku klub. Są zgody, są wojny w kibicowskim świecie. Ale jest też miejsce na obustronny szacunek. Przykładowo kibice Zagłębia Sosnowiec i Śląska Wrocław nie mieli zgody, ale obie grupy kibiców darzą się dużym szacunkiem. W Polsce można też mówić o antagonizmach tradycyjnych, jak choćby w przypadku Zagłębia Sosnowiec i klubów z Górnego Śląska, Legii Warszawa i klubów z Łodzi czy Śląska Wrocław i Lecha Poznań. Najczęściej też rywalizacja o prymat w mieście jest bardzo ostra, co widać choćby w Łodzi czy Krakowie. W Warszawie liczy się tylko Legia, więc w stolicy derby nie przypominają tych krakowskich czy łódzkich.

Wracając do spotkań Lecha z Legią, to trzeba też pamiętać, że kibice obu klubów to od lat ścisła czołówka kibicowska. Szczególnie przykład Lecha jest pozytywny, jeżeli chodzi o dotychczasowe stosunki na linii kibice-działacze. W przypadku Legii i koncernu ITI nawet nie ma czego komentować. Władze klubu walczą z kibicami, którzy poświęcili Legii kawał życia i którzy robili całe mnóstwo dobrej roboty choćby w ramach Stowarzyszenia Kibiców Legii. Szkoda ich, na szczęście inni kibice - nawet ci mocno nie przepadający za legionistami - potrafią się zachować fair. Dzięki temu legioniści zasiadają na przykład koło miejscowych. I tak powinno być - kibice mogą się nie lubić, ale powinni się szanować.

Czy myślisz, że tego typu spotkania są potrzebne, żeby kanalizować złą energię?

Mecze Legii z Lechem zawsze były istotne od strony kibicowskiej. Teraz sytuacja jest taka, że kibice Legii są w szczególnej sytuacji. Sądzę, że lechici wesprą legionistów, pokazując, co sądzą o postępowaniu koncernu, do którego Legia - niestety dla jej kibiców - należy. Zresztą Lech już wcześniej pokazał, że potrafi być solidarny z legionistami, czego nie chcieli przyjąć do wiadomości działacze Legii. Należy też wspomnieć, że przedstawiciel Wiary Lecha reprezentował kibiców Legii bestialsko potraktowanych przy słynnej akcji Widelec. Za to szacunek! Lech ostatnio kibicowsko, w różnych obszarach kibicowania, wypada bardzo dobrze. Wystarczy wspomnieć choćby wyjazd na Lechię Gdańsk, gdzie Lechici pokazali - przebierając się za januszów - jak może wyglądać polska scena kibicowska za dziesięć czy piętnaście lat.

Mamy też jednak mecze przyjaźni, tak jak spotkanie Lecha z Arką Gdynia albo Legii z Pogonią. Czy kibice potrzebują tego typu meczów? Piłkarze na boisku i tak będą walczyli o trzy punkty, po co więc mówić o jakiejkolwiek formie bratania się?

Zgody kibicowskie nie mają nic wspólnego z grą piłkarzy na boisku. Te zgody trwają często wiele lat - na przykład trzydzieści lub czterdzieści. To wspólne przeżycia, przyjaźnie, które zazwyczaj dalece wybiegają poza płaszczyznę sportową, a nawet i stricte kibicowską. Kibiców klubów od lat żyjących w przyjaźni często łączą bardzo moce więzy, oni mogą wzajemnie na siebie liczyć.

Może warto więc wspomagać pozytywne wzorce kibicowania poprzez jakąś formę edukowania najmłodszych fanów? Może warto im pokazywać, że lepiej wspierać swój klub niż obrzucać wyzwiskami przeciwnika?

Od lat jest tak, że niektórzy kibice coraz częściej wychodzą z założenia, że kibicujemy swoim i nie wyzywamy przeciwników. Choć trudno mi sobie wyobrazić meczów Zagłębie Sosnowiec - Ruch Chorzów, czy Zagłębie Sosnowiec - GKS Katowice bez wzajemnych „wrzutów”.

