Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 28 października 2009
Minął rok a tyle się zmieniło...

Na doszukiwaniu się przyczyn kiepskiej postawy Kolejorza w obecnym sezonie wiele osób straciło już sporo czasu. Dlatego ja ograniczę się do czystej empirii.

Niedzielny mecz z Lechią w Gdańsku przypomniał mi o wyjazdowej potyczce z biało-zielonymi w poprzednim sezonie. Tak się akurat złożyło, że była ona rozgrywana niemal równo rok temu (wtedy w 12. kolejce a obecnie w 11. kolejce). Porównanie tych dwóch spotkań jest swoistym wskaźnikiem tego, co popsuło się w Kolejorzu od połowy rundy wiosennej sezonu 2008/2009.

9.11.2008, Lechia Gdańsk - Lech Poznań 0:3

Lech w meczu z gdańszczanami 2008:

- bawił sie piłką: wymieniał dziesiątki podań, zagrywał z pierwszej piłki lub grał na dwa kontakty, igrał wręcz z obrońcami Lechii (trzecia bramka!), dryblował a nawet pozwalał sobie na drobne ekstrawagancje (np. piętki).

- śmiało uderzał na bramkę: Mateusz Bąk, mimo że wpuścił wtedy trzy bramki, był najlepszym zawodnikiem w szeregach gdańszczan. Lechici uderzali na jego bramkę wielokrotnie i - co ważne - większość z tych uderzeń była celna. Kolejorz łatwo organizował sobie pozycje strzeleckie, zarówno w obrębie pola karnego jak i poza nim.

- dokładnie dośrodkowywał z rzutów rożnych: po takich właśnie wrzutkach trafiano w poprzeczkę i słupek. Rożne bił głównie Reiss i trzeba przyznać, że sprawiały one sporo zagrożenia pod bramką rywali.

- miał lidera: to był właśnie ten moment, kiedy Semir Stlic przerastał innych pomocników ekstraklasy o dwie głowy. Łatwość z jaką dryblował, dochodził do dogodnych sytuacji i dośrodkowywał wprost na głowy kolegów kazała zastanawiać się czy aby do Poznania nie trafił w ramach pomylenia drogi na trasie Bośnia - Niemcy.

- miał Roberta Lewandowskiego w formie: Lewy w swej szczytowej formie to grajek, który potrafił ukręcić gola z niczego. Przyjęcie ze zwodem, gra tyłem do bramki, sytuacyjne uderzenie - ochów i achów po meczach rundy jesiennej nie było końca.

- był pewny swego: wiedział, że jest silny i to przeciwnik będzie musiał się napocić, żeby go powstrzymać. Obojętnie czy grał u siebie czy na wyjeździe - nie było mowy o kompromisach i w grę wchodziła tylko cała stawka.

Lech w meczu z gdańszczanami 2009:

- grał futbol toporny jak niemiecki dubbing do westernów: ciężko, powoli, bez finezji - oglądanie gry Kolejorza coraz bardziej przypomina typową ligową młóckę, z którą to poznaniacy mieli nie mieć nic wspólnego.

- nie stwarzał sytuacji strzeleckich: sytuacje przy których na czole Pawła Kapsy pojawiał się pot można policzyć na palcach jednej ręki - dwa strzały Peszki i jego nieuznana bramka, kiks Lewandowskiego i jego dwa uderzenia zza pola karnego. Finito.

- fatalnie dośrodkowywał z rzutów rożnych: wrzutki Peszki z rzutów rożnych siały zagrożenie niestety tylko wśród okolicznych kretowisk.

- nie miał lidera: jedynie po Peszce i Garnacarczyku widać, że wypruwają sobie żyły za dobre wyniki Kolejorza. Reszta uprawia pewną formę "niedoczynu", czyli gra, ale jakby bez przekonania. Brakuje osobowości pokroju Rafała Murawskiego, żeby szarpnąć towarzystwem w chwilach, gdy nie idzie.

- średnio radził sobie w obronie: przykro patrzeć jak męczy się w defensywie Bartosz Bosacki. Jego stan permanentnej nieruchliwości powoli już zaczyna pachnieć sabotażem. Dostojnie sobie człapał w czasie, gdy tylko cud sprawił, że Buzała przestrzelił stuprocentową okazję. Wiedzą o tym chyba również same władze Lecha, bo mówi się, że w przerwie zimowej mają nawet stanąć na głowie, aby ściągnąć na Bułgarską Jodłowca i Glika.

