Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 29 października 2011
Szombierki Bytom w ekstraklasie - ten ostatni sezon 1992/1993

Szombierki Bytom

Po wizycie w Bytomiu jestem szczerze zafascynowany instytucją schodów, które prowadzą piłkarzy na boisko - zarówno Polonii, jak i Szombierek. Same Szombierki też mnie fascynują.

To w końcu mistrz Polski, którego oprócz Pogoni Lwów i Garbarni Kraków najdawniej nie widziała ekstraklasa. Warta Poznań spadła w roku 1995, a Stal Mielec - 1996. Pozostali mistrzowie, poza ostatnim spadkowiczem Polonią Bytom, grają teraz w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Na Szombierki w ekstraklasie, które swoimi schodami zeszły do drugiej ligi w 1993 r., jako ''świadomy'' kibic się nie załapałem. Pora nadrobić zaległości i dzięki archiwom Gazety oraz youtubowym dobrodziejom przypomnieć sobie te nierówne boje.

Szombierki Bytom

Szombry wróciły do ekstraklasy po trzech latach na drugoligowej banicji. Już po awansie było jasne, że klub nie tyle się wzmocni, co będzie musiał łatać dziury po odejściu najlepszych synków. Bogusław Cygan, późniejszy król strzelców ekstraklasy, musiał wrócić do Górnika Zabrze, bo był z niego tylko wypożyczony. Zenon Lissek, wcześniej strzelec cudownego gola Juventusowi w Turynie, miał odejść do Niemiec. W Bytomiu zdążył jesienią jeszcze zagrać dwa mecze, z czego ten z Wisłą Kraków po prostu wygrał, strzelając dwa gole. Wiosnę spędził w Hansie Rostock (10 meczów w 2. Bundeslidze i gol z MSV Duisburg), by po pół roku być z powrotem w klubie.

Z przedsezonowego tekstu ''Kopciuczek ekstraklasy'' (Joachima Waloszka i Jarosława Grabowskiego) optymizm raczej nie bucha. Jest za to jedno ciekawe nazwisko, które jednak nie trafiło do Bytomia na listę płac.

Kupienie zawodników klasy Lisska czy Cygana kosztowałoby klub 5-6 mld zł. Bernard Świątek przyznaje, że sytuacja finansowa Szombierek nie jest łatwa. Utrzymanie klubu kosztuje rocznie ok. 4 mld zł. Część pieniędzy pochodzi z działalności gospodarczej: targowisko, brygady remontowe, trzy sklepy. Klub niedługo przejmie kopalniany bufet. Za zgodą zebrania delegatów samorządu pracowniczego kopalni "Szombierki" sekcja piłki nożnej ma 25 etatów kopalnianych. Wiceprezes zapewnia, że klub nie ma długów.

Szombierki nie kupiły ani jednego zawodnika. Jeszcze niedawno mówiło się, że klub "przymierza się" do transferu Wosia z Odry Wodzisław. Szombierki zamierzają wypożyczyć trzech zawodników: Cicheckiego z Odry Wodzisław, Kowalczykowskiego z Metalu Kluczbork i Dudę z Pogoni Nowy Bytom. Na razie trwają pertraktacje w tej sprawie.

Duda i Cichecki do Szombierek przeszli, Kowalczykowski i Woś - nie. Kadra, umówmy się, na kolana nie rzucała.

Szombierki Bytom 1993

(fot. Encyklopedia Piłkarska Fuji 1993/1994)

Szombierki Bytom

Szombierki blisko pierwszego zwycięstwa były już we Wrocławiu, ale do remisu 3:3 w ostatniej minucie doprowadził Rosjanin Siergiej Basow. Wygrać udało się dopiero w piątej kolejce, za to w prestiżowych śląskich derbach z Górnikiem Zabrze, w obecności trzech tysięcy widzów (więcej, bo cztery tysiące przyszły później tylko na Ruch Chorzów).

Od kilku lat Bogusław Cygan i Andrzej Orzeszek występują na zmianę w Zabrzu i Bytomiu. Przed obecnym sezonem Górnik zatrudnił Cygana, oddając ponownie do Szombierek Orzeszka. Nic dziwnego, że sobotni mecz Szombierek z Górnikiem miał dla tych piłkarzy znaczenie prestiżowe. Obaj byli aktywni, należeli do najlepszych w swoich zespołach. Różniło ich tylko jedno. Cygan nie trafił z kilku metrów do pustej bramki, natomiast Orzeszek z bliska pokonał Marka Bębna i Szombierki wygrały 1:0.

W I połowie lepsi byli gospodarze. Zabrzanie, występujący bez kontuzjowanych Ryszardów Stańka i Krausa, atakowali bez przekonania. Bytomianie, których akcjami kierował najlepszy zawodnik na boisku - Kryger, raz po raz zagrażali bramce Bębna. Po jego kilkudziesięciometrowym rajdzie w 31. min. i podaniu z prawej strony boiska Orzeszek strzelił bramkę. Po przerwie więcej sytuacji podbramkowych stworzyli zabrzanie. Mimo to nie odrobili strat.

Andrzej Orzeszek i Adam Kryger (zwany też w źródłach Krygierem, nie wiem czemu) - tych dwóch grajków ciągnęły Szombierki. Jesienią bytomianom udało się nawet nie polec w czterech kolejnych meczach (i wygrać trzy z nich!), ale im dalej w sezon, tym kryzys klubu się pogłębiał.

Raport z przerwy zimowej:

Jedynym wzmocnieniem beniaminka był wypożyczony z Górnika Zabrze Orzeszek. Celem zespołu było utrzymanie się wśród najlepszych zespołów kraju. Jesienią zespół grał dobrze. Na stadion przychodzi niewielu kibiców. W klubie tłumaczą, że większość mieszkańców tej dzielnicy Bytomia wyprowadziła się do Niemiec, a ludność napływowa, która zajęła ich miejsce, nie interesuje się futbolem. Loterie i występy kopalnianej orkiestry dętej niewiele zmieniły. Niewielkie są wpływy z biletów (najdroższe 25 tys. zł).

Obiekty utrzymuje kopalnia "Szombierki". Najlepszy piłkarz bytomian Lissek prawie przez rok jest sprzedawany na Zachód przez niemiecką spółkę menedżerską, bez efektu. - Po przyłączeniu NRD bogatsze kluby niemieckie nie mają problemów z kupieniem zawodników - mówi piłkarz. Kilka dni temu pomocnik wyjechał na testy do szwajcarskiego FC Luzern.