Masz jakiś pomysł jak to powinno wyglądać? Czy takie zajęcia odbywałyby się w szkole a nauczyciel z dziennikiem powinien sprawdzać obecność?

To wszystko sztuczne rozważania. Ważna jest rodzina, pewne wzorce wynosi się z domu. Jak ojciec chwali dzieciaka za to, że przyniósł coś, co zdołał ukraść, to żadne lekcje nie pomogą mu wyprostować psychiki.

Czytałem jakiś czas temu wyniki badań, z których wynikało, że mamy w Polsce do czynienia ze straconym pokoleniem kibiców. Młodzież w wieku wczesnoszkolnym zamiast kibicować klubom ze swoich miast trzyma kciuki za Barcelonę, Manchester United czy AC Milan. Co o tym sądzisz?

Też czytałem tego gniota w Gazecie Wyborczej. To szczyt hipokryzji, najpierw obrzydzić ludziom kibiców masą tekstów, w których przedstawia się ich w sposób stereotypowy, nieprawdziwy, a później pisać o straconym pokoleniu kibiców. Tego typu teksty są nic nie warte, bo piszą o nich ludzie, którzy raz nie znają tematyki związanej z kibicowaniem, a dwa mają za zadanie dowalić kibolstwu. Trzeba być ślepym, by tego nie zauważyć.

Ale gdyby spojrzeć na zagadnienie z innej strony - może to właśnie te dzieci mają rację. Po co mają kibicować drużynie, która poza tym, że jej stadion znajduje się kilka ulic od domu, to w jej składzie grają przede wszystkim zawodnicy posprowadzani z innych miast lub zza granicy?

To sztuczny temat. Dzieci często łapią bakcyla kibicowskiego od taty czy wujka. I takie zaangażowane kibicowanie nie ma nic wspólnego z sympatyzowaniem z którąś zagranicznych drużyn. Ponadto trzeba pamiętać, że obecnie polscy kibice mają też zgody z fanami z zagranicy, odwiedzają się, korespondują ze sobą. Przykładem są choćby kibice Legii i holenderskiego Den Haag czy kibice GKS Katowice i Banika Ostrawa. Ja sam lubię Manchester United, byłem na paru ich meczach, między innymi w Koszycach w Lidze Mistrzów. Też utrzymujemy kontakt, przesyłamy sobie zdjęcia.

Jeżeli natomiast chodzi o skład drużyn, to rzeczywiście jest to problem. Trudno się utożsamiać z ekipą, skoro grają w niej prawie sami obcokrajowcy. Dlatego uwielbiani są tacy gracze, jak Totti w Romie. Prawdę mówiąc dla mnie najciekawsze były, są i będą wydarzenia na trybunach. Na boisku bowiem w Polsce przeważa katastrofalny poziom, korupcja. Kibiców traktuje się jak bydło, zamiast o nich zabiegać.

Czym więc Twoim zdaniem jest kibicowanie w Polsce? Czy to tylko zabawa? Sposób spędzania wolnego czasu? Spotkanie biznesowe?

To zależy, dla kogo. Dla mnie kibicowanie to oddanie się pewnej idei. Z zabawą nie ma to wiele wspólnego. Oczywiście jest radość po zwycięstwach i smutek po porażkach. Ale chodzi o coś innego. O to, że kibice tak naprawdę cały czas żyją kibicowaniem, angażują się w różnego rodzaju inicjatywy.

Jakiś czas temu słyszeliśmy jak kibice angielskiego Wimbledonu uratowali swój klub. Jak oceniasz poziom zorganizowania polskich kibiców? Czy możemy mówić o zorganizowanym ruchu kibicowskiego, którego członków łączy coś więcej niż tylko wspólne wizyty na stadionie i odwiedzanie klubowej strony?