- nie miał Roberta Lewandowskiego w formie: Lewy to młody chłopak, który pewnie jeszcze nie jedno wahnięcie formy przeżyje, więc nie chodzi o to, żeby narzekać i psioczyć na jego dzisiejszą dyspozycję. Sęk w tym, że drużyna (jeszcze?) gra niemal wyłącznie na niego i w momencie, gdy ten napastnik chybia, to nie ma już nikogo, kto mógłby wziąć ciężar strzelania goli na własne barki.

- nie był pewny swego: dość powiedzieć, że pierwsze zagrożenie pod bramką przeciwnika Lech zorganizował dopiero w 40. minucie meczu. Kolejorz coraz bardziej gra w sposób zalękniony, oczekując na to, że to rywal zaproponuje swój sposób gry a poznaniacy się do niego ustosunkują. Nie ma już dziś w lechitach przekonania, że są drużyną, która potrafi sprzątnąć każdego przeciwnika z powierzchni murawy i nie zaprząta sobie głowy czymś takim jak taktyka oponenta. Obecny Kolejorz ma mentalność małego żuczka, lękliwie spoglądającego w kierunku nieznanego.

Jedyne co się nie zmieniło, to fakt, że rok temu i w niedzielę czerwoną kartkę otrzymał Ivan Djurdjevic:)

P.

Noel Brightone Chama Sikhosana Nkululcko

 

Dziś [to jest 27 października, notka wrzucona o 00:00 28-ego...] 44. urodziny obchodzi postać niezwykła nie tylko z powodu swojego nazwiska (nazwisk). Noel Brightone Chama Sikhosana Nkululcko, ponad wszelką wątpliwość, był pierwszym czarnoskórym piłkarzem czarnoskórym obcokrajowcem, który biegał po polskich boiskach ligowych. Poza tym jednak, z jego osobą wiąże się wiele niedopowiedzeń czy wręcz zagadek. Pierwszą z nich jest choćby u diabła ta, które z jego nazwisk należy traktować jako ''główne''.

 

Nie czarujmy się, dodawać od siebie cokolwiek jest mi ciężko, więc rzućmy okiem na pożółkłe papiery, czyli wypisy z gazet. Zwracam uwagę na sprzecznośc w kwestii obywatelstwa NBCSN (choć gdyby wszyscy trzymali się pierwszego tekstu, byłoby ok).

Murzyn w Wiśle
Gazeta Wyborcza 20/03/1991 , str. 20
Od wtorku trenuje w Wiśle Kraków czarnoskóry piłkarz z Republiki Południowej Afryki Sikhosana Nkululcko, zwany powszechnie Noel Brightone CHAMA.
Urodził się 27 października 1965 roku w Zambii, tam też zaczynał karierę futbolową. 2 sezony spędził w RPA: najpierw w Jomo Cosmos (87-90, National Soccer League), ostatnio w Wits University (ekstraklasa). Jest obywatelem RPA. W ubiegłym sezonie wraz z zespołem Wits zdobył w lidze 8. miejsce. Wyjeżdżając z Johannesburga, przez Frankfurt do Krakowa pozostawił Wits na 3. pozycji. Gra w pomocy, lubi strzelać bramki.

Pucharowa szkoła
Gazeta Wyborcza 22/03/1991 , str. 20
Drużyna krakowskiej Wisły, wicelidera tabeli ekstraklasy, pozyskała trzech nowych zawodników 26-letniego piłkarza zambijskiego Noel Chama, a także dwóch zawodników Zagłębia Sosnowiec: obrońcę Janusza Gałuszkę i rozgrywającego Tomasza Kulawika.

SPORTOWI IMIGRANCI
Gazeta Wyborcza 14/10/1992 SPORT, str. 18
Najbardziej egzotycznym piłkarzem w naszej lidze piłkarskiej był grający w RPA Zambijczyk Noel Sikhosana. Murzyn zagrał w krakowskiej Wiśle sparing, mecz w rezerwach, końcowe minuty w lidze i został odesłany do Afryki. Nie przydał się drużynie. Tyle tylko, że "odczarował" splamiony przedwojennym "paragrafem aryjskim" klub.

Z Nigru do Nowej Huty [o transferze Lambo do Hutnika]
Jacek PRZYBYŁO, Kraków
Gazeta Wyborcza 23/08/1994 SPORT, str. 20
W Wiśle występował piłkarz Noel Chama Sikhosana z Zimbabwe. Ten, ze swoją posturą i delikatnymi zagraniami, zupełnie nie nadawał się do polskiej ligi. Zarobił jednak na siebie ściągając licznych kibiców na mecze.

Wisła szuka diamentów
GW Kraków 30/08/2001 SPORT, str. 15
Spektakularny i niepowtarzalny był występ Noela Chamy Sikhosana, którego z RPA sprowadził na początku lat 90. ówczesny menedżer Robert Gaszyński. Chama był raczej reklamowym fajerwerkiem wypuszczonym przez szefa piłkarzy Piotra Voigta i wkrótce po meczu został wysłany do domu.