Zdaniem trenera Henryka Wieczorka najlepszymi zawodnikami w jego zespole byli prowadzący grę Adam Kryger, napastnik Andrzej Orzeszek (siedem goli) i bramkarz Edward Ambrosiewicz.

Premie za zwycięstwo rozdziela trener. - Kiedyś jednym dawałem więcej, innym mniej, a pod koniec sezonu okazało się, że wszyscy dostali prawie tyle samo. Teraz daję wszystkim po równo - mówi Wieczorek.

Jak już wiemy, Lissek trafił do Hansy Rostock, a również w Szwajcarii był na testach Andrzej Orzeszek. FC Basel go jednak nie chciało, na szczęście dla Szombierek. Ale i to ich nie uratowało.

Zespół zanotował 14 kolejnych meczów bez zwycięstwa (w tym tylko cztery remisy!). Na dodatek, po porażce ze Śląskiem Wrocław, Adam Matysek skarżył się na poparzenia od wapna niegaszonego, którym namalowano linie boiska w Bytomiu (klub tłumaczył, że wapno było ''półgaszone'').

A Szombierki gasły w oczach. Gieksa wpakowała im pięć goli, Górnik cztery, a sam Cezary Kucharski z Siarki Tarnobrzeg - trzy. Wiele mówią trzy zdania relacji z bezbramkowego meczu w Bytomiu z Łódzkim Klubem Sportowym.

Oba zespoły grały słabo, mając tylko kilka groźnych sytuacji. Najlepszą zmarnował Andrzej Orzeszek, który z kilku metrów trafił w bramkarza. Widzów bardziej interesował odbywający się obok stadionu festyn.

Szombierki Bytom

Szombierki w końcu pokonały najsłabszy zespół ligi - Jagiellonię Białystok. Tydzień później też wygrały, z Zagłębiem w Lubinie (2:1), ale był to już czas, gdy wszystkie zespoły z dołu tabeli łapały świetną formę.

Przed spotkaniem dobrze poinformowane osoby twierdziły, że po zaciętym meczu minimalnie wygrają goście. Wydarzenia na boisku potwierdziły ich słowa. Zwycięstwo Szombierek, które potrzebują punktów, nikogo nie zaskoczyło. Dziewięć minut przed końcem, gdy goście po samobójczym strzale prowadzili 1:0, pomocnik Zagłębia Baziuk, chcąc nie chcąc musiał umieścić piłkę w bramce. Jednak dwie minuty przed końcem scenariusz został zrealizowany.

Kto tak pięknie gra? (RB), Gazeta Wyborcza, 24.05.1993, str. 1

''Na trybunach stadionu krakowskiego Hutnika zastanawiano się, dlaczego po przerwie piłkarze z Zabrza przestali biegać i szybko stracili trzy bramki. Wyglądało to podejrzanie, ale dowodów oczywiście nie ma'' - tak korespondent "Gazety" zakończył swoją relację z meczu piłkarskiej pierwszej ligi.

Do zakończenia rozgrywek piłkarskich lig zostało jeszcze tylko pięć kolejek, co - zdaniem wielu dziennikarzy i kibiców - najlepiej tłumaczy sensacyjne wyniki sobotnich spotkań. Zespoły zagrożone spadkiem wygrały mecze z drużynami, które nie mają szans na grę w europejskich pucharach, ale też nie muszą się martwić o pozostanie w ekstraklasie.

Krakowski Hutnik (14. w tabeli) łatwo i wysoko (3:0) pokonał u siebie Górnika Zabrze (8.) Cud zdarzył się też w Mielcu, gdzie wrocławski Śląsk (15.) wygrał 1:0 ze Stalą (6.). Szombierki Bytom (17.) po raz drugi w sezonie odniosły zwycięstwo na wyjeździe, pokonały Zagłębie Lubin (9.) 2:1.

- W naszej lidze każdy rezultat jest możliwy. Od miesiąca na wybrane mecze jeżdżą kontrolerzy PZPN, nie otrzymaliśmy od nich sygnałów o nieuczciwościach. Niespodzianki wynikają z tego, że zespoły zagrożone spadkiem walczą o wszystko - powiedział nam Ryszard Kulesza, wiceprezes PZPN.

Na Legii każdy rezultat nie był już możliwy.

- Sądzę, że gdybym to ja grał w środku obrony, Śliwowski nie strzeliłby głową dwóch goli - powiedział po meczu Henryk Wieczorek, trener Szombierek. Skończyło się 4:0 i hat-trickiem Śliwowskiego.

Z ekstraklasą Szombierki Bytom pożegnały się 20 czerwca 1993 roku, zwycięstwem 3:1 nad Hutnikiem Kraków i trzema golami Andrzeja Orzeszka.

18 lat później, w czerwcu tego roku Szombry świętowały awans do czwartej ligi.

Szombierki Bytom

Może nad szybem Krystyna, który widnieje w herbie klubu słońce zaświeci na dłużej, a Zieloni pójdą schodami w górę.

Szombierki Bytom

Szombierki Bytom

B.

Skład i statystyki zawodników na sklady.hostmix.pl

Ostatni sezon w ekstraklasie - mecz po meczu

Szombierki 0-1 Widzew (Koniarek 39)
Śląsk 3-3 Szombierki (Gałkowski 51, Ilski 59, Basow 83 - Świstek 37, Kryger 48, Książek 65 k)
Szombierki 0-3 Katowice (Wolny 14, 65, M. Świerczewski 88)
Lech  1-0 Szombierki (Podbrożny 40)
Szombierki 1-0 Górnik (Orzeszek 32)
Szombierki 0-0 Zawisza
Pogoń 2-1 Szombierki (Studziński 23, Szubert 88 - Orzeszek 18)
Szombierki 2-1 Wisła (Lissek 44 k, 78 - Kulawik 62)
ŁKS 2-1 Szombierki (Podolski 37, Wieszczycki 90 - Książek 56)

Szombierki 4-2 Siarka (Świstek 18, Kryger 45, Orzeszek 48, 51 - Gromek 5, Kobylański 78)
Jagiellonia 2-3 Szombierki (Frankowski 68 k, Szugzda 43 - Orzeszek 46, Kluge 60, Kryger 80)

Szombierki 1-1 Zagłębie (Kryger 27 - Baziuk 41)
Olimpia 1-2 Szombierki (Gębura 8 - Motyliński 33 sam., Kryger 49)
Szombierki 1-2 Legia (Orzeszek 26 - Śliwowski 48 k, Grzesiak 63)

Stal 1-1 Szombierki (Barnak 50 - Orzeszek 5)
Szombierki 0-4 Ruch (M.Szewczyk 20, 87, Fornalak 42, Gilewicz 61)

