Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 30 września 2012
Dariusz Dziekanowski

dd

Już sam dźwięk tych słów elektryzował przed laty, z różnych zresztą powodów, polskiego kibica, a i dla choćby średnio zorientowanego fana piłki kopanej na Starym Kontynencie niósł ze sobą pewne istotne znaczenie. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać z jakąkolwiek poważną opinią dotyczącą Dziekanowskiego, a wyrażaną przez ludzi znających się na futbolu, na szkoleniu, której osią i fundamentem zarazem nie byłby zachwyt nad olbrzymią skalą talentu, jakim dysponował popularny Dziekan. Przyznają to wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z tym piłkarzem, mając okazję biegać z nim wspólnie po zielonej murawie, w tej samej lub przeciwnej drużynie, razem trenować,  tudzież przyglądać się z bliska jego boiskowym wyczynom. Mówią o tym selekcjonerzy, trenerzy, piłkarze. Chwilę potem pojawia się nieodłączne „ale” i litania „gdybań”, dlaczego kariera Dziekanowskiego potoczyła się tak, a nie inaczej. Uważam, że pisanie zwykłej, blogowej notki, poświęconej byłemu reprezentantowi Polski, któremu dzisiejszej niedzieli stuknie półwiecze na naszym pięknym świecie – nosi znamiona pewnej profanacji, bo Dziekanowski to solidny materiał na dobrą, naprawdę ciekawą literaturę oraz nie gorsze kino. A jednak nie napisać o nim choćby kilku linijek, i to na blogu ochrzczonym Numerem 10, byłoby jednak zaniechaniem godnym pożałowania.

Dariusz Dziekanowski jest niewątpliwie dzieckiem piłkarskiej Warszawy. Tu się urodził, tu się wychował, swym unikalnym futbolowym talentem obdarował aż trzy zespoły ze stolicy i to chyba właśnie w niej przeżył najpiękniejsze chwile swej piłkarskiej kariery. Kariery, która wystartowała niezwykle obiecująco. Dziekanowski zaczyna swą przygodę z dorosłym futbolem w drugoligowej Polonii, dla której debiutancką bramkę uzyskuje późną jesienią 1978 roku. Trenerem Czarnych Koszul jest wówczas Jerzy Engel, z którym Dziekanowski spotka się jeszcze na ścieżkach swej kariery, w murach tego samego miasta, choć już w zupełnie innym klubowym budynku. Na razie jednak Poloniści spadają do trzeciej ligi, ale zdolny Dziekanowski pozostaje na drugoligowych murawach, znajdując zatrudnienie w lokalnym rywalu – Gwardii Warszawa. Tam wychowanek Czarnych Koszul tworzy legendarny już dziś, a wówczas kipiący młodością i entuzjazmem, niesamowity ofensywny tercet wespół z Krzysztofem Baranem i Markiem Banaszkiewiczem. Przez dwa sezony gwardziści przypuszczają szturm na pierwszą ligę i w końcu, latem 1981 roku udaje się ów awans wywalczyć (Dziekanowski we wspomnianych obu sezonach na zapleczu Ekstraklasy zdobywa dla Gwardii 20 goli).

O nieprzeciętnym talencie piłkarza znad Wisły robi się coraz głośniej. Piłkarz Gwardii kroczy na czele wspaniałego pokolenia 1962 (byli tam też Urban, Tarasiewicz, Furtok, Wdowczyk i jeszcze wielu, wielu innych), które miało, jak wierzono, popchnąć w przyszłości nasz futbol do wielkich sukcesów. Dziekanowski jest niekwestionowaną gwiazdą reprezentacji Polski do lat 18. Dwukrotnie zdobywa z tą drużyną wicemistrzostwo Europy. Na finałowym turnieju, rozgrywanym na boiskach we wschodnich Niemczech, Dziekan trafia trzykrotnie do siatki rywali. Najważniejszą bramką jest ta uzyskana w ścisłym finale na stadionie w Lipsku, a dająca Polakom prowadzenie w 34 min. meczu przeciwko Anglikom. Ostatecznie jednak Synowie Albionu, po golach Allena i Gibsona w ostatniej fazie spotkania, przechylają szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po roku, na wiosnę 1981, znów Polacy grają znakomicie (Dziekanowski strzela na turnieju aż 5 goli) i docierają do ścisłego finału. Tam jednak, na stadionie w Dusseldorfie, muszą uznać wyższość gospodarzy, ulegając zespołowi RFN 0:1.

Wydaje się, że dla Dziekanowskiego bramy do wielkiej piłkarskiej kariery stają otworem. Zaledwie 2 miesiące po wywalczeniu drugiego z rzędu młodzieżowego wicemistrzostwa Europy, w sierpniu 1981 r., Dariusz Dziewanowski wdziera się przebojem na boiska Ekstraklasy. Ówczesny gwardzista strzela dla swojego klubu jesienią 6 ligowych bramek, a 15 listopada 1981 r., na stadionie olimpijskim we Wrocławiu, w meczu eliminacyjnym do hiszpańskiego Mundialu przeciwko Malcie zalicza swój debiut w dorosłej reprezentacji Polski. W 68 min. tego spotkania, 19-letni wówczas piłkarz, zastępuje na boisku Smolarka, a już 12 min. później strzela Maltańczykom gola. Wszystko toczy się jak w bajce.