Kolekcja klubów, ''Wisła Kraków'', z cyklu EP Fuji

30 marca 1991, w Wielką Sobotę w spotkaniu z sosnowieckim Zagłębiem, wystąpił urodzony w Zambii, ale z obywatelstwem RPA - Noel Sikhosana. Nie stał się żadnym objawieniem, ale zaliczył mecz, a był to pierwszy występ zagranicznego futbolisty w stroju z "Białą Gwiazdą".

Co do tego, że zaliczył występ, wątpliwości nie ma. Ale ile ten występ trwał. Hoho, albo dłużej by opowiadać.

wislakrakow.com, wiślackie biografie

Trudno jest ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, skąd pochodził. W dostępnych źródłach wymieniane są cztery kraje - autor wiślackiej encyklopedii piłkarskiej Fuji nazywa go „przybyszem z RPA”, Nasz Dziennik wskazuje Kamerun, Wikipedia podaje Zambię, zaś Echo Miasta – sąsiadujące z Zambią Zimbabwe…

W Wielką Sobotę 30. marca 1991 Wisła Kraków podejmowała u siebie Zagłębie Sosnowiec. W 54. minucie Zbigniew Gręda strzelił jedyną, zwycięską bramkę. Tym razem jednak nie gole były tym, na co czekało blisko 9 tysięcy podekscytowanych kibiców zgromadzonych na trybunach przy Reymonta. Zapowiadany występ czarnoskórego zawodnika był - wyjątkowo - bardziej emocjonującym wydarzeniem niż boiskowe zmagania. Trener Adam Musiał pozwolił wystąpić filigranowemu Noelowi, debiutantowi z Afryki, ponieważ kontuzji doznał Tomasz Dziubiński (nie zagrał tylko w tym jednym meczu w sezonie). Gdy sędzia Piotrkowski odgwizdał koniec spotkania, Noel wraz z drużyną opuścił stadion. Nigdy więcej już go w Krakowie nie widziano.

Są i tacy, co powiadają, że Noel o zawodzie piłkarza nie miał pojęcia, a jego zatrudnienie miało być tylko marketingowym zagraniem władz Wisły...

PS - Świadkowie tamtego wydarzenia, obecni wówczas na trybunach, podają różne dane odnośnie czasu, jaki Noel spędził na boisku. Według jednych był to cały mecz, inni twierdzą, że 30 minut; istnieje też wersja "trzyminutowa". Wobec tylu rozbieżności postanowiliśmy ostatecznie zaufać Piłkarskiej Encyklopedii Fuji Andrzeja Gowarzewskiego, według której Noel rozegrał pełne spotkanie.

Komentarz użytkownika Truman:

Byłem na tym meczu, jak zreszta na wszystkich w tamtym okresie, miałem 18 lat. Faktycznie, Wielka Sobota, mecz rozgrywany był bodajże o 13, piekne słońce, i zwycięska bramka "Grędzińskiego", głową, na bramkę w kierunku Błoń. Mnie wydaje się, że Sikhosana wszedł na boisko mniej więcej w 70 minucie, pamiętam, że zaprezentował się obiecująco. Dziwi mnie, że redaktorzy nie sa w stanie dotrzeć do pewnych informacji. W tamtym czasie Tempo sporo pisał na temat tego piłkarza, a roczniki leżą w czytelni na Czapskich.

Ja redaktorem nie jestem, ale w archiwum GW składów z tamtego meczu nie ma. Zamieszczono tylko relacje z meczu Legia - Zagłębie 0:0 (ze składami). Może dlatego, że było to pierwsze wydanie gazety po świętach? Nie wiem.

Na koniec wspomnę o panu, który też nazywa się Sikhosana, który tez był piłkarzem i który grał dla RPA. Nawet w reprezentacji i nawet na mundialu (druga połowa z Arabią Saudyjską w 1998 roku). Może ktoś wie, czy to jakaś daleka rodzina? :) Albo może i sam NBCSN?

Jerry Sikhosana

B.

piątek, 23 października 2009
Węgierskie radości w Lidze Mistrzów: Debreczyn i Ferencvaros (cz. I)

Wszyscy (i słusznie) rozpływają się nad Rubinem czy Unireą, więc ja pochylę się nad porażką Debreczyna z Fiorentią 3:4. Porażką, z której Węgrzy i tak chyba mogą być dumni.