Przecież w Polsce Zagłębie Sosnowiec, Lechia Gdańsk czy Pogoń Szczecin odrodziły się dzięki kibicom. Gdyby nie fanatyczni kibice, to tych klubów dawno by już nie było. To kibice w głównej mierze stanowią klub. To ich duże zainteresowanie przekłada się potem na przyciąganie sponsorów, i tak dalej. Nie na odwrót. Natomiast sądzę, że dziś nie ma już takich więzi, jak w latach 80-tych czy 90-tych. I nie chodzi tu tylko o kibiców. Żyjemy w świecie komórek, laptopów i innych gówien. Ludzie zap...ają, szarpią się, brakuje im czasu na refleksję, na oddech. Takie czasy, że wolny czas stał się towarem deficytowym.

Czy aktywność człowieka na polu kibicowskim przekłada się na jego aktywność na innych polach – np. czy częściej przynależy też wtedy do innych organizacji lub stowarzyszeń, chętniej angażuje się w życie swego najbliższego otoczenia?

Z całą pewnością wśród kibiców jest wiele osób, które są skłonne coś robić dla idei, a nie tylko dla kasy. Kibice często robią swoje, nie dla rozgłosu. Kibice Legii wspomagają Powstańców, każdego roku angażują się w obchody rocznic Powstania Warszawskiego. Media to pomijają, bo  takie zachowania kibiców nie pasują im do lansowanego przez siebie, fałszywego obrazu kibica, jako kogoś, kogo należy napiętnować. A kibice to często ludzie twórczy. Wystarczy wspomnieć, że osoby, które tworzyły tygodnik Nasza Legia z powodzeniem odnalazły się później w innych tytułach prasowych (pismo o tej nazwie nadal funkcjonuje, ale obecnie jest bezbarwną tubą ITI). Kibice mają też swoje pisma, w tym między innymi "To My Kibice" i "To my Kibice Plus". Kupuję każdy numer, bo wiem, że robią to fani dla fanów. Choć trzeba przyznać, że ostatnio "To My Kibice" jest coraz słabsze. Są na przykład długie opisy modnych kibicowskich ciuchów, a nie było nawet wzmianki o Ogólnopolskiej Pielgrzymce Kibiców na Jasną Górę, która odbywa się dzięki wielkiemu zaangażowaniu księdza Jarosława Wąsowicza. Tak więc gdzieś chłopaki z "To My Kibice" pogubili proporcje. Jeżeli chodzi o zaangażowanie kibiców, to często wspierają oni domy dziecka, wspomagają osoby starsze i zapomniane.

Jak myślisz, w którą stronę ten ruch będzie ewoluował?

Przede wszystkim uważam, że ten ruch będzie tracił na znaczeniu. Totalna inwigilacja, zakazy stadionowe za byle przewinienie, te wszystkie kołomyje przy zakupie biletu - to będzie się przyczyniać do zabicia ruchu kibicowskiego. Oczywiście on nadal będzie, ale w zupełnie innej postaci. Już dziś kibicowanie często jawi się jako karykatura kibicowania z końca lat 80-tych i początku 90-tych. Osoby, które wówczas jeździły na mecze, wiedzą, że podobnych czasów i podobnej atmosfery już więcej nie zaznają. To przykre, ale prawdziwe. Kibicowanie dawniej wiązało się z wolnością. Ludzie się skrzykiwali i jechali na mecz, przeżywając po drodze mniejsze i większe przygody. Na stadion trzeba było się dostać na własną rękę, nie było konwojowania przez ówczesną milicję. A teraz wpisz się na listę, podaj dane. Po to, żeby potem jakiś gówniarz z prewencji cię poszturchiwał i wyzywał. Byłem w ostatnich latach na meczach i starałem się sobie wmówić, że jest fajnie. Ale nie było, cały czas same nasuwały mi się porównania sprzed 15 czy 20 lat i wszystko to wypadało bardzo blado w porównaniu z tym, co przed laty.

W telewizji można obejrzeć wszystkie spotkania ligowej kolejki. Do tego dochodzą transmisje z kilkunastu lig zagranicznych, relacje w Internecie i telefonie komórkowym. Czy myślisz, że ta niespotykana dotąd dostępność meczów w różnych mediach może osłabiać u kibiców chęć uczęszczania na stadion?