Dla wielu wydaje się oczywistym, iż dla młodziutkiego warszawskiego brylantu powinno znaleźć się miejsce w mundialowej ekipie na Espana ‘82. Dziekanowski zagra jeszcze w lutowym, towarzyskim meczu kadry z reprezentacją Mediolanu (wygrany przez biało-czerwonych 2:1), ale piękny sen o udziale w hiszpańskim Mundialu przerywa mu swą decyzją Antoni Piechniczek. Dziekan zostaje w domu, a Mistrzostwa świata obejrzy tylko w telewizji. Szkoda. Dla młodego, ponadprzeciętnie utalentowanego gracza ten turniej mógł być prawdziwą trampoliną do wielkiej futbolowej przygody. Tym bardziej, że Polacy odnieśli na hiszpańskim turnieju niewiarygodny wręcz sukces. Szlify nabrane na imprezie tej rangi, każda minuta spędzona na murawie, mogły w przyszłości bardzo wyraźnie zaprocentować. To jeden z ważniejszych momentów w jego karierze. To jeden z istotniejszych kluczy do zrozumienia, dlaczego potoczyła się ona później tak, a nie inaczej. Niespełna dwa miesiące po Mundialu, kadra biało-czerwonych rozgrywa towarzyski mecz na paryskim Parc de Princes, gdzie miażdży gospodarzy, gromiąc Francuzów w stosunku 4:0. To jest już drużyna, której pewnym punktem staje się Dziekanowski. Wywalcza sobie niepodważalne miejsce w podstawowej jedenastce. Strzela ważną bramkę w eliminacyjnym spotkaniu do Euro ‘84 przeciwko Finlandii. Można więc zaryzykować twierdzenie, że do występu na hiszpańskim Mundialu zabrakło mu zaledwie kilkudziesięciu dni lub też po prostu dobrej woli i odwagi selekcjonera.

Sezon 1982/83 jest ostatnim spędzonym przez Dziekana w gwardyjskich barwach. Jego klub spada z ekstraklasy, ale po Dziekanowskiego wyciąga ręce potężny wówczas łódzki Widzew. Dziekan przechodzi do Łodzi za niebotyczną jak na ówczesne polskie warunki kwotę. W Widzewie gra i strzela bramki w europejskich pucharach, jako piłkarz tego klubu strzela też kolejne gole dla reprezentacji. Ale nie czuje się dobrze w przemysłowym mieście. Udziela słynnego wywiadu, w którym zwierza się, że łódzkie powietrze mu nie służy, że sytuacja w klubie i atmosfera wewnątrz zespołu jest wręcz fatalna, że dochodzi nawet do tego, iż podczas meczów koledzy celowo unikają podawania mu piłki. Wraca więc do ukochanej Warszawy. Miejsca, które zawsze wita go z otwartymi rękami. Tym razem zachwyca kibiców stołecznej Legii. Już w debiucie strzela bezcenną bramkę w końcówce meczu z gdyńskim Bałtykiem. Swoją grą, swym piłkarskim kunsztem, wspaniałym, niespotykanym na naszych boiskach dryblingiem, znakomitym wyszkoleniem technicznym – rozkochuje w sobie bez opamiętania kibiców przy Łazienkowskiej. Na pozostałych polskich, ligowych boiskach jest najczęściej, najmocniej i najgłośniej wygwizdywanym graczem, jako właśnie symbol, nielubianej Legii. Dziekanowski był w tym kontekście takim ówczesnym, polskim, ligowym Cristiano Ronaldo. Gwizdano na niego przeraźliwie, ale wszyscy i tak doceniali jego ogromną piłkarską klasę, jego olbrzymie umiejętności.