Peter Czvitkovics. Ten gość na zdjęciach. To on strzelił gola w drugiej minucie meczu z Fiorentiną i w związku z tym zgarnie milion forintów (ok. 157 tys. zł). Za strzelenie pierwszego od czternastu lat gola w Lidze Mistrzów dla madziarskiej drużyny. W tym momencie wskakujemy w jedną z naszych słynnych bryk cofających się w czasoprzestrzeni i lądujemy w 1995 roku. Wówczas w Champions League grał Ferencvaros. I to o jego dzielnych bojach będzie ten wpis.

W eliminacjach, tych samych w których ''na pytanie, gdzie jest ta Legia, odpowiadam: w Lidze Mistrzów'', Ferencvaros spotkał na swej drodze Anderlecht. Belgowie w poprzedniej edycji LM nie wygrali meczu w średnio trudnej grupie (Steaua, Benfica i Hajduk ; cztery remisy i dwie porażki), więc Madziarzy ich się nie ulękli. Ba, w Brukseli to goście minimalnie wygrali!


9.08.1995 Anderlecht Bruksela - Ferencvaros Budapeszt 0:1 (0:0): Kuntics (58.)

Władze "Fiołków" wkurzyło to na tyle, że na rewanż na ławkę zamiast Niemca Herberta Neumanna, wsadzili Jeana Dockxa. Na nic. Tacy goście jak De Wilde (no on to akurat firana), Babayaro, Grun, Walem, Preko, De Bilde czy Boffin musieli oglądać Ligę Mistrzów w fotelach, popijając Jupilera czy inne Leffe. W rewanżu remis, ale to Węgrzy prowadzili.


23.08.1995 FERENCVAROS BUDAPESZT - Anderlecht Bruksela 1:1 (0:0): Kopunovic (50.) - De Bilde (68.)

Losowanie przyniosło Fradi najbardziej utytułowany klub w historii (Real), obrońców tytułu Ajax i klub Tomasza Rząsy (Grasshoppers).

Przeciwko zielono-białym Polak jednak nie zagrał, a jego klubowi koledzy dostali regularny jak szwajcar oklep w Zurichu. Bach Lisztes, dwa razy bach Vincze i piękna wygrana w ligomistrzowym debiucie staje się faktem. Komentarz Węgrów na youtube: ''W tym samym czasie grał Real z Ajaxem, ale kogo to obchodziło! Trzy gole i trzy punkty! Beckenbauer oglądając skrót w RTL kazał pokazać go jeszcze raz, bo nie wierzył własnym oczom''


13.09.1995 Grasshoppers Zurych - Ferencvaros Budapeszt 0:3 (0:0): Lisztes (61.), Vincze (81., 90.)

Ferencvaros wystartował najlepiej ze wszystkich szesnastu zespołów! Po 3:1 wygrał Juventus (z Borussią) i... Legia z Rosenborgiem. Po pierwszej kolejce wypłynęła próba przekupstwa (futrami :) przez Dynamo Kijów sędziego (Lopez Nieto?). Ukraińców (z H. Surkisem na czele, tak, tak) wywalono, a w ich miejsce do stawki dokooptowano duński Aalborg. I tu zabawna sytuacja. Przezabawna wręcz. Strasznie oburzyli się... Belgowie. Cytat z archiwum GW:

Z przyznania miejsca w LM Aalborgowi niezadowolone są zaś władze Anderlechtu Bruksela. Przedstawiciele mistrza Belgii nalegają na sekretarza generalnego UEFA Gerharda Aignera, by wpłynął na zmianę decyzji.
Belgowie uzasadniają swoją decyzję tym, że Dynamo w rundzie wstępnej wygrało z Aalborgiem dwukrotnie (3:1 i 1:0). Anderlecht został zaś wyeliminowany przez Ferencvaros, ale jedno spotkanie zremisował (1:1, 0:1). Argumentują też, że Anderlecht ma lepsze osiągnięcia w dotychczasowych występach w europejskich pucharach.
- Uważamy, że nie wyniki sportowe, ale inne kryteria dały awans Aalborg - stwierdzili działacze Anderlechtu.

Tyle dygresji. W drugiej kolejce do Budapesztu przyjechał wielki Ajax. I choć przez osiem minut utrzymywał się remis 1:1, to skończyło się na piątce od Holendrów.


27.09.1995 Ferencvaros Budapeszt - Ajax Amsterdam 1:5 (0:0): Nyilas (59.) - Litmanen (57., 80. z karnego i 88.), Kluivert (67.), F. de Boer (85.)

Wydawało się, że o większe bęcki niż z Ajaxem będzie trudno. Nawet z Realem. Nawet w obecności 80 tys. widzów na Santiago Bernabeu. A jednak, 18-letni Raul zrobił masakrę i skończyło się 6:1.



18.10.1995 Real Madryt - Ferencvaros Budapeszt 6:1 (3:0): Raul (24., 25., 84.), Zamorano (34., 47.), Hierro (54.) - Kopunović (63.)