Hutnik 3-0 Szombierki (Waligóra 9, Sermak 17, Bukalskl 89)

Widzew 1-0 Szombierki (L. Iwanicki 31)
Szombierki 1-2 Śląsk (Orzeszek 45 - Sobczak 10, Brzoza 54)
Katowice 5-0 Szombierki (Janoszka 18, Strojek 44, Szuster 62, Wolny 79, Kucz 85)

Szombierki 0-0 Lech
Górnik 4-2 Szombierki (Kubik 16, Kraus 29, Pikuta 58, Koseła 67 - Kandziora 47, Książek 83)

Zawisza 1-0 Szombierki (Malejew 33)
Szombierki 0-0 Pogoń
Wisła 2-0 Szombierki (Gałuszka 36, Szeliga 81)
Szombierki 0-0 ŁKS
Siarka 3-0 Szombierki (Kucharski 19, 68, 86)
Szombierki 2-1 Jagiellonia (Książek 29 k, Świstek 64 - J.Szugzda 33)

Zagłębie 1-2 Szombierki (Baziuk 80 - Kałużny 57 o, Książek 89)
Szombierki 0-2 Olimpia (Suchomski 23, Molewski 90)
Legia 4-0 Szombierki (Śliwowski 20 k, 74, 88, Kruszankin 33)
Szombierki 1-2 Stal  (Fedoruk 17, Bociek 47)
Ruch  1-0 Szombierki (Śrutwa 11)
Szombierki 3-1 Hutnik (Orzeszek 44, 51, 78 - Waligóra 19)

O Szombierkach - mistrzowskich i nie tylko - u Pawła Czado.

Zajawka dokumentu z Discovery Historia (gdzie u diabła można go teraz zobaczyć w całości?)

piątek, 28 października 2011
Życie po życiu Mirko Poledicy

W grupie zawodników, która przywdziewała zarówno koszulki Kolejorza jak i Legii Warszawa to jedna z ciekawszych postaci. Nie chodzi jednak o poziom sportowy - od klasy Okońskiego czy Podbrożnego dzieliły go lata świetlne. O Mirko Poledicy najgłośniej bowiem zrobiło się po tym, gdy ten skupił się na działalności pozaboiskowej.

Gdy w grudniu 2002 roku Poledica podpisywał kontrakt z Lechem mówiło się o nim, że jest nowym Sinicą Mihajlovicem. Porównanie do byłego lewego obrońcy AS Roma, Sampdorii Genua i Lazio Rzym nie było bezzasadne - nim również bowiem interesować się miały zespoły z Serie A, przede wszystkim mówiło się o Atalancie Bergamo. Poza tym Poledica, tak jak i Mihajlovic, został ukształtowany piłkarsko w Vojvodinie Nowy Sad (jednym z jego pierwszych trenerów tam był Dragomir Okuka). Podobnie jak i jego bardziej znany kolega występował on także na lewej stronie defensywy i tak jak on dysponował bardzo precyzyjnym uderzeniem z lewej nogi (w sezonie 2001/2002 zaliczył w lidze jugosłowiańskiej aż 11 asyst). Ukoronowaniem tych analogii mógł być natomiast fakt, że w Kolejorzu Serb otrzymał na koszulce numer „11” - zwolniony właśnie przez Grzegorza Matlaka, a noszony niemal przez całą karierę przez Mihajlovica.

Trenerzy i działacze zacierali więc ręce, tym bardziej, że Poledica otwarcie deklarował, że gra w Lechu ma być dla niego przepustką do reprezentacji Serbii i Czarnogóry. Miał solidne podstawy, by tak twierdzić. Dejan Savicevic, ówczesny trener kadry, powołał bowiem lewego obrońcę na towarzyski mecz reprezentacji z Meksykiem i, choć go na boisko nie posłał, to obiecał, że pozostanie on w zasięgu jego zainteresowań.

Tak umotywowany Poledica zaliczył w Poznaniu bardzo dobrą rundę. Dał się poznać jako niezwykle dynamiczny i grający w nowoczesny sposób zawodnik – regularnie zapuszczał się pod pole karne przeciwnika, a swoje akcje kończył zwykle dokładnymi dośrodkowaniami. Może nie był wybitnym technikiem, ale nadrabiał zaangażowaniem i walecznością. Jedynym jego minusem była skłonność do kolekcjonowania żółtych kartek. W dużej mierze to dzięki jego grze Lech uratował się przed spadkiem z ekstraklasy. Gdy więc wraz z końcem sezonu końca dobiegł również okres wypożyczenia Poledicy, stało się oczywiste, że zdecyduje się on na grę w lepszym klubie niż Kolejorz. Tak też się stało i Serb przeniósł się do świeżo upieczonego mistrza Czech – zespołu Sparty Praga.

Stołeczny klub okazał się jednak zbyt wysokimi progami dla byłego lechity. Przegrał on rywalizację na lewej stronie obrony z reprezentantem Czech Petrem Johaną. Dodatkowo podczas jednego z treningów nabawił się kontuzji i w całym sezonie 2003/2004 zanotował raptem cztery ligowe spotkania. Jedynymi miłymi pamiątkami po tamtym sezonie był medal za zdobycie krajowego pucharu oraz dwie minuty rozegrane na San Siro w meczu 1/8 Ligi Mistrzów z AC Milan (Sparta przegrała 1:4 i odpadła z dalszej rywalizacji).

O siedzącym na ławce w Pradze Serbie pamiętał jednak były asystent Dragomira Okuki z Legii - Dariusz Kubicki. Gdy był on już pierwszy trenerem Wojskowych zapragnął mieć Poledicę w swojej drużynie. Serb z zadowoleniem zamienił więc czerwony trykot Sparty na koszulkę z elką.

Sielanka jednak nie trwała długo. Po przegraniu rywalizacji w Pucharze UEFA z Austrią Wiedeń Kubicki musiał pożegnać się z zespołem. Jego miejsce zajął Jacek Zieliński. Jedną ze zmian w składzie, które przeprowadził, była zastąpienie Poledicy Tomaszem Kiełbowiczem. Spiskowa teoria dziejów mówi, że był to odwet za to, że Serb nie przyłączył się do buntu przeciwko Kubickiemu, na którego czele miał stać... Zieliński. Poledica kopał więc piłkę w legijnych rezerwach i kopał by ją pewnie tam dość długom, gdyby ręki do niego nie wyciągnął Bohumil Panik. Czeski trener, który znał piłkarza z czasów gry w Lechu zaproponował mu występy w prowadzonej przez siebie Pogoni Szczecin. Poledica został więc wypożyczony do nadmorskiego klubu. Radził tam sobie nie najgorzej, ale jeszcze przed końcem sezonu podziękowano czeskiemu szkoleniowcowi Portowców, a wraz z nim w odstawkę poszedł także serbski defensor. Chcąc nie chcąc, Poledica musiał wracać do Warszawy.