W Legii Dziekanowski rzeczywiście odżył. Został wybrany piłkarzem roku w Polsce w 1985 roku. To właśnie tu, znów pod wodzą Jerzego Engela, przyszło Dziekanowi stoczyć cztery niezapomniane, pucharowe boje z mediolańskim Interem. To były prawdziwe piłkarskie wojny, porywające, emocjonujące, dramatyczne. W obu z nich nieznacznie lepsi okazali się być ostatecznie Włosi, ale Dariusz Dziekanowski (strzelił jedną bramkę) swoją znakomitą grą wywarł na włodarzach klubu z Mediolanu piorunujące wrażenie. W tak zwanym międzyczasie dołożył jeszcze na stadionie Śląskim w Chorzowie fantastyczne trafienie, dzięki któremu Polacy pokonali włoskich mistrzów świata 1:0. Wszystko to sprawiło, że zaczęto mówić o transferze legionisty do wielkiego Interu, gdzie mógłby stworzyć wspaniały ofensywny tercet wespół z Altobellim i Rummenigge (i powiedzmy to otwarcie: potencjałem czysto piłkarskim, Dziekanowski obu wspomnianym gwiazdorom światowego futbolu na pewno nie ustępował). Temat odżywał i powracał nie raz. Ale piłkarzowi po prostu nie pozwolono na ten transfer. Zablokowano mu tę szansę. Podarto w strzępy marzenia o pięknej karierze w najwspanialszej i najmocniejszej wówczas lidze świata. Inter spasował, nie miał zamiaru się szarpać z beznadziejną polską, czerwoną rzeczywistością. Sam Dziekanowski wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreślał potem, że był to decydujący, przełomowy moment w jego karierze. Temat odżył jeszcze na chwilę w lecie 1987 roku, kiedy to bardzo zapragnęła Dziekanowskiego w swych szeregach Pescara, która właśnie wkroczyła do Serie A. Piłkarzowi pozwolono nawet pojechać na trzydniowe testy do Włoch, ale tylko po to, by i tak ostatecznie zablokować mu ten transfer. Kilkadziesiąt dni później, po jesiennym, towarzyskim meczu z reprezentacją Czechosłowacji w Bratysławie, ucieczkę do lepszego świata proponował Dziekanowskiemu Bayer Leverkusen. Wszystko ze strony Niemców było już ponoć gotowe, dopięte na ostatni guzik, ale Dziekanowski uciekać nie chciał.

Dariusz Dziekanowski był wówczas, wciąż przecież młodym jeszcze, 25-letnim zawodnikiem, ale mentalnie był już graczem, którego kariera, tak na dobrą sprawę dobiegła w pewnym sensie końca. Wydaje się, ze wszelkie sportowe ambicje i motywacje wyparowały z niego niemal bezpowrotnie. Stracił wszelkie złudzenia. Przypuszczał, że do końca swych piłkarskich dni ugrzęźnie w naszej ligowej szarzyźnie. Jego postawa coraz częściej przypominała pewien rodzaj wcale nie słodkiej, lecz bardzo świadomej, beznadziejnej zemsty na tych, którzy uniemożliwili mu spełnienie najpiękniejszych piłkarskich marzeń. Grał chimerycznie, egoistycznie, irytująco, z aż nazbyt rzucającym się w oczy brakiem jakiegokolwiek zaangażowania, często przechodząc obok meczu. Przebłyski niezwykłego kunsztu wciąż jeszcze się zdarzały, ale już coraz rzadziej Dziekanowskiemu chciało się je ujawniać. Sprawiał wrażenie cynicznego, ironicznego, zobojętniałego na wszystko człowieka Doszło nawet do tego, że gdy jesienią 1988 roku, polscy ligowcy mieli zagrać w Mediolanie towarzyskie spotkanie z reprezentacją ligi włoskiej, Dziekanowi będącemu wówczas królem strzelców Ekstraklasy, zablokowano możliwość wyjazdu na ten mecz, odsuwając go od kadry. Uczyniono to na wniosek Strejlaua, który chciał w ten sposób ukarać zawodnika, nie stawiającego się od kilku dni na treningi Legii bez żadnego usprawiedliwienia.

Gdy wreszcie pozwolono mu wyjechać na kontrakt do Celtiku Glasgow w 1989 roku, Dariusz Dziekanowski miał 27 lat, czyli wciąż był jeszcze w bardzo dobrym piłkarsko wieku. Ale to nie był już ten Dziekanowski. Mimo to, Billy McNeill niemal piał z zachwytu nad nowym nabytkiem Celtów: Dziekanowski był wspaniały, miał niesamowity talent. Był świetnie wyszkolony technicznie. W Celtiku przez dwa sezony Dziekan ustrzelił 22 gole (w tym 10 ligowych), ale nie zawsze zachwycał. Choć pucharowej batalii z Partizanem Belgrad, w którym Polak strzelił 4 gole, a jednego wypracował, nie zapomną w Glasgow jeszcze przez dziesięciolecia. To był ten prawdziwy Dziekanowski, który rzeczywiście podejmuje trud ujawnienia swego olbrzymiego talentu, którym został tak hojnie obdarowany.

Potem była jeszcze gra na zapleczu Premier League – w zespole Bristol City, gdzie dojrzewał w cieniu Dziekana późniejszy gwiazdor MU i reprezentacji Anglii, Andy Cole. Polak jest tam po dziś bardzo ciepło wspominany i uchodzi za prawdziwą legendę klubu. A potem jeszcze tułaczka po niższej lidze niemieckiej w barwach Alemanii Aachen oraz bezskuteczna próba przebicia się choć raz do podstawowego składu FC Koeln, prowadzonego przez Mortena Olsena. Na koniec jeszcze powrót do Polski, oczywiście do Warszawy, by zakończyć karierę w barwach, w których ją rozpoczął, czyli w czarnej, polonijnej koszuli.