Na św. Gulasz! Pomyśleli pewnie o bagażu jedenastu goli w dwóch meczach Węgrzy i w kolejnym spotkaniu sprawili olbrzynią sensację. Ten sam Real, dwa tygodnie po batach 6:1, strzelił gola na wagę remisu na 16 minut przed końcem spotkania w Budapeszcie! Spotkania, które odbyło się 1 listopada.


1.11.1995 Ferencvaros Budapeszt - Real Madryt 1:1 (1:0): Albert (36.) - Raul Gonzales (74.)

Wobec tak znakomitej postawy przeciwko ''Królewskim'' remis ze Szwajcarami u siebie, w dodatku uratowany w samej końcówce, można było traktować jak porażkę.


22.11.1995 Ferencvaros Budapeszt - Grasshoppers Zurych 3:3 (2:1): Albert (20.), Lisztes (24.), Nyilas (86.) - Subiat (22.), Comisetti (48.), Ibrahim (64.)

Real dwa razy przegrał jednak z Ajaxem i na kolejkę przed końcem, Węgrzy mieli nawet teoretyczne szanse na ćwierćfinał! Te szanse wynosiły jednak tyle, ile podatku można przekazać organizacjom - jakiś jeden procent. Ferencvaros musiałby pokonać w Amsterdamie Ajax, który nie przegrał 66 kolejnych meczów (w tym 16 pucharowych), i liczyć na to, że mistrzowie Hiszpanii przegrają w Zurychu z Grasshoppersem. Hm...


6.12.1995 Ajax Amsterdam - Ferencvaros Budapeszt 4:0 (2:0): Overmars (17.), R. de Boer (22.), Litmanen (61., 65.)

Prezentu na Mikołajki nie było, ale Madziarzy mogli być dumni. I na pewno byli. A pewnie też są do teraz.

 

B.

poniedziałek, 19 października 2009
Warta Poznań - Górnik Zabrze: w ekstraklasie (1995) i na jej zapleczu (2009)

16 mistrzostw Polski mają razem Górnik Zabrze (14) i Warta Poznań (2). Z obecnych zapleczowców (nie cierpię drugoligowców określać mianem pierwszoligowców...) tytuły ma w dorobku jeszcze tylko łódzki duet. Gwiazdka nad herbem nobilituje jak mało co.

15 lat, od środkowych obrońców Górnika, Adama Dancha i Michała Pazdana, starszy jest Piotr Reiss - w sobotę strzelił pierwszego i wypracował drugiego gola. Stwierdzenie, że defensorzy ''dali się oszukać jak dzieci'' pasuje więc idealnie.

14 lat i pięć miesięcy temu Górnik i Warta spotkały się po raz ostatni w ekstraklasie. ''Zieloni'' cieszyli się tylko przez chwilę.

13 pozycji wyżej od ostatniej, osiemnastej Warty skończył tamten sezon (1994/95) Górnik.

12 goli Reiss strzelił Górnikowi podczas pobytu w Lechu. Przeciw żadnemu innemu zespołowi poznański napastnik nie trafiał tyle razy. Ostatni gol przeciwko zabrzanom to otwarcie wyniku 4:1 w sierpniu 2007.

11 maja, dzień po meczu w ekstraklasie, tytuł relacji w Gazecie Wyborczej brzmiał ''Przypadkowa porażka''. A w tekście było m.in. tak:

Po meczu Krzysztof Pawlak oznajmił, że rezygnuje z funkcji trenera. - To, co się teraz dzieje w Warcie, zakrawa na kpiny - tłumaczył. - W bałaganie, który stworzyli działacze, nie da się dłużej pracować. Chłopcy od początku rundy wiosennej nie dostali ani złotówki za zdobyte punkty. Wyszli na boisko, bo chcieli grać dla siebie i trenerów.

A jednak, trener dał się przekonać zawodnikom i został do końca sezonu. I już w następnej kolejce, na Bułgarskiej

wygrał derby z Lechem, który...

10 maja 1995 roku, czyli w dniu meczu Warta - Górnik, pokonał Legię na Łazienkowskiej. Jak wiadomo, było to ostatnie zwycięstwo Lecha w Warszawie, aż do kwietnia ubiegłego roku. Wtedy ''Kolejorz'' wygrał po golu Przemysława Pitrego. Tego samego, który teraz został zniesiony z boiska w 14. minucie zapleczowego meczu Warta - Górnik.

9 goli strzelił w całym ubiegłym sezonie Marcin Klatt. Do meczu z Górnikiem miał tyle samo też w tych rozgrywkach. Ale, że pokonał raz Sebastiana Nowaka, to jego liczba ukąszeń wynosi już dziesięć, co oznacza, że lideruje w tabeli strzelców zapleczowych.