Tam trenerem był już Dariusz Wdowczyk. Na lewej obronie wystawiał zwykle Tomasza Kiełbowicza, ale już z jego zmiennika – Brazylijczyka Daniela Cruza – nie był zbytnio zadowolony. Poledica otrzymał więc kilka szans na pokazanie swoich umiejętności, ale po rundzie jesiennej sezonu 2005/2006 został przesunięty do rezerw Legii. Klub wystawił go również na listę transferową, ale żadna drużyna nie wyraziła zainteresowania tym zawodnikiem. Wojskowi zaproponowali więc rozwiązanie kontraktu. Obie strony nie porozumiały się jednak co do wysokości odszkodowania – inną kwotę podaje dziś Poledica, inną Jarosław Ostrowski z Legii Warszawa.

Od tego momentu rozpoczęła się wojna piłkarza z klubem. Serb twierdzi, że działacze pomawiali go o narkomanię i alkoholizm, a także zablokowali jego przenosiny do bułgarskiej Sławiji Sofia. Działacze natomiast uważają, że Poledica nie przykładał się do treningów i dodatkowo psuł atmosferę w drużynie. Do tego wszystkiego swoje trzy grosze miała dołożyć również serbska mafia, która rzekomo terroryzowała zawodnika oczekując od niego pieniędzy za transfer. Spór między obiema stronami zakończył się w 2008 roku. Sąd Arbitrażowy w Lozannie zasądził, że Legia Warszawa jest Poledicy winna 120 tysięcy euro tytułem zerwanego kontraktu, a także musi pokryć koszty wynajęcia adwokata przez zawodnika oraz koszty jego przelotów i pobytu w Szwajcarii.

W międzyczasie były lechita wrócił do Serbii i do czasu zakończenia rozprawy występował w rodzimej ekstraklasie – w zespole FK Smederevo, Cukaricki Belgrad oraz Borac Cacak. Po ogłoszeniu wyroku postanowił jednak zawiesić buty na kołku i w pełni zaangażować się w walkę o prawa zawodników. Wkrótce założył i stanął na czele Zawodowego Związku Piłkarzy "Niezawisłość", który ma wspierać serbskich piłkarzy w ich konfliktach z klubami (Poledica zaangażował się m.in. w sprawę Vladimira Radivojevicia). Poledica ma również w planach start w wyborach prezydenta Serbskiej Federacji Piłki Nożnej. Ciekawe czy okaże się lepszym działaczem niż piłkarzem.

Artykuł pochodzi z programu meczowego Lecha Poznań "Heej Lech"

numeru 161 (2010) z meczu ze Spartą Praga

P.

wtorek, 25 października 2011
Czasem miał tych głupków dość, ale nie żałował. Kazimierz Deyna i Manchester City

Kazimierz Deyna, Manchester City

Nie ten klub, nie ta liga, zmarnowany czas przez kontuzje i siedzenie na ławce rezerwowych. Tak najczęściej wspomina się pobyt Kazimierza Deyny w Manchesterze City. Rzadko dodaje się, że przez półtora roku był ważną postacią MC i strzelał gole najlepszym klubom świata.

Gdyby żył, dwa dni po meczu Manchester City - Lech Poznań w Lidze Europejskiej, ukończyłby 63 lata, a dokładnie w dniu derbów MC z Manchesterem United w ostatnią niedzielę - 64. Przez wielu jest uznawany za najlepszego polskiego piłkarza w historii. Pomnik, który ma stanąć w Warszawie przed stadionem Legii ma wyglądać tak. Legendę Kazimierza Deyny tworzą przede wszystkim występy dla reprezentacji Polski i warszawskiego klubu. O jego grze w Manchesterze City tylko się napomyka, jakby z żalem, że tak wspaniały piłkarz mógł wyemigrować dopiero u schyłku kariery, do klubu spoza europejskiego topu.

''Nie chcą mnie przecież puścić...''

W 1974 roku reprezentacja Polski zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata, a jej kapitana, Deynę, uznano potem za trzeciego piłkarza Europy - po Franzu Beckenbauerze i Johannie Cruyffie.

Franz Beckenbauer, Johan Cruyff, Kazimierz Deyna

W normalnej rzeczywistości, polski pomocnik mógłby przebierać w ofertach najznakomitszych klubów świata. I takie propozycje miał, ale w latach 70. władze komunistyczne były bardzo niechętne wobec wyjazdów piłkarzy z kraju.

- Miałem propozycje gry w Realu Madryt, Milanie, Interze, Bayernie, Saint Etienne... Na przejście do Monaco namawiał mnie osobiście książę Rainier. Najdłużej rozważałem propozycję z Realu, bo to było moje dziecięce marzenie - mówił Deyna w wywiadzie dla ''Piłki Nożnej''. - Ale gdzie tam, nie chcą mnie przecież puścić. Pewnie wyjadę, jak już nie będę mógł biegać. A kto mnie wtedy kupi? - dodawał nieoficjalnie, zrezygnowany i podirytowany.

Z zawodników kadry Kazimierza Górskiego jako pierwszy - do FC Nantes - wyjechał Robert Gadocha. Na mundialu w 1978 r. w Argentynie, jedynym Polakiem reprezentującym klub zagraniczny był Włodzimierz Lubański. Fala wyjazdów reprezentantów Polski rozpoczęła się dopiero po tym turnieju, uznanym w Polsce za nieudany. Załapał się i Deyna.

Argentyńskie mistrzostwa zawsze kojarzyć się będą ze zmarnowanym przez kapitana polskiego zespołu rzutem karnym w meczu z gospodarzami imprezy. Klasy ''Kaki'' nie mógł jednak przecież przekreślić jeden nieudany strzał. Miesiąc po turnieju, w sierpniu, do gry w towarzyskim meczu Cosmos Nowy Jork - Reszta Świata zaprosił go Pele. W spotkaniu udział wzięli też Grzegorz Lato i Zbigniew Boniek, ale to Deyna dostał propozycję dalszych występów w słynnym Cosmosie, u boku Beckenbauera, Cruyffa, czy Carlosa Alberto.