Szansa na udział w wielkiej piłkarskiej imprezie nie przepadła Dziekanowskiemu bezpowrotnie wraz z brakiem powołania na hiszpański Mundial. Reprezentacja Piechniczka awansuje bowiem również i na następne Mistrzostwa świata, rozgrywane w Meksyku. Zresztą Dziekanowski położył w tym awansie ogromne zasługi strzelając trzy bramki w dwumeczu przeciwko Grekom. Szczególnie jego dwa trafienia, uzyskane w zabrzańskim pojedynku były trudne do przecenienia. W tym spotkaniu Dziekanowski ujawnił wiele ze swego piłkarskiego kunsztu.

Sam meksykański Mundial 1986, był dla Dziekana, jak i zresztą dla całej naszej ekipy, wielkim rozczarowaniem. Ale w przypadku Dziekanowskiego zawód był tym sroższy, że to w nim pokładano największe nadzieje i to na jego dobrą postawę liczono najbardziej. Dość powiedzieć, że po pierwszym meczu z Maroko (0:0), Piechniczek otwarcie skrytykował boiskową postawę właśnie Dziekanowskiego, zarzucając mu, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla bramki rywala, ściągając z boiska już w 55 min. meczu oraz odgrażając się, że jeśli Dziekan jeszcze na tym turnieju w ogóle zagra, to już wyłącznie w drugiej linii, a nie w ataku, gdzie jest bezproduktywny. Dziekanowski obraził się na selekcjonera za te słowa, ale w kolejnych spotkaniach zagrał już pełne 90 minut na pozycji, jaką wyznaczył mu Piechniczek. Szczególnie udany był występ przeciwko Portugalii, podczas którego Dziekanowski kilka razy popisał się udanymi akcjami, zagraniami i dryblingami, a także zaliczył efektowną, bezcenną asystę przy jedynym na tym Mundialu, golu dla naszej drużyny. Po zakończonym turnieju, suchej nitki na Dziekanowskim nie zostawił kapitan naszej reprezentacji Zbigniew Boniek, który bardzo głośno wyrażał swoje zdumienie, że tak ogromnie utalentowany gracz, jak Dziekanowski nie wykorzystał tak wspaniałej okazji jak Mundial, by wobec całego świata ujawnić eksplozję swego nieprzeciętnego potencjału. To miał być Mundial Dziekanowskiego, tak jak poprzedni Mundial był Mundialem Bońka – mówił piłkarz Serie A.

Po Mexico ’86 stery kadry objął Wojciech Łazarek. W przegranych pod jego wodzą eliminacjach do Euro ’88, Dziekanowski uzyskał trzy trafienia. Potem próbował postawić na niego jeszcze Andrzej Strejlau, który doskonale znał Dziekana z pracy w Legii. W wywiadzie dla „France Football” nasz selekcjoner nazwał kiedyś swego podopiecznego „polskim Cantoną” oraz prawdziwym „enfant terrible” polskiego futbolu. Porównanie, trzeba przyznać, całkiem trafne. W nowej drużynie Strejlaua, Dziekanowski, już jako piłkarz Celtiku rozegrał naprawdę znakomity mecz z Anglią w Chorzowie. Po raz ostatni, wybiegł na murawę w narodowych barwach, jesienią 1990 roku, strzelając zresztą Turkom jedynego, zwycięskiego dla naszej drużyny gola. Rozpoczął więc swą przygodę z reprezentacją od strzelania bramki i na strzeleniu gola ją zakończył.

Dariusz Dziekanowski w opinii wielu był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy na całym Starym Kontynencie w latach 80. Na naszym, rodzimym podwórku, być może nie było w historii piłkarza o większym potencjale niż on. Jeszcze jesienią 1993 r., gdy Dziekanowski po długiej przerwie znów zawitał do Legii, będąc już przecież ledwie cieniem gracza sprzed lat, tak wspominał go Wojciech Kowalczyk. Wolałem grać z Dziekanem, niż z nim nie grać, bo to był świetny zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał taki Rataj, czy Beret na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. Dziekan miał mnóstwo wyćwiczonych piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Na zimowym zgrupowaniu były piłkarz Bristol został jednak karnie wyrzucony z zespołu.