Nie, bo zagorzały kibic żyje kibicowaniem na co dzień, telewizja to może być dla niego dodatek. Kibicem po prostu się jest, a nie bywa. Kibicowanie to nie tylko mecze, to też określony zbiór zachowań, przekonań, postaw. Natomiast jest inna kwestia. Dawniej mecz Ligi Mistrzów to było wydarzenie, atmosfera święta, czegoś niecodziennego. A dziś tych meczów jest tyle, że ludzie mają dość. Formuła Ligi Mistrzów się wyczerpała - bo nie grają w niej tylko mistrzowie, a tylko oni grać powinni, bo mecze w grupach są często gówno warte. Poza tym ileż można się pasjonować grą Realów, Barcelon i innych Interów. Ludzie wolą oglądać swoje kluby, ze swoich miast, z którymi się identyfikują.

Jerzy Dudała - doktor socjologii, dziennikarz, autor książki „Fani-chuligani. Rzecz o polskich kibolach”, o której pisałem już kiedyś tutaj.

Wywiad pochodzi z programów meczowych Lecha Poznań "Heej Lech"

numerów 155 i 156 (2010) z meczów z Legią Warszawa i Arką Gdynia

P.

poniedziałek, 12 września 2011
To chyba Matka Boska stała w bramce. Rzecz o Dominiku Sobańskim

- W Pucharze Polski broniłem przeciw Wiśle Kraków i Legii Warszawa, ale czekam na debiut w ekstraklasie. Marzę o nim w barwach Warty - mówi Dominik Sobański, który do Poznania przyszedł z Olimpii Elbląg, a w sobotę obronił rzut karny w spotkaniu ze swoim poprzednim klubem.

- Wszystko mogło potoczyć się inaczej. Trzy miesiące po tym, jak rozwiązałem kontrakt z Amiką Wronki, pierwszym trenerem został Maciej Skorża. Byłem kapitanem jego drużyny w juniorach, znał mnie z rezerw, może dałby mi szansę - wspomina Dominik Sobański, dziś bramkarz Warty, a kiedyś - właśnie Amiki.

Skorża to jeden z wielu uznanych szkoleniowców, których spotkał na swojej drodze. W Amice w łapaniu piłek szkolili go Zbigniew Pleśnierowicz, Józef Młynarczyk i Czesław Michniewicz. - Wszystkim sporo zawdzięczam, najwięcej chyba pierwszemu z nich. Ćwiczył mnie najdłużej i jako pierwszy. We Wronkach pokazowe treningi prowadził też Jan Tomaszewski, ale bardziej opierał się na doświadczeniu niż warsztacie - opowiada bramkarz. - Michniewicz wspominał po latach, że przy Młynarczyku najbardziej nauczył się parzenia herbaty, bo tego wymagał bezwzględnie. - Wiesz coś o tym? - pytam. - Nie, chyba nie byłem tak blisko zespołu - śmieje się Sobański.

Do wronieckiej szkółki trafił prosto ze Sparty Węgorzyno, z rodzinnej miejscowości. - Na testach było nas 11, przyjęli dwóch. Jako 14-latek wieszałem na ścianach pokoju w internacie plakaty Grzegorza Szamotulskiego, byłem nim zafascynowany. To było dla mnie wielkie przeżycie, gdy cztery lata później mogłem trenować z Grześkiem, czy ćwiczyć w jego rękawicach - mówi z przejęciem bramkarz Warty.

Sobański nie był w stanie wygrać rywalizacji ani ze swoim idolem, ani z jego zastępcami - Jarosławem Stróżyńskim i Maciejem Mielcarzem. Grał w rezerwach Amiki - najpierw u Michniewicza, później u Skorży. - Dwa czy trzy razy byłem na ławce w meczu ekstraklasy, raz chyba w meczu z Lechem, ale nie zagrałem. Z mojego rocznika 1982 jeszcze tylko Bartek Konieczny [teraz gracz Podbeskidzia Bielsko-Biała - przyp. red.] przebił się w poważnym klubie. Dariusz Dudka, Marcin Burkhardt i Marcin Kikut z kolejnego rocznika znaczą w piłce więcej, widać mieli więcej talentu. Albo dostali więcej szans - wylicza.