Nie zgodził się. Wiedział bowiem, że trzy tygodnie wcześniej prezydent Manchesteru City, Peter Swales, wystąpił o pozwolenie na pracę w Anglii dla niego. Z kibicami w Polsce Deyna ostatecznie pożegnał się 18 września 1979 roku.

W Warszawie pierwszą połowę towarzyskiego meczu zagrał w białej koszulce Legii, a drugą w błękitnej MC. Obydwie koszulki miały na plecach numer 10, obecnie zastrzeżony przez klub z ul. Łazienkowskiej. W obu tych koszulkach strzelił tego dnia gola.

 

100 tys. funtów i sprzęt - tylko dla kogo?

7 listopada 1978 roku Deynę z żoną i synem na lotnisku Ringway przywitali dziennikarze i fani angielskiego klubu. Manchester City zapłacił sto tysięcy funtów oraz zobowiązał się do zagrania z Legią przyjacielskiego pojedynku, a także przekazania kompletu sprzętu. Tu pojawiają się rozbieżności. Polskie źródła twierdzą, że chodziło o sprzęt sportowy firmy Adidas (jak się później miało okazać, przesłany towary był gorzej niż zły). Anglicy wspominają zaś, że towarem zawartym w umowie były... maszyny do pisania i narzędzia medyczne dla polskiej armii (więcej na sportingintelligence, polskie tłumaczenie na Sport.pl).

Debiut Deyny na Maine Road oglądało 38,5 tys. widzów. Premiera nie wypadła okazale, bo gospodarze z nową gwiazdą w pierwszym składzie przegrali 1:2 z Ipswich Town. Nie zmienia to jednak faktu, że Polak został drugim piłkarzem z Europy Wschodniej, który zagrał w lidze angielskiej. Pierwszym był Jugosłowianin Ivan Golac, który kilka tygodni wcześniej przeszedł z Partizana Belgrad do Southampton.

- Byłem jeszcze graczem rezerw, gdy Deyna przechodził do naszego klubu. Dla mnie, młodego chłopaka, podpatrywanie jego gry, a potem trenowanie i wspólne występy były wielkim przeżyciem - wspomina Alex Williams, były kolega z drużyny. - Wszystko co robił na boisku charakteryzowało się niepowtarzalnym stylem i klasą. Choć wydawało się, że gra wolno, to było tylko złudzenie, bo jego mózg podczas meczu podejmował decyzje błyskawicznie - dodaje.

Borussia, wiosenna lawina goli i wielkie Nottingham

Pierwszego gola Polak strzelił w pierwszym i jedynym spotkaniu dla City w europejskich pucharach. 20 marca 1979 r. w ćwierćfinale Pucharu UEFA angielski klub odpadł z późniejszym zwycięzcą rozgrywek, Borussią Moenchengladbach. Deyna, który ten mecz zaczął na ławce rezerwowych, popisał się przepięknym strzałem z woleja.

Gdy miesiąc później menedżer Tony Book w końcu zaczął wystawiać go w pierwszej jedenastce, ten odwdzięczył mu się sześcioma golami w siedmiu ostatnich meczach ligowych. Te bramki mocno przyczyniły się do utrzymania się klubu w angielskiej ekstraklasie. Posady nie utrzymał jednak Book. Zastąpił go Malcolm Allison, którego pamięć po śmierci uczczono przed meczem Lecha w Manchesterze.

Przez pierwsze dwa lata w Anglii Deyna grał średnio w co drugim spotkaniu. W sezonie 1978/1979 wystąpił w 17 meczów na 34 możliwe (licząc od momentu transferu), a w 1979/1980 - w 24 z 47 gier. W obu sezonach strzelił też po sześć goli w lidze. Najbardziej prestiżową z nich zdobył 13 października 1979 r. Na Maine Road przyjechał Nottingham Forest słynnego menedżera Braina Clougha. To był zespół, który właśnie zdobył, a rok później miał obronić Puchar Europy. ''Kaka'' strzelił jedynego gola meczu i wprawił w ekstazę prawie 42 tys. kibiców MC.

Ostatnią bramkę dla ''The Citizens'' Deyna strzelił w kwietniu 1980 r., gdy w meczu przeciw Bristol City dobił do pustej bramki piłkę odbitą przez bramkarza. Wtedy już jednak gra w Anglii wyraźnie go nie bawiła.

''Czasami mam już tych głupków dość''

Gdy wiosną 1980 roku w domu w dzielnicy Wilmslow odwiedził go kolega, a jednocześnie dziennikarz Stefan Szczepłek, ''Kazzy'' (jak nazywali go Anglicy) żalił się na Malcolma Allisona, który wtedy wciąż prowadził zespół:

- Wiesz, oni nie bardzo wiedzą gdzie powinienem grać. Szukają mi pozycji i nie mogą znaleźć. Ja się z tego śmieję, ale czasami mam już tych głupków dość.

Ostatnio wymyślili, że będę środkowym napastnikiem. Widzisz mnie tutaj w tej roli? Zadaniem środkowego napastnika na Wyspach jest rozpędzenie się w kierunku bramki przeciwnika, na jego polu karnym wyskoczenie w górę i walnięcie łokciem stopera w twarz. Temu stoperowi mówią żeby to samo zrobił z tobą.

Kiedy dochodzi do starcia, to jakby zderzyły się dwie lokomotywy. To dlatego wielu brytyjskich napastników, obrońców i bramkarzy zostawia sztuczne szczęki w szatni. Ja nie zamierzam tego robić. Wyjeżdżam stąd niedługo, nie wiem tylko gdzie. Mogę jeszcze pograć we Francji lub w Stanach. Zastanowię się - opowiadał.

W sezonie 1980/1981 Deyna zagrał zaledwie w dwóch meczach. Następca Malcolma Allisona, John Bond, nie dał Polakowi ani jednej szansy! Ostatni raz Kazimierz Deyna wybiegł na boisko w koszulce MC 11 października 1980 r. przeciw West Bromwich Albion. Ostatniego gola w Anglii zdobył przeciw Bristol City, 19 kwietnia tego samego roku.

To z kolei gol przeciw Wolverhampton.

W sumie wystąpił w 43 meczach dla angielskiego klubu - 38 w ekstraklasie, dwóch w Pucharze Anglii, dwóch w Pucharze Ligi Angielskiej i jednym w Pucharze UEFA.

Jego kolegami z drużyny byli między innymi reprezentanci Anglii i Szkocji: bramkarz Joe Corrigham, Mike Channon, Peter Barnes, Asa Hartford, Colin Bell, Dennis Tueart czy Phil Boyer.