Bardzo cenne wydaje się być to spojrzenie na osobę i karierę Dziekanowskiego, jakie pozostawił po sobie jego partner zarówno z widzewskiego, jak i reprezentacyjnego ataku ś.p. Włodzimierz Smolarek (w wartościowej książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”). Darek był zawodnikiem z zupełnie innej epoki. Był elokwentny, pewny siebie i nie miał kompleksów. Często miał własny punkt widzenia, który głośno artykułował. (…) Może rzeczywiście zbyt często mecze dobre przeplatał meczami słabymi. Te wahania formy były zadziwiające dla wszystkich. (…) Największym mankamentem Darka było, że kiedy przejął piłkę, zrobił technicznie kilka zwodów, nie szedł za ciosem z piłką do przodu. Wydawało się, że był za miękki. Kiedy pilnowano go, czy wokół niego kręcili się mocni, twardzi i zdecydowani piłkarze, on jakby pasował, odpuszczał, rezygnował z walki. Darek często szybko się zniechęcał, jeśli coś nie szło po jego myśli. Czasami obrażał się i irytował na cały świat, a tego nikt nigdy nie lubi. Wyglądało to tak, jakby stał z boku drużyny. Nie lubił, kiedy ktoś go pouczał lub powiedział coś niemiłego. (…) Ach ten Dziekan. Te jego zwody, dryblingi, tańce z piłką naprawdę były świetne. Często być może za szybko zadowalał się w meczu tym, co już zrobił i później odpuszczał, grał nonszalancko. Pod tym względem przypominał mi Węgra Lajosa Detari, z którym grałem razem w Eintrachcie. O Detarim przez cały czas trwania jego kariery mówiło się, że to wielki talent, który kiedyś wreszcie eksploduje i pokaże, na co go stać. Zmieniał kluby, zmieniał ligi, ale nigdy do końca nie błyszczał tak, jak powinien. Potrafił w meczu zagrać kilka fenomenalnych piłek, a później usunąć się w cień na zasadzie – ja już dzisiaj swoje zrobiłem, niech inni pokażą, co potrafią. Z Dziekanem było chyba podobnie. Miał zbyt duże wahania formy, i to w czasie jednego meczu. Szkoda.

Dariuszowi Dziekanowskiemu, jednemu z najzdolniejszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek pojawili się między Odrą a Bugiem, niewątpliwie zablokowano olbrzymią szansę na właściwy i adekwatny do skali posiadanego talentu, rozwój jego piłkarskiej kariery. Dziś możemy już tylko pogdybać, jak wyglądałaby piłkarska przygoda Dziekanowskiego, gdyby dano mu szansę na hiszpańskim Mundialu, czy przede wszystkim, gdyby pozwolono mu spróbować swych sił w najsilniejszej wówczas na świecie Serie A. Być może boiskowa rywalizacja z takimi graczami jak Maradona czy Platini oraz wdrożenie w profesjonalne funkcjonowanie poważnego klubu, wyzwoliłyby w młodym i wciąż jeszcze kształtującym wówczas swój piłkarski charakter zawodniku, niezbędną motywację i ambicję. Ale z drugiej strony, warto też pamiętać i o tym, że również sam Dziekanowski nader często przeszkadzał własnej karierze, zarówno swoją postawą boiskową, jak i pozaboiskową. Oczywiście, można żałować, że nie znalazł się trener czy selekcjoner, który w odpowiednim momencie dotarłby do tego niełatwego na pewno zawodnika. Ale wypada również użalić się i nad tym, że dotrzeć do Dziekanowskiego nie udało się chyba nawet jemu samemu. Nie ulega wątpliwości, że polski futbol miał w osobie Dariusza Dziekanowskiego jednego z najznakomitszych piłkarzy w całej swej historii. Tak, jak nie ulega wątpliwości, że mógł mieć najlepszego z najlepszych. 

R.

czwartek, 27 września 2012
Piłkarska pustynia Skorży

Choć Maciej Skorża w Arabii Saudyjskiej będzie miał całkiem uznanych kolegów na trenerskich ławkach (piszę o tym tutaj), to po boisku biegają jednak piłkarze. A z tym będzie już trochę gorzej. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych arabskich lig, do saudyjskich szejków raczej nie przybywają zbyt tłumnie przybysze zza granicy.

Bezsprzecznie najbardziej znanym kibicom takim graczem jest Kameruńczyk Modeste M'bami.

Ten defensywny pomocnik to wieloletni filar reprezentacji Kamerunu, zawodnik Sedan, PSG i OM (z tymi klubami występował w Lidze Mistrzów i Lidze Europy) oraz hiszpańskiej Almerii. W Arabii przywdziewa od niedawna koszulkę Al-Ittihad.

Większe pole do manewru będę mieli fani śledzący rozgrywki w Ameryce Południowej. Choć sporo w Arabii Brazylijczyków i Argentyńczyków, to zaledwie garstka dała się jakoś poznać pozaazjatyckiej publiczności. Wraz z M'bamim w Al-Ittihad zarabia Diego Souza - dwukrotny reprezentant Brazylii, były piłkarz Gremio, Palmeiras, Atletico Mineiro i Vasco Da Gama.

Fernando Menegazzo z Al-Shabab trafiał z kolei w Serie A dla Sieny i przez pół dekady dla Girondins Bordeaux (również w Lidze Mistrzów).

Gwiazdą Al-Hilal jest Wesley - w FC Vaslui król strzelców ligi rumuńskiej poprzedniego sezonu, poza tym były zawodnik CD Alaves, Grasshoppers Zurich i klubów portugalskich.

W Al-Ahli błyszczy jednorazowy reprezentant Argentyny Diego Morales oraz król strzelców poprzedniego sezonu w Arabii - Brazylijczyk Victor Simoes (w przeszłości m.in. Club Brugge i Botafogo). Kibice mogą także kojarzyć wypożyczonego z Meksyku do Al-Nassr bramkostrzelnego reprezentanta Ekwadoru - Jaime Ayoviego. Maciej Skorża będzie miał zaś pod swoją opieką Brazylijczyka Cassio (znanego z popisów w Portugalii i Rapidzie Bukareszt) oraz naturalizowanego Chorwata Carlosa Santosa (wieloletniego piłkarza Dinama Zagrzeb). 