Drugim klubem z ekstraklasy, w którym grzał ławę, była Lechia Gdańsk. Wcześniej jednak spędził pół roku w Odrze Chojna (grał) i rok w Polkowicach (nie grał). - Na Dolnym Śląsku wystąpiłem w jednym meczu, pierwszym na wiosnę. Przegraliśmy 0:1, a trener Wiesław Wojno odstawił wszystkich graczy, którzy zimą przyszli do klubu i zagrali w tym spotkaniu. Rządziła "stara gwardia" - twierdzi.

W Gdańsku trafił na okres rozkwitu klubu. W sezonie, w którym Lechia awansowała do ekstraklasy, zagrał dwa mecze ligowe, wcześniej w sumie 10. - Feta po awansie była niesamowita, to wielki klub w wielkim mieście. Ale sportowo za dużo nie zyskałem, Mateusz Bąk i Paweł Kapsa byli lepsi. Był okres, że wskoczyłem do bramki, miałem nawet passę 310 minut bez straconego gola, ale po jednej wpadce straciłem miejsce w jedenastce - przyznaje.

Znów grał w rezerwach i w Pucharze Polski. To w nim doznał smaku gry przeciw najlepszym zespołom w Polsce. W ćwierćfinale w 2008 r. Lechia przegrała pierwszy mecz w Warszawie z Legią 0:1. Sobański bronił w rewanżu w Gdańsku. Trzymał się długo, aż w końcu pokonał go Roger na cztery minuty przed końcem meczu. Jeszcze lepszy mecz zagrał przeciw Wiśle Kraków, pół roku później. Rezerwy Lechii mierzyły się przeciw mistrzom Polski. Pierwszy gol padł w 64. min, potem jeszcze dwa strzelił mi Paweł Brożek. - Odbiłem jednak tyle strzałów, że nasz trener Tomasz Borkowski powiedział w przerwie: ''Matka Boska chyba stoi w naszej bramce''. A po meczu trener Skorża pofatygował się do naszej szatni, by uścisnąć mi rękę. To było miłe uczucie - opowiada bramkarz.

Miło, choć nie zawsze, było w Elblągu. Do Olimpii trafił po pół roku gry w Kotwicy Kołobrzeg. - W końcu udało mi się być numerem jeden na dłużej. Przez półtora roku opuściłem dwa mecze - jeden w lidze, jeden w pucharze. Oba przez kontuzje - mówi. - Wywalczyliśmy awans, ale wcześniej było przykro i nerwowo. W przedostatniej kolejce graliśmy mecz, w którym wygrana dawała nam promocję o klasę wyżej. Był remis, a kibice wparowali do naszej szatni z pretensjami, mało co, a doszłoby do rękoczynów. Takie sytuacje zapadają w pamięci. Ale w Elblągu jest też sporo życzliwych ludzi, choćby prezes, z którymi kontaktowałem się przy okazji meczu pucharowego czy teraz ligowego - przekonuje zawodnik.

Propozycję z Warty dostał trzy dni po zakończeniu poprzedniego sezonu. - Jeszcze cieszyłem się z awansu z Olimpią. Decyzję podjąłem jednak szybko, w ciągu jednego dnia. Organizacyjnie Warta jest rok czy dwa przed Olimpią, to klub z wyższej półki. Zadecydowały też sprawy osobiste, ta propozycja spadła mi jak gwiazdka z nieba! - mówi Dominik Sobański, który w tej chwili wygrywa rywalizację z Łukaszem Radlińskim o miejsce między słupkami. - Marzenia klubu i moje są takie same: zagrać za rok w ekstraklasie - dodaje.

Warta będzie miała wtedy 100 lat, jej bramkarz - 30.

B.

PS Rzut karny, który Sobański obronił w meczu Olimpia - Warta w Elblągu można obejrzeć tutaj.

 
1 , 2