W styczniu 1981 r. Deyna zamienił Wyspy Brytyjskie na Stany Zjednoczone, a pod koniec lutego podpisał umowę z San Diego Sockers.

''Chciałem grać w lidze angielskiej i grałem''

Uważał, że menedżerowie nie wykorzystują jego potencjału i wiedział, że w lidze hiszpańskiej, włoskiej, czy francuskiej partnerzy lepiej by go rozumieli. Jednocześnie, zawsze bronił swojej decyzji o wyjeździe do Manchesteru.

- Niczego nie żałuję. Chciałem grać w lidze angielskiej i grałem. A że angielscy trenerzy mieli inny pogląd na piłkę niż ja, to już nie moja wina. Teraz Manchester City gra w II lidze, a ja nie narzekam na swój los. Sportowo osiągnąłem w życiu prawie to, co chciałem. Kilka trofeów i zaszczytów było nieosiągalnych, ale mam ze swojej kariery dość satysfakcji - mówił potem podczas gry w USA.

- Mogę powiedzieć, że w City następowały wtedy rozgrywki personalne - twierdził Deyna. - Co się naprawdę stało, nie wiem. Pod koniec jednego sezonu jeszcze grałem, a w następnym już nie. Choć nie byłem tam zbyt długo, uważam pobyt w Manchesterze za udany. Sprawdziłem się jako piłkarz, bo liga angielska jest bardzo wymagająca, a moim zdaniem wręcz najtrudniejsza na świecie.

B.

Przy pisaniu pomocne były fragmenty książek Stefana Szczepłka ''Deyna'' i ''Moja historia futbolu'' oraz materiały z angielskiego programu meczu Manchester City - Lech Poznań, a także ze strony deyna.info

Statystyki na podstawie mcfcstats.com (obecnie strona niedostępna)

Kazimierz Deyna - Manchester City 1978-1980 (3 sezony)

13 goli:

1) 20.03.1979 (wyjazd) Borussia Moenchengladbach 1:3

2) 24.04.1979 (dom) Middlesbrough 1:0

3) 4) 1.05.1979 (d) Birmingham City 3:1

5) 5.05.1979 (d) Bristol City 2:0

6) 7) 15.05.1979 (d) Aston Villa 2:3

8) 29.09.1979 (w) Leeds Utd. 2:1

9) 10.10.1979 (d) Middlesbrough 1:0

10) 13.10.1979 (d) Nottingham Forest 1:0

11) 1.12.1979 (d) Wolverhampton 2:3

12) 2.04.1980 (d) Everton 1:1

13) 19.04.1980 (d) Bristol City 3:1

43 mecze:

1) 25.11.1978 (d) Ipswich 1:2

2) 12.12.1978 (w) Southampton 1:2 [Puchar Ligi]

3) 16.12.1978 (w) Q.P.R. 1:2

4) 17.01.1979 (w) Rotherham Utd. 4:2 [Puchar Anglii]

5) 20.01.1979 (d) Chelsea 2:3

6) 27.01.1979 (w) Shrewsbury Town 0:2 [Puchar Anglii]

7) 3.02.1979 (w) Tottenham Hotspur 3:0*

8) 20.03.1979 (w) Borussia M’gladbach 1:3*, gol [Puchar UEFA]

9) 24.03.1979 (w) Arsenal 1:1

10) 17.04.1979 (w) Middlesbrough 0:2*

11) 21.04.1979 (d) Q.P.R. 3:1*

12) 24.04.1979 (d) Middlesbrough 1:0, gol

13) 28.04.1979 (w) Southampton 0:1

14) 1.05.1979 (d) Birmingham City 3:1, 2 gole

15) 5.05.1979 (d) Bristol City 2:0, gol

16) 9.05.1979 (w) Nottingham Forest 1:3

17) 15.05.1979 (d) Aston Villa 2:3, 2 gole

18) 18.08.1979 (d) Crystal Palace 0:0

19) 21.08.1979 (w) Middlesbrough 0:3

20) 29.09.1979 (w) Leeds Utd. 2:1, gol

21) 3.10.1979 (w) Sunderland 1:1 [Puchar Ligi]

22) 6.10.1979 (w) Arsenal 0:0

23) 10.10.1979 (d) Middlesbrough 1:0, gol

24) 13.10.1979 (d) Nottingham Forest 1:0, gol

25) 20.10.1979 (w) Norwich City 2:2

26) 27.10.1979 (d) Liverpool 0:4

27) 10.11.1979 (d) Manchester United 2:0

28) 17.11.1979 (w) Bolton Wanderers 1:0

29) 24.11.1979 (w) Bristol City 0:1

30) 1.12.1979 (d) Wolverhampton Wanderers 2:3, gol

31) 15.12.1979 (d) Derby County 3:0 *

32) 1.03.1980 (d) Norwich City 0:0 *

33) 11.03.1980 (w) Liverpool 0:2

34) 15.03.1980 (d) Arsenal 0:3

35) 2.04.1980 (d) Everton 1:1, gol

36) 5.04.1980 (w) Stoke City 0:0

37) 7.04.1980 (d) Aston Villa 1:1

38) 12.04.1980 (w) Wolverhampton Wanderers 2:1

39) 19.04.1980 (d) Bristol City 3:1, gol

40) 26.04.1980 (w) Derby County 1:3

41) 3.05.1980 (d) Ipswich Town 2:1

42) 20.09.1980 (d) Stoke City 1:2

43) 11.10.1980 (w) West Bromwich Albion 1:3

* - wejścia z ławki rezerwowych

W pierwszej jedenastce - 38 meczów, z ławki rezerwowych - pięć.

Liga angielska

W jedenastce: 34
Z ławki: 4
Gole: 12

Puchar Anglii

W jedenastce: 2
Z ławki: 0
Gole: 0

Puchar ligi angielskiej

W jedenastce: 2
Z ławki: 0
Gole: 0

Europejskie puchary

W jedenastce: 0
Z ławki: 1
Gole: 1

O Deynie na blogu było już tutaj, a tutaj o jego ostatnim golu.

czwartek, 20 października 2011
Imperium kontratakuje

Stuart Pearce właśnie został selekcjonerem olimpijskiej reprezentacji Wielkiej Brytanii w piłce nożnej. Warto zwrócić uwagę, że w najnowszej historii sportu to sprawa bez precedensu. Po londyńskich boiskach będzie bowiem biegała reprezentacja czegoś co nie istnieje.