Kończąc jeszcze wątek afrykański, to kolegami z pierwszego składu Wesleya są Senegalczyk Kader Mangane (znany z gry w RC Lens i przede wszystkim Stade Rennes) oraz Marokańczyk Adil Hermach (niemal pięć lat w Lens), a w Al-Faisaly zarabia Togijczyk Christophe Grondin (całe lata w KAA Gent).

Natomiast najtrudniej znaleźć w Arabii wartościowych Europejczyków. Jednym z nielicznych ciekawych eksponatów jest piłkarz Al-Ittihad - jednokrotny reprezentant Chorwacji i były zawodnik Hajduka Split Anas Sharbini.

Prawda, że jak na stymulowany petrodolarami rynek nie wygląda to zbyt okazale? Jeżeli porównamy ten zestaw chociażby do kadr klubów katarskich, to widać dysproporcje. Nie oznacza to jednak wcale, że z racji mniejszej ilości cudzoziemców liga arabska jest gorsza. Oznacza to tylko, że Skorża będzie miał mniej znajomych twarzy wokół siebie i będzie trudniej mu się z nimi dogadać:)

P.

Zagraniczni zawodnicy w azjatyckich klubach

Puchar Azji 2011 na Z Czuba

środa, 26 września 2012
Kacha chce mandat

Jedni piłkarze po zakończeniu kariery inwestują w nieruchomości, inni zostają trenerami, a jeszcze inni zapijają się w trupa. Część z nich próbuje również swoich sił w polityce. Były kapitan reprezentacji Gruzji Kacha Kaładze poszedł tą ostatnią drogą.

Od czasu zawieszenia butów na kołku ma on wielką chrapkę, by po październikowych wyborach zasiąść w gruzińskim parlamencie. Kandydatura ta nie pojawia się nagle i nieoczekiwanie. Kaładze od dawna zaangażowany jest bowiem w sprawy społeczne i polityczne. Przez niemal całą karierę był on Ambasadorem SOS Wiosek Dziecięcych. W 2008 roku założył Kala Foundation, która pomaga finansowo grupom zagrożonym wykluczeniem. Fundacja wsparła np. gruzińskich uchodźców z Osetii Południowej. Należy również pamiętać o ciągnących się długi czas tragicznych wydarzeniach dotyczącym porwania i zabicia brata Kachy - Lewana.

Dlatego też mając na uwadze wrażliwość eks-futbolisty być może mogą nieco dziwić jego sympatie polityczne. Kaładze popiera bowiem partię Gruzińskie Marzenie, której lideruje gruziński milioner Bidzina Iwaniszwili. Kim jest Iwaniszwili?

To postać niezwykle ciekawa. Po studiach w Tbilisi, w 1982 roku, wyjechał on do Moskwy, aby robić tam doktorat. Bardziej jednak niż uprawianie nauki interesował go biznes. Handlował komputerami i telefonami, a później już tylko sprzedawał i kupował kolejne firmy. Forbes szacuje, że jest on najbogatszym obecnie Gruzinem (bardzo ciekawy tekst o Iwaniszwilim tutaj i tutaj, też tutaj, a tutaj jego sylwetka z Fobresa). Po sukcesach w interesach z Rosjanami postanowił powrócić do Gruzji i założyć partię polityczną - Gruzińskie Marzenie (dziś jest ona koalicją kilku mniejszych firm). Ma ona w zbliżających się wyborach parlamentarnych pokonać Zjednoczony Ruch Narodowy Micheila Saakaszwilego (kilka okrągłych zdań o programie GM tutaj). Opowiada się ona za większą integracją z Rosją oraz przeciwko autokratycznym praktykom obecnego prezydenta. Z tego też powodu przez sympatyków Saako określany jest mianem "ruskiego agenta" a jego ludzie "dworem Putina w Tbilisi".

Sam Iwaniszwili także planował natomiast występ w wyborach prezydenckich, które odbędą się w 2013 roku. Już jednak wiemy, że tego nie zrobi. W jednym z wywiadów zdradził się bowiem, że obok gruzińskiego i rosyjskiego, posiada również obywatelstwo francuskie, co spowodowało, że zainteresowali się nim gruzińscy konstytucjonaliści. Powołali się oni na prawo mówiące o wygasającym obywatelstwie Gruzji i tym samym Iwaniszwili został pozbawiony gruzińskiego paszportu, a co za tym idzie możliwości startu w wyborach prezydenckich. Sprawa była skomplikowana a więcej o niej można poczytać tutaj, tutaj i tutaj.

Kaładze nie będzie jedynym popularnym sportowcem, który powalczy o mandat poselski. Jego partyjnym kolegą ma szansę zostać gruziński mistrz szachowy Zurab Azmaiparaszwili. Wybory już 1 października.

Ciekawe teksty o gruzińskich wyborach można przeczytać tutaj i tutaj.