8 trafień padło w tych dwóch meczach Warty z Górnikiem. O dwóch strzelcach dla Warty z tego weekendu było wyżej. Dla Mariusza Przybylskiego było to pierwsze trafienie od czasu, gdy opuścił Raków Częstochowa (by przez Polonię Bytom trafić do Zabrza). Dużo ciekawsi są jednak strzelcy z 1995 roku. Piotr Prabucki strzelił w tamtym sezonie dla Warty 14 z 35 goli i był jej zdecydowanie najlepszym napastnikiem. Krzysztof Klempka z Górnikiem strzelił swojego premierowego gola w ekstraklasie, by w czterech ostatnich kolejkach dorzucić kolejne cztery. Po tamtym sezonie, więcej w najwyższej polskiej lidze już go jednak nie widziano. Ale to wszystko nieważne, bo premierowy dwupak, w swoim drugim występie w ekstraklasie, ustrzelił Bartosz Tarachulski. 19-letni Tarachulski wyglądał tak:

[górny rząd od lewej Klytta, Tarachulski, Hajto, Bonk ; w środku: Zadylak, Szemoński, Rogalski, Jarosz ; na dole: A. Kubik, Koseła, Tęsiorowski ; kursywą piłkarze, którzy nie zagrali z Wartą]

Ostatniego gola strzelił Mieczysław Agafon (po lewej Leszek Kraczkiewicz, po prawej Piotr Brzoza - wszyscy grali).

7 czerwonych kartek (licząc też te w konsekwencji dwóch żółtych) ma już na koncie Warta w tym sezonie. Z dwojga złego, lepiej, że są to kary za (w większości) za głupotę, a nie za brutalność. Błażej Jankowski dostał dwie żółte kartki za dyskusję z sędzią (!) po końcowym gwizdku (!!!). Zatrważające.

6 oficjalnych meczów zagrały dotychczas między sobą Warta i Górnik. Cztery w ekstraklasie (bilans 3-1-0 i 9:5 w bramkach dla zabrzan), jeden w Pucharze Polski (4:2 dla ślązoków) i teraz, w końcu wygrany przez ''Zielonych''.

5 klubów odwiedził w czasie rozłąki z Wartą Arkadiusz Miklosik. To Lech, Opoczno, KSZO, Zawisza i Lechia. Miklosik jako jedyny piłkarz mógł wystąpić w obu opisywanych meczach. 14 lat temu zagrał całe spotkanie, teraz z występu wyeliminowała go kontuzja. Szkoda.

4 przyszłych reprezentantów Polski biegało po boisku ruin stadionu im. Edwarda Szyca 14 lat temu. W Warcie byli to Żurawski, Onyszko i Kaliszan, po stronie Górnika - Hajto.

[górny rząd od lewej: Roman Gałecki, Maciej Kaniasty, Dariusz Kofnyt, Artur Topolski, trener Krzysztof Pawlak ; w środku: Mirosław Myśliński (kierownik), Waldemar Przysiuda, Maciej Żurawski, Arkadiusz Onyszko ; na dole: Arkadiusz Kaliszan, Arkadiusz Miklosik, Tomasz Rybarczyk, Ryszard Górka (prezes)]

W weekend tych reprezentantów (którzy już zagrali) było pięciu. To Reiss oraz Adam Danch (uczestnik mistrzostw świata U-20), Michał Pazdan, Damian Gorawski i Grzegorz Bonin.

3 duże imprezy seniorskie były udziałem wymienionych reprezentantów. Można powiedzieć - wszystkie trzy ''współczesne''.

Mistrzostwa świata w Korei i Japonii 2002 - Żurawski i Hajto, MŚ w Niemczech - tylko Żurawski, a Euro 2008 - Żuraw i... tak, tak - Michał ''surprise, surprise'' Pazdan.

2 duże imprezy juniorskie ''obsługiwali'' uczestnicy opisywanych meczów, a jednocześnie - pomimo sukcesów z młodzieżówką - gracze, którzy nie zagrali [jeszcze] w kadrze A. Dariusz Koseła, który był na igrzyskach w Barcelonie, jak dobrze wiemy, nie zmienił szyldu i nie pojechał dalej. Z kolei Paweł Strąk, choć w 1999 roku został wicemistrzem Europy U-19 i powołanie dostał, to w dorosłej kadrze nie zagrał.

1 sędzia jednego z tych dwóch meczów został potem prezesem PZPN.

0 - nie ma już co gadać. Gole sprzed 14 lat poniżej, z weekendu - lada chwila na kochanej stronie kochanej TVP.