Pozwolę sobie przypomnieć. Anglicy w obawie, że w wielu dyscyplinach będą w pojedynkę niewydolni na igrzyskach postanowili połączyć swe siły ze swoimi wyspiarskimi sąsiadami, mimo że relacje łączące ich z nimi bywają często, mówiąc ładnie, skomplikowane. Jedną z drużyn, która ma być united (no w końcu United Kingdom!) jest kadra piłkarska. Zarówno FIFA jak i MKOl wyraziły zgodę na taki manewr. Jest to o tyle dziwne, że wszystkie pozostałe państwa kingdomu - Walia, Szkocja i Irlandia Północna - jak jeden mąż negują tę ideę. Dodatkowy smaczkiem jest również fakt, że w komplecie są one również członkami FIFA.

Reprezentacja Wielkiej Brytanii powstała w 1863 roku i była naturalnym odbiciem ówczesnej sytuacji politycznej. Z czasem jednak powstały oddzielne związki a później kadry Szkocji (1873), Walii (1876) i Irlandii (1880). Na skutek sporu z nadrzędną federacją angielską wszystkie one wycofały się z FIFA w 1920 roku i wróciły dopiero w 1948 roku. Od tego czasu reprezentacja Wielkiej Brytanii była formą żartu, drużyną happeningową biorącą udział w różnego rodzaju charytatywnych meczach i towarzyskich sparingach (odsyłam tutaj - znajdziecie tam również wypis wszystkich "resztoświatowych" meczów, w których brali udział Anglicy!)

Obecna sytuacja jest dla mnie fascynująca z trzech względów.

Po pierwsze, to próba nad wyraz zręcznego manewru politycznego. Rząd w Londynie taką połączoną reprezentacją komunikowałby całemu światu: "Patrzcie, razem jest nam super! Ta cała gadanina o niezależności i odrębności jest o kant stołu rozbić, bo my przecież tak się lubimy!". Po co poszerzać zakres autonomii poszczególnych państw brytyjskich (po co w ogóle o tym dyskutować?!), skoro i tak tworzymy taką fajną wspólnotę? To mniej więcej tak jakby - oczywiście znając odpowiednie proporcje i nieadekwatność relacji -  Chiny powołały Tybetańczyków do swojej reprezentacji i później mówiły na arenie międzynarodowej: "I o co tyle krzyku? Przecież jedziemy na jednym wózku, nikomu nie dzieje się krzywda!". A Szkoci tylko mruczą gniewnie.



Po drugie, sytuacja ta to ciekawy ruch w kontekście ogólnych tendencji narodowościowych. Obecnie każdy naród, a chwilami nawet grupa etniczna, dąży do posiadania swojego państwa, a formowanie ponadnarodowych wspólnot odbywa się wyłącznie na abstrakcyjnym poziomie gospodarczym (np. UE). W tym świetle formowanie reprezentacji Wielkiej Brytanii, to trochę jak chęć budowania Jugosławii przez Serbię czy Czechosłowacji przez Czechy. Mając na uwadze, że głównym zmartwieniem Hiszpanów jest to, jak zapobiec parcelacji kraju na Katalonię, Kastylię, Andaluzją czy Kraj Basków sytuacja ta jest jakby z innej planety.

Po trzecie wreszcie, akcja ta świetnie pokazuje jak ogromna we współczesnym świecie jest ranga sportu. Największe mocarstwa drżą na samą myśl, że mogłyby się skompromitować na wielkiej międzynarodowej imprezie. Przykład Korei Północnej na (i po) MŚ 2010 to oczywiście skrajność, ale daje dużo do myślenia. Drużyny piłkarskie stanowią obecnie jedną z nielicznych i zarazem rozpowszechnionych form popularnych reprezentacji wspólnoty narodowej. Nie ma zbyt wielu innych płaszczyzn (a równie spektakularnych nie ma wcale), na których współczesne państwa w tak widowiskowy (i zarazem pokojowy) sposób mogą się prezentować i zarazem ze sobą rywalizować. Dlatego też niektóre z nich uważają, że na wszelki wypadek czasem lepiej się dozbroić.

P.

poniedziałek, 17 października 2011
Holenderski Samuraj a sprawa polska

W czasie, gdy w Polsce w najlepsze trwa polowanie (z nagonką!) na farbowane lisy, na drugim końcu świata doszło do ciekawego wydarzenia. W meczu eliminacyjnym do MŚ 2014 między Japonią a Tadżykistanem dwie bramki dla Kraju Kwitnącej Wiśni strzelił Mike Havenaar (skrót meczu tutaj). Tak, rację mają ci, którzy uważają, że nazwisko jakby mało japońskie. Nie może być inaczej, bo Havenaar to naturalizowany Holender.

 

Ojcem Mike'a jest Dido Havenaar, holenderski bramkarz, były gracz ADO Den Haag. W 1984 roku postanowił on przenieść się wraz z żoną do Japonii, by zarabiać na chleb grą w tamtejszych klubach (jego kariera do wglądu tutaj). W 1987 roku w Hiroszimie na świat przyszedł jego pierworodny syn Mike, w 1994 roku cała familia otrzymała japońskie obywatelstwo, a rok później urodził się Nikki - młodszy brat Mike'a. Obie latorośle Dido przejawiały sporą smykałkę do futbolu, ale na razie to starszy - przede wszystkim z racji wieku - wypłynął już na szerokie wody (choć Nikki też jest na dobrej drodze ku temu - jak na razie gra w kadrze Japonii U-17).

Kariera Havenaara jr. przypominała w swej logice działanie piekarnika - długo się nagrzewa i dopiero potem jak zaskoczy to jest to. Innymi słowy, nasz bohater przez długi czas nie potrafił się wybić ponad przeciętność, stąd liczne wypożyczenia z Yokohama Marinos do klubów drugoligowych. W ramach tych ciągłych przenosin w 2010 roku trafił do Ventforet Kofu. I tam - cud! - piekarnik zaskoczył. Dzięki jego 20 golom zespół awansował do J-League, a obecnie dzięki 16 trafieniom HM udaje mu się balansować nad strefą spadkową. Sam Havenaar może być natomiast dumny, bo 16 bramek daje mu jak na razie tytuł króla snajperów ligi japońskiej. Na tej samej wznoszącej fali holenderski samuraj zadebiutował również w seniorskiej reprezentacji Japonii (przedtem grał w U-20 na U-20 MŚ 2007 w Kanadzie) - w meczu z Koreą Północną na początku września bieżącego roku.