P.

Więcej o Gruzji na tym blogu - choćby w sadze "Niezwykłe Sakartwelo".

piątek, 21 września 2012
Był w Lechu, Warcie i Olimpii - znów zagra w Poznaniu. Obieżyświat z Pogoni Szczecin

Robert Kolendowicz, mecz Pogoń Szczecin - Wisła KrakówRobert Kolendowicz, mecz Lech Poznań - Zagłębie Lubin 4:0 (1998)

Zawodnicy, którzy kopali piłkę w barwach trzech najlepszych poznańskich klubów to bardzo rzadki gatunek. Piłkarz Pogoni Szczecin Robert Kolendowicz, który w niedzielę zagra na Bułgarskiej z Kolejorzem, był w Olimpii, Lechu i Warcie Poznań... jeszcze przed skończeniem 20 lat!

Robert Kolendowicz to poznaniak, ale pierwsze treningi odbył w MKS Chocicza, około 60 km od stolicy Wielkopolski. - To jest długa historia. Urodziłem się w Poznaniu, ale mieszkałem pod tym miastem w małej miejscowości - wspomina piłkarz na oficjalnej stronie Pogoni Szczecin, w której teraz gra. - Kiedy kończyłem szkołę, były zapytania o mnie praktycznie ze wszystkich klubów Poznania. Do Olimpii przeszedłem za sprawą trenera, który pracował wtedy też w reprezentacjach makroregionu i województwa. Byłem w niej dość krótko i dziś nawet nie pamiętam dobrze tego okresu - opowiada.

15-latek mógł się przyglądać, jak klub z Golęcina zajmuje 12. miejsce w ekstraklasie w sezonie 1994/1995. W latach 90. karty zawodnicze de facto mogły należeć nie tylko do klubów, ale i do prywatnych osób. Krzysztof Sieja sprowadził więc młody talent najpierw do Sokoła Pniewy i szkółki w Szamotułach, by po zatwierdzeniu w Opale Lubosz wypożyczać go do klubów Wielkopolski, a potem całej Polski.

Kolendowicz znów mógł obserwować ekstraklasę z trybun w Amice Wronki. W informacjach na temat transferów do Lecha nazwisko nastolatka było wymieniane w dalszej kolejności. Rządy w klubie - na krótko - objęli wtedy Zbigniew Drzymała i Andrzej Grajewski. Za sprawą tego drugiego do Poznania miał trafić cały zaciąg gwiazd Widzewa Łódź: Artur Wichniarek, Arkadiusz Onyszko, Andrzej Kobylański, a nawet Mirosław Szymkowiak i Maciej Terlecki. Nic z tego nie wyszło.

Może też dzięki temu szybki pomocnik zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w Poznaniu niecały miesiąc po uzyskaniu pełnoletniości, 17 października 1998 roku. Świetnie grający Kolejorz rozgromił 4:0 Zagłębie Lubin. - Wiadomo, jakim klubem dla ludzi związanych z regionem jest Lech. Na pewno chce tam grać każdy młody chłopak z Poznania i okolic. Tak było kiedyś i tak jest do dzisiaj - twierdzi Robert Kolendowicz.

Wystąpił jeszcze w dwóch następnych kolejkach ekstraklasy: w Olsztynie ze Stomilem i w Łodzi z Widzewem. W sumie w barwach Kolejorza rozegrał pół meczu bez minuty, czyli 44 minuty. Był też w Warszawie, gdy kluby protestujące przeciw PZPN Mariana Dziurowicza odwołały mecze. Na Łazienkowskiej Kolendowicz zagrał drugą połowę sparingu z Legią. W pierwszej wystąpił w roli... sędziego liniowego!

Gazeta Wyborcza Poznań uznała młodzieżowego reprezentanta Polski za największy talent na pozycji skrajnego napastnika. Drugie miejsce zajął w tym rankingu... Bartosz Ślusarski.
W pierwszych dniach 1999 r. po tym jak Piotr Reiss odszedł do Herthy Berlin, Kolendowicz był wymieniany jako jego potencjalny następca w ataku Kolejorza. Lech chciał go wykupić, ale Krzysztof Sieja żądał 450 tys. marek. - Ta cena jest dla nas nie do przeskoczenia. Wykluczone, byśmy ją zapłacili. Jesteśmy w stanie dać połowę mniej - tłumaczył wiceprezes klubu Ryszard Dolata. Pod koniec stycznia, podczas turnieju halowego w Arenie, Robert Kolendowicz grał już dla Warty Poznań. - Sam przysłał do nas pismo z prośbą o skreślenie go z listy graczy Lecha - wyjaśniał menedżer klubu z Bułgarskiej Roman Jakóbczak.