B.

piątek, 16 października 2009
Za krótki na Ekstraklasę, w sam raz na kadrę

Przy okazji występu Bieniuka w potyczce ze Słowacją pojawił się wątek graczy występujących w Polsce, ale poniżej Ekstraklasy. Poprzednim takim typem który zagrał w meczu o punkty był Jacek Bayer (22 lata temu), ale w międzyczasie kilku piłkarzy drugoligowych pojawiło się w meczach towarzyskich. Oto oni:

Jacek Bayer (Jagiellonia Białystok); Polska - Cypr 0:0, el. ME (1987)

Typ obecności w kadrze: jedyny występ

Kryterium powołania: najlepszy strzelec II ligi w barwach Jagiellonii Białystok

Jacek Bayer trafił do kadry jako najlepszy zawodnik Jagiellonii i najlepszy strzelec II ligi. Wobec mizerii reprezentacyjnych napastników Łazarek postanowił spróbować 23-letniego atakującego. Białostocki snajper w meczu z Cyprem nic jednak nie zwojował i w pierwszej reprezentacji już nigdy nie zagrał. Po awansie do Ekstraklasy przez dwa sezony był jej czołowym snajperem w barwach Jagi a przez kolejny - w koszulce Widzewa. Potem penetrował już tylko siatki w niższych ligach.

Roman Kosecki (Gwardia Warszawa); Polska - Rumunia 2:2, Izrael - Polska 1:3, Irlandia Płn. - Polska 1:1, Irlandia - Polska 3:1, Polska - USA 0:2, Kanada - Polska 1:2, Polska - Bułgaria 3:2 (1988)

Typ obecności w kadrze: długotrwała:)

Kryterium powołania z otchłani II ligi: selekcjoner szybszy niż trenerzy ligowi

Fakt, że Kosecki niemal przez rok grał w kadrze reprezentując jednocześnie II-ligowy klub jest dziś wręcz nie do pomyślenia. Drenaż młodzieży jest tak zaawansowany, że wystarczy kopnąć dwa razy prosto piłkę a już zgłaszają się kontrahenci. A Kosa spokojnie hasał w koszulce Gwardii i zanim zdążył zainteresować się nim jakiś zespół z I ligi, to sięgnął po niego selekcjoner Łazarek. Jak było później wiadomo - Legia, Galata, Osasuna, Atletico...

Jarosław Gierejkiewicz (Miedź Legnica); Gwatemala - Polska 2:2 (1992)

Typ obecności kadrze: jedyny występ

Kryterium powołania: na fali sukcesów II-ligowej Miedzi Legnica w Pucharze Polski (1992)

Strejlau powołał go na egzotyczny wypad do Gwatemali w ramach uznania za dobrą grę w Miedzi Legnica w rozgrywkach PP. Co prawda przedtem Gierejkiewicz już pokazał się w Ekstraklasie (w barwach Zagłębia i Jagielloni), ale chyba najprzyjemniejsze dla niego piłkarskie wiążą się właśnie z rokiem 1992 - zdobycie Pucharu Polski, debiut (i pożegnanie) w kadrze i występ w Pucharze Zdobywców Pucharów przeciwko AS Monaco (Gierejkiewicz grał na Klinsmanna i zaliczył dobry mecz).

Mariusz Śrutwa (Ruch Chorzów); Japonia - Polska 5:0, Chorwacja - Polska 2:1, Polska - Słowenia 0:0 (1996)

Typ obecności w kadrze: pięciokrotna, raczej nieudana

Kryterium powołania: dobre występy w Ekstraklasie i w II lidze po spadku z Ruchem Chorzów

Zarówno w przypadku Śrutwy jak i poniżej opisywanego Gęsiora drugoligowy adres wynika z lojalności względem klubowych barw. Gdy chorzowski Ruch zapikował w kierunku drugiej ligi (spadek w sezonie 1994/1995), żaden z tych zawodników nie zdecydował się na zmianę barw klubowych. Nie zapomniał jednak o nich nowy selekcjoner Władysław Stachurski, który obu powołał na konsultacje oraz mecze z Japonią oraz - nieoficjalny - z ligą Hongkongu ( w tym meczu Śrutwa strzelił nawet gola). Później Śrutwa-drugoligowiec zagrał jeszcze w meczach z Chorwacją i Słowenią po czym kontakt z kadrą się urwał (odświeżył go jeszcze na krótko Wójcik). W sumie jak na gościa, który w Ekstraklasie trafiał ponad sto razy, to Śrutwa w kadrze wyłącznie rozczarowywał. Podobnie zresztą było w Legii, więc może problem leżał w aklimatyzacji?