Dwa główne atrybuty wyróżniające MH wśród ligowych i reprezentacyjnych kolegów to skóra i wzrost. Kolor tej pierwszej sprawiał, że miał on być przedmiotem rasistowskich ataków nieprzychylnych kibiców. Natomiast 1,94 metra, które mierzy sprawiają, że od przeciętnego azjatyckiego grajka jest wyższy o dobre 20 cm. Trudno się dziwić, że niepodzielnie króluje w powietrzu, a trener Samurajów Zaccheroni upatruje w nim tajną broń na MŚ 2014.



Podsumowując, Mike Havenaar jest synem Holendrów, urodzonym i wychowanym w Japonii, nie wiem czy władającym dwoma językami, ale posiadającym dwa obywatelstwa. Do tego w 2011 roku poślubił Japonkę, która krótko potem urodziła ich wspólne dziecko. Nie wiem czy są jakieś osoby, które uważałyby Havenaara za farbowanego lisa.

Coś, co mnie frapuje przy okazji tej sprawy, to właśnie granica, którą akceptujemy w kontekście takich transnacjonalnych grajków. Czym Havenaar różni się od Ebiego Smolarka? Nasz reprezentant opuścił kraj nad Wisłą na stałe (wrócił dopiero w zeszłym roku) w wieku 5 lat, nie grał w żadnym polskim klubie (do czasu Polonii), z polskim szkoleniem nie miał nic wspólnego (Bogu dzięki!), a na początku swej znajomości z młodzieżowymi kadrami mówił po polsku baaardzo średnio. Ale chciał grać, miał rodziców Polaków, zależało mu, przyjeżdżał, nikt się nie dziwił, wszyscy chwalili. Czyli wystarczy. Adam Matuszczyk wybył do Niemiec, gdy miał 3 lata. Z polską piłką nie miał nic wspólnego, aż do czasu powołania. Po naszemu mówi przeciętnie. Ale są rodzice, są Gliwice jako miejsce urodzenia, jest polsko brzmiące imię i nazwisko. Znowu wystarczy. Jeszcze weselej wygląda sytuacja z Sebastianem Tyrałą, bo on wyjechał z Raciborza w wieku 1,5 roku - farbowany on czy nie farbowany? Wygląda to tak, że należy mieć polskie korzenie, coś tam klecić w polskiej mowie, czuć się Polakiem i chcieć grać w biało-czerwonej reprezentacji. Prawda?

W tym kontekście zastanawiam się jak do tego ma się sprawa Havenaara? Czy jest gorszym reprezentantem od Ebiego? W końcu Ebi syn Polaków, mówił, chciał, przyjeżdżał. Havenaar to narodowościowy przechrzta, holenderski Podolski, a Japonia jest zła, bo przytula osoby z zewnątrz? A może Havenaar to lepszy reprezentant niż Ebi, bo Havenaar mieszka i żyje w swojej ojczyźnie ("ojczyźnie"), płaci tam podatki, sprawdza stan tamtejszych dróg, ma japońską żonę i dziecko. Nie wpada raz na miesiąc na zgrupowanie i nie spada dalej. To jest lepszy czy gorszy? Co jest dziś ważniejsze: mieć narodowe korzenie i wolę reprezentowania, czy z danym narodem być, żyć i w nim funkcjonować. Ja nie poczuwam się, aby być sędzią w tej sprawie. Czy zaakceptowalibyśmy bowiem Ivana Djurdjevicia, gdyby zgłosił akces do polskiej kadry? Lechita mówi po polsku lepiej niż Franciszek Smuda, zna się na naszej kulturze i właśnie mija piąty rok, gdy gra w Poznaniu? Już jest bardziej polski niż Ebi czy jeszcze nie? A jeśli nie, to kiedy będzie? Za 5 lat? Za 10 lat? Ile trzeba przemieszkać z danym narodem, żeby czuć się członkiem? Co w ogóle trzeba zrobić, żeby czuć się jego członkiem - znać język, przeczytać poematy, orientować się w tradycjach i zwyczajach? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Moja teza jest taka, że tożsamość narodową określają setki czynników i nie trudno określić, które z nich są gorsze, a które lepsze. Kluczowe jest dla mnie subiektywne poczucie tożsamości narodowej, ale jednocześnie warto zwrócić uwagę, że jeśli dana tożsamość jest dla jednostki prymarna, to pociąga za sobą konsekwencje w postaci określonych atrybutów kulturowych - języka, tradycji, zamieszkania, świadomości historycznej itp. Ta tożsamość musi być czymś wypełniona, a tymczasem często pozostaje tylko deklaracją.

Idąc dalej w tych rozważaniach - co trzeba zrobić, żeby być reprezentantem tego kraju? Czy wystarczy obywatelstwo? Czy ono jest wystarczającym wyznacznikiem? Czego w ogóle jest ono wyznacznikiem? Wiemy, że nie posiadanie obywatelstwa wyrzuca poza obręb wspólnoty państwowej, ale czy jego posiadanie, aby zbytnio w tę wspólnotę nie wpycha? Dostrzegam bowiem tutaj pułapkę instytucjonalnego ułatwiania sobie życia - piłkarz ma obywatelstwo, to bierzemy; nie ma - do domu. Nie umiem tego problemu rozwiązać na poziomie skodyfikowanych reguł (odwoływałbym się bowiem do czegoś co roboczo można nazwać "kwestią smaku" selekcjonera - on powinien mieć na tyle rozbudowane kompetencje, żeby wiedzieć, czy chcemy w kadrze gościa, który kilka miesięcy temu mówił jeszcze, że nie chce grać dla Polski, albo majstra, który kilka dni wcześniej grał jeszcze w innej reprezentacji), znam jednak jeden warunek, który dla mnie jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym.

Nie wiem więc czy Ebi jest gorszym Polakiem niż Andrzej Michalczuk, a Havenaar gorszym Japończykiem niż Shinji Ono. To ważne, bo chwilami chyba wylewamy dziecko z kąpielą. Nie podoba mi się, że w kadrze Polski gra Polański, ale nie dlatego, że kwestionuje jego poczucie polskości (nie wiem czy ono jest i jakie ono jest), ale dlatego, że grał w innej reprezentacji. Podobnie jest z Meliksonem, Boenischem czy Obraniakiem. Chodzi o pewne wybory, które się podejmuje i które - być może naiwnie - są dla mnie papierkiem lakmusowym tożsamościowego ustroju człowieka. Są to jedne z niewielu wyraźnych wyborów i FIFA powinna strzec tej zasady jako stałego punktu wszechświata. Czuć się członkiem danego narodu może każdy, ale grać w jego barwach powinny moim zdaniem wyłącznie reprezentacyjne dziewice.

P.

 
1 , 2