- Animozji między klubami nie ma, bo prawda jest taka, że Warta nie ma zbyt wielu kibiców - uważa dziś Robert Kolendowicz. - Był taki moment, że próbowano to zmienić, ale chyba do końca to się nie udało. Warta jest klubem z ogromnymi tradycjami, ale od kiedy sięgam pamięcią, to uczucia Wielkopolan były skierowane raczej w stronę Lecha. To był i jest klub topowy, do którego garną się wszyscy i któremu wszyscy kibicują. Warta była zawsze na uboczu i nawet ta ostatnia ’’Zielona rewolucja’’ nic w tej kwestii chyba nie zmieni - twierdzi.

Piłkarz w trzecioligowej Warcie dokończył sezon 1998/1999, a tułaczkę po kontynuował też poza Polską. By wymienić jego wszystkie kluby, trzeba wziąć głęboki oddech:

MKS Chocicza, SKS 13 Poznań, MKS Chocicza, Olimpia Poznań (1995/1996), Sokół Pniewy/Opał Lubosz (1996), MSP Szamotuły (wiosna 1997), Amica Wronki (1997/1998), Lech Poznań (jesień 1998), Warta Poznań (wiosna 1999), Racing Club Gent (Belgia, jesień 1999), GKS Bełchatów (2000/2001), Groclin Dyskobolia Grodzisk Wlkp. (jesień 2001), GKS Bełchatów (2001-2004), Korona Kielce (2005-2006), Łódzki KS (2006), Zagłębie Lubin (2007-2009), Odra Wodzisław (2009), Pogoń Szczecin (2010-...).

Jedynym piłkarzem w historii, który zagrał w ekstraklasie w barwach trzech poznańskich klubów jest Dariusz Wojciechowski (Olimpia 1992-1994, Warta 1994, Lech 1995/1996).

B.

czwartek, 20 września 2012
Videoton wraca na salony

Węgierski Videoton FC dzisiejszym meczem z belgijskim KRC Genk w ramach Ligi Europy wraca na futbolowe salony. Zespół z miasta o pięknej nazwie Szekesfehervar dla najmłodszych kibiców stanowi z pewnością niezły powiew egzotyki. Jeżeli bowiem Węgrzy już jakimś cudem ugrywali coś w Europie, to był zwykle Debreczyn albo ewentualnie inny klub z Budapesztu, z Ferencvarosem na czele. Warto więc przypomnieć z kim tak naprawdę mamy tu do czynienia.

Faktycznie Videoton na tle stołecznych klubów wypada blado. Przez długie lata jego największym sukcesem było wicemistrzostwo Węgier 1976. W latach 1984 i 1985 zajmował natomiast trzecie miejsce. Tak było aż do początku XXI wieku. Wtedy to klub włączył dodatkowy bieg. Efekt? Sukcesy na krajowym podwórku: mistrzostwo Węgier 2011, wicemistrzostwo 2010 i 2012 oraz Puchar Węgier 2006. Drużyna gwałtowne postępy zaczęła robić pod wodzą Gyorgy Mezeya, a jego kontynuuje od maja 2011 słynny Portugalczyk Paulo Sousa. Poza coachem zespół nie ma wielkich gwiazd. Obroną kieruje znany z Valencii i Sportingu Marco Caneira a w ofensywie rej wodzi Serb Nemanja Nikolic.

W ostatnim czasie Videoton miał już kilka podejść pod Ligę Europy. W sezonie 2006/2007 odprawił go Grasshoppers Zurich, w 2010/2011 - NK Maribor, a w zeszłym roku w boju o Ligę Mistrzów szybko odstrzelił go austriacki Sturm Graz. Udało się dopiero teraz! W drodze do europejskiego eldorado dla ubogich Videoton pokonał Slovan Bratysława (0:0, 1:1), KAA Gent (1:0, 3:0) oraz turecki Trabzonspor (0:0, 0:0, k. 4:2). Może się pysznić jak paw w kurniku, bo drogę po splendory miał długą i wyboistą.

Ale, ale, ale! Kiedy mówimy już o europejskich pucharach, to najbardziej spektakularnym wkładem Videotonu w historię światowego futbolu jest finał Pucharu UEFA 1985! Cóż to były za rozgrywki dla Węgrów. Najpierw pokonali oni Duklę Praga (1:0, 0:0). Potem słynne PSG (4:2 i 1:0). W 1/8 finału spektakularne baty dostał Partizan Belgrad (5:0 i 0:2). W ćwierćfinale poległ słynny Manchester United z Bryanem Robsonem, Gordonem Strachanem i Markiem Hughesem (1:0, 0:1, k. 5:4), w półfinale zaś Żeljeznicar Sarajewo (3:1 i 1:2). W najważniejszym dwumeczu Videoton okazał się jednak za słaby na wielki Real Madryt. W pierwszym spotkaniu przegrał 0:3

i choć w rewanżu wygrał 1:0 po golu Majera,

to Węgrzy musieli się zadowolić srebrnymi krążkami (relacje z finałów również tutaj). Polecam również zapoznanie się z fajnym filmikiem pokazującym całą pucharową przygodę Videotonu w sezonie 1984/1985. Do obejrzenia tutaj.

Teraz zespół z Szekesfehervar wraca. Czy nawiąże do swoich dawnych sukcesów?

P.

 
1 , 2 , 3