Dariusz Gęsior (Ruch Chorzów); Japonia - Polska 5:0, Chorwacja - Polska 2:1, Polska - Słowenia 0:0, Polska - Białoruś 1:1, Rosja - Polska 2:0 (1996)

Typ obecności: długotrwała, choć głównie towarzyska

Kryterium powołania: ciągłość

Sytuacja trochę podobna jak ze Śrutwą. Gąska był powoływany do kadry już przez Strejlaua, potem z jego usług korzystali także Apostel, Stachurski (to on powoływał Gęsiora jako drugoligowca), Piechniczek i Wójcik. Zawodnik do bólu solidny, ale nie wiele ponad to. Świadczy o tym choćby fakt, że na 22 mecze rozegrane w kadrze zaledwie dwa spotkania były o stawkę (8 minut z Izraelem i 30 z Francją w el. ME 1996) a reszta to towarzyska drobnica.

Andrzej Jaskot (Aluminium Konin); Ukraina - Polska 1:2 (1998)

Typ obecności w kadrze: jedyny występ

Kryterium powołania: na fali sukcesów II-ligowego Aluminium Konin w Pucharze Polski (1998)

Jaskot był podstawowym zawodnikiem ekipy z Konina (12 goli w lidze) w sezonie gdy dotarła ona do finału PP (1997/1998). Powołanie go jednak przez Wójcika do kadry było zagrywką frapującą - akurat środek reprezentacyjna druga linia była dość silnie obsadzona (Brzęczek, Majak, Świerczewski, Iwan, Kałużny). No, ale widocznie Wójt uznał inaczej.

Szymon Pawłowski (Zagłębie Lubin); Ukraina - Polska 1:0, Polska - Serbia 1:0 (2008) i Polska - Litwa 1:1 (2009)

Typ obecności w kadrze: cztery mecze, z czego debiut jeszcze w Ekstraklasie a reszta już podczas pobytu klasę niżej

Kryterium powołania: lojalny (uwięziony?) talenciak

Pawłowski wpadł w oko Beehakerowi podczas gry z Zagłębiem w Ekstraklasie. Młody pomocnik na tyle spodobał się selekcjonerowi, że ten pamiętał o nim nawet, gdy zespół z Lubina został zdegradowany do I ligi a Pawłowski razem z nim. Szymek jeszcze pewnie do kadry wróci.

Radosław Cierzniak (Korona Kielce); Polska - Litwa 1:1 (2009)

Typ obecności w kadrze: jak na razie jedyny występ, ale wcale nie jest powiedziane, że ostatni

Kryterium powołania: rozpaczliwie szukam siódmego bramkarza

Cierzniak z czołowego polskiego bramkarza poziomu "młodzieżowiec" jakoś nie może wskoczyć na wyższy level. Dobre występy przeplata gorszymi albo wręcz ugniataniem ławki. Tym niemniej Leo zobaczył w nim coś, co widzi w niewielu rodzimych golkiperach (ponoć to "coś" miał/ ma również Gostomski). Cierzniak zagrał więc w lutowej potyczce z Litwą,  pomimo tego, że reprezentował I-ligową Koronę Kielce. Wobec mierności całego widowiska trudno jednak nawet ocenić czy był to występ dobry.

Jarosław Bieniuk (Widzew Łódź); Polska - Słowacja 0:1, el. MŚ (2009)

Typ obecności w kadrze: ósmy występ w kadrze, ale po raz pierwszy w meczu o punkty

Kryterium powołania: po starej znajomości

Bieniuk z Majewskim znają się od dawien dawna. To u Stefana obecny obrońca Widzewa zaistniał w lidze w barwach Amiki, to razem z nim Doktor zdobywał swe najbardziej powalające trofea czyli podwójny Puchar Polski. Bieniuk nie jest więc dla selekcjonerem anonimowym I-ligowym grajkiem wyciągniętym z czeluści podekstraklasowych. Ba, Bieniuk w ogóle nie jest anonimowy dla fanów reprezentacji Polski - przed chorzowską potyczką wystąpił w niej już bowiem siedem razy, zdobywając nawet jednego gola (w meczu z Maltą). Przez moment wydawało się nawet, że w kadrze zagości na lata. Janas stawiał na niego, ale... bez przekonania. Wystawiał go bowiem w meczach towarzyskich (Macedonia, Serbia, Litwa, Malta, Wyspy Owcze, USA, Meksyk). Z czasem Bieniuk sam się skreślił wyjeżdżając na saksy do Turcji. Paradoksalnie dopiero średnie występy w I-ligowym Widzewie dały mu przepustkę do eliminacyjnych meczów reprezentacji (inna sprawa, że ranga potyczki ze Słowacją była podobna do leo'wych sparingów).

P.

 
1 